Niedorzecznik

Nad kandydaturą nowego Rzecznika Praw Dziecka debatowały sejmowe komisje. W piątek posłowie zagłosują za lub przeciw Mikołajowi Pawlakowi, pracownikowi Ministerstwa Sprawiedliwości.

 

Długo zastanawiałam się, o co chodzi: czy w naszym kraju najwyraźniej nie ma osoby kompetentnej, aby powołać ją na urząd RPD, skoro Sejmowi/Senatowi nie udało się to już cztery razy? Najpierw na straty poszli kandydaci opozycji: Ewa Jarosz i Paweł Kukiz-Szczuciński. Było to jednak dość oczywiste: pierwsza chciała 500-plusa dla wszystkich dzieci, a nie życzyła sobie klapsów; drugi już przez sam fakt leczenia arabskich dzieci z Syrii był podejrzany. Poległa Sabina Zalewska ze swoimi obawami o nastanie pajdokracji i oskarżeniami o plagiat. Też logiczne – robiłaby rządzącym zły PR.
Poległa wreszcie Agnieszka Dudzińska, szanowana w środowisku obyczajowa konserwatystka – i tu, szczerze mówiąc, przestałam rozumieć logikę sejmowych przepychanek. Dudzińska była wszak kandydatką idealną z punktu widzenia PiS. Ale na szczęście pojawił się on – cały na czarno. I wtedy doszło do mnie, że Zjednoczona Prawica ma bardzo konkretną wizję osoby, którą chce na ów urząd powołać. W żadnym wypadku nie może być to społecznik, lecz religiant.
Mikołaj Pawlak jest świętszy od samego papieża. Katolicko wykształcony od liceum, znawca prawa kanonicznego, nie uznający rozwodów (za wyjątkiem tych kościelnych, których udzielanie przez 11 lat opiniował). Chciał zresztą zmieniać prawo rodzinne tak, aby ex-małżonkowie w przypadku rozwodów bez orzekania o winie nie dostawali zwrotu kosztów sądowych. Zamiast bowiem zyskiwać po 3 stówki w kieszeni, po wyjściu z sali rozpraw powinni zacząć smażyć się w ogniu piekielnego potępienia. Pawlak domagał się, aby zaoszczędzone pieniądze w zamian szły na mediacje między małżonkami posiadającymi małe dzieci, aby za wszelką cenę ocalić ich od rozwodu.
To i tak jednak akcent humorystyczny w porównaniu z tym, co chciałby zapisać w ustawie o nieletnich: zbuduje ośrodki readaptacji społecznej (takie bardziej lajtowe poprawczaki), do których wsadzane będą już 13-latki. Żeby tylko. Według wizji nowego kandydata na RPD już 10-letnie dziecko mogłoby odpowiadać za popełnienie czynu karalnego. To zresztą kontynuacja polityki karnej Zbigniewa Ziobry (za pierwszej kadencji rządu PiS również chciał obniżyć wiek karalności – do 15 lat). Pawlak rozdysponował również znikomy procent ministerialnego funduszu służącego pomocy ofiarom przestępstw i resocjalizacji więźniów. Strach zapytać, na co w tym wypadku chciałby przekazać oszczędności. Może 600 plus na każde dziecko przeznaczone w przyszłości do seminarium?
RPD ma być urzędem służebnym wobec interesów najmłodszych – wobec dzieci z różnych środowisk, o różnym pochodzeniu i z różnym statusem majątkowym. Z rodzin pełnych i niepełnych, z rodzin adopcyjnych, patchworkowych, cudzoziemskich, nieheteronormatywnych. A także (co w całej sprawie „najstraszniejsze”): z rodzin po rozwodach. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wybór tego kandydata zaspokoi potrzeby jedynie wąskiej grupy: ultrakonserwatywnych, głęboko wierzących rodziców, przekonanych o zbawiennej sile kar i autorytetu mierzonego klapsem.
Trzeba przyznać, że opozycja zagrała dziś wyjątkowo sprytnie: opiniując negatywnie kandydaturę Pawlaka, znalazła formalny wybieg, który można do niego przyłożyć: brak wymaganego pięcioletniego doświadczenia w pracy na rzecz dzieci lub z dziećmi. W departamencie spraw rodzinnych u Ziobry Pawlak pracuje bowiem dopiero od 2016. Rządzący natomiast pragną jeszcze „dopytywać go o życiorys”, mając nadzieję, że jednak „przepchną” go dalej. Sama nie wiem, czy bardziej chcę, żeby im się to w najbliższy piątek udało, czy jednak nie. Patrząc na tendencję w wyborach kolejnych kandydatów wskazywanych przez PiS, mam obawy, że następnym może okazać się sam arcybiskup Głódź.

