Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Drugi premier Orban w Europie

Węgierski premier Viktor Orbán będzie miał swojego imiennika na stanowisku szefa rządu. Bowiem od ubiegłego tygodnia nowym premierem Rumunii jest Ludovic Orban.

Zmiana na stanowisku szefa rumuńskiego rządu nastąpiła po tym jak poprzedni gabinet 10 października uzyskał votum nieufności ze strony parlamentu. Socjaldemokratyczny rząd miał bowiem na swoim koncie liczne nadużycia i skandale korupcyjne a także był powszechnie krytykowany za uważaną za antydemokratyczną reformę systemu sądownictwa. Rozwiązania przeforsowane przez rząd zdominowany przez socjaldemokratów wywołały falę społecznych protestów, tysiące ludzi demonstrowało na ulicach Bukaresztu domagając się dymisji skorumpowanego rządu. Również PE wyrażał zaniepokojenie z powodu zagrożenia dla niezależności sądów oraz tolerowania przez rząd korupcji.
Posłowie i senatorowie z rządzącej Partii Socjaldemokratycznej nie wzięli udziału w głosowaniu nad votum nieufności, jednak niektórzy z nich wyłamali się z dyscypliny partyjnej i oddali swoje głosy, co skrzętnie odnotowywała premier Viorica Dăncilă obserwując do której z urn wrzucają kartki jej partyjni koledzy – do tej na „tak” czy dla „nie” dla rządu. Pomimo porażki Dăncilă oświadczyła, że nie zamiera rezygnować z przewodniczenia partii. W niedzielę 10 listopada wystartowała w wyborach prezydenckich. Jednak, jak było do przewidzenia, pierwszą turę przegrała z ubiegającym się o wybór na drugą kadencję obecnym prezydentem Klausem Iohannisem
Po upadku rządu i po konsultacjach z partiami opozycyjnymi prezydent zapowiedział, że misję utworzenia nowego, tymczasowego do czasu wyborów parlamentarnych, gabinetu powierzy szefowi mającej zaledwie 96 deputowanych w liczącym 464 osoby dwuizbowym parlamencie Narodowej Partii Liberalnej PNL z której zresztą sam się wywodzi. Tak się też stało. Na premiera został desygnowany przewodniczący PNL Ludovic Orban. W parlamentarnym głosowaniu uzyskał poparcie ze strony 240 deputowanych tj. o 7 głosów więcej od wymaganej większości. Parlamentarzyści z Partii Socjaldemokratycznej zbojkotowali głosowanie. Kierownictwo partii zaleciło swoim deputowanym nieobecność podczas głosowania licząc na brak kworum. Ludovic Orban uznał to zachowanie za nieodpowiedzialne zaznaczając, że zdarzyło się to po raz pierwszy w okresie ostatnich 30 lat.
PNL należy do frakcji chadeckiej w Parlamencie Europejskim. Nic więc dziwnego, że na wybór nowego premiera zareagowano tam w sposób entuzjastyczny. Przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej Joseph Daul w liście gratulacyjnym skierowanym do nowego rumuńskiego premiera wyraża przekonanie, że jego rząd będzie „godny zaufania, odpowiedzialny i proeuropejski” oraz zwiastuje nadzieję dla wszystkich obywateli Rumunii. Jednocześnie nie odmówił sobie satysfakcji pisząc o naprawianiu szkód wyrządzonych przez poprzedni rząd socjalistyczny.
W swoim pierwszym wystąpieniu po wyborze na premiera zapowiedział cofnięcie decyzji poprzedniego rządu dotyczących kontrowersyjnych rozwiązań w sferze fiskalnej i prawnej. Jak podkreślił, „musimy czuć odpowiedzialność za stworzenie systemu prawnego (..) bez ingerencji ze strony polityków czy innych instytucji”.
Pierwszą decyzją nowego premiera było zgłoszenie dwojga kandydatów na przypadające Rumunii stanowisko komisarza Komisji Europejskiej. Zaproponowana przez poprzedni rząd kandydatka, reprezentująca partię socjaldemokratyczną, była minister a obecnie deputowana do PE Rovana Plumb nie została zaakceptowana przez Europarlament. Od dwóch lat ciążą nad nią zarzuty korupcyjne związane z nielegalnymi transakcjami dotyczącymi zakupu nieruchomości. Premier Ludovic Orban przedstawił kandydatury dwóch osób spośród których wyboru ma dokonać nowa szefowa KE Ursula von der Leyen. Jego faworyci to przewodnicząca komitetu ds. Przemysłu, Badań i Energii PE Adina-Ioana Vălean i europarlamentarzysta Siegfried Mureșan. Obydwoje należą do partii premiera.

