Kolejna ofiara „Revenge porn”

W Korei Południowej samobójstwa są pierwszym powodem śmierci osób do 40 r. życia, ale wczoraj cały kraj poruszyła śmierć 28-letniej gwiazdy K-pop Goo Hara. Wszystko wskazuje, że padła ofiarą tzw. revenge porn ze strony swego b. partnera, jak jej przyjaciółka Sulli, również piosenkarka, miesiąc wcześniej. Zjawisko zaczyna niepokoić władze, bo nie tylko gwiazdy umierają z tego powodu.

Goo Hara była w Korei znana jak mniej więcej Zenek Martyniuk u nas, szeroko, choć nie wszyscy słuchali jej cukierkowych przebojów. Jej samobójcza śmierć wywołała narodową debatę na temat molestowania i szantażu kobiet w sieci. Powstaje petycja do prezydenta z propozycją wyższych kar dla przestępców internetowych. Niektórzy chcą całkowitego zakazu złośliwych komentarzy. Gwiazda legendarnego już w Korei zespołu Kara nie mogła wytrzymać szantażu swego byłego chłopaka, fryzjera.
Wygrażał, że ujawni jej widea o charakterze seksualnym, że zakończy jej karierę. Parkingowa kamera zarejestrowała jak Goo Hara klęczy przed nim błagając, by tego nie robił. W sierpniu mężczyzna został skazany (w zawieszeniu) za liczne przestępstwa, w tym za próbę szantażu, ale ciągle molestował i poniżał dziewczynę internetowo.
Luksusowy świat K-pop jest typowo bezlitosny. Konieczność utrzymania doskonałego wizerunku lalki przy rezygnacji z życia prywatnego i stałym molestowaniu w sieci potrafi wykończyć najodporniejszych. Gwiazdy K-pop selekcjonują agencje, w wieku 15 lat, potem zajmują się ich szkoleniem i całą ich karierą, kontrolują próby, koncerty i promocje. Tymczasem obrzydliwe zjawisko revenge porn, wraz z upowszechnieniem kamer wideo niebezpiecznie się rozszerza. Rząd koreański ma przedstawić propozycję ustawy, która będzie temu przeciwdziałać.

W sprawie śmierci Kosteckiego

W opozycji do informacji, przekazywanych przez Prokuraturę Krajową, która opierając się na opinii sporządzonej przez biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w Warszawie utrzymuje, jakoby śmierć Dawida Kosteckiego nastąpiła w wyniku samobójstwa, diametralne inne ustalenia przedstawiają pełnomocnicy rodziny byłego pięściarza.

Do śmierci Dawida Kosteckiego, dla wielu wciąż bardzo zagadkowej, doszło w Areszcie Śledczym w Warszawie — Białołęce. Ciało popularnego „Cygana” nad ranem w dniu 2 sierpnia miał zauważyć jeden ze współosadzonych, których miało być trzech w celi. Według oficjalnej wersji 38-latek był przykryty kocem, a powiesił się na pętli z prześcieradła zaczepionej o górne łóżko.
Kostecki w Rzeszowie odsiadywał wyrok 5 lat i 100 dni pozbawienia wolności, a do stolicy został przetransportowany w połowie czerwca na wniosek prokuratury, gdzie miał być świadkiem w sprawie Tomasza G., który przebywał w tym samym areszcie. Do końca wyroku „Cyganowi” pozostawały dwa lata, a o przedterminowe zwolnienie mógł się ubiegać już za dziewięć miesięcy.
Udało nam się ustalić, że wbrew temu, co mówi prokuratura, na ciele zmarłego jest szereg śladów wskazujących na walkę przed śmiercią i udział osób trzecich w jego zgonie. Są to otarcia naskórka i krwiaki. Krwiaki są między innymi na prawym ramieniu, na ręce, na grzbiecie i są otarcia na nodze — powiedział mec. Jacek Dubois, a następnie przedstawił możliwą hipotezę, jak mogło dojść do śmierci Kosteckiego, opierając się na analizie tych śladów z lekarzami, z kryminologami.

Czy możliwe jest, że Dawid Kostecki został zamordowany, a jego samobójstwo upozorowane?