Dom zły

Medal, który nazywa się „wzmocnienie instytucjonalnej roli rodziny” pod rządami obecnej władzy ma dwie strony.  Jedna to same „plusy”: 500+, Wyprawka+, Mama+. Po drugiej jednak budzą się demony: wraca dyskusja o uświęconym klapsie, która, zdawać by się mogło – odeszła już w niebyt razem z epidemiami chorób zakaźnych.

 

Z przekonaniem o zbawiennym działaniu klapsa wraca zaś front obrony patriarchatu. Jego oficjalnymi twarzami są posłowie Zbonikowski i Piasecki. Oraz gratulująca radnym Zakopanego Beata Szydło.
O węzłowe tezy i kluczowe koncepcje nowej-starej prawicowej wizji wychowania dzieci zapytałam specjalistów: Dorotę Zawadzką, psycholożkę, szerzej znaną jako Supernianię i Andrzeja Gąsiorowskiego, adwokata i filozofa.

 

Klaps. Tradycja czy chochoł?

W prawicowych mediach ruch obrony klapsa zmobilizował się z początkiem wakacji: to szczególny czas. Nie dość że mamy rok wyborczy, to za chwilę kadencję skończy urzędujący rzecznik praw dziecka. Wszystko wskazuje na to, że zastąpi go kandydatka popierana przez PiS i Ordo Iuris, zrównująca prawo do niebycia cieleśnie karconym z pajdokracją.
Z tej okazji o dobroczynnym wpływie klapsa poczuli się w obowiązku przypomnieć m.in. Krzysztof Bosak („Poprawny politycznie chórek od klaps=bicie powinien pójść dalej w swoim pedagogicznym rewizjonizmie i postulować zakazania prowadzenia za rękę, potrząsania, przytrzymywania, kładzenia do łóżka, wkładania do wanny, zatrzymywania i zamykania w pokoju. To wszytko formy przemocy!”), Krzysztof Czabański („dzieci należy rozpieszczać, ale klaps nie przeszkadza w tym – czasem pomaga”) czy Łukasz Warzecha.
Ten ostatni pisze:
„Da lewicy charakterystyczne jest przekonanie, że niczego nie można pozostawić w sferze przychodzących w sposób naturalny interpretacji (…). Tam, gdzie lewica stara się zniweczyć tradycyjne wartości, jest to metoda nienowa. W sprawie kar cielesnych zdrowy rozsądek zlikwidowano (…). Najpierw zakaz stosowania kar cielesnych, potem zakaz ‘przemocy psychicznej’, a wreszcie – całkowite rozmontowanie mechanizmu władzy rodzicielskiej”.
Moi rozmówcy ciężko wzdychają, kiedy pytam o tekst „Klaps z ideologią” z 32. numeru „Do Rzeczy”:
– Niestety czytałam – krzywi się Dorota Zawadzka. – To faktycznie „klaps z ideologią”, bo wszystko jest w tym tekście pomieszane: polityka, bezpieczeństwo, wiedza naukowa z teoriami spiskowymi… przede wszystkim to powrót debaty, która trwa od początków PRL, debaty pt. „jak daleko państwo może się wtrącać rodzicom”. Kiedyś wtrącało się bardziej, później przyszła tzw. „wolność” i niektórym, zarówno rodzicom, jak i psychologom, uderzyła do głów tak bardzo, że poszło to w przeróżnych kierunkach: zarówno w „zasady są bez sensu, żadnych zasad, wolno wszystko!”, jak i w kierunku „nikt mi nie będzie mówił”. Tekst Warzechy to właśnie taki typowy manifest rodziców, „którym nikt nie będzie mówił”. Sami chcą decydować, czy kara ma być fizyczna, czy inna. Tu nie chodzi już o dziecko, tylko o nich samych, o poczucie, że ktoś im coś zabiera, do domu zagląda.