 

Co czeka rumuńską gospodarkę?

Bardzo szybko można doprowadzić do tego, że stabilny kraj zacznie się uzależniać od importu i zmagać z szybko rosnącymi cenami.

W latach 2016-2018 pensje w rumuńskim sektorze publicznym rosły w tempie przekraczającym 20 proc. każdego roku – według danych rumuńskiego banku centralnego.
Przy niskim bezrobociu popchnęło to w górę również wynagrodzenia w sektorze prywatnym, średnio o kilkanaście procent rocznie.

Nakręcanie koniunktury

Jeszcze w styczniu 2015 r. przeciętne wynagrodzenie netto wyniosło w Rumunii 1740 lei, czyli po kursie sprzed czterech lat ok. 1635 zł na rękę. W pierwszym miesiącu 2019 r. przeciętne wynagrodzenie rumuńskiego pracownika wyniosło już 2936 lei (2640 zł netto).
Dodatkowo władze były również hojne dla emerytów. Według danych MFW wydatki na świadczenia emerytalne wzrosły z 51 mld lei do 68 mld przez cztery lata, czyli o ponad 30 proc. Inne świadczenia społeczne od państwa wzrosły o ponad połowę – z 24 do 38 mld lei.
Silne wzrosty wynagrodzeń, poprzez konsumpcję, doprowadziły do olbrzymiego wzrostu PKB – o 7,0 proc. w 2017 r. W tym roku wysoka również była inflacja – 4,0 proc. Ale to nie wzrost cen jest największym zagrożeniem dla Rumunii.
Przy otwartych granicach popyt konsumentów został zaspokojony przez import, drastycznie pogarszając saldo wymiany handlowej i bilans rachunku bieżącego.

Daleko od równowagi

Dane MFW pokazują, że od 2007 r. do 2015 r. wydajność rumuńskiej gospodarki rosła mniej więcej zgodnie z wynagrodzeniami. Jednak już na początku 2018 r. wynagrodzenia były o ok. 20 proc. zawyżone w porównaniu do możliwości produkcyjnych gospodarki. Teraz prawdopodobnie trzeba do tego dołożyć kolejne 10 pkt proc., biorąc pod uwagę dane banku centralnego dotyczące jednostkowych kosztów pracy za trzy pierwsze kwartały 2018 r.
W rezultacie, wynagrodzenia Rumunów mogą być nawet o 30 proc wyższe, niż wynika to z ich ogólnej wydajności pracy. Ponieważ gospodarka nie jest w stanie wypełnić potrzeb konsumpcyjnych czy inwestycyjnych, kraj posiłkuje się importem.
Pod koniec 2014 r. deficyt w wymianie towarowej Rumunii ze światem był umiarkowany i wynosił ok. 6 mld euro, a saldo obrotów bieżących dzięki pozytywnemu wkładowi usług było w pierwszym kwartale 2015 r. nawet dodatnie (0,24 proc. PKB).
Teraz deficyt wymiany towarowej, wyliczany jako suma ostatnich 12 miesięcy, sięgnął w styczniu 2019 r. 15,5 mld euro, czyli prawie 8 proc. PKB. Pokazuje to olbrzymią nierównowagę zewnętrzną kraju, która jest przede wszystkim rezultatem wzrostu wynagrodzeń i mało produktywnej konsumpcji – ocenia Cinkciarz.pl.

Gorzkie lekarstwa

Oparte wyłącznie na, zbyt mocno stymulowanej konsumpcji, perspektywy wzrostu gospodarczego nie mogą być trwałe. Poza silnym wzrostem deficytu w obrotach towarowych kraj ma coraz większe problemy ze zbilansowaniem budżetu.
S&P ocenia, że deficyt sektora finansów publicznych będzie w każdym z najbliższych czterech lat przekraczał 3 proc. PKB, czyli kraj wejdzie w procedurę nadmiernego deficytu. Jeszcze bardziej pesymistyczna była Komisja Europejska w listopadzie, oceniając, że dziura w budżecie sięgnie 4,6 proc PKB w 2020 r.
Rząd ratuje się obecnie wprowadzeniem dodatkowych podatków (od hazardu, akcyzy) czy liczy na wyższą dywidendę od spółek skarbu państwa. Z drugiej strony władze Rumunii musiały się wycofać z absurdalnie skonstruowanego podatku bankowego, który miał być zależny od rynkowych stóp procentowych. S&P, uwzględniając tę decyzję, cofnął negatywną perspektywę ratingu dla Rumunii. Wiarygodność kredytowa tego kraju jest obecnie na najniższym poziomie inwestycyjnym, czyli BBB minus.
Niezależnie jednak już od bieżących decyzji Rumunia powinna szykować się na poważne problemy. Koniec szybkiego wzrostu wynagrodzeń i dziura w budżecie przełożą się szybko na ograniczenie inwestycji i znaczne spowolnienie wzrostu PKB.
Gospodarka przez ostatnie lata stała się także znacznie mniej konkurencyjna, czego dowodem jest olbrzymi wzrost deficytu handlowego. Rumunię czeka więc twarde lądowanie, a z okresem prosperity kraj może się pożegnać na wiele, wiele lat.

