Opozycja zyskuje wiatr w żagle

Kaczyński przestał być wielkim strategiem. Od PiS odchodzi też spora grupa elektoratu z mniejszych miast i wsi, np. nauczyciele albo samorządowcy z mniejszych miejscowości. Głosowali na PiS w poprzednich wyborach, teraz mogą zagłosować na Hołownię albo PSL – mówi prof. Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kilkoro posłów porozumienia z Gowinem na czele głosowało za prof. Wiąckiem podczas sejmowego głosowania nad obsadą urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich. Czy to oznacza kryzys w rządzie?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE; Po pierwsze, gdyby pani Staroń miała odejść z Senatu, to mogłoby się okazać, że jej miejsce po wyborach uzupełniających zajmie przedstawiciel opozycji. Do tego być może odejdzie senator Borys-Damięcka, której już należy się emerytura, a która ma dość zachowawcze i konserwatywne poglądy. Na naszej politologicznej giełdzie pojawiają się tu nawet takie nazwiska jak Tusk czy Hołownia. Wówczas Senat stałby się jeszcze bardziej opozycyjny i Kaczyński musiałby mieć pewność, że może przegłosować poprawki senackie, a o to dziś bardzo trudno, zakładając, że Gowin nie będzie zawsze pewnym koalicjantem.

Co politolog może wyczytać z wydarzeń w Rzeszowie i wygranej wspólnego kandydata opozycji?

Sytuacja jest dość złożona. Zacznijmy od tego, że Rzeszów nie musi być żadnym wielkim testem czy papierkiem lakmusowym tendencji ogólnopolskich, jak czasem komentatorzy nazywają te wybory.

Po pierwsze, opozycja pokazała, że potrafi się zjednoczyć i mimo wszystko potrafi podjąć pewne ryzyko i jest w tym zborna. Do tej pory, zazwyczaj gdy opozycja kombinowała, szykowała jakieś triki i próbowała ograć w jakiś sposób Kaczyńskiego, to zazwyczaj to się nie udawało. Nie umiała tego zrobić z różnych powodów: złożoności światopoglądowej partii opozycyjnych, aspiracji liderów, także przyzwyczajeń. Tutaj okazało się, że się udało.

Po drugie, spójrzmy na tę sytuację z uwzględnieniem doświadczeń innych państw. Od zwycięstwa opozycji w większych miastach zaczęła się odbudowa nadziei w wyborach opozycji na Węgrzech. Ruszyła fala motywacji w wyborcach opozycji i fala konstruktywnych kroków po stronie partii opozycyjnych, które dzięki temu mają szanse na wygranie wyborów i stworzenie rządu. Zresztą mer Budapesztu został wystawiony jako potencjalny premier.

Kolejną kwestią jest fakt, że PiS bardzo mocno wspierał panią Leniart, a do Rzeszowa przyjeżdżali różni prominentni politycy PiS-u, łącznie z samym Kaczyńskim. Okazało się, że to dało pani Leniart zaledwie dwadzieścia parę procent, mimo tych wszystkich działań i błogosławieństwa Kaczyńskiego. To z kolei pokazuje, że prezes nie jest już tak wszechmocny, jego poparcie nie ma już takiego wielkiego znaczenia.

Co więcej, w kontekście tych wyborów pojawiło się wiele memów o pani Leniart, o Kaczyńskim, który ją wspierał. Internauci szybko złapali dziwne, nienaturalne sytuacje i pozy, i zaczęło się coś, co moim zdaniem wpłynęło na wynik wyborów prezydenckich, jeżeli chodzi o Bronisława Komorowskiego. Zaczął się śmiech w Internecie z Kaczyńskiego i Leniart, ze Zjednoczonej Prawicy. To może spowodować, że zaczną się od nich odwracać młodsi, konserwatywni wyborcy, bo PiS zacznie się stawać obciachowy.

Czyli PiS przestał być wszechwładny, ale jeszcze za wcześnie, aby składać go do politycznego grobu?

Zjednoczona Prawica przetrwa z kilku powodów: po pierwsze, bo Kaczyński dołoży teraz wszelkich starań, aby utrzymać ją w całości. Jeżeli odejdzie teraz Gowin, to Kaczyński nie ma pewności, że dzięki głosom bielanowców i kukizowców, a nawet jeżeli uda mu się kogoś z PSL przeciągnąć na swoją stronę, utrzyma większość.

Co więcej, nie ma wtedy za bardzo szansy na oddalenie weta Senatu. Dlatego Gowin jest mu potrzebny i dostanie, co chce, np. będą to rekompensaty dla średnich i małych przedsiębiorstw, które stracą na Polskim Ładzie. Gowin sprzeda to jako swój wielki sukces i wszyscy będą zadowoleni. Ziobro oczywiście też czyha tylko, aby zaszkodzić Morawieckiemu czy samemu Kaczyńskiemu, zatem prezes zrobi wszystko, aby prawica pozostała zjednoczona. Trudno powiedzieć, czy prezes zawsze będzie mógł liczyć na Konfederację, jak w przypadku wyboru pani Staroń – zapewne nieczęsto formacja ta będzie głosowała tak, jak PiS, zatem nie można na niej opierać strategii głosowań.

Zacznie się jednak teraz strojenie żartów z PiS i śmieszkowanie w Internecie, i to może doprowadzić do tego, że PiS stanie się obciachowy, a to jest tendencja, która zmienia cały krajobraz narracyjny. Oby opozycja to wykorzystała.

Czy to znaczy, że PiS przestał być sexy, pachnieć władzą, jak powiedział kiedyś Leszek Miller?

Na pewno Kaczyński przestał być demiurgiem, wielkim strategiem. Od PiS odchodzi też powoli młodszy elektorat. Do tego spora grupa elektoratu z mniejszych miast, elektoratu wiejskiego, np. nauczyciele albo samorządowcy z mniejszych miejscowości, którzy głosowali na PiS w poprzednich wyborach. Teraz mogą zagłosować na Hołownię albo wrócić do PSL, który zanotował spory odwrót swojego elektoratu do PiS-u. Jest tez Agrounia, która może PiS-owi parę głosów zabrać, mimo że nie przekroczą pewnie progu. Jest zatem kilka problemów, z którymi PiS musi się zmierzyć, ale największy to ten wizerunkowy.

Andrzej Duda już od jakiegoś czasu jest przedmiotem kpin i śmiechów, zatem tu ten proces już nastąpił. Przykład Rzeszowa i pani Leniart pokazuje, że Jarosław Kaczyński też potrafi postawić na niewłaściwego konia.

A co to oznacza dla opozycji?

Opozycja zyskuje wiatr w żagle i teraz musi przede wszystkim nie stracić wizerunkowo na tym, co się stało w Rzeszowie. To warunek bezwzględny. Opozycja rozdmuchała tę sprawę, zatem teraz musi wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie z Fijołkiem. Jeżeli będzie popełniał błędy i Rzeszowianie stwierdzą, że to nie był dobry wybór, będzie to oznaczało klapę dla opozycji. Rozumiem, że to nie jest takie proste, ale na pewno wszystkie ręce na pokład. Prezydenci wszystkich miast, którzy rządzą, a nie są ze Zjednoczonej Prawicy, muszą też najlepiej jak potrafią wywiązywać się ze swojej roli, to musi być lobbowanie na poziomie unijnym, aby środki szły do nich bezpośrednio itd. Do tego oczywiście musi iść odpowiednia narracja i przekaz, a Rzeszów musi się rzeczywiście okazać miastem otwartym, aby mieszkańcy uwierzyli, że naprawdę żyje się lepiej.

Czy widzi pani zjednoczoną opozycję w wyborach parlamentarnych?

Opozycja jest tak zróżnicowana, złożona, że o to będzie trudno, ale nie ma się co dziwić, bo siły prodemokratyczne i liberalne zawsze są bardziej złożone, niż te konserwatywne. Na pewno nie będzie łatwo zjednoczyć się opozycji. Myślę też, że ta premia działa tylko do pewnego stopnia. Spokojnie sobie wyobrażam, że wyborcy PSL mają problem z tym, że podnoszone są kwestie adopcji dzieci przez osoby LGBT+ i dlatego sądzę, że środowiska bardziej konserwatywne powinny się przyłączyć albo do Hołowni, albo PSL, tylko oczywiście nie mogą ryzykować braku przekroczenia progu. To musi być pewniak.

Może grupa w rodzaju PSL plus konserwatyści z PO jak Raś i Zalewski plus ewentualnie jacyś gowinowcy, choć w to ostanie wątpię. Sama PO powinna skręcić trochę na lewo, bo po prawej stronie nie ma czego szukać. Tam jest już PiS, potem Hołownia, PSL więc w dzisiejszym kształcie powinni przesunąć się na lewo i oczywiście zmienić lidera na Trzaskowskiego. Lewica, byleby przekroczyła próg i aby nie była takim ugrupowaniem, które pozwala sobie na flirty z PiS-em jak ostatnio, choć trudno powiedzieć, w którym kierunku pójdzie.

Ciekawe, czy takie przetasowanie przyniosłoby nowe otwarcie. Stawiam, że tak, bo duża grupa nowych wyborców, w szczególności młodszych, którzy są otwarci, liberalni i już nie kochają Kościoła katolickiego, mogłaby zostać zagospodarowana. Przypomnę jeszcze, że w Polsce jest największa na świecie przepaść między religijnością starszych i młodszych. Kwestie religijne, bardzo tradycjonalistyczne, nie będą ich przekonywać i sądzę, że opozycja powinna to uwzględnić obmyślając strategię.

Mówi się o rekonstrukcji rządu, w którym ma się znaleźć więcej kobiet, ma też odejść z funkcji wicepremiera Jarosław Kaczyński. Co to oznacza?

Dokładnie nic, tak jak nic nie znaczyło jego wejście do rządu. Zresztą mam wrażenie, że on sam uświadamia sobie, że to nie ma już większego sensu. Wizerunkowo też nie sądzę, żeby to miało większe znaczenie. Co do liczby kobiet, to jest to znaczące, bo jeżeli PiS zrobi manewr, który będzie mocno zaskakujący – pojawi się ktoś, kto będzie ogromnym zaskoczeniem dla samej opozycji, to może być medialną sensacją. Jeżeli w rządzie pojawiłby się ktoś kojarzony z liberalną częścią sceny politycznej, bardziej progresywną, to może rzeczywiście nabić Kaczyńskiemu kilka punktów wizerunkowo. Natomiast czy to będzie istotne kryterium podczas podejmowania decyzji przy urnie wyborczej, wątpię. Nie sądzę też, aby to podniosło słupki poparcia PiS.

Dyktatura komentariatu

Gdyby pan prezes Kaczyński urządził teraz przedterminowe wybory zapewne wgrałby je gładko.
Elity PiS mogą świętować. Opozycja nadal nie potrafi wykorzystać fatalnego zarządzania państwem przez ekipę pana prezesa Kaczyńskiego i pozyskać dla siebie widocznego wzrostu poparcia.
Więcej, zamiast pożywić się na wywołanych przez PiS kryzysach, sama zafundowała sobie swoje kryzysy i kłótnie we własnych szeregach. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Borys Budka przeszedł na stronę mocy. Zerwał swój medialny wizerunek „Budka nic nie mogę”, przełamał ciążącą nad PO klątwę impossibilizmu. Odstrzelił sobie dwóch parlamentarzystów Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego. Za to, że „szkodzili Platformie”, bo łazili po mediach i podważali tam autorytet wybitnego przywódcy Koalicji Obywatelskiej. Niestety szybko okazało się, że przewodniczącemu Budce starczyło mocy i possibilizmu na odstrzelenie, ale na poinformowanie o tym już nie. O higienicznym odstrzale w PO pierwszy poinformował na Twitterze dziennikarz Konrad Piasecki.
Twitter się grzeje
W obronie dwójki odstrzelonych wystąpiło 50 + parlamentarzystów Platformy, którzy w stosownym Liście broniącym autorytetu PO jawnie podważyli autorytet przewodniczącego Budki. List był gorąco komentowany na Twitterze, choć był znacznie dłuższy niż standardowe tam wpisy. Efektem wpisu była wielka fala zwątpienia dyżurnych krajowych liberalnych intelektualistów i komentatorów politycznych głównego nurtu medialnego. Fala zwątpienia w głoszoną jeszcze niedawno świetlaną przyszłość Koalicji Obywatelskiej pod Budki przewodem. Teraz modnym na Twitterze się stało wieszczenie rychłego politycznego zgonu Platformy podążającej właśnie drogą świętej pamięci Unii Wolności. Anielskie chóry Tomasza Lisa, Moniki Olejnik, Justyny Dobrosz- Oracz ją prowadzą. Na tle wielkiego twitterowego kryzysu Platformy Obywatelskiej blado wypadł niedawny incydent telefoniczny jaki wydarzył się na Lewicy.
Jak ujawniła liberalnym mediom lewicowa marszałkini Sentu Gabrysia Morawska-Stanecka lewicowy marszałek Włodek Czarzasty w nacechowanej przemocą semantyczną rozmowie telefonicznej obiecał jej odstrzelenie. Jeśli dalej będzie robić to samo co parlamentarzyści Raś i Zalewski w Platformie. Sama marszałkini Morawska- Stanecka doinformowała media, że nie podobała jej się szczególnie przemocowa forma przekazu i maczystowski styl uprawiania polityki przez marszałka, przewodniczącego Czarzastego. Spor na poziomie aż marszałkowskim dowodzi, że w jednoczącej się, z połączonych Wiosny i SLD, nowej Lewicy nie stworzono jeszcze w pełni wspólnego języka. Wieża Babel kłania się ku przestrodze.
Z drugiej strony zapiekli przeciwnicy Lewicy i marszałka Czarzastego wielce aktywni w Internecie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie skorzystali z nadążającej się okazji i nie skrytykowali go publicznie, przynajmniej na Twitterze. Za ten widoczny impossibilizm i niedotrzymywanie obietnic. W przeciwieństwie do possibilistycznego przewodniczącego Budki, który nie dzwonił, tylko od razu Rasia i Zalewskiego odstrzelił. Nic dziwnego, że to przewodniczący Budka aspiruje do roli lidera zjednoczonej opozycji demokratycznej.
Proletariat, prekaria, komentariat
Politycy polscy, zwłaszcza ci opozycyjni, stali się częścią krajowego przemysłu rozrywkowego. Obecnego zwłaszcza w popularnych telewizjach i nowych mediach internetowych. Komercyjnych w swej istocie.
Stworzony przez nie system uprawiania i upowszechniania polityki oparty jest na rozrywkowym komentowaniu politycznych komentarzy. Wypowiadaniu się jednych polityków na temat wypowiedzi innych polityków. Rzadko faktów. Sprowadzaniu debaty politycznej do telewizyjnych kłótni i ćwierkania polityków na Twitterze. Jakość takich politycznych wypowiedzi oceniana i mierzona jest przede wszystkim wielkością uzyskanej popularności programów, przysłowiową ilością pozyskanych „lajków”. Dbają o taką popularność przede wszystkim właściciele tych mediów, bo pozyskiwanie przez media reklam zależy również od popularności osiąganych przez komentarze polityków. Ponieważ popularność i „lajki” najłatwiej i najszybciej uzyskuje się wzbudzając społeczne emocje to politycy więcej dbają o „emocjonalność” swych komentarzy niż ich merytoryczną jakość.
Ponieważ emocje najłatwiej i najszybciej uzyskuje się głupimi, zaczepliwymi i chamskimi komentarzami, to i politycy, świadomie lub nie, szybko dostosowują się do takiego stylu uprawiania polityki. Choć niejeden z nich kiedyś twierdził, że „inna polityka jest możliwa”. Niestety tak wprzęgnięci w ten komercyjny medialny kierat, polscy politycy musza regularnie dostarczać swym fanom i kibolom kolejnych porcji takiej politycznej rozrywki. Zwłaszcza, że cała ta medialno- polityczna gra oparta jest na powszechnej tezie, że Wyborcy mają krótką pamięć i dlatego wszystko można im wcisnąć. Bo „ciemny lud” każdy kit kupi.
Czemu opozycji nie rośnie?
Pomimo fatalnego zarządzania państwem przez ekipę pana prezesa Kaczyńskiego sondażowa popularność opozycji nie rośnie. Nawet Lewicy, pomimo jej efektywnej pracy w parlamencie. Pewnie dlatego, że opozycja demokratyczna, wśród niej Lewica, nie jest powszechnie postrzegana jako formacja, której obywatele Polski powierzyliby przyszłe rządy. Swą przyszłość.
Dzieje się tak, bo obecnie skłócona, obrażająca się stale na Twitterze i w pozostałych mediach, opozycja upodabnia się do przysłowiowego, niebudzącego już szacunku, politycznego magla. I dlatego wszyscy opozycyjni politycy powinni jak najszybciej napisać w swych kajecikach po sto razy takie sentencje: „Nie będę pisał już głupstw na Twitterze”, „Twitter to opium polskich polityków”. Ale demokratyczna opozycja zyska szacunek i poważanie wyborców nie tylko wtedy, kiedy znów zaprezentuje publicznie swe zgodne polityczne szeregi. Opozycja musi stworzyć wizję jak ma wyglądać Polska po pandemii. Alternatywną wobec kolejnych narodowo- katolickich ładów.
Lewica zaś musi stworzyć program V Rzeczpospolitej. Socjalnej i demokratycznej. Wyjść dzięki temu z nieproduktywnej roli obrońców demokratycznego dorobku III RP w czasie ataków PiS i jednoczesnych krytyków liberalnej polityki gospodarczej uprawianej w III RP przez liberałów z PO, PSL i SLD. Lewica musi też wyjść z kostiumu formacji aktywistów politycznych i społecznych. Takich fajnych Gabryś, Krzyśków, Magd, Adrinków, Robków, Ań i Włodków z którymi można śmiało posłać córki na demonstracje i nie bać się o ich bezpieczeństwo, ale już strach im powierzyć przyszły los kraju. Bez posiadania i upowszechnienia spójnej wizji V RP Lewica zawsze też będzie łatwo oskarżana, po każdym taktycznym glosowaniu z PiS, o chęć zawarcia koalicji z narodowo-katolicką prawicą. A po każdej koalicji wyborczej z PO będzie oskarżana o służalczość i wasalizację wobec tych wstrętnych „libków”. Nie zyska też Lewica zdolności do rządzenia Polską jeśli nie zbuduje swojego, lewicowego zaplecza intelektualnego, eksperckiego i medialnego. Może ostatni hejt medialny jaki spotkał Lewicę po wspólnym głosowaniu z PiS, wreszcie ją czegoś nauczy.
Na razie opozycję demokratyczną, Lewicę też, czekają wybory w Rzeszowie. Będą one plebiscytem na najlepszego z kandydujących. Testem na skuteczną współpracę demokratycznej koalicji.
Jeśli uda się ona w Rzeszowie, to łatwiej będzie ją osiągnąć w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Rzeszów za Fijołkiem

W wyborach na prezydenta Rzeszowa wygrałby popierany przez opozycję Konrad Fijołek z rezultatem 41,9 proc. – wynika z sondażu IBRiS dla Radia Zet. Do II tury weszłaby kandydatka PiS Ewa Leniart z 24 proc. poparcia.

Jak wynika z opublikowanego w niedzielę sondażu IBRiS, jeżeli wybory na prezydenta Rzeszowa odbyłyby się dzisiaj, najwięcej głosów otrzymałby Konrad Fijołek, którego popiera Koalicja Obywatelska, Lewica, PSL i Polska 2050. Na samorządowca swój głos oddałoby 41,9 proc. badanych. Z kolei na kandydatkę Prawa i Sprawiedliwości, wojewodę podkarpackiego Ewę Leniart chciałoby głosować 24 proc.

Do drugiej tury nie wszedłby polityk Solidarnej Polski, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, któremu poparcia udzielił ustępujący prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Na Warchoła swój głos oddałoby 16,6 proc. respondentów. Czwarte miejsce w wyścigu zająłby poseł Konfederacji Grzegorz Braun, który w sondażu cieszy się poparciem na poziomie 11,2 proc. 6,4 proc. badanych mieszkańców Rzeszowa nie wie, na kogo odda głos.

Z sondażu wynika, że rzeszowianie są zainteresowani wzięciem udziału w wyborach. „Zdecydowanie” weźmie w nich udział 42,5 proc. pytanych, a „raczej tak” – 17,3 proc. Wybory zaplanowano na 9 maja, jednak ze względu na sytuację pandemiczną mogą zostać przełożone. Generalny Inspektor Sanitarny sugeruje koniec czerwca.

Rzeszów będzie symbolem nowoczesności

– W czasach prezydenta Tadeusza Ferenca nadrobiliśmy zapóźnienia infrastrukturalne – teraz czas na inwestycje w jakość życia – mówi Konrad Fijołek, kandydat na prezydenta Rzeszowa, wiceprzewodniczący rzeszowskiej rady miejskiej, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

Kandyduje Pan na prezydenta Rzeszowa z poparciem zarówno Lewicy, jak i Koalicji Obywatelskiej, PSL oraz Polski 2050. Można powiedzieć, że powstała – chociaż na chwilę – ta zjednoczona opozycja, o której mówi się od dawna. Dlaczego udało się to właśnie w Rzeszowie?

Być może w Rzeszowie było łatwiej o takie porozumienie, bo sytuacja polityczna opozycji w mieście, jak i na całym Podkarpaciu, jest szczególna, trudniejsza. Jest to również efekt znaczenia, jakie ma Rzeszów jako stolica województwa.

Podkarpacie to bastion prawicy, teren, gdzie PiS odniósł szereg zwycięstw. Z czego to wynika i czy da się to zmienić?

Nie do końca moją rolą jest dokonywanie analizy politycznej całego regionu, chociaż mam na ten temat swoją koncepcję, pisałem na ten temat pracę magisterską. Myślę, że na Rzeszów należy patrzeć inaczej niż na całe Podkarpacie. Jest to miasto, które w ostatnich latach przeszło ogromne przeobrażenia: w krajobrazie, w sferze gospodarczej, w strukturze społecznej – nastąpił znaczny napływ nowych mieszkańców. Jest to miasto, które aspiruje do bycia ośrodkiem na poziomie i zasadach europejskich. W związku z tym różnica między Rzeszowem a regionem jest wyraźna. Na Podkarpaciu zdecydowanie wygrywa PiS – w Rzeszowie sytuacja opozycji jest nieco lepsza, chociaż też nie bardzo dobra. Rzeszów specyficzny jest także w tym wymiarze, że w samorządzie bardziej liczy się lokalność, bycie stąd, niż barwy polityczne.

We współczesnej Polsce jednak siłą rzeczy nawet wybory prezydenta miasta wojewódzkiego, w których rywalizuje kandydat wspierany przez opozycję z kandydatami prawicowymi nabierają politycznego kolorytu. Jaki jest pana pomysł na pokonanie konkurentów – bo będzie miał pan przeciwko sobie kilkoro reprezentantów prawicy: Ewę Leniart z PiS, kandydata Porozumienia, Marcina Warchoła z Solidarnej Polski? Jak Pan dotrze do wyborców niezdecydowanych, których głosy mogą przeważyć?

Zamierzam podkreślać, że jestem samorządowcem, rzeszowianinem, znam doskonale realia miasta. Nie będę akcentował, że jestem z opozycji, tylko że wiem, jak pracować w samorządzie i rozwiązywać problemy, które powstają na tym poziomie. Pokażę, że nie jestem politykiem, w odróżnieniu od moich rywali, którzy są właśnie politykami partyjnymi czy rządowymi, warszawskimi. To będzie klucz do serc wyborców, którzy chcą wskazać prawdziwego gospodarza miasta.

Wspomniał pan, że Rzeszów przez ostatnie dziesięciolecia bardzo się zmienił. Na czym te przemiany dokładnie polegały?

Miasto Rzeszów może być pozytywnym symbolem zmian w ostatnim trzydziestoleciu. Ze wszystkich politycznych i społecznych zawirowań tamtych lat nasze miasto wyszło obronną ręką. Z miasta zaniedbanego i zapyziałego przeobraził się w dynamicznie rozwijający się, estetyczny i elegancki ośrodek. Dobrze się tu żyje, rośnie liczba zakładów usługowych i przemysłowych, rozwija się ośrodek przemysłu lotniczego, przemysł informatyczny, więc pozytywne zmiany zachodzą też na lokalnym rynku pracy. Jeśli spojrzeć na wskaźnik dynamiki wzrostu PKB na mieszkańca – dynamikę, nie wielkość, wiadomo, że wielkością nie możemy się równać z wielkimi miastami – to Rzeszów jest w ogólnopolskiej czołówce. Staliśmy się dynamicznym miastem średniej wielkości, na które patrzą z uznaniem także inne samorządy, a mieszkańcy są z niego dumni.

Nie można mówić o tych wszystkich zmianach bez wspomnienia odchodzącego prezydenta Tadeusza Ferenca, którego jest pan wieloletnim współpracownikiem. Jak pan ocenia tę postać i te lata wspólnej pracy?

Faktycznie współpracowałem z Tadeuszem Ferencem od samego początku – osiemnaście lat w radzie miasta, łącznie ponad dwadzieścia. W tym okresie prezydent Ferenc zrobił z małego miasta miasto porządne. Powiększył je, sprawił, że nadrobiliśmy wszystkie zapóźnienia infrastrukturalne. Obecnie mamy pełną infrastrukturę miejską i dobrą sieć drogową, a prezydent sprzyjał inwestycjom, czasem wręcz przyspieszał czas powstawania nowych inwestycji. Rządził twardą ręką, ale skutecznie.

To skąd decyzja Tadeusza Ferenca, by wskazać jako kontynuatora swojej pracy w Rzeszowie Marcina Warchoła, który jest politykiem i prawnikiem, ale nie samorządowcem?

Myślę, że u podłoża tej decyzji leżała obietnica, że rzeszowski zamek Lubomirskich, który obecnie należy do Ministerstwa Sprawiedliwości i jest siedzibą sądów, zostanie przekazany miastu. Obiecano, że sąd przeniesie się do nowej, zbudowanej od podstaw siedziby, a zamek będzie mógł służyć mieszkańcom. Tadeuszowi Ferencowi zależało, by do swoich osiągnięć dołożyć taką perłę w koronie.

Nie była to zresztą jedyna rzecz, którą obiecano prezydentowi. Ja jednak jestem przekonany, że to wszystko marketingowa wydmuszka. Prezydent uległ złudzeniom, fałszywym zapowiedziom.

Marcin Warchoł nie byłby dobrym prezydentem?

Ja jestem przekonany, że nie byłby i sądzę, że rzeszowianie też coraz bardziej to czują. Polityk należący do awangardy politycznej Zjednoczonej Prawicy, który firmował najważniejsze zmiany, łamiące zasady demokracji, polityk, który przykładał m.in. rękę do niszczenia samorządów. To działacz z Warszawy, nie z Rzeszowa, który teraz próbuje opakować się w inny papierek marketingowy. Różne chwyty marketingowe w życiu widziałem, ale ten jest wyjątkowo niewiarygodny: polityk, który ma na bakier z demokracją, próbuje sprzedać się jako samorządowiec kochający to miasto!

To wróćmy do pana programu – samorządowego. Zasiada pan w radzie miejskiej w klubie Rozwój Rzeszowa. Pana współpracownicy z tego klubu piszą, że ma pan wizję nowoczesnego miasta. Czym dokładnie jest ta nowoczesność, jakie kierunki rozwoju uważa pan za priorytetowe?

Od kilku lat propaguję ideę miasta nowoczesnego czy też inteligentnego lub smart city. Miasta, które korzysta ze wszystkich najnowszych osiągnięć technologicznych, ale robi to po to, żeby poprawiać jakość życia mieszkańców. Żeby być miastem bardziej przyjaznym w dzisiejszym niełatwym, pędzącym świecie.

Epoka dynamicznego wzrostu w Rzeszowie, o której mówiliśmy, wygenerowała też pewne problemy i ich rozwiązanie siłą rzeczy będzie moim priorytetem. Pierwszy z tych problemów to chaos przestrzenny, który nam się wkradł i musi zostać uporządkowany. To będzie baza nowego rozwoju. Chcę też konstytucji miasta na miarę XXI w. Będę dbał o równowagę między zabudową, rekreacją, rozwojem gospodarczym a jakością życia. Jakość życia to kolejny filar mojego programu. Chodzi o przesunięcie ciężaru inwestycyjnego z infrastruktury na inwestycje robione dla człowieka. Punkt ciężkości przy wydatkowaniu środków będzie przeniesiony na edukację, szeroko rozumiane możliwości wypoczynku i rekreacji w mieście, ofertę kulturalną, to wszystko, co czyni życie w mieście nieco przyjemniejszym.

Jak przekonywać młodzież, że Rzeszów będzie naprawdę dobrym miejscem do życia, że warto wiązać z nim swoją przyszłość, zamiast uciekać do większych miast?

Częściowo to już się dzieje, za sprawą rozwoju przemysłu lotniczego, do którego powoli dołącza także przemysł kosmiczny, czyli gałęzie wysokotechnologiczne, które dają dobrze wykształconej kadrze inżynierskiej możliwość realizowania się w zawodzie i satysfakcjonującego zarobku. Udało nam się przyciągać takie osoby. Szanse na dobrą pracę w tych zakładach, które powstają w Rzeszowie, mają również osoby o średnich kwalifikacjach. Co prawda przemysł lotniczy poniósł znaczne straty w wyniku pandemii, ale kiedy ona się skończy, powinien wrócić do dynamicznego rozwoju. Jesteśmy ważnym ośrodkiem przemysłu IT.

Rzeszów jest też dobrze skomunikowany ze światem – ma autostradę i lotnisko. Można tu mieszkać, korzystając ze wszystkich atutów życia w dużym mieście, a zarazem nie cierpiąc z powodu największych uciążliwości, jakie pociąga za sobą życie w mieście bardzo dużym. W Rzeszowie, aby pójść do parku, wystarczy dziesięć minut, do wyjazdu do lasu albo w plener – 20-25 minut. Żyje się przyjemnie, a można pracować w bardzo ambitnych projektach. To jest pomysł na to miasto, pod warunkiem, że będziemy inwestować w kapitał ludzki i jakość życia.

Rzeszów to miasto położone blisko granicy, historycznie wielokulturowe i wieloetniczne. To również określone pola i możliwości rozwoju – w jaki sposób miasto je wykorzysta?

Oczywiście, Rzeszów historycznie był przestrzenią spotkania wschodu i zachodu, miał też widoczną społeczność żydowską. Kultury przenikały się nawzajem. Dziś jesteśmy ostatnim miastem wojewódzkim przed granicą Unii Europejskiej, więc to spotkanie zachodu i wschodu, ale też północy i południa ponownie ma miejsce. Mam też wrażenie, że codzienna wielokulturowość również powraca – mamy coraz liczniejszą społeczność ukraińską, ale też osoby przybyłe z jeszcze dalej położonych krajów na wschodzie. Mamy specjalistów i pracowników różnych narodowości, którzy podejmują u nas pracę w przemyśle lotniczym. Otwartość, tolerancja, przygotowanie miasta do tego, by znowu stało się wieloetniczne, to jedno z ważniejszych zadań na najbliższe lata. I znowu – to jest zadanie dla kogoś, kto jest osobą otwartą i zna tutejsze realia, a nie przyjeżdża z nadania politycznego.

Pandemia bardzo boleśnie uderzyła w samorządy w całej Polsce. Jak jest pod tym względem w Rzeszowie?

Nie może być inaczej – również ponieśliśmy straty. Do tego polski rząd osłabił samorządy, jeszcze zanim wybuchła pandemia. Odebrał im niektóre kompetencje, ale przede wszystkim odebrał im pieniądze, niektóre dochody. Kiedy ogłosił podwyżki dla nauczycieli, sfinansował je tylko w połowie. Pozostałą część musiało pokryć miasto. Za sprawą wszystkich działań rządu, uderzających w samorządu, Rzeszów został oskubany na dobre 100 milionów.

W pandemii samorządy znowu straciły dochody, bo m.in. przyznały szereg ulg przedsiębiorcom. Tracimy na lockdownach, zmniejszonym ruchu społecznym, pustych ulicach, zamkniętych hotelach, restauracjach czy kinach. Do tego Podkarpacie ucierpiało bardzo poważnie, mamy chyba najwyższy w Polsce wzrost wskaźnika umieralności. Z perspektywy Rzeszowa widać, jak rząd nie radzi sobie z zarządzaniem sytuacją kryzysową. Nawet jeśli my jako miasto nie jesteśmy w najgorszej sytuacji – oczywiście musimy działać skromniej, ale staramy się utrzymać inwestycje na odpowiednim poziomie. To będzie też moja polityka: dążenie do tego, by inwestycje pozostały i były kołem zamachowym, a nie, by dodatkowo wyhamowywać gospodarkę.

Nawet mimo pandemii i tych strat Rzeszów może za kilka-kilkanaście lat zostać tym nowoczesnym i przyjaznym smart city, o którym pan wspominał?

Może właśnie szczególnie dzięki temu mógłby się nim stać? Kryzysy i kłopoty skłaniają do szukania efektywnych rozwiązań, które pozwalają automatyzować pewne procesy, zaoszczędzić część środków, a technologię wykorzystywać do lepszego zarządzania. Aby jednak móc to robić, trzeba mieć wiedzę, know-how, pojęcie, jak to zaimplementować w administracji.

Jako wieloletni samorządowiec, być może przyszły prezydent miasta – co trwałego chce pan po sobie pozostawić?

Odpowiem, nawiązując do przykładu innego miasta. Też w Europie, też położonego peryferyjnie i na kontynencie, i w swoim kraju, też mającego w swojej historii czasy kryzysów. Mam na myśli Bilbao w Hiszpanii, jego Muzeum Guggenheima i zbudowanie wokół niego całej filozofii rozwojowej czy też filozofii marki. Marzy mi się, żeby w najbliższych czasach podobną drogę przeszedł Rzeszów. W czasach prezydenta Ferenca nadrobiliśmy zapóźnienia infrastrukturalne – czas na rozwój 2.0, czas stać się wzorem nowoczesności. Jej symbolem może być nasz przemysł lotniczy czy po prostu miasto jako całość. Kompaktowy, nowoczesny ośrodek, w którym można realizować się w branży najnowszej generacji i równocześnie po prostu dobrze żyć.

Rzeszów miasto cudów

Można powiedzieć, że Rzeszów jest stolicą polskiej prowincji. Radzi sobie lepiej niż reszta regionu i pozostała prowincja. To jedno z niewielu miast, dla których reforma administracyjna z 1999 roku okazała się korzystna. Rzeszów zyskał wtedy szansę na to, by być liderem nowego regionu. No i zaraz potem dostał prezydenta Ferenca.

Można powiedzieć, że w Rzeszowie jak w soczewce skupiły się wszystkie wady i zalety reformy samorządowej wprowadzonej przez rząd Buzka, a wzbogaconej przez SLD o bezpośrednie wybory szefów gmin. Na skutek dominacji prezydenta nad radą miasta (gminy) radnym pozostawało jedynie akceptowanie inicjatyw prezydenckich. To z kolei sprzyjało tworzeniu się wokół prezydenta nieformalnego dworu jako faktycznego ośrodka decyzyjnego w mieście. Im dłużej prezydent sprawował swoją władzę w kolejnych kadencjach, tym bardziej umacniała się rola jego zaplecza, które Ferenc mógł kształtować dosyć swobodnie, niekoniecznie kierując się politycznymi sympatiami jego członków. Obywatelska kontrola nad prezydentem słabła z każdą kadencją, do czego przyczyniała się też słabość partii politycznych. Ich aktywność ograniczała się do rady miasta, której znaczenie sukcesywnie spadało.

Ferenc wykorzystał niemal wszystkie możliwości dostarczane mu przez ustawy samorządowe, fundusze europejskie oraz kapitał, jakim dysponował Rzeszów, głównie, choć nie wyłącznie, z czasów PRL-u. Doświadczenia w administrowaniu i we współpracy z władzami centralnymi Tadeusz Ferenc nabył w poprzedniej epoce. Jako prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Nowe Miasto, największej w Rzeszowie i jednej z większych w kraju, nauczył się także funkcjonowania w nowym systemie i poznał problemy mieszkańców.

Trudno powiedzieć, że kierował miastem źle, ale też trudno wskazać, że liczył się poważnie z mieszkańcami. Wiedział, że samorząd, by uzyskiwać środki na inwestycje, nie może być w sporze z rządem, więc podążał za centralną linią polityczną. Najpierw przeszedł z SLD bliżej centrum, startując po raz drugi z własnego komitetu wyborczego i powtarzał to w kolejnych wyborach. Tak dryfując, dotarł aż do Platformy: w 2015 roku opowiedział się po stronie Bronisława Komorowskiego, choć akurat nie wiedział, że obstawia przegranego konia. Wtedy po raz pierwszy zawiódł go polityczny nos. Nieznane są kulisy rezygnacji prezydenta Rzeszowa z udziału w wyborach parlamentarnych w 2019 roku. Listy były już poukładane, a Ferenc miał jedynkę u swojego nowego partnera politycznego, czyli PO. PiS z jednej strony się cieszyło, bo decyzja Ferenca mogła oznaczać chęć zwolnienia fotela prezydenta, z drugiej patrzyło z pewnym niepokojem, czy to aby nie podniesie za bardzo wyników Platformy. Przedstawiciele mieszkańców apelowali do prezydenta miasta o pozostanie na stanowisku. W rezultacie po rozmowie z ówczesnym szefem PO Grzegorzem Schetyną Tadeusz Ferenc zrezygnował z kandydowania. Czy wpłynęło to na wybory? PO utrzymało w Rzeszowie swoje dwa mandaty, ale PiS dwa mandaty straciło, mimo że uzyskało o 6% lepszy wynik niż w 2015 roku. Zjednoczona (tym razem naprawdę) Lewica zsumowała niemal dokładnie swoje wyniki z 2015 roku, co pozwoliło jej przekroczyć próg wyborczy i zdobyć jeden mandat. Przejmując zapewne część wyborców po Kukizie, jeden mandat wywalczył też Grzegorz Braun dla bloku wyborczego KorWiN.

Rezygnacja z kandydowania mogła pomóc prezydentowi w utrzymywaniu lepszych kontaktów z administracją rządową, czego kulminacją być może była wymiana serdeczności między Ferencem a Kaczyńskim po oficjalnym powołaniu prezesa na stanowisko wiceprezesa… Rady Ministrów. Wcześniej Ferenc udzielił poparcia startującemu z ostatniego miejsca listy PiS‑u Marcinowi Warchołowi.

Wskazanie Warchoła jako ewentualnego następcy było jednak niejakim zaskoczeniem. Złośliwi twierdzą, że to niedźwiedzia przysługa dla prawicy, która już nie jest taka zjednoczona. I rzeczywiście wygląda na to, że w przedterminowych wyborach na prezydenta Rzeszowa zmierzy się troje przedstawicieli prawej strony z jednym kandydatem wspieranym przez wszystkie ugrupowania opozycyjne. Matematycznie większe szanse ma Konrad Fijołek, przedstawiciel opozycji, która w samym mieście zebrała w 2019 roku ponad 45 tysięcy głosów, a PiS (tylko) 42 tysiące. (Nie)Zjednoczona Prawica wystawi natomiast prawdopodobnie troje kandydatów: Warchoła z Solidarnej Polski namaszczonego przez Ferenca, Waldemara Kotulę z Porozumienia (Gowina) i Ewę Leniart, oficjalną reprezentantkę PiS‑u, sprawującą urząd wojewody podkarpackiego. Wstępne sondaże potwierdzają niewielką przewagę Fijołka nad każdym z kontrkandydatów. No, ale to wszystko są dane, które zebrano, zanim się okazało, że Rzeszów jest liderem szczepień w Polsce i (bliskiej) zagranicy.

Nawet jeśli faktycznie w statystykach Rzeszowa mieszczą się mieszkańcy sąsiednich gmin, to i tak rzeszowski wynik przebija znacząco średnią dla polskich miast. W sumie nawet bym przyjął argumentację, że z powodu wyborów samorządowych zostaną w trybie pilnym zaszczepieni wszyscy dorośli mieszkańcy miasta. Demokracja ma swoją cenę i przynajmniej ja zgodziłbym się poczekać tydzień czy dwa dłużej na szczepionkę. Tyle że taka decyzja musiałaby być ogłoszona jako część planu walki z koronawirusem. Niektórzy, w tym ja, wątpią, że taki plan w ogóle istnieje. Powiedziałbym raczej, że minister Dworczyk gra w planszówkę i rzuca znaczonymi kostkami. Raz wynik rzutu jest korzystny dla czterdziestolatków – minister ma przypadkiem 45 lat – a raz dla Rzeszowa.

Rzeszowiakom życzę zdrowia i udanych wyborów. A mieszkańcy innych miast mogą przy okazji się zastanowić, czy ich samorządy bardzo różnią się od rzeszowskiego.

A konkordat, tak czy inaczej, należy wypowiedzieć.

Prezydent Rzeszowa zasłużył na więcej…

… niż na niesmaczne ataki ze strony Lewicy.

Dla osób znających realia Podkarpacia decyzja Tadeusza Ferenca o wsparciu polityka Solidarnej Polski, wiceministra w resorcie sprawiedliwości Marcina Warchoła nie była zaskoczeniem. Prezydent Rzeszowa poznał go wcześniej i najwyraźniej dobrze ocenił jego polityczne możliwości. Z funkcji odszedł na własnych warunkach, udzielając wsparcia człowiekowi, który podziela jego wizję rozwoju stolicy regionu. W kraju o bardziej dojrzałej demokracji i mniej podzielonym społeczeństwie, taki gest spotkałby się z uznaniem i szacunkiem ze strony wszystkich sił politycznych. Potraktowano by go jako rozwiązanie modelowe.

Moim zdaniem Tadeusz Ferenc jako jedyny tej rangi samorządowiec, zdecydował się poprzeć osobę, wywodzącą się z innego, jakże odległego od Lewicy obozu politycznego. Pamiętajmy, prezydent Rzeszowa od 1964 roku był członkiem PZPR, następnie SdPR a od roku 1999 Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Był posłem na Sejm w latach 2001 – 2002, a przez dwie dekady jedną z najważniejszych figur politycznych Podkarpacia. Regionu, którym prawica – ostatnio pod szyldem Prawa i Sprawiedliwości – rządzi niepodzielnie. Dziś jego lewicowi krytycy – nie szczędząc epitetów – zarzucają mu, że zbyt ostro skręcił w prawo i zdradził ideały młodości. Nic podobnego!

Tadeusz Ferenc mawiał, że jego partię są mieszkańcy Rzeszowa. Uważał, że poglądy polityczne i różnice ideologiczne nie mają znaczenia, gdy chodzi o sprawne zarządzanie infrastrukturą, czy dbanie o rozwój aglomeracji miejskiej.Między innymi, jego staraniem powstał imponujący drogowy most wantowy przez rzekę Wisłok będący wizytówką stolicy Podkarpacia. Nosi on imię Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera, który w pełni zasłużył sobie na ten pomnik. Wzniesiony staraniem lewicowego prezydenta miasta. Czyż ten fakt nie powinien stać się symbolem naszych czasów?

Tadeusz Ferenc ciężką pracą zasłużył na miano jednego z najlepszych samorządowców w kraju. Jego autorytetu nie kwestionował nikt. U rywali budził szacunek i uznanie. Świetnie rozumiał, że sukces Rzeszowa możliwy jest tylko wtedy, gdy bezwzględna rywalizacja zostanie zastąpiona kompromisem i współpracą przedstawicieli różnych środowisk.

Przekonał tym do siebie mieszkańców i dlatego bez wysiłku wygrywał kolejne wybory. Zazwyczaj w pierwszej turze. W naszym kraju jest zaledwie kilku podobnych lokalnych liderów. W przypadku takich osób szyldy partyjne tracą na znaczeniu. To raczej oni potrzebni są partiom. Przypomnę konwencję Sojuszu Lewicy Demokratycznej na Podkarpaciu, która odbyła w roku 2018. Tadeusz Ferenc miał bardzo udane wystąpienie, które zebrani przyjęli owacją na stojąco. Jednym z aktywnie oklaskujących prezydenta Rzeszowa był przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty. Nie mam wątpliwości, że Tadeusz Ferenc był i nadal jest człowiekiem lewicy. Przy czym należy do niewielkiej grupy polityków, którzy mieli szczęście odejść na własnych warunkach w chwili największej popularności. Przypomnę, że w uznaniu zasług dla uczelni, miasta i regionu Politechnika Rzeszowska wyróżniła go tytułem doktora honoris causa.

Gdy Tadeusz Ferenc obejmował prezydenturę Rzeszowa było to miasto traktowane jako prowincjonalne, reprezentujące Polskę B. Dziś jest to szybko rozwijająca się metropolia, o bogatej, nowoczesnej architekturze, która w ostatnich dekadach znacząco powiększyła swój obszar a liczba mieszkańców wzrosła do blisko 200 tysięcy. Rzeszów to miasto rozwijającego się przemysłu, innowacji i handlu. To także zasługa prezydenta Ferenca. Dlatego uważam, że źle się stało, że kierownictwo Lewicy nie było w stanie właściwie ocenić jego zasług.

Nie zdobyło się na życzliwy gest podziękowania za lata wspólnej działalności. Pamiętajmy, że ostateczne rozstanie prezydenta Rzeszowa z SLD zostało, delikatnie mówiąc, spowodowane niezbyt przemyślanym atakiem ze strony jednej z młodych działaczek. Ferenc z pewnością na to nie zasłużył. Zaś owa działaczka, jak na razie ani szczególnymi dokonaniami ani talentami się nie wykazała. Jestem pewien, że mieszkańcy Rzeszowa z sentymentem będą wspominali czasy jego prezydentury. I z pewnością będą porównywali jego dokonania z dokonaniami następcy.
Poparcie, jakie otrzymał Marcin Warchoł ze strony ustępującego prezydenta Rzeszowa jest zobowiązaniem i wyzwaniem, któremu nie będzie łatwo sprostać. Bo poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko. Oczywiście nie wiemy na kogo oddadzą swe głosy rzeszowianie. Nie zdziwię się jeśli w szranki stanie wielu kandydatów. Prawo i Sprawiedliwość od lat ma chrapkę na stolicę Podkarpacia, i kandydatura Warchoła nie jest prawdopodobnie tej formacji na rękę. W niełatwej sytuacji są też partie opozycyjne, które nawet gdyby doszły do porozumienia , to bez poparcia Tadeusza Ferenca nie mogą liczyć na sukces wyborczy. Zaś Marcin Warchoł, jeśli poważnie myśli o kontynuowaniu kariery samorządowca, gospodarza pięknego miasta z interesującymi perspektywami, będzie musiał skorzystać z osiągnięć i doświadczeń poprzednika. Powinien zrezygnować z radykalizmu tak charakterystycznego dla formacji Zbigniewa Ziobry. Będzie musiał szukać rozsądnego porozumienia ze wszystkimi siłami politycznymi.
Łaskawość władz centralnych bywa zmienna, a miasto potrzebuje środków i właściwego klimatu. Tadeusz Ferenc potrafił budować zaplecze. Był elastyczny i zawsze szukał porozumienia, a nie okazji do starcia. Dzięki temu mógł uczynić dla Rzeszowa tak wiele. Dlatego mieszkańcy tak chętnie głosowali na niego. Jeśli Marcin Warchoł nie dorówna tym standardom, za kilka lat opuści ratusz w niesławie. I mało kto będzie za nim tęsknił.
Tak czy inaczej jesteśmy świadkami niezwykłego politycznego eksperymentu, gdy odchodzący, popularny i doświadczony polityk wskazuje młodego następcę… Kto wie, może stanie się to dobrym przykładem i zwyczajem… Najtrwalszym dziedzictwem Tadeusza Ferenca.

Skąd wieje wiatr, panie Ferenc?

Stałem sobie dłuższą chwilę w zeszły piątek na zewnętrzu, i patrzyłem, jak wiatr miota pustym opakowaniem po prezerwatywie.

Szedłem akurat wyrzucić śmieci i fant wyleciał mi z rozerwanego worka. Przypomniała mi się wtedy słynna scena z „American Beauty”, z tańczącym na wietrze, plastykowym woreczkiem. Dookoła śnieg, mróz skrzypi pod nogami, a z pustego pazłotka po kondomie ulatuje życie, którego nigdy nie miało prawa tam być. A wiatr uniósł je i tak, i poniósł, hen, ponad korony drzew.

Najgorętszym miejscem w skutej lodem i smaganej wiatrem Polsce, będzie niebawem Rzeszów. Stolica Podkarpacia, prócz podmuchów od wschodu, smagana będzie też wiatrem zmian. Oto nestor polskiego samorządu, Tadeusz Ferenc, wieloletni prezydent miasta, podał się do dymisji ze względu na zły stan zdrowia. O jego nadwątlonej kondycji, zbożny lud rzeszowski wiedział już od dawna. Prezydent jednak niewiele sobie z tego robił. Co elekcja stawał szranki z młodszymi i ku ich wściekłości, zostawiał konkurencję w tyle.

Przez te kilkanaście lat, od kiedy rządził Rzeszowem, zdążył Ferenc przejść długą i mozolną polityczną przemianę, od lewa, przez centrum, do prawa. Kiedyś dużo SLD, potem mało SLD, później PO, Komorowski, Kosiniak-Kamysz, a dziś Porozumienie gowinowskie. Cały czas jednak budował własne zaplecze w Radzie Miasta, uwieszone na swoim fejmie. W chwili podawania się do dymisji, wskazał Ferenc swojego następcę. Tzn. namaścił, bo wskażą go za 90 dni wyborcy, o ile do wyborów przyspieszonych dojdzie. Najlepszym kandydatem, podług Ferenca, który ma objąć po nim schedę, będzie wiceminister od Ziobry, Marcin Warchoł. Zaiste, takiego wskazania mało kto się po Ferencu spodziewał, a już zwłaszcza jego ludzie. Ja jednak w wyborach Tadeusza Ferenca dostrzegam` żelazną konsekwencję i patriotyzm, który równie dobrze, jeśli przyłożyć doń inny pryzmat, może się okazać się oportunizmem i zawiścią. Albo naiwnością.

Ferenc, mimo że z pezetpeerowskim rodowodem, zdołał przekonać do siebie mieszkańców tradycyjnie prawicowego Podkarpacia. Oczywiście, nie całego. W dużych miastach, nawet po prawej stronie, odsetek inaczej myślących jest zawsze większy niż w całym regionie, en masse. Tak czy inaczej, dokonał on, były komunista, członek SdRP i SLD, rzeczy wielkiej. Zdobył stolicę prawicowego zagłębia, bez mała 20 lat temu, i do tej pory nie wypuścił jej z rąk. W międzyczasie zmieniały się rządy i koalicje, a Ferenc trwał na posterunku. Trwał, rozwijał miasto i dumał: z kim grać, żeby Rzeszów rósł w siłę, a ludzie żyli w nim dostatniej. I wymyślił, że trzeba, tak jak w piosence Kaczmarskiego, zawsze trzymać z władzą. Jaka by ona nie była. Poglądy można mieć, nawet trzeba. Ale za bardzo się nimi nie obnosić. Coś jak z prąciem. Warto mieć je przy sobie w razie konieczności, ale nie wyciągać publicznie na wierzch. Tym, co powinno determinować politykę prezydenta miasta musi być…ono samo. Jego dobrostan. Przyciąganie inwestorów. Miejsc pracy. Ludzi, którzy je wezmą. Studentów. Nowych technologii. Sportu. Biznesu. To wszystko Ferencowi wychodziło. Kto bywał w Rzeszowie, ten widział ferencową robotę i ciężko było zaprzeczyć, że miasto pod jego rządami zrobiło gigantyczny postęp. A polityka? A niech sobie będzie. W myśl zasady: sprzymierzę się z samym diabłem, dla dobra moich wyborców. Zaprzedam czartowi duszę, wypiję z nim wannę wódki w piekle, ale nie pozwolę na to, żeby doraźna walka polityczna przesłoniła mi wizję progresu mojego miasta, któremu się w pełni oddam i poświęcę.

Trzeba pójść klamkować do Platformy, pójdę. Zdradzić starych towarzyszy z prawicą, zdradzę. Wystawić na szwank swoje własne interesy, zrobię to, bylebym dokończył swojego działa, bo Rzeszów mój widzę dziś wielki. Poprę tego, ujmę tamtemu, wyślę sygnał do trzeciego, co mi tam. Ale miasta nie dam na zatracenie, tylko dlatego, że ktoś chodzi do Kościoła częściej, niż ja za młodu. I takie stawianie sprawy ja, po części przynajmniej, rozumiem i szanuję. Jak decydujesz się być prezydentem miasta, dużego czy małego, i chcesz, żeby ludzie cię zapamiętali jako dobrego włodarza, musisz mieć wizję jego rozwoju. I konsekwentnie tę wizję, niezależnie od tego, skąd wieje wiatr, umieć realizować. Bezwzględnie. Tadeusz Ferenc posiadł tę umiejętność w stopniu najwyższym. Z czasem jednak zaczął grać coraz bardziej zachowawczo, z efektem mierzonym na doraźny sukces. Gdzieś poczęła uciekać wizja, którą przysłaniać zaczęły partykularyzmy. A że byt określa wiadomość, o czym też Ferenc doskonale wie, wkradać się zaczęły do otoczenia Ferenca persony, którym łatwiej, niż dekadę temu, było zaskarbić sobie prezydencką wdzięczność i uznanie. Platforma się zużyła. Ferenc zaczął szukać wsparcia u pisowczyków. Ten zabieg oczywiście wpisuje się w jego taktykę a’la „sąsiad zawsze trzyma z władzą”, ale już jawne wspieranie kandydata od Gowina na prezydenta, wbrew woli własnego, tworzonego przez lata, ponadpartyjnego, rzeszowskiego środowiska lokalnych patriotów? Coś tu jest nie tak.

Wiatr tymczasem targał papierek po prezerwatywie po całym osiedlu. Szła pani z dzieckiem na sankach. Pazłotko przemknęło jej koło nosa i poleciało dalej. Szedł dozorca i sypał sól na chodnik. Opakowanie po prezerwatywie musnęło go lekko w ramię, uniosło się ku górze, i wzleciało ponad horyzont, szukać swojego wybawcy. Który je pochwyci.

Wioskę swą widzę ogromną…

Na całym cywilizowanym świecie ludzie z miast wynoszą się na wieś. W Rzeszowie i Zielonej Górze wyciągnięto z tego wnioski.

Standardowi samorządowcy to tacy, co zamiast wizji mają programy unijne. Dlatego koncentrują się na budowaniu aquaparków, fontann i malowaniu trawy na pokrytych kostką rynkach swoich miast i miasteczek. Ci z ambicjami, mają inaczej. Stawiają sobie cele, których przeciętny rozum nie ogarnie. Takie, które wbrew logice i ekonomii, pozwolą im przejść do historii.

Gdy Tadeusz Ferenc – jako kandydat SLD – obejmował władzę prezydencką w Rzeszowie w 2002 roku, miasto liczyło sobie marne 53 kilometry kwadratowe, na których pomieszkiwało sobie niecałe 160 tysięcy ludzi. Przy porównywalnej liczbie mieszkańców, Bruksela była przy Rzeszowie kurduplem. Miała ledwie 32,6 km kw. Dla Ferenca to nie był żaden argument. Od początku zapowiedział, że jego celem jest aglomeracja, w której będzie mieszkało na 200 kiliometrach kwadratowych – 200 tys Rzeszowian. Podbój okolicznych ziem zaczął już po 2 latach. Po dokonaniu 2 podbojów okolicznych ziem, w roku 2010 władztwu prezydenta podlegał już obszar 116 kilometrów kwadratowych z ogonkiem.

Rzeszów mając ponad 2 razy taką powierzchnię jak 10 lat wcześniej, miał ledwie 20 tysięcy mieszkańców więcej. Więcej dlatego, że inkorporowane ziemie były przez takąż populację zamieszkiwane. Poza tym, wsie, wcielone do Rzeszowa już lata temu, wciąż były tymi samymi wsiami, tyle, że z miastowym adresem. Dla prezydenta to było nieistotne. W granicach Rzeszowa widział już nowe tereny. Okolicznym nie paliło się jednak do zmian. Nie przekonywało dowartościowanie mające wypływać z bycia mieszkańcem Rzeszowa. Nie pomagały też prezydentowi obietnice posad dla lokalnych kacyków. Ferencowi nie pozostawało zatem nic innego jak odwołanie się do argumentu siły. Zdobył poparcie Rady Miasta, uzyskał wsparcie ze strony wojewody, murem stanął za nim nawet Sejmik wojewódzki. Z takimi siłami ruszył w 2013 roku na podbój kilku sołectw. Nie udało się. Okoliczni tak okopali się na swoich pozycjach, że zdaniem rządu Tuska – w gestii którego była zmiana granic Rzeszowa – byli nie do ruszenia.

Całkiem inaczej miała Zielona Góra. Tamtejszy prezydent tak pokierował sprawą, że załatwił zgodę 17 wsi i rządu w Warszawie. Od 1 stycznia 2015 roku powierzchnia lubuskiej metropolii skoczyła prawie pięciokrotnie. Miała teraz 278 km kwadratowych. Pod względem obszaru stała się szóstą aglomeracją w kraju. Była teraz większa od Poznania i Gdańska liczących po 261 km kw. I prawie wyrównała Łódź mającą 293 km. kw. Tyle, że w Łodzi mieszka 700 tys ludzi, a Zielonej Górze liczba obywateli na skutek przyłączenia skoczyła ze 118 do 138 tysięcy. Pytani dziś o powiększenia miasta Zielonogórzanie pukają się w czoło. Dotarło do nich, że głupia decyzja wypływała z tego, że władze miasta chciały w debilny sposób udowodnić Gorzowowi Wielkopolskiemu, że są godniejsze do bycia stolicą regionu. Udowodniły zaś tylko tyle, że po pięciu latach po minięciu drogowych tabliczek z napisem Zielona Góra przez wiele kilometrów jedzie się przez kolejne wsie.

Po podbojach Zielonej Góry, Ferenc przyspieszył. Uparł się na włączenie do Rzeszowa całej gminy Krasne oraz paru wsi. Aby tak się jednak stało, zgodę na na to muszą wyrazić dwie strony, a więc radni z Rzeszowa oraz wybrańcy ludu z gmin ościennych. A ci nie chcieli i to bardzo. I na dodatek posiłkowali się lokalnymi referendami. Ich wyniki były zaś dla Ferenca miażdżące. Przeciw przyłączeniu terenów sołectwa Kielanówka i części sołectwa Racławówka opowiedziało się 2 552 osoby. Za przyłączeniem opowiedziało się 179 osób. Wstrzymało się 79 osób. 5 głosów było nieważnych.

Podobnie rzecz się miała z gminą Krasne. Gdyby udało się ją Ferencowi zdobyć, byłaby prawdziwą perłą w koronie. Ma ponad 39 km. kw i liczy prawie 11 tysięcy dusz. Prezydentowi nie pomogło, że podatek od gruntu, na którym stoi dom w Rzeszowie to 25gr/m2, zaś w gminie Krasne – 40gr/m2. Przy działkach średnio 10-arowych, podatek w gminie wynosi zatem ok. 400zł, a w mieście 250zł. Wbrew temu co sądził Ferenc zaoszczędzenie 150 zł w gminie Krasne nie robiło na nikim wrażenia. Nie zrobiły go też zapowiedzi, że po wcieleniu Rzeszów wpompuje natychmiast w gminę 100 milionów złotych. Na domiar wszystkiego, miejscowy wójt wypiął się na bycie rzeszowskim wiceprezydentem.

Powiększeniowe koncepcje Ferenca dostały po łapach. Z jednym małym wyjątkiem. W konsultacjach społecznych w Bziance na pytanie: „Czy jesteś za zmianą granic Gminy Świlcza polegającej na wyłączeniu z jej obszaru sołectwa Bzianka i włączeniu obszaru tego sołectwa do Gminy Rzeszów?”, na „tak” opowiedziało się 65,2 proc. głosujących. Jednak Ferenc przesłał do Rady Ministrów wniosek o powiększenie miasta nawet o tereny, których mieszkańcy byli przeciw.

W lipcu 2016 r. nad wnioskiem pochylił się rząd i uznał, że demokracja musi być. A skoro pisowskie wioski pod Rzeszowem nie chcą być zarządzane przez SLD-owskiego prezydenta, to nie będą.

Do Rzeszowa przyłączono jedynie Bziankę. Ferenc zyskał 404 ha i 600 obywateli. W Nowy Rok 2017 odbyła się uroczystość, na której mieszkańcy Bzianki przywitali prezydenta transparentem „Witamy w Rzeszowie”. Tadeusz Ferenc wygłosił spicz witający nowych mieszkańców Rzeszowa, i ogłosił, że już zaczyna im budować szkołę. Odegrano hymn miasta, przecięto wstęgę. Wypito również szampana.

W tym samym czasie podobna feta odbywała się w Opolu. Powiększono miasto o kilka wiosek. Nie o hektary jednak chodziło. Wszystkie inkorporowane do Opola miejscowości miały na swoich terenach przemysłowe giganty, które zamiast zasilać podatkami budżety gminne, od tej pory ubogacały w grube miliony złotych kasę opolskiego ratusza. Dlatego z tego podboju nikt się nie śmiał. A wręcz prezydentowi Opola zazdroszczono pomysłu na zdobycie kasy.

Ferencowi o pieniądze nie chodziło, bo gminy poza hektarami, nic nie miały miastu do zaofiarowania. Wiosną 2017 r. prezydent wysmarował do rządu kolejny wniosek o włączenie w granice Rzeszowa części Racławówki z gminy Boguchwała, Miłocina i Pogwizdowa Nowego z gminy Głogów Małopolski, a z gminy Trzebownisko miasto chciało przejąć Zaczernie, Nową Wieś oraz części Jasionki. Łącznie rzeszowskiej ekspansji terytorialnej miało ulec 2197,66 ha.

Rząd wniosek wysłał do kosza.

Dzięki kościelnym koneksjom SLD-owski prezydent zawiera cichy pakt o nieagresji z panią wojewodą podkarpacką. Z PiS oczywiście. Procentuje to w kolejnym roku. Wojewoda Ewa Leniart w kolejnym roku pozytywnie opiniuje wniosek o urzeszowienie 2 sołectw – Matysówki i Miłocina. Rząd się przychyla, i od 1 stycznia 2019 włości Tadeusza Ferenca rosną o ponad 6 kilometrów kwadratowych. Pogłowie rzeszowian zaś o 3,5 tys obywateli.
Ferenc wciąż przekonywał mieszkańców gminy Krasne, że jak zgodzą się być Rzeszowianami, to miasto natychmiast zainwestuje tam już nie 100, ale 300 mln zł. Ma szanse bo konsultacje o wchłonięciu gminy przegrał w lutym 2018 ledwie o włos. Uprawnionych do głosowania było ponad 11 tys. mieszkańców gminy Krasne. Z których 95 procent miało na tę kwestię wyjebane. Stąd za przyłączeniem gminy do stolicy Podkarpacia było 257 osób, przeciwko – 259.

Ferenc wybrany jesienią 2018 na kolejne 5 lat zyskał czas. Wykorzystał go na lifting polityczny. Wywołał więc burzę w szklance wody z SLD o Paradę Równości i jebnął legitymacją partyjną. Stał się prezydentem niezależnym. Potrzebne mu to było – rzecz jasna – do podbojów terytorialnych. Tuż przed pandemią zrobił plebiscyt dla Pogwizdowa Nowego, Malawy i części sołectwa Racławówka.

Gdyby wszystko poszło po jego myśli, to od 1 stycznia mógłby osiągnąć pierwszy ze swoich planów – dobić z ilością rzeszowian do 200 tysięcy. Wioski te zamieszkiwał bowiem 4972 osoby. A ponieważ na koniec stycznia ratusz rzeszowski doliczył się 195 734 Rzeszowian, to byłoby idealnie.
Referendum poszło dobrze dla Ferenca tylko w Pogwizdowie Nowym. Pani wojewoda zgodziła się z jego wynikami i rekomenduje rządowi włączenie wsi do Rzeszowa.

Ferenc dołoży zatem kolejne 2 kilometry kwadratowe miasta. Osiągnie więc 128,6 kilometrów kw. metropolii. Niestety nie 200 tysięcznej. Pogwizdów dołoży Rzeszowowi ledwie 1149 osób. O 3 tys. za mało.

A będzie jeszcze mniej, bo w tamtym roku powiat rzeszowski zajął drugie miejsce w kraju w kategorii odpływ mieszkańców. Ubyło prawie tysiąc dusz. Walki Ferenca, któremu w lutym stuknęła „osiemdziesiątka” od dawna nikt, poza jego przydupasami nie rozumie. Nie chodzi przecież ani o korzyści podatkowe dla miasta, ani tereny te nie są potrzebne pod nowe osiedla, bo tych jest w cholerę. Nikt, nie jest w stanie powiedzieć po jaką cholerę od tylu lat, tyle kasy i bezsensownej pracy idzie po to, żeby dmuchać obszar miasta, w którym tak niewielu chce mieszkać.

To dziwne tym bardziej, że Ferenc jest naprawdę dobrym prezydentem. Ta część Rzeszowa, którą objął 18 lat temu rozkwitła i z roku na rok ma się coraz lepiej.

Ważne zwycięstwo

Rzeszowskie pielęgniarki z Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 2 wygrały walkę o swoje, naruszane bezwstydnie, prawa pracownicze.
Przywrócono do pracy zwolnione z naruszeniem prawa działaczki związkowe, które nie były niczym innym jak tylko próbą zastraszenia dzielnych kobiet, wycofano pozew sądowy przeciwko pielęgniarce, która odważnie opowiedziała o fatalnej sytuacji w placówce. Dyrektor, którego metody rozwiązywania sporów polegały przede wszystkim na eskalowaniu konfliktu, zrezygnował z pracy. Zwycięstwo.

Czemu ono jest tak istotne?

Ponieważ jest to niezwykłe wydarzenie na tle dramatycznej bierności polskich pracowników najemnych. Od lat polskie społeczeństwo jest ofiarą zbrodniczego eksperymentu na świecie pracy. Setki tysięcy ludzi wyrzuconych na bruk bez żadnego zabezpieczenia. Tysiące z nich popełniło samobójstwa, zmarło w różnych dramatycznych okolicznościach. Ogromna liczba nigdy nie podniosła się z dna upokarzającego wykluczenia, przekazując kolejnym pokoleniom wyuczoną bezradność. Ci, którym udało się utrzymać na powierzchni, musieli przyzwyczaić się do nowego towarzysza życia – mdlącego strachu, że byle co może spowodować, że znajdą się znowu na dnie. Dodawali sobie wartości, ujmując jej innym. Że sami sobie winni, że są leniwi, że piją. Dziś za główną przyczynę bezrobocia większość pytanych uważa lenistwo tych, którzy pozostają bez pracy. Mistrzowski ruch kapitalizmu – doprowadzić ludzi do pozycji szmaty i wmówić im, że to ich wina.

A warto zauważyć, że w takiej samej sytuacji lud we Francji, w Chile i w innych krajach wychodził na ulice milionowymi tłumami. Polska klasa pracująca została tak skutecznie przemielona młynami neoliberalnej ideologii, że nie jest w stanie skutecznie zorganizować solidarnego zrywu, przed którym władza będzie musiała się cofnąć. Owszem, pojawiają się ogniska protestu, ale przegrywają, a każda porażka pozostawia blizny w mentalności protestujących. Przykład nauczycieli jest najbardziej jaskrawy.
Nie przeceniam zwycięstwa rzeszowskich pielęgniarek. Chce jednak wierzyć, że pokazały drogę, którą pójdą następni, dla których obrona ich godności będzie warta ryzyka i wyrzeczeń. A następnym krokiem (też chcę w to wierzyć) będzie strajk solidarnościowy, gdy pracownicy zrozumieją, że neoliberalne państwo stosuje wobec nich metodę salami – odkrawania plasterek po plasterku kolejnych źródeł protestu i pacyfikowania ich. A potem wyłonią ze swych szeregów ludzi, którzy naprawdę będą reprezentować ich interesy i nie będą tchórzliwie bajać o tym, co można w danej sytuacji politycznej, a o czym w żadnej sytuacji nie wolno nawet marzyć. Wtedy będzie szansa na zmianę.

Sukces rzeszowskich pielęgniarek

Koniec rządów Krzysztofa Bałaty w Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim nr 2 w Rzeszowie. Zarząd województwa podkarpackiego przyjął jego rezygnację. Dyrektor zostanie zapamiętany jako ten, który zdegradował standardy zatrudnienia w placówce i zwolnił dyscyplinarnie przywódczynie związku zawodowego.

Odejście Bałaty jest efektem piątkowego spotkania Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego, na której podniesiony został temat procederu, który miał miejsce w rzeszowskim szpitalu podczas dwuletniego panowania dyrektora. Oprócz pracownic i reprezentantów szpitala wzięli w nim udział marszałek Władysław Ortyl, wojewoda podkarpacka Ewa Leniart, sekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, Józefa Szczurek-Żelazko. Przy stole zasiadły również koleżanki zwolnionych pielęgniarek z innych placówek na Podkarpaciu.

Nie chciał przeprosić

Bałacie przypomniano nie tylko dyscyplinarne zwolnienie dwóch liderek szpitalnej organizacji Związku Pielęgniarek Operacyjnych i Anestezjologicznych, ale też redukowanie zatrudnienia w szpitalu i wprowadzenie zasady rotacyjności pielęgniarek: przerzucania ich z oddziału na oddział niezależnie od posiadanej specjalizacji. To właśnie takim działaniom sprzeciwiał się pielęgniarski związek zawodowy. Bałata wyrzucił jego liderki Katarzynę Ciurę i Joannę Buż po tym, gdy pojechały po pomoc do PIP. Bałata na pomoc wezwał firmę PR, która starała się przedstawiać jego działania w jak najlepszym świetle. To jednak nie pomogło.

Gdy trwała debata na forum WRDS, dyrektor starał się organizować poparcie dla siebie w samym szpitalu. Pielęgniarki i położne były zmuszane przez swoje przełożone do podpisywania listu poparcia dla dyrektora. Bałatę chwalono w nim jako osobę, która potrafiła podejmować „niepopularne decyzje”.

Po kilku godzinach burzliwej dyskusji Rada zaleciła dyrektorowi Bałacie polubowne rozwiązanie spraw pracowniczych w terminie do 7 lutego 2020 br., i wypłacenie zaległych podwyżek w terminie do 14 lutego br. Wiadomość ta wzburzyła zarządcę, który nie ma sobie nic do zarzucania. Bałata wolał złożyć dymisję, niż przyznać, że postąpił niewłaściwie. 3 lutego zarząd województwa przyjął jego rezygnację

Walka trwa

To jednak nie koniec walki pielęgniarek. Związek Pielęgniarek Operacyjnych i Anestezjologicznych oczekuje, że dyrektor wycofa pozew o zniesławienie szpitala, jaki wniósł przeciwko pielęgniarce Sylwii Rękas, żądając od niej 20 tys. złotych nawiązki. Owo zniesławienie miało polegać na przekazywaniu mediom informacji o sytuacji w lecznicy. Na powrót do pracy czekają również zwolnione dyscyplinarnie działaczki związkowe – jednej brakowało trzech miesięcy do emerytury, druga ma małe dzieci.