Czy TIR-Y trafią na barki?

Rozwój transportowej żeglugi śródlądowej to kosztowna i mało realna iluzja, rozdmuchiwana przez rząd PiS w celu podwyższenia słupków poparcia.
Co można w Polsce zrobić dla rozwoju naszych dróg wodnych oraz żeglugi śródlądowej? Pytanie jest ważne, bo zapowiedzi rządu Prawa i Sprawiedliwości w tej kwestii były wyłącznie propagandowe, a w rzeczywistości przez pięć lat nie osiągnięto właściwie żadnych efektów. Problem polega na kiepskiej organizacji prac, ogólnej niemożności rządu, wysokich nakładach jakie trzebaby ponieść, problematycznych efektach, a także – jest to ostatnie, choć nie najmniej ważne – na trudnej sztuce znalezienia kompromisu między dwoma opozycyjnymi stanowiskami.
Otóż ekolodzy postulują, aby jak najmniej w rzeki i cieki wodne ingerować. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej optuje z kolei za tym, by z największych polskich rzek uczynić wodne autostrady, co pozwoliłoby puścić tam duże barki i rozwinąć transport wodny. Są to oczywiście tradycyjne bajania rządu PiS z których nic nie wyniknie, ale rządowe udawanie, że się zamierza rozwijać żeglugę śródlądową, utrudnia jednak działania ekologiczne, mające chronić rzeki.
Ponadto, nie jest prawdą, by Komisja Europejska oczekiwała od nas rozwoju śródlądowej żeglugi, jak często przekonuje nieprawdziwie strona rządowa. W rozwiniętej Europie zauważa się bowiem wysokie koszty, jakie spowodowało zmienianie rzek w uregulowane koryta dla celów rozwoju transportu wodnego. Doktor Przemysław Nawrocki, ekspert WWF podkreśla, że możemy przerzucić dużą część transportu kołowego na tory, co pozwoli nam osiągnąć znaczący efekt ekologiczny: – Polskie rzeki są kilkukrotnie mniejsze niż Ren czy Dunaj. Nie widzę więc żadnego racjonalnego argumentu ekonomicznego, by inwestować miliardy złotych w poprawę akurat tej gałęzi transportu, która już teraz odgrywa w Polsce marginalną rolę – uważa ekspert.
Anna Moskwa, wiceminister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej utrzymuje jednak, że inwestycje w żeglugą śródlądową nie przekreślają całego szeregu innych inwestycji, które mają rozwinąć tzw. małą retencję i pomóc mieszkańcom, rolnikom oraz samorządom dopasować się do stopniowych zmian klimatu.
„Patrzymy na gospodarkę wodną kompleksowo, czyli zarządzamy nią tak, by przeciwdziałać suszom i powodziom. Budowle hydrotechniczne, które niedawno służyły nam do nawadniania, teraz pozwalają zmniejszyć skalę podtopień” – oświadczyła A. Moskwa na krajowym szczycie klimatycznym TOGETAIR. Według wiceszefowej resortu, ryzyka powodzi nie da się wyeliminować całkowicie, ale da się je maksymalnie zmniejszyć. Zapowiedziała ona, że ministerstwo na bieżąco aktualizuje swoje plany na wypadek powodzi i wraz z państwowym przedsiębiorstwem Wody Polskie przygotowuje je na kolejne lata. No cóż, lepiej późno niż wcale. Zdaniem wiceminister: „jesteśmy coraz lepiej przygotowani pod kątem organizacyjnym oraz inwestycyjnym”.
Wojciech Skowyrski, dyrektor departamentu przygotowania i realizacji inwestycji w PGW „Wody Polskie uważa, że o gospodarce wodnej musimy myśleć całościowo, bo zarówno retencja, jak i rola rzek, oraz dużych zbiorników tworzą system naczyń połączonych. Przede wszystkim zaś, jego zdaniem, pierwszym zadaniem, z którym musimy się dziś mierzyć jest dostarczanie wody mieszkańcom w odpowiedniej jakości i ilości.
„Konieczne jest też, by poprawić retencję i doprowadzić ją do stanu, w którym możemy gospodarować ok. 20 proc. wody, a nie 6,5 proc. jak dziś. W Hiszpanii ten wskaźnik sięga 40 proc. Dlatego też w Polsce musimy za każdym razem mieć to na uwadze, gdy planujemy strategie i finansujemy inwestycje” – mówi W. Skowyrski.
Generalnie zaś, musimy widzieć wspólne interesy różnych grup i całościowo patrzeć na wody. Oba te elementy można próbować połączyć, by uwzględnić kwestie społeczne, środowiskowe i gospodarcze. Jak na razie jednak, to się nie udaje.

Nie trzeba nam wielkiej wody

Dla skutecznego usunięcia zagrożenia powodziowego nie wystarczy
budowanie wałów, tam i wielkich zbiorników.

Hydrotechniczne, kosztowne rozwiązania, wymagające przebudowy środowiska i wylewania setek tysięcy ton betonu to najczęściej jedynie iluzja bezpieczeństwa przeciwpowodziowego.
Kotlina Kłodzka, jeden z najbardziej zagrożonych przez wylewy rzek region Polski, po 22 latach od „powodzi tysiąclecia” wciąż czeka na rzetelny program zmniejszenia ryzyka powodziowego.
Najlepiej wiedzą o tym ci, którzy tam mieszkają – po ogromnej powodzi z 1997 r., seryjnie zdarzały się tam następne: w latach 2001, 2008, 2009, 2010, 2013.