Nie będzie zawężenia

Koalicja na Rzecz Rodziny, czyli organizator referendum, poniosła druzgocącą porażkę. Frekwencja nie przekroczyła wymaganych 30 procent. Obywatele nie byli zainteresowani zawężeniem konstytucyjnej definicji małżeństwa do związku kobiety i mężczyzny.

 

Głosować można było przez cały weekend. Koalicja na Rzecz Rodziny zebrała 3 miliony podpisów pod swoim postulatem, ale ostatecznie okazało się, że konserwatywną inicjatywę zbojkotowali obywatele oraz wszystkie partie polityczne.

Obecnie obowiązujący zapis w konstytucji Rumunii dotyczący małżeństwa mówi, że to „związek małżonków”. Wprowadzenie do ustawy zasadniczej zapisu mówiącego, że jest to związek „mężczyzny i kobiety” miał otwierać konserwatystom furtkę do uniemożliwienia zawierania małżeństw nieheteronormatywnych.

Petycję o zorganizowanie głosowania poparł Senat oraz Izba Deputowanych, a 17 września Trybunał Konstytucyjny Rumunii wyraził zgodę na przeprowadzenie plebiscytu.
Dziś podane zostaną oficjalne wyniki, ale wiele to nie zmieni: w chwili zamknięcia lokali wyborczych o godz. 20.00 lokalnego czasu frekwencja wynosiła 20,41 proc. spośród ponad 18 mln uprawnionych osób. To o 9,5 proc. za mało, aby uznać referendum za wiążące.

Wiernych gorąco zagrzewał do udziału w plebiscycie m.in. patriarcha Daniel, zwierzchnik Rumuńskiego Kościoła Prawosławnego.

Do pozostania w domach wzywały natomiast organizacje broniące praw osób LGBT.

Walka z biedą, czyli walka z biednymi

Vasile Ernu rozmawia z Victorią Stoiciu, dyrektorką programową fundacji Fryderyka Eberta w Rumunii (Friedrich Ebert Stiftung), europejskiej agencji przeprowadzającej badania dotyczące jakości życia w Unii Europejskiej o nowej formie poddaństwa i zasiłku dla najbiedniejszych. Tłum. Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

 

W środę 20 czerwca 2018 członkowie rumuńskiego parlamentu poparli projekt legislacyjny, który odbiera prawo do zasiłku dla najbiedniejszych w momencie, gdy bezrobotny odrzuci choć jedną ofertę pracy. Decyzja została podjęta 274 głosami za, 4 przeciw i 2 głosami wstrzymującymi – donosi państwowa agencja prasowa, Agepres. Wydaje się, że nie ma już nikogo w rumuńskim parlamencie, reprezentującego interesy biednych, którzy stanowią więcej niż 40 proc. naszego społeczeństwa. Zostali oni porzuceni i skazani na niebyt. Walka z biednymi jednoczy rządzących, Partię Socjaldemokratyczną (PSD) oraz Sojusz Liberałów i Demokratów (ALDE), jak też partie opozycyjne czyli Partię Narodowo-Liberalną (PNL), Demokratyczny Związek Węgrów w Rumunii (RMDSZ), Związek Zbawienia Rumunii (USR) i inne. Uczyniły one krok ku wytworzeniu w Rumunii nowego rodzaju poddaństwa.

 

Zanim porozmawiamy o ustawie, wyjaśnijmy, co kryje się za określeniem „zabezpieczenia socjalne”. Kto ma prawo je otrzymywać oraz na jakim miejscu w UE lokuje się Rumunia, jeśli mowa o poziomie tychże zabezpieczeń? Jak dużo wydajemy na nie z budżetu?