Oczywiście, że tak. Jako jeden z podstawowych błędów organów ścigania dostrzegam zaniechanie dokładnego zbadania dwóch nakłuć na karku denata. Elementarną kwestią w tym wypadku (już w czasie sekcji zwłok) powinno stać się pytanie, czy rany te miały charakter drążący do wnętrza ciała, czy były jedynie powierzchownymi urazami, powstałymi np. w wyniku ukąszenia owada?
Jeśli były to nakłucia drążące, to istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że powstały one w wyniku wkłucia, przy którego okazji denatowi osoba trzecia mogła podać środek zwiotczający mięśnie lub pozbawiający świadomości. Na okoliczność tę powinna zostać przeprowadzona jak najszybciej po zgonie analiza toksykologiczna, której zaniechano. Czas rozpadu pewnych środków chemicznych w organizmie jest bardzo szybki (nie mówimy przecież o związkach ołowiu, których czas połowicznego rozpadu w organizmie wynosi nawet 20 lat). Istnieją środki chemiczne, których okres półtrwania w organizmie wynosi kilka godzin, nawet kilka minut, później zaś substancje te są niewykrywalne.
W ponad połowie przypadków organa ścigania nie ustalają stanu świadomości zmarłego, tj. czy był on w chwili śmierci trzeźwy, pod wpływem alkoholu, substancji psychotropowych albo innych środków wpływających na świadomość. Dawniej, gdy przestępcami byli zwykle słabo wykształceni „chuligani” ewentualne pozorowanie przez nich śmiertelnych wypadków przyjmowało karykaturalne kształty, jak np. obmycie i zaklejenie rany po pchnięciu nożem, a następnie przekonywanie lekarzy pogotowia, że zmarły miał zawał.
Współcześni profesjonalni przestępcy (sprawcy wyrafinowani) – a przecież tacy siedzieli z Kosteckim – czerpią informacje o sposobach prowadzenia śledztwa i postępach techniki kryminalistycznej z publikacji fachowych, takich jak np. „Kryminalistyka” prof. Brunona Hołysta. Pozostają więc świadomi, jakie ślady zostawić mogą na miejscu zdarzenia i jak technik policyjny będzie ich szukał oraz zabezpieczał, a prokurator interpretował. Istotny pozostaje też czynnik rutyny albo ewentualnie złej woli w działaniach wykrywczych organów ścigania, który znacznie ułatwia reżyserowanie faktycznych przestępstw na neutralne prawnokarnie zdarzenia.
Zarówno te powody, jak i stosunkowo prosty mechanizm śmierci przez powieszenie, czynią potencjalnie możliwym upozorowanie takiego samobójstwa, czemu w przypadkach osób „niewygodnych” sprzyja konformistyczne nastawienie prokuratorów dążących do możliwie szybkiego zamknięcia postępowania i godzących się na akceptację tezy o targnięciu samobójczym, nawet w wysoce wątpliwych przypadkach i na podstawie iluzorycznych przesłanek, które w wypadku logicznego zważenia i konfrontacji z dowodami powinny zostać niezwłocznie odrzucone.
W pierwszej kolejności chcę wskazać na nazbyt przeceniany motyw rzekomego samobójstwa.
Wciąż słyszeć można, że zmarły był chory, miał długi, rozstał się z małżonkiem etc. W oczach laika może to być dostatecznym wyjaśnieniem, jednak absolutnie nim nie jest. Każdy człowiek w przynajmniej jednej materii (obszarze) życia jest niespełniony. Grono osób mających absolutnie udaną egzystencję oscyluje w granicach błędu statystycznego.
Wystąpienie powyższych okoliczności nie uprawnia więc do automatycznego potwierdzenia targnięcia samobójczego, gdyż tym kryterium można objąć 99% ofiar wszelkich zabójstw, wypadków, a nawet zgonów naturalnych. Symptomem takim mogą być natomiast schorzenia psychiatryczne (np. depresja endogenna), odizolowanie od społeczeństwa oraz wcześniejsze, nieudane próby samobójcze, a także jawne obnoszenie się z zamiarem samobójczym.

Drugim błędem, jaki dostrzegam, pozostaje nazbyt „sensacyjna”, a przez to nieprofesjonalna interpretacja wyników sekcji zwłok.