Dziewięć zbiorników

Na szczęście, ponieważ opady były mniejsze, kolejne powodzie nie przyniosły tak tragicznych skutków jak w 1997. Jednak spowodowały stałe zaniepokojenie mieszkańców i skutecznie podważyły ich wiarę w regulację rzek, budowę obwałowań oraz zbiorników zaporowych jako ewentualne panaceum na zagrożenie.
Kotlina Kłodzka, pod względem zagrożenia wodą, to jedno z wyjątkowych miejsc w Polsce. Tam z reguły powodzie przychodzą bardzo szybko, zaskakując mieszkańców i prowadząc do wielkich strat. Największa powódź w 1997 r. zniosła wiele budynków, dróg, a także przyniosła ofiary śmiertelne.
Także i dziś mieszkańcy nie mogą czuć się całkowicie bezpiecznie. Obecnie planowana jest tam przez przedsiębiorstwo Wody Polskie, z udziałem Banku Światowego, budowa 9 nowych zbiorników retencyjnych.
– Te zbiorniki poprawiają jedynie wybiórczo i w niewystarczającym stopniu bezpieczeństwo powodziowe kilkunastu tysięcy mieszkańców, na około 160 tys. osób zamieszkujących ten region. Dlatego w Kotlinie Kłodzkiej trwa dziś słuszny bunt obywateli przeciwko planom Wód Polskich – oświadcza Julia Rokicka, przewodnicząca Partii Zieloni we Wrocławiu.

Zatrzymać wodę wcześniej

Według obecnych zamierzeń Wód Polskich, budowa dziewięciu zbiorników miałaby doprowadzić do wysiedlenia około 2,5 tys. mieszkańców Kotliny Kłodzkiej.
Chodzi tu o kosztowną budowę suchych zbiorników za ok. 1,6 mld zł. Przeznaczone są one na ewentualne okresowe zalewanie – i w ten sposób mają chronić mieszkańców przed powodziami.
Zieloni uważają jednak, że ochronią jedynie w bardzo ograniczony sposób.
Wiadomo nie od dziś, że najskuteczniejsze byłoby zwiększenie retencji wodnej w dorzeczach, tak by jak najwięcej wody zatrzymywały dopływy.
Potrzebna byłaby też deregulacja – czyli w tym przypadku, oddanie dolinom rzecznym ich przestrzeni i tam gdzie to możliwe, usunięcie wałów, by wysoka woda miała gdzie się bezpiecznie rozlewać.
Konieczna jest także skuteczna ochrona terenów podmokłych, stanowiąca odpowiedź na kryzys klimatyczny.
Wszystkie te działania są bardziej żmudne i mniej efektowne, niż roboty hydrogeologiczne na wielką skalę. Trudno też zarobić duże pieniądze na realizacji.
W dodatku, nie zawsze są możliwe do przeprowadzenia, bo po prostu brakuje terenów, które można byłoby wykorzystywać jako obszary zalewowe (często już od setek lat mieszkają tam ludzie)
Dlatego więc w Polsce ochrona przeciwpowodziowa została praktycznie zdominowana przez lobby, które stosuje niemal wyłącznie kosztowne rozwiązania techniczne, finansowane z budżetu i kolejnych pożyczek Banku Światowego.
– Zagrożenie powodziami i suszami zwiększa się w wyniku postępujących zmian klimatycznych. A tymczasem, zwycięża szkodliwe i kosztowne myślenie o rzekach, jako o hydrotechnicznych ciekach do szybkiego spuszczania wody – podkreśla Radosław Gawlik, były wiceminister środowiska, który od wielu lat zajmuje się kwestiami ochrony wód.
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że to podejście jest błędne i buduje często groźną iluzję poprawy bezpieczeństwa.

Nie budować i wysiedlać miliony

Polscy Zieloni, jako partia radykalna, proponują bezwzględny zakaz zabudowy mieszkaniowej na terenach zalewowych. Pewien problem polega na tym, że na tych terenach w Polsce już od zawsze mieszkają miliony ludzi.
Chcąc więc wprowadzić w życie ów zakaz, trzeba byłoby przeprowadzić największa akcję przesiedleńczą w dziejach nowoczesnej Europy. Nieporównanie większą, niż planowane wysiedlenie ok. 2,5 tys. mieszkańców z Kotliny Kłodzkiej.
Zieloni proponują też tzw. działania nietechniczne, które ich zdaniem są kluczowe w walce z powodziami. Potrzebne byłoby więc opracowanie zintegrowanych planów ochrony przeciwpowodziowej, zorientowanych na ograniczenie ryzyka powodzi, w których nacisk zostanie położony na zwiększanie naturalnej retencji.
Opracowanie planów należy powierzyć interdyscyplinarnym zespołom, a ich przyjęcie poprzedzić rzetelnymi konsultacjami z udziałem wszystkich zainteresowanych.

Trzeba się ubezpieczać

Jak przekonują Zieloni, chodzić ma również o edukację i prawidłowe reakcje społeczeństwa na zagrożenia, indywidualne zabezpieczenia domów, ubezpieczenia finansowe, czy doskonalenie systemów ostrzegania przed powodzią (żeby ludzie odpowiednio wcześnie zdążyli uciec).
Trudno sobie wyobrazić w jaki sposób realizacja tych propozycji miałaby pomóc w ochronie ludzi i ich dobytku, gdy nadchodzi wielka woda.
Zieloni może mają czasem niezłe diagnozy, ale sugerowane przez nich terapie rzadko grzeszą rozsądkiem.