Mówi się, że mamy bardzo rozwiniętą strefę zabezpieczeń socjalnych. Tymczasem prawda jest taka, że wydajemy na nią tylko 15 proc. PKB, podczas gdy średnią w Unii Europejskiej jest 28 proc. Na „zabezpieczenia socjalne” składają się dwie części: ubezpieczenia społeczne i pomoc socjalna. Ubezpieczenia społeczne funkcjonują na bazie indywidualnego wkładu i „ubezpieczenia” przed różnego rodzaju sytuacjami, między innymi starością, chorobą czy bezrobociem. Pomoc socjalna przyznawana jest tym kategoriom obywateli i obywatelek, które uznaje się za potrzebujące, nie jest ona związana z ich indywidualnym wkładem pieniężnym.

Emerytury, renty, zasiłki dla bezrobotnych, ubezpieczenia zdrowotne, dodatki dziecięce znajdują się w pierwszej części. Świadczenia pomocowe (w tym zasiłek dla najbiedniejszych) i usługi socjalne należą do drugiej. Ustawa przegłosowana w ostatnim tygodniu odnosi się do ludzi potrzebujących pomocy socjalnej, określa się ich pejoratywnie „osobami wspieranymi socjalnie”. Rumunia wydaje tylko 0,2 proc. PKB na walkę z wykluczeniem społecznym, znaczna część z tych pieniędzy wydawana jest na pomoc społeczną, podczas gdy średnią dla krajów Unii jest 0,8 proc. Oznacza to, że Rumunia wydaje na walkę z wykluczeniem 0,4 proc. budżetu, przy unijnej średniej 1,8 proc.

Najbardziej znaną formą pomocy socjalnej jest zasiłek dla najbiedniejszych. Jest to również ta forma pomocy, która aktualnie znajduje się pod silną presją polityczną. Jest to suma pieniędzy, którą otrzymują bardzo biedni ludzie, z dochodem poniżej pewnego poziomu. Ten poziom to 142 leje (30,43 euro) na osobę. Jeśli ktoś ma zerowy dochód, otrzyma 142 leje od państwa. Ale jeśli jego dochód to 50 lejów (10,71 euro), ponieważ otrzymał na przykład od kogoś datek czy darowiznę, dostanie tylko 92 leje od państwa (19,72 euro) jako gwarantowany zasiłek. Poziom ten wzrasta do 255 lejów (54,65 euro) dla rodziny dwuosobowej, dochodząc do 527 lejów (112,95 euro) dla rodziny pięcioosobowej. Każdy kolejny członek rodziny następujący po piątym otrzymuje 36,50 lejów (7,82 euro).

Mówimy tu o skromnych, wręcz upadlających ilościach pieniędzy. Ktokolwiek kto zgłasza się o ten zasiłek, żyje w skrajnej biedzie. W dodatku zasiłek ten otrzymuje się tylko przy spełnieniu specjalnych warunków – osoba prosząca o niego musi być zarejestrowana jako bezrobotna, musi poszukiwać pracy i udzielać się w pracach społecznych.

 

Jak te pejoratywne określenia biednych i szczera nienawiść do nich znalazła swoje miejsce w dyskursie publicznym?

W naszym kraju walka z biedą zmieniła się w walkę z biednymi. Zamiast zredukować biedę, staramy się zlikwidować biednych wszelkimi możliwymi środkami, w myśl błędnego założenia głoszącego, że jeśli trudniejszy będzie dostęp do pomocy socjalnej, bieda zniknie albo problem sam się rozwiąże.

Ta walka z biednymi ma swój początek za czasów prezydentury Traiana Băsescu (2004-2014), kiedy to określenia takie jak „niepracujący” czy „społecznie wspomagani” zostały wprowadzone do debaty publicznej. Celem było znalezienie kozła ofiarnego, który poniósłby karę za pasmo wyrzeczeń, jakim musieliśmy się poddać – w trakcie kryzysu ekonomicznego w 2009 rok Rumunia zaciągnęła dług o wysokości 20 miliardów dolarów w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Banku Światowym oraz u innych instytucji, zrobiła to by zapłacić emerytury i renty swoim obywatelom. W związku z tym ograniczono wydatków z budżetu, pensje w sektorze państwowym zmalały, a poziom biedy wzrósł.