– Dla mnie to są fiksacje par excellence religijne, charakterystyczne dla prawicy – mówi z kolei Andrzej Gąsiorowski. – Myślenie religijne zakłada m.in. dychotomiczny podział świata, kult obrony nienarodzonych, bezwarunkową eksploatację przyrody oraz rodzicielską rolę karzącego sędziego. Oczywiście z większym naciskiem na rolę ojcowską niż macierzyńską. Kiedy dziecko dostaje lanie, to jakiś ład moralny zostaje przywrócony. Tylko, że nie. Dziecko jest tym absolutnie wstrząśnięte. Marksowsko rzecz ujmując, przemoc jest wynikiem pewnego ukształtowania stosunków społecznych. Mniej nas dziwi, kiedy przemoc stosują ludzie nieporadni, o niskim społecznym kapitale. Tacy, którzy nie znają innych sposobów wyrażania frustracji czy bezradności. Ale wykształceni ludzie, o pewnym pułapie wrażliwości, którzy przemoc stosują bądź aprobują, tak naprawdę przenoszą ją na nowy poziom, jest w tym coś obscenicznego. Powinni ponosić dotkliwsze kary. Dla autorów takich tekstów będzie osobne miejsce w piekle.
„Kolejny standardowy argu ment to ten, że każdy klaps jest wychowawczą porażką. I on jest fałszywy. O wychowawczej porażce lub sukcesie możemy mówić, gdy dziecko przestaje być dzieckiem i staje się dorosłym” – pisze dalej Warzecha.
Andrzej Gąsiorowski: – Dom rodzinny daje małemu człowiekowi jedyną szansę na przeżycie doświadczenia pewnej formy ziemskiego raju. Dawanie klapsów to w dziecku rujnuje. Dzieci, które te klapsy dostają, nie są później w stanie takiego raju dalej budować. Kiedy widzą własnych rodziców jako sąd i kata, nie są później w stanie ani dostać, ani dać bezpieczeństwa. Kara cielesna zawsze w jakimś sensie dziecko gwałci i daje mu w dorosłym życiu przekonanie, że nie ma na świecie ani jednej takiej takiej osoby, która go nie ukarze. A potem życie w świecie wymierzania kar kształtuje nie tylko relacje partnerskie czy rodzinne, ale również szersze, społeczne.
Dorota Zawadzka: – Wywoływaniem takiej debaty prawica niszczy to, co żeśmy przez ostatnie lata zbudowali: podmiotowość dziecka, prawo do autonomii, do tego, żeby je traktować jak pełnowartościowego człowieka. Ile jeszcze będziemy słuchać refrenu „przecież nas też bili i wyrośliśmy na porządnych ludzi”? No nie, jeśli bijesz kolejne pokolenia i nie widzisz w tym nic złego, to raczej nie wyszło ci to na zdrowie. Czasy się zmieniają, wiedza o wychowaniu się zmienia, a my nadal nie uczymy się jako społeczeństwo.
Tu czuję się w obowiązku uderzyć w pierś w imieniu środowiska, bo przez wiele lat psychologowie mówili rodzicom tylko o tym, czego nie wolno; zabraniali, nie podając alternatywy. Ale i to ewoluuje. Tymczasem Łukasz Warzecha pyta cynicznie: „To już nie mogę w nerwach uderzyć dziecka bo zostanę znęcaczem?”. Możesz – ale wiedz, że nie powinieneś. To się zdarza, każdy popełnia błędy – ale walcz z tym, edukuj się, edukuj w miarę możliwości innych. Nie legitymizuj przemocy stwierdzeniami, że to jest metoda wychowawcza oparta na tradycji. Tradycje, które mamy, i na które konserwatyści się powołują, to złe tradycje. Po prostu.

 

Nowy kodeks rodzinny. Odpowiedzialność czy władza?