Często nawet w oficjalnych komunikatach prokuratorskich słyszę stwierdzenie, że sekcja zwłok potwierdziła bez wątpienia samobójstwo. Nic takiego technicznie nie jest możliwe. W żadnym zakresie żaden poważny lekarz sądowy nie odważy się kategorycznie napisać w opinii czy protokole sekcji, że na pewno doszło do samobójstwa, gdyż można to ustalić tylko i wyłącznie na podstawie całościowej i wszechstronnej analizy materiału dowodowego (np. w postaci przesłuchania świadków).
A już niezmiernie trudne jest wydanie takich opinii w przypadku powieszeń. Dostępne mi publikacje z medycyny sądowej często pouczają, że dla rozstrzygnięcia, czy śmierć miała samobójczy charakter, czy też wynikała ze zbrodniczego działania osób trzecich, decydujące znaczenie ma nie tyle otwarcie ciała w czasie sekcji zwłok, ile dokładne oględziny miejsca ich znalezienia, przebiegu i miejsca zaczepienia pętli, sposobu wiązania węzła i dokładne oględziny zewnętrzne ciała.
Także odnalezienie ran nie zawsze jest dowodem zbrodni, gdyż te mogły powstać w innych okolicznościach, np. jako konsekwencja drgawek przedśmiertnych, a ich brak nie wyklucza samobójstwa. Ujawnienie śladów nie po ciosach, a po chwytach obezwładniających założonych prawidłowo i bez uszkodzenia kości, bywa często niemożliwe. Kurtka, marynarka, bluza, wykluczą nawet powstanie powierzchownych zadrapań.
Podczas każdej sekcji weryfikacji podlega mechanizm śmierci, poszukiwane są ewentualne atypowe dla okoliczności zgonu ślady. Tymi śladami mogą być np. plamy opadowe na plecach w przypadku powieszenia pionowego. Wtedy, choć patomechanizm będzie typowy dla powieszenia (zamknięcie naczyń krwionośnych spowodowanych uciskiem sznura), to stwierdzone zostaną ślady wskazujące na udział osób trzecich w zdarzeniu i wykluczające samobójstwo.
W sytuacji powieszenia pionowego plamy opadowe nie mają prawa powstać na plecach denata, a w dolnych partiach kończyn. Nigdy więc nie należy utożsamiać wyników sekcji z wynikami śledztwa, co czynione bywa nagminnie.
W praktyce nie jest możliwe zabójstwo świadomego, sprawnego człowieka, przez powieszenie bez pozostawienia widocznych obrażeń defensywnych (oznak podjęcia obrony) na jego ciele. Ofiara zawsze walczy, broni się. Jedyny wyjątek to pozbawienie jej w finezyjny, podstępny sposób świadomości.
Popularną w ostatnich latach metodą jest podanie doustne lub w zastrzyku kwasu gamma-hydroksymasłowego. Osoba, której podano tę substancję w dostatecznie dużej dawce traci kontrolę nad ciałem, nie jest zdolna do stawiania żadnego oporu. Po upływie 8 godzin narkotyk nie jest już wykrywalny w osoczu, a po 12 godzinach w moczu. Substancja po prostu znika.
Podobne efekty oszałamiające zapewniają środki anestezjologiczne, np. stosowana dawniej w medycynie, a obecnie głównie w weterynarii, ketamina. Inne substancje podlegają pełnemu rozpadowi niezwłocznie po zatrzymaniu krążenia, w związku z czym ich wykrycie jest niemal natychmiast niemożliwe.
W wieloosobowej celi jest to wręcz nie do wyobrażenia. Identyczny brak śladów i przytomności ofiary zapewnić może jednak wprawne wykonanie prostego duszenia (shime-waza) w postaci ucisku ramieniem i przedramieniem na tętnice szyjne. Nie dochodzi wówczas do uszkodzenia chrząstki tarczowatej ani innych części krtani.
Jest to jeden z podstawowych chwytów judo i jujitsu, uczony też podczas kursu samoobrony w każdej służbie mundurowej. Ze względu jednak na przewagę siłową Dawida Kosteckiego, taką taktykę należy raczej wykluczyć, chyba że została wykona z zaskoczenia.
W ciągu kilku sekund chwyt ten pozbawia skutecznie przytomności uniemożliwiając powstanie obrażeń obronnych, a szeroki obszar ucisku nie powoduje dostrzegalnego naruszenia tkanek szyjnych i pozostaje w pełni zgodny z mechanizmem późniejszej śmierci. Wbrew obiegowym opiniom, zgon przez powieszenie nie wynika z odcięcia dopływu powietrza do płuc, a zazwyczaj właśnie z zamknięcia tętnic szyjnych i kręgowych, czyli zablokowania dopływu krwi do mózgu. Ostre niedotlenienie powoduje wtedy w ciągu kilku sekund utratę świadomości, lecz sama śmierć następuje dużo później. Stąd badania uszkodzeń mózgu potwierdzają naturalne dla powieszenia zmiany, a oględziny ciała nie ujawniają żadnych śladów walki.
Jak się okazuje — upozorowanie zgonu samobójczego przez powieszenie nie nastręcza większych problemów, a jest możliwe w przypadku podstawowej znajomości tzw. technik interwencyjnych. Brak śladów walki na ciele denata (choć w ocenie mecenasa Jacka Dubois takie ślady na ciele Kosteckiego jednak były) również nie może więc wykluczyć udziału osób trzecich, zwłaszcza gdy brak wskazanych wcześniej bezpośrednich symptomów wskazujących na zagrożenie samobójstwem, a zarazem zmarły miał podstawy, by obawiać się o własne życie.
Kostecki nie wykazywał żadnych myśli samobójczych, natomiast z wielu względów miał pełne podstawy, aby obawiać się o swe życie. Ujawnił on bowiem aferę, której obyczajowe tropy prowadzą do najwyższych polityków PiS, nadto był jednym z ostatnich żyjących świadków tzw. afery podkarpackiej.
Czy zatem popełni samobójstwo, czy też zostało ono upozorowane? Osobiście wersję o samobójstwie uważam za bardzo mało prawdopodobną.