Kryzys się skończył. Ograniczanie wydatków zakończono. Nienawiść wobec biednych pozostała, wraz z przekonaniem, że Rumunia utrzymuje wielu swoich obywateli dzięki zasiłkom. Nie ma to nic wspólnego ze stanem faktycznym. Nasze dane wskazują, że w marcu tego roku było 216 tys. domostw lub osób, które otrzymywały pomoc socjalną. Łącznie chodzi o pół miliona ludzi. 325 tys. z nich jest zdolnych do pracy. Reszta to dzieci lub dorośli niezdolni do pracy, chorzy. Dlaczego ci ludzie mają być przeszkodą dla innych, jeśli jest ich tak mało i tak mało pieniędzy mogą otrzymać?

Cele walki z biednymi są przede wszystkim ideologiczne, zakorzenione w neoliberalnym pomyśle super-zredukowanego państwa, które nie jest zobligowane do świadczenia czegokolwiek komukolwiek. Jest również inny cel, który jest równie praktyczny co ideologiczny – jest to pauperyzacja zasobów ludzkich, w sensie ich transformacji w siłę roboczą. Konkretnie – w tanią siłę roboczą. W tym momencie Rumunia cierpi na niedobór siły roboczej. Jest to efekt niskich płac, które nie są konkurencją dla tych z innych krajów Unii. Pracodawcy nie są w stanie znaleźć pracowników, starają się więc zmusić istniejące rezerwy zasobów ludzkich do pracy, ponosząc przy tym jak najmniejszą cenę.

 

Istnieje mit, w myśl którego bieda jest kreowana przez „niepracujących”, a może prościej, przez leniwych. Jakie są podstawowe przyczyny biedy?

Jest to bardzo popularny mit, głoszący, że ludzie są biedni, bo nie pracują, czy dlatego, że nie chcą pracować. Muszę tu zaznaczyć dwie rzeczy. Pierwszy fakt: Rumunia ma najwyższy odsetek biednych pracujących ludzi w Unii (19 proc.). Jest to czysty dowód na to, że praca nie wyzwala ludzi z biedy.

Drugi fakt: rejony, w których jest największy procent ludzi, pobierających zasiłek dla najbiedniejszych, to rejony, w których również jest najmniej miejsc pracy i bardzo duże ograniczenia natury ekonomicznej. Najczęściej ludzie nie pracują nie dlatego, że są leniwi, tak jak się to utrzymuję w neoliberalnej retoryce, ale dlatego, że nie mają gdzie pracować. Na przykład w Bukareszcie, mieście z największą liczbą miejsc pracy, jest tylko 200 osób pobierających zasiłek dla najbiedniejszych. Inaczej rzecz się ma w biednych rejonach takich jak Vaslui, Teleorman czy Mehedinţi. Tam też jest najmniej miejsc pracy.

 

Innym mitem głoszonym przez mainstreamowe media w celu legitymizacji nowej ustawy, jest mit mówiący o tym jak „wspomagani” nie chcą pracować. Widzimy raporty pokazujące, jak to pracodawcy błagają „wspomaganych”, by ci przyszli i pracowali, a oni odmawiają. Jaki jest powód tej „odmowy”? Przy okazji, tylko 0,7 proc. pobierających zasiłek dla najbiedniejszych odmawia współpracy. O jakiej więc odmowie tutaj mówimy?

Z pewnością dyskurs medialny na temat pracodawcy przybywającego do wioski, w której nikt nie chce jego oferty pracy, jest bardzo popularny. To o czym nigdy się nie mówi, to warunki pracy oraz możliwe zarobki czy kwestie typu cena transportu do miejsca pracy, oraz jak duży procent pieniędzy zostaje w kieszeni pracodawcy na koniec miesiąca. Nie mówi się o tym, z kim potencjalni pracownicy czy pracowniczki miałyby zostawić swoje dzieci, czy istnieje przedszkole w okolicy, jakie są koszty życia. Łatwo jest krzyczeć na ludzi „próżniacy!”, kiedy ignoruje się złożoność całej sytuacji. Dyskurs medialny, do którego ja odnoszę się jak do propagandy, jest ufundowany na ekstremalnych uproszczeniach.

Z mojego punktu widzenia naturalnym jest możliwość odmówienia pracy, w jakiejkolwiek sytuacji. Prawo do godnej pracy okupione zostało niegdyś znaczącą daniną krwi. Opór wobec pracodawców jest dobry dla Rumunii i jej rozwoju, ponieważ zmusza ich do podwyższenia pensji do godnego poziomu. Ci którzy odmawiają niewolniczej pracy, oddają wszystkim innym przysługę!

 

Prezentowałaś niedawno dane wykazujące korelację pomiędzy zasiłkiem dla najbiedniejszych, a stawką minimalną. Co pokazuje nam ten proces?

Pokrótce pokazuje on nam, że standardy życia otrzymujących pomoc socjalną stają się coraz gorsze, a suma pieniędzy, którą oni otrzymują coraz mniejsza.

W 1995 r., kiedy pomoc socjalna została wprowadzona po raz pierwszy, poziomem było 81,000 starych lejów dla dwuosobowej rodziny, podczas gdy pensja minimalna netto wynosiła 75,000 lejów. To było 108 proc. płacy minimalnej! W 2001 r., kiedy prawo dotyczące pomocy socjalnej zostało zmienione, zasiłek dla najbiedniejszych wynosił dla dwuosobowej rodziny 1,134,000 starych lei, podczas gdy pensja minimalna netto wynosiła 1,000,000 starych lejów. Wtedy zasiłek dla najbiedniejszych był równy 113 proc. minimalnej pensji. W 2018 roku ta korelacja spadła do 13 proc. Dziś zasiłek dla najbiedniejszych dla dwuosobowej rodziny wynosi 255 lejów (54,65 euro), a pensja minimalna to 1900 lejów netto (407 euro).

Taki rozwój wypadków może zostać zaobserwowany w odniesieniu do średniej pensji netto i pomocy socjalnej. W 1995 roku pomoc socjalna dla dwojga osób stanowiła 35 proc. średniej pensji netto. W 2001 roku było to 36 proc., w 2018 roku tylko 10 proc. Oznacza to, że pomoc socjalna nie jest regulowana wraz ze wzrostem płac, wzrostem gospodarczym i inflacją. Sumy wypłacane w jej ramach są coraz bardziej żałosne.

 

Spójrzmy teraz na prawo, które stało się pretekstem dla naszej rozmowy. Co ono przewiduje? Jakie są jego cele?

Cel jest bardzo prosty – to zmuszenie beneficjentów pomocy socjalnej do współpracy z rynkiem pracy za wszelką cenę, zrobienie z nich zależnej, taniej i elastycznej siły roboczej. Ustawa przewiduje cały katalog zmian, ale najbardziej znaczące są dwie. Pierwsza to uzależnienie możliwości otrzymywania zasiłku od tego, czy oczekuje się pracy za wszelką cenę. Jeśli odmówi się przyjęcia nawet jednej oferty pracy, nie ma się prawa do zasiłku. Nawet jednej! Przed tymi zmianami istniała możliwość odrzucenia trzech ofert pracy. Od teraz nie liczy się to jaka jest odległość od miejsca pracy, godziny i inne kwestie. Albo akceptujesz, albo „giniesz”. Druga zasada jest przerażająca. Jest to zobligowanie tych, którzy otrzymują pomoc społeczną, do wykonywania na żądanie prac dorywczych.

A więc zgodnie z prawem będzie się działo następująco: firma należąca do przyjaciela burmistrza, albo jego bogatego sąsiada, kuzyna z niedalekiej miejscowości powie burmistrzowi, że potrzebuje ludzi do kopania ziemi, koszenia trawy itd. Jeśli tym ludziom kiedyś zaproponowano by od 50 do 100 lejów (od 10 do 21,43 euro) za dzień pracy, po wprowadzeniu tego prawa dostaną znacznie mniej, ponieważ nie będą mogli negocjować. Prawo mówi, że można negocjować zarobki, lecz jak można to robić, kiedy nie ma się prawa do odmowy świadczenia pracy? „Nie chcesz pracować za 20 lejów (4,28 euro)? Nie ma problemu, idź do domu, burmistrz odetnie ci pomoc socjalną”.

 

Jakie mogą być konsekwencje tego prawa?

Stworzy ono z kilkuset tysięcy ludzi służących, pobierających pomoc socjalną. Płace zostaną zmniejszone. W przyszłości staniemy się europejskim krajem z afrykańskimi pensjami. Czymś w rodzaju „Bangladeszu Europy”.

Prawo będzie miało oszałamiający skutek, jednak nie słyszałam, by o nim kiedykolwiek dyskutowano. Dziś poziom zasiłku dla jednej osoby to 142 lejów (30,44 euro). Jeśli jesteś w stanie zdobyć 145 lejów (30,07 euro) z innego źródła, 3 leje więcej, nie jesteś zakwalifikowany do otrzymywania zasiłku. Wyobraźmy sobie, że wujek Ion otrzymuje zasiłek dla najbiedniejszych, ale burmistrz wysyła go w ciągu dnia do kogoś z miejscowości, by ten pracował. Przypuśćmy, że wujek dostał 200 lei (42,86 euro) za tydzień pracy. Oznacza to, że automatycznie nie ma on prawa do zasiłku!

Innymi słowy, niezależnie od tego, czy odmówi wykonywania pracy, czy też się zgodzi ją świadczyć, i tak skończy bez możliwości otrzymywania zasiłku. Ale przecież 200 lejów to więcej niż 142 – ktoś powie. Jest to prawdą. Ale przecież nie ma żadnej gwarancji, że wujek Ion zawsze zarobi 200 lejów, ponieważ praca dorywcza jest często sezonowa. Również praca dorywcza nie zapewnia ubezpieczenia zdrowotnego. Kiedy tylko wujek straci dostęp do zasiłku, straci również prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Może za nie zapłacić 190 lejów miesięcznie, zostanie mu więc tylko 10 lejów na jedzenie, z tych dwustu, które zarobił.

 

Jak sądzisz, czemu takie prawo zostało przegłosowane jednogłośnie przez wszystkie partie (z wyjątkiem czterech posłów)? Kto reprezentuje interesy biednych, ponad 40 proc. populacji tego kraju, w parlamencie?

Nie ma różnic pomiędzy partiami, kiedy mowa o podejściu do biednych. Wszystkie partie służą kapitałowi i przedsiębiorcom. Jeśli kapitał potrzebuje taniej siły ludzkiej, państwo uaktywnia się i podejmuje ku temu środki. Przegłosowuje to prawo, przegłosowuje prawo dotyczące staży, które pozwala pracodawcom na korzystanie z siły roboczej za 50 proc. stawki minimalnej, tłumacząc, że pomoże pracodawcom zatrudniających bezrobotnych i beneficjentów socjalnych, za 500 euro miesięcznie.

To kapitał jako jedyny otrzymuje w Rumunii pomoc społeczną. Ani jedna partia nie reprezentuje biednych Rumunów, żyjących często w skrajnie złych warunkach. Nasze badania pokazują, że biedni coraz rzadziej głosują, widać tendencję spadkową wraz z każdymi wyborami. To pokazuje znów, że polityczna inteligencja nie jest przywilejem ludzi z doktoratem lub innym stopniem naukowym.

Małżeństwo ważne w całej EU

Zapadło orzeczenie korzystne dla jednopłciowej pary, która pobrała się w Brukseli – Amerykanina i Rumuna. Ten pierwszy starał się o legalny pobyt w Rumunii powyżej 3 miesięcy (taki przywilej przysługuje współmałżonkom obywateli państw UE), ale Bukareszt twardo stał na stanowisku, że nie uznaje małżeństw jednopłciowych, zatem pozwolenia na pobyt nie wyda. Teraz jednak musi się ugiąć.

 

Państwa członkowskie UE nie są zobowiązane do uznania ważności małżeństw jednopłciowych zawartych poza swoimi granicami, jednak będą musiały je respektować w kwestii swobody przepływu osób.

Adrian Coman i jego mąż, obywatel USA Clay Hamilton wywalczyli prawo do pobytu Amerykanina w Rumunii. – Dziś zwyciężyła ludzka godność – powiedzieli mediom po ogłoszeniu wyroku 5 czerwca.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że pojęcie „współmałżonek” w dyrektywie dotyczącej swobody przepływu osób obejmuje małżonka tej samej płci. Możliwe jest więc przyznanie małżonkom tej samej płci pewnych uprawnień na gruncie prawa unijnego w każdym państwie UE! 🌈

Do tych regulacji będą musiały stosować się wszystkie państwa UE – w tym Polska. Oburzenie orzeczeniem TSUE na prawicy już zdążyło wybuchnąć. Krystyna Pawłowicz uznała, że i tak „wie lepiej” niż europejscy urzędnicy i przedstawiła własnąinterpretacj ę obowiązującego prawa:

Komentarze pełne obrzydzenia publikowali w mediach społecznościowych również Kaja Godek (uzyła hasztagu „stop dewiacji”) i Krzysztof Bosak (według niego „trwa spór o wyższość prawa unijnego nad narodowym”. Wypowiedział się również szef Instytutu Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski, który domagał się reakcji od Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Za to radość środowisk LGBT. „Polski rząd, który od lat konsekwentnie opiera się równościowym trendom, będzie musiał ten stan rzeczy zaakceptować. Dlatego z niecierpliwością oczekujemy na reakcje władzy kraju, w którym żyją 2 miliony osób LGBT – tej liczby obywateli i obywatelek nie sposób ignorować!” – skomentowali orzeczenie działacze Kampanii Przeciw Homofobii.

Podążający śladem Trumpa

W poniedziałek 21 maja ambasada Paragwaju została oficjalnie przeniesiona do Jerozolimy. Paragwaj jest trzecim po USA i Gwatemali krajem, który przeniósł tam swoją ambasadę.

 

W inauguracyjnej ceremonii wziął udział urzędujący prezydent Paragwaju Horacio Cartes (pełni tę funkcję do momentu objęcia urzędu prezydenckiego przez Mario Abdo Beniteza wybranego w wyborach powszechnych 22 kwietnia) oraz premier Izraela Binjamin Netanyahu. Podczas ceremonii obydwaj politycy nie szczędzili sobie pompatycznych duserów. – Jest to historyczny dzień, który umacnia więzi między Paragwajem i Izraelem – perorował paragwajski prezydent dodając, że jest to wielki dzień zarówno dla Izraela, jak i dla Paragwaju oraz dla przyjaźni obu krajów. W równie pompatyczny sposób zrewanżował mu się Netanyahu mówiąc, iż decyzja Paragwaju to „nie tylko poparcie dla naszego rządu, lecz także wyraz głębokiej wdzięczności dla narodu Izraela”. Jak można było oczekiwać, decyzja Paragwaju spotkała się z ostrą krytyką ze strony palestyńskiej. Jak oświadczyła Hanan Aszraui, jedna z czołowych postaci w Organizacji Wyzwolenia Palestyny, „podejmując tak prowokacyjne i nieodpowiedzialne działania będące w wyraźnej sprzeczności z prawem międzynarodowym i konsensusem Paragwaj konspiruje ze Stanami Zjednoczonymi i Gwatemalą aby umocnić wojskową okupację i przypieczętować los okupowanej Jerozolimy”.

Przypomnijmy, że 21 grudnia 2017 Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło przygniatającą większością głosów rezolucję określającą amerykańską decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela za nieważną i nie mającą mocy prawnej. Przeciwko rezolucji głosowało oprócz USA i Izraela jeszcze siedem państw w tym Gwatemala. Paragwaj natomiast wstrzymał się od głosu, podobnie jak jeszcze 34 kraje łącznie z Polską. Za rezolucją zagłosowały za to czołowe państwa europejskie, jak RFN, Francja, Wielka Brytania czy Hiszpania.

Wśród państw, które wstrzymały się od głosu była również Rumunia. Jednak ostatnio w Bukareszcie zapowiedziano podjęcie kroków mających na celu przeniesienie ambasady do Jerozolimy. Publicznie poinformował o tym w końcu kwietnia nie pełniący co prawda żadnych funkcji państwowych, lecz sprawujący faktyczną władzę lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea. Oświadczył za pośrednictwem telewizji, że rząd już wszczął procedurę przemieszczenia ambasady. Uzasadniając taką decyzję Dragnea powoływał się zarówno na „szczególne symboliczne wartości”, jak i na względy praktyczne. Jak podkreślił, Izrael posiada duże wpływy międzynarodowe co „przyniesie Rumunii wielkie korzyści”. Argumentował też, że „podobnie jak wszyscy Izrael ma prawo ustanawiania sobie stolicy gdzie chce” nie dodając, że status Jerozolimy jest przypadkiem szczególnym.

Na decyzję o przeniesieniu ambasady musi jeszcze wyrazić prezydent Klaus Iohannis, który jednak odnosi się do niej sceptycznie. Oświadczył, że w tej kwestii nie był informowany ani konsultowany i wezwał rząd oraz czołowe siły polityczne do „wykazania się odpowiedzialnością i wnikliwym podejściem do najważniejszych decyzji w obszarze polityki zagranicznej mających strategiczne następstwa dotyczące również bezpieczeństwa państwa”.

W Izraelu spekuluje się, że do Stanów Zjednoczonych, Gwatemali i Paragwaju dołączy jeszcze klika innych państw, wśród których wymieniane są Czechy, gdzie prezydent Miloš Zeman znany jest ze swoich proizraelskich sympatii. Już następnego dnia po decyzji Trumpa o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy zaproponował, aby „wcześniej czy później” uczyniły to również Czechy dodając, że taki pomysł miał już przed czterema laty. Natrafił jednak na opór ze strony rządu. Premier Andrej Babiš zakomunikował, że rząd nie ma takiego zamiaru argumentując, że amerykański prezydent podjął nietrafną decyzję o czym świadczą światowe reakcje.