„Kończący swoją kadencję jako rzecznik praw dziecka Marek Michalak proponuje zmiany w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, a w tym zastąpienie używanego tam pojęcia władzy rodzicielskiej pojęciem odpowiedzialności rodzicielskiej. To byłaby w istocie fatalna rewolucja. (…) Rodzice mają nad dzieckiem władzę, czyli mogą coś nakazać i wyegzekwować wykonanie polecenia, dziecko zaś ma się im podporządkować” – ocenia Łukasz Warzecha.
Nowy projekt kodeksu zrecenzował również (a opinia ta jest zdecydowanie bardziej wiążąca dla resortu Elżbiety Rafalskiej) Konrad Dyrda z Ordo Iuris:
– Wprowadzenie proponowanych rozwiązań może działać niezwykle destrukcyjnie na życie rodzinne. Powodem tego jest silne zaangażowanie dziecka w spory z rodzicami oraz przeniesienie ich na forum państwowe. Jednocześnie prymat przyznano tu niejasno określonej zasadzie „dobra dziecka”. Przeciwstawiono ją jednocześnie „dobru rodziny”, co jest zabiegiem sztucznym, a jego konsekwencją może być pozbawianie rodziny jej funkcji wychowawczych.
Nowy kodeks wydaje się przegraną sprawą.
– Projekt miał kilka niezręczności. Najpierw naraził się kobietom i lewicy, kiedy w pierwotnej wersji mówiło się o penalizowaniu spożywania alkoholu w ciąży, później – po debacie ze środowiskiem kobiecym – z tego zrezygnowano i poprzestano na edukacji i uświadamianiu. Ja osobiście miałam też wątpliwości co do użycia sformułowania „dzieci nienarodzone”. Nie jest przecież rolą rzecznika praw dziecka dekretować, od kiedy „zaczyna się człowiek” – choć człowiek w ustawie o rzeczniku zaczyna się od poczęcia właśnie. Stąd to sformułowanie. Natomiast „odpowiedzialność” jest szerszym pojęciem niż „władza”, ale przede wszystkim lepszym i bezpieczniejszym dla dziecka – uważa Superniania. – Dziecko nie jest niczyją własnością, lecz podlega odpowiedzialności dorosłych. To się nie spodobało.
Rozmowy trwają, zobaczymy, jak wyjdzie. Żyjemy w tak „ciekawych czasach”, że w naszej rzeczywistości politycznej możliwe jest wszystko – komentuje Zawadzka. – Rzecznik sam z siebie nie ma mocy ustawodawczej, może tylko coś zarekomendować. Projekt został zgłoszony do prezydenta i do konsultacji społecznych. Wiele zależy od Andrzeja Dudy. A nuż przyjdzie mu do głowy go poprzeć, tak jak pamiętną sprawę z solariami (teraz są dozwolone od 18 r. ż. – przyp. WK) – to też był pomysł rzecznika, choć wszyscy oklaskiwali go jako prezydencką inicjatywę.

 

Nowy rzecznik praw dziecka. Cywilizacja czy pajdokracja?

Jedną z publikacji Sabiny Zalewskiej, kandydatki PiS na RPD, napisaną dla Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Dorota Zawadzka odgrzebała i upubliczniła na Twitterze. Wywodząca się z katolickich środowisk pedagożka postawiła tezę, iż dążenie lewicy do całkowitego zakazu kar cielesnych jest utopią i jedną z form pajdokracji. Innym jej przejawem – wywodziła kandydatka PiS – jest samo funkcjonowanie urzędu RPD (na który autorka w 2018 kandyduje).
Czy można się spodziewać, że tak jak poprzedni rzecznik, po objęciu stanowiska Zalewska będzie interweniować w niekorzystne dla dzieci wyroki sądów (Marek Michalak w 2015 sprzeciwił się orzeczeniu, które zapadło w Warszawie i uznało klapsa za „jeden ze sposobów wyrażenia władzy rodzicielskiej”?).
Andrzej Gąsiorowski: – Na pewno w takich sprawach rzecznik będzie interweniować rzadziej albo wcale. Mamy już fasadowy Trybunał Konstytucyjny i taką samą Krajową Rade Sądownictwa, za chwilę będziemy mieli fasadowy Sąd Najwyższy. Tak samo będzie z RPD, co do tego nie ma wątpliwości. Na pewno będzie trochę inny klimat. Gorszy.
Z drugiej strony na pewno ci, którzy do tej pory nie dawali klapsów, nie będą chcieli dawać ich nadal. Osobiście nie wierzę w to, że sądy, kuratorzy czy pomoc społeczna są w stanie w takim stopniu zaingerować w rodzinę, aby całkowicie wyeliminować przemoc i kary cielesne jeśli nie ma ku temu woli i przekonania. Są w stanie łagodzić lub ograniczać sytuacje przemocowe. Należy się spodziewać, że kiedy przyjdzie nowy rzecznik i nastąpi zmiana myślenia na tym gruncie, będzie to ograniczane w mniejszym stopniu.
Dorota Zawadzka: – Przyzwolenie władzy czy organów administracyjnych jest kluczowe. Inaczej kształtuje się chociażby społeczeństwo, w którym policja chroni nie tych, co trzeba…
Byłam doradcą odchodzącego rzecznika, który konsekwentnie promował rodzicielstwo bez klapsów. Teraz absolutnie nie idziemy w dobrym kierunku. Pozostaje mieć nadzieję, że nowa pani rzecznik nie myśli tak, jak napisała w swojej pracy. Że pisała o pajdokracji i lewackich fanaberiach, bo takie było konkretne zamówienie. Wreszcie, jak mawiają, „tylko krowa nie zmienia poglądów”.
Bardziej bym się niepokoiła o to, że kwestionowała zasadność istnienia stanowiska, o które się ubiega. I o jej bezkrytyczne podejście do religii, wartości chrześcijańskich, jako jedynych godnych upowszechniania. Niedobrze by było, gdyby nowy RPD miał takie przekonania bo to grozi wylądowaniem w środku kruchty. Formalnie nadal jesteśmy krajem świeckim. Nie mówię, że nowy rzecznik musi koniecznie być lewicowy, ale warto żeby przynajmniej widział obie strony.