Milczenie w sprawie

To rzecz niewyobrażalna, że ginie trzecia osoba w tak ważnej aferze i prokurator generalny w ogóle się w tej sprawie nie odzywa, nikt nie bierze za to odpowiedzialności – tak Robert Kropiwnicki z PO komentuje sprawę śmierci w więzieniu byłego boksera Dawida Kosteckiego. Rodzina i pełnomocnicy domagają się ponownej sekcji zwłok. Prokuratura na razie odmawia, mimo że jeden z prokuratorów w notatce służbowej po oględzinach zwłok pisał o dwóch wkłuciach na szyi zmarłego.

Prokuratura: Dwa wkucia bez znaczenia
O wątpliwościach dotyczących śmierci boksera Dawida Kosteckiego napisała w poniedziałek „Wyborcza”. Gazeta dotarła do notatki prokuratora prowadzącego sprawę, który odkrył na ciele Kosteckiego ślady przypominające ukłucia po igle.
W protokole z sekcji zwłok nie ma jednak informacji na temat ukłuć i ewentualnej przyczyny ich powstania.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie poinformował dziś, że biegli wykluczyli, jakoby ślady na szyi powstały na skutek ukłucia.
Rodzina domaga się ponownej sekcji zwłok, prokuratura na razie odmawia.
Kim był Kostecki
Dawid Kostecki był jednym z kluczowych świadków ws. tzw. afery podkarpackiej. Ciało boksera znaleziono w zeszłym tygodniu w areszcie śledczym na warszawskiej Białołęce. Kostecki miał się powiesić na prześcieradle. Służby więzienne miały znaleźć ciało na podłodze i przenieść na łóżko.
Jak pisze „Wyborcza”, Kostecki odbywał pięcioletni wyrok w Rzeszowie, do końca kary zostały mu dwa lata. 18 czerwca został przewieziony do aresztu śledczego Warszawa-Białołęka, miał być świadkiem prokuratury w procesie o rozbój. Rodzina Kosteckiego twierdzi, że obawiał się on o swoje życie i dlatego nie chciał być przeniesiony do stolicy. Proponował, by przesłuchano go z Rzeszowa, w trybie wideokonferencji. Śledczy się nie zgodzili.
W 2012 roku były bokser ujawnił proceder współpracy policjantów CBŚ z Rzeszowa z braćmi R. – pochodzącymi z Ukrainy właścicielami lokalnych agencji towarzyskich. Klientami mieli być politycy z kręgów PiS.
Kolejna śmierć w więzieniu
– Wydawałoby się, że osoba, która jest w więzieniu, jest bezpieczna, tymczasem okazuje się, że polskie więzienia stają się bardzo niebezpieczne, szczególnie dla świadków, którzy maja do powiedzenia coś w sprawach, w których uczestniczą politycy PiS – komentuje Robert Kropiwnicki, poseł PO.
Połowie opozycji domagają się wyjaśnień od prokuratora generalnego i prokuratorów bezpośrednio prowadzących sprawę Dawida Kosteckiego, a pytań jest wiele.
Prok. Wojciech Kapuściński, który był w celi, w swojej notatce napisał, że możliwy jest „zbrodniczy charakter śmierci”. – Dlaczego ten prokurator nie uczestniczył w sekcji zwłok? Kiedy będą wyniki badań toksykologicznych, czy były pobrane próbki i czy dają one gwarancję, jaki był skład chemiczny krwi i innych płynów na dzień śmierci Dawida Kosteckiego? Dlaczego osoby prowadzące sekcję nie zbadały istotnych śladów? – dopytywał Kropiwnicki.
Poseł opozycji domaga się też informacji, czy przeszukano i zabezpieczono odzież, również należą do współosadzonych, czy monitoring z korytarza i obiektów obok został zabezpieczony.
– To rzecz niewyobrażalna, że ginie trzecia osoba w tak ważnej aferze i prokurator generalny w ogóle się w tej sprawie nie odzywa, nikt nie bierze za to odpowiedzialności – komentował Kropiwnicki.
Przypomnijmy, że w 2009 roku, po samobójstwie Roberta Pazika skazanego na dożywocie za zabójstwo Krzysztofa Olewnika, ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski podał się do dymisji. Odwołania ministra domagał się wówczas Zbigniew Ziobro, który twierdził, że minister osobiście odpowiada za śmierć osadzonego.

Ten desperat Witkacy

W tym roku przypada 80 rocznica samobójczej śmierci Witkacego. Wprawdzie to dramatyczne wydarzenie miało miejsce 18 września 1939 roku, ale już teraz, po premierze „Metafizyki dwugłowego cielęcia” w Teatrze Studio trudno uciec od pamięci o tym desperackim kroku artysty.

Stanisław Ignacy Witkiewicz brał udział w wydarzeniach rewolucji i wojny domowej w Rosji, aby po powrocie do Polski poświęcić się wyłącznie twórczości. Nigdy do końca nie wyjawił swoich doświadczeń z tego okresu życia. Wiadomo jednak, że cierpiał na obsesyjny lęk przed automatyzacją, masą i zanikiem indywidualności. Toteż po wybuchu drugiej wojny światowej – na wiadomość o wkroczeniu do Rzeczypospolitej Armii Czerwonej – popełnił samobójstwo. To był dla niego

prawdziwy koniec świata.

Samobójstwo w pewnym sensie było widmowym cieniem Witkacego. Zaczęło się od samobójstwa jego wielkiej miłości Jadwigi Janczewskiej, która 21 lutego 1914 roku targnęła się na swoje życie pod Skałą Pisaną w Dolinie Kościeliskiej i – jak pisała Wschodnia Agencja Telegraficzna – „pozbawiła się życia wystrzałem z rewolweru” (bliżej o tej tragedii i związku malarki z Witkacym pisze Maciej Pinkwart w książce „Wariat z Krupówek”). Samobójstwo Janczewskiej było takim wstrząsem dla artysty, że Bronisław Malinowski w trosce o życie przyjaciela zaproponował mu udział w przygotowywanej wyprawie etnograficznej na Nową Gwineę. Przyjaciele wyjechali więc wspólnie, ale depresja nie mijała, a na wieść o wybuchu wojny Witkiewicz postanowił wrócić do Europy i zaciągnąć się do wojska. Zostawił jednak list do władz Cejlonu – na wypadek, gdyby popełnił samobójstwo, nad czym wciąż się zastanawiał – aby nie obarczać za to winą jego przyjaciela.

Podróż u boku Malinowskiego zostawiła jednak głęboki ślad w pamięci artysty, skoro potem w egzotycznej scenerii Południowo-wschodniej Azji i Australii ulokował akcję sześciu dramatów: „Metafizyki dwugłowego cielęcia” (1921), Tumora Mózgowicza”, „Mister Price’a, czyli Bzika tropikalnego”, „Niepodległości trójkątów”, „Panny Tutli Putli” i zaginionej sztuki „Percy Zwierżontkowskaja”. Największe znaczenie wśród tych egzotycznych sztuk przywiązywał artysta do „Metafizyki”. Poprzedził ją nawet przedmową, w której rozprawiał się ze swoimi przeciwnikami. Odrzucał zarzuty o „niedbały język”, broniąc zasady teatralnego uzasadnienia dialogu. Odrzucał zarzuty, iż tematami swych sztuk czyni „jakieś świństwa, erotomanię, filozofię itp. rzeczy” zamiast „miłości, poświęcenia, dobrych uczynków, wzniosłych uniesień”. Rozpraszał wątpliwości, jakie wynikały ze spopularyzowanego przez Boya pojęcia „bujdy”, broniąc tych „bujd”, które mogłyby złożyć się na nowy teatr: „Cokolwiek dzieje się na scenie, człowiek powinien znajdować się nie tam, gdzie to się faktycznie dzieje: nie w saloniku, nie w pustyni, nie w tropikach, tylko w świecie formalnego piękna, oderwanego do rzeczywistości jako takiej, będącej tylko środkiem nadawania napięć dynamicznych w formalnych konstrukcjach”. Na koniec zrywał z tradycją sztuki dobrze skrojonej, stwierdzając, że „zupełna swoboda kompozycji w uniezależnieniu od wszelkich wymagań prawdy życiowej i przyzwyczajeń, pochodzących z dawnego teatru, jest konieczna dla rozwoju nowych form dramatycznych”.