 

Nowelizacja ustawy. Przemoc czy konflikt?

Wirtualna Polska alarmuje: w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki społecznej trwają ciche prace nad nowelą Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Z obecnego zapisu o treści: „jednorazowe albo powtarzające się umyślne działanie lub zaniechanie naruszające prawa lub dobra osobiste” przewiduje się wykreślenie słowa „jednorazowe”. Inne niepokojące zmiany, o których szepczą dziennikarze to możliwość wglądu sprawców przemocy w Niebieską Kartę jeszcze przed postawieniem zarzutów, odejście od możliwości odebrania dziecka rodzicom przez służby, a także zmiana definicji przemocy (nie będzie już „przemocy w rodzinie”, bo takie sformułowanie godzi w jej integralność). Z prac wyłączony został Marek Michalak. Ale o nich słyszał:
– Kierunek tych zmian nie zmierza do zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom w przypadku zagrożenia przemocą. Jeśli tylko zmiany przepisów wyżej wymienionej ustawy zostaną przedstawione do konsultacji, poddamy je szczegółowej analizie.
Na etapie anonimowych doniesień można było podejrzewać dziennikarską nadwrażliwość. Ale niepokojące sygnały się potwierdzają.
Superniania: – Owszem, mamy przecieki, że rząd chce się wycofać z konwencji antyprzemocowej; że nie będziemy mogli mówić o „przemocy w rodzinie”, bo to jest jej „patologizowanie”. Będziemy mogli mówić albo o przemocy „domowej”, albo o „konfliktach” – co jest absurdem, bo konflikt zakłada pewną równowagę, a między dzieckiem i rodzicem nie ma tej równowagi, jest typowa relacja władzy. Tam nie ma konfliktu, jest przemoc! Ale tak, są takie pomysły.
Przypominam mojej rozmówczyni wypowiedź Mateusza Morawieckiego o tym, że do przemocy częściej dochodzi w związkach nieformalnych.
– To typowa prawicowa manipulacja – słyszę. – Bazująca na tym, że w ogóle dziś jest więcej konkubinatów, a mniej małżeństw, bo ludzie się po prostu nie pobierają. Ta przemoc jest wszędzie, w związkach takich i siakich, ale już można ze spokojem sumienia obwieścić, że korzenie zła tkwią w konkubinatach. W podobny sposób manipulowano osiem lat temu, kiedy forsowaliśmy w Sejmie tę obowiązującą ustawę. Prawica przyprowadziła wtedy taką Szwedkę, która założyła sobie jakieś mikrostowarzyszenie (chodziło o Ruby Harrold-Claesson ze „Skandynawskiego Komitetu Praw Człowieka” – przyp. WK). Ta kobieta w rzeczywistości była no-namem, ale przedstawiano ją jako chodzący dowód na to, że postępowa Szwecja wycofuje się z zakazu klapsów i teraz będzie można bić dzieci. Oczywiście, i u nich istnieje grupa radykalnych posłów, która takie hasła czasem pokrzykuje, ale na tej samej zasadzie, co nasz Korwin.

 

Szarpał, ale nie bił

Administracyjny glejt na przemoc uderzy nie tylko w dzieci. Również w kobiety. Ogólnie – w słabszych.
Sąd umorzył postępowanie karne wobec posła Łukasza Zbonikowskiego, uznając, że szkodliwość społeczna czynu była znikoma. Odebranie telefonu żonie, by nie mogła go nagrywać – szkodliwość żadna. A szkodliwość publicznych stwierdzeń, takich jak „ładna, żeby seks nie był przymusem. Niewysoka, z płaską głową, żeby można było na niej postawić szklankę z piwem. Do tego posłuszna, inteligentna i w miarę majętna. Powinna być katoliczką – by wiedziała, gdzie jej miejsce. Dobrze, aby była naiwna, bo uwierzy w co trzeba”?
– Do tej pory polskie sądy całkiem nieźle radziły sobie ze sprawami o przemoc. Nie chciałbym na tym przykładzie przesądzać o jakimś procesowym trendzie – mówi Andrzej Gąsiorowski. – Taką zmianę będzie można ocenić po dwóch, trzech latach działania „nowego” systemu sądownictwa. Ale tak jak mówiłem wcześniej, wyrok sądu może eliminować skutki, nie przyczyny przemocy. Procedury naprawcze są w znacznej mierze fikcyjne. Jeśli baza jest zła, to nadbudowa w postaci wyroków czy magicznych zapisów w konwencjach niewiele zmieni. Co jest bazą? Bardzo często nadal uzależnienie ekonomiczne. Bogate kobiety rozwiązują problem przemocy przez kupienie bądź wynajęcie mieszkania i odizolowanie się od partnera.
Na pewno dziś opinia publiczna jest na takie historie bardziej znieczulona. Żyjemy w stanie pełzającej moralnej anomii. Jeszcze 15 lat temu ostracyzm społeczny nie pozwoliłby pełnić funkcji politykowi, który miałby zarzut znęcania się nad żoną. Ale kapitalizm tak ludzi wyniszczył, że myślą tylko o tym jak iść do pracy i po tej pracy odpocząć. A jakiegoś tam posła odbierają w charakterze sensacji. Tak nie powinno być, ale tak jest.

 

Zróbmy coś.

Ale co?
Zawadzka: – Marzy mi się, żeby temat dzieciństwa bez przemocy podjęli dziennikarze. Ale nie feministyczni, lewicowi, czy ci z Krytyki Politycznej. Tacy piszący do kolorowych gazetek za złoty pięćdziesiąt, które się pochłania w autobusie czy pociągu. Na stronie biura RPD znajduje się kapitalna kampania: filmik z babcią, która tłumaczy innym staruszkom: „Kiedyś to się dzieci biło… ale to nie było dobre”. Jednak problem z nawet najlepszą kampanią społeczną jest zawsze taki, że dociera do już przekonanych albo nie wychodzi szerzej poza krąg specjalistów. Tu potrzeba wyjścia do masowego odbiorcy, do starszych ludzi, do tego rolnika, z którego śmiał się „Fakt”, że głosował na Prawo i Sprawiedliwość.
Gąsiorowski: – Wszystkie narzędzia, którymi dysponuje dziś państwo, mądrze używane będą przyzwoicie spełniać swoją rolę. Naprawdę wartościową inicjatywą przynoszącą rodzinom korzyści jest wprowadzenie instytucji asystenta rodziny. To jest realny ukłon w stronę „podstawowej komórki społecznej”. Tam, gdzie rodzice są niewydolni wychowawczo, asystent podsuwa rozwiązania pozbawione elementu przemocy. To trochę taki edukator pierwszego kontaktu. Niestety przy instytucjonalnym przyzwoleniu na przemocowe zachowania (jak ten absolutnie obrzydliwy gest Beaty Szydło gratulującej radnym Zakopanego), ich głos może się zamienić w głos wołającego na puszczy.

„Jest to trochę krępujące, nieprawda?”

Taki komunikat, zaraz pod wielkim napisem „Błąd 404” wyświetla się w linku, który jako pierwsza wygrzebała z odmętów Twittera znana „superniania”, psycholożka Dorota Zawadzka, obnażając hipokryzję kandydatki PiS na urząd Rzecznika Praw Dziecka. Pięć lat temu, czyli dokładnie tyle, ile trwa jedna kadencja na tym stanowisku, Sabina Zalewska dowodziła w swojej publikacji „Pomiędzy prawami dziecka a pajdokracją. Refleksja nad Kartą Praw Dziecka”, że ten urząd to fanaberia przewrażliwionych ideologów.
Jaki jest według oficjalnej kandydatki, z glejtem Centrum Informacyjnego Sejmu, najlepszy dowód na postęp pajdokracji w Polsce? Stworzenie instytucji RPD, która podobnie jak „mnożenie kampanii o maltretowaniu dzieci przez opiekunów” i „zakaz karania fizycznego za nieposłuszeństwo” ma „oblicze ideologiczne”.
Treść owej rozprawy teoretycznie została już usunięta ze strony kandydatki, choć w praktyce, w internecie – jak w przyrodzie – nic nie ginie (polecamy szczególnie ostatni rozdział. Przywoływany wcześniej Janusz Korczak nie tylko przewraca się w grobie, ale przypuszczalnie wiruje już wokół własnej osi). Zagwozdka: czy pani rzecznik in spe zawstydziła się swoich wcześniejszych wynurzeń? Może w międzyczasie została pajdokratką? A może po prostu skumała, że PiS może się obrazić, bo jednak to trochę głupio wygląda w papierach, kiedy godzisz się zostać szefem jakiegoś urzędu, chociaż wcześniej gardłowałeś, że ten urząd to szkodliwa lewacka (o tym za chwilę) propaganda, i musiałeś pisać takie rzeczy na zaliczenie, bo księża z twojej Alma Mater nie daliby ci piątki do indeksu i nie umożliwili starań o dwie literki przed nazwiskiem.
Marek Michalak nie był rzecznikiem idealnym. Błysnął pomysłem powołania instytucji „adwokata dziecka poczętego” i chciał wysyłać kobiety pijące w ciąży na przymusowe odwyki. Dość niefortunnie zaprezentował również przyjętą przez siebie strategię wobec protestu niepełnosprawnych w Sejmie. Nie pojawił się tam, bo „tam nie było dzieci, a dorosłe osoby niepełnosprawne z opiekunami”, o które nie pozwala upominać się jego mandat. Formalnie miał sto procent racji. Jednak opinia publiczna odebrała to jako gest lekceważenia. Bo cóż mu szkodziło skutecznie upomnieć się o nich „poza mandatem” i przy okazji przypomnieć o problemach dzieci z niepełnosprawnościami?
Trzeba przyznać, że Michalak zawsze jednak podkreślał, że klaps nie jest metodą wychowawczą. Domagał się wyjaśnień po wyroku warszawskiego sądu z lutego 2015, w którym uznano, iż klaps lub kilkukrotne fizyczne skarcenie dziecka nie jest równoznaczne z biciem. Tymczasem dziś rządzący na jego następczynię namaszczają osobę, która otwarcie przyznawała się do pobłażania fizycznym karom.
Co ciekawe, w wywodach potencjalnej pani rzecznik nie zabrakło również straszenia lewicą. W jej mniemaniu bowiem u podstaw pajdokracji leży „lewicowa teza, że człowiek musi być bezustannie emancypowany od wszelkich form uzależnienia i uczony posługiwania się własnym rozumem”. Dalej następuje wywód o tym, iż rozum dziecięcy nie jest zdolny do podejmowania racjonalnych decyzji i dlatego kontrolę rodzicielską należy zwiększać, a nie ograniczać. Pobrzmiewa tu echo sentymentalnych westchnień Janusza Korwin-Mikkego: „Kiedyś dzieci należały do rodziców, a nie do państwa…”. Naprawdę, PiS ma jakiś szczególny dar do czynienia kozła ogrodnikiem.
Nikogo chyba nie zdziwi, że w dorobku naukowo-zawodowym pani kandydatki przewijają się takie instytucje jak Uniwersytet Kardynała Wyszyńskiego, Papieski Wydział Teologiczny, Przedszkole Sióstr Elżbietanek, Szkoła Wyższa Przymierza Rodzin czy Caritas. Aż świerzbi mnie klawiatura, aby zapytać, czy czytała katolickie klasyki o pochwale bicia dzieci pasem i drewnianą łyżką.
To wszystko jest trochę krępujące, nieprawda?