„Metafizyka” jest próbą zastosowania tych zaleceń we własnym tekście, który odznacza się nieoczekiwaną klarownością. Witkacy tworzy

dramat wzorcowo skonstruowany,

najwyraźniej nawiązujący do Szekspirowskiego „Hamleta”. Odsłaniając dojrzewanie głównego bohatera, którym jest kilkunastoletni Karmazyniello (Robert Wasiewicz), odkrywający swoje niepewne pochodzenie, przymuszany do przyjmowania ról narzucanych przez rodziców, zwłaszcza matkę, szukający i znajdujący jej sobowtóra, stęskniony za ojcem-mentorem. Tak czy owak, świat go raczej mierzi, stąd wciąż powraca do myśli samobójczych (nie tylko on zresztą). Kwintesencją jego młodzieńczego odkrycia jest obrzydzenie do siebie, rodziny i świata: „Sam fakt istnienia w ogóle – wyjawia – jest czymś ohydnym”. Okazuje się, że nawet Król, naczelnik Papuasów (Ewelina Żak), zaprzyjaźniony z młodzieńcem nie może mu zaoferować niczego – jego związek z naturą jest równie podejrzany, jak uzależnienie Zachodu od znikczemniałej cywilizacji.

„Metafizyka dwugłowego cielęcia” – można domniemywać, że w tej metaforze chodziło o rozdwojenie bohatera między siłami Natury i Kultury – wpisuje się w ton dramaturgii Witkiewicza, który wobec narastającego kryzysu kultury przewidywał nieuchronną redukcję pola działania dla indywiduum – w tym także sztuki jako szczególnego przypadku ekspresji indywidualizmu. Jego dzieła ujawniają ten proces, zapowiadając katastrofę kultury i sztuki, będąc zarazem próbą – czasem w groteskowej już deformacji i wykrzywieniu – ukazania trwogi metafizycznej i obcowania z Tajemnicą Istnienia. Teatr uważał artysta bodaj za ostatnią flankę obrony indywidualności przed zalewem masy. Obrony aktywnej, polegającej na odrzuceniu wszelkich nakazów społecznych, narzuconych obowiązków społecznych. Jego teatr miał być „czysty, pozbawiony kłamstwa, a dziwny jak sen”. Sprawiał jednak wrażenie pozornej niezborności elementów – w tym zapewne tkwiło źródło odrzucenia sztuk Witkacego przez współczesnych. Nawet tak silnie uwrażliwiony na artystyczną prowokację i drwinę poeta, jak Antoni Słonimski określał dramaty pisarza mianem skeczy. Premierę „Wariata i zakonnicy” komentował bez taryfy ulgowej: „Każda sztuka deformuje życie, nie znaczy to jednak, aby każda deformacja była sztuką. Deformacje Witkiewicza nie mają ogólnego stosunku do świata – jest to raczej niewspółmierne pomieszanie pierwiastków”.

Na dobrą sprawę za życia Witkacego jedynie dramat „Jan Maciej Karol Wścieklica”, uznany przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego za „najdonioślejsze wydarzenie artystyczne ostatniej doby”, odniósł sukces, także frekwencyjny – grano go 68 razy, w tym połowę przedstawień w objeździe (Teatr im. Aleksandra Fredry w Warszawie na Pradze pod dyr. Jana Pawłowskiego, 1925). Prawdopodobnie sukces polegał na utożsamieniu bohatera tej sztuki z Witosem. „Metafizyka” nie miała takiego szczęścia, chociaż sam Witkiewicz usiłował dwukrotnie ja wystawić w Teatrze Formistycznym. Prapremiera poznańska w reżyserii Edmunda Wiercińskiego (1928) rozczarowała, była bowiem świadomą parodią sztuki Witkacego. Nic dziwnego, że autor okreslił to smutne wydarzenie jednoznacznie: „zrodziła się z niej akonstrukcyjna marmelda realistycznych nonsensów”.

Do następnej premiery „Metafizyki” doszło dopiero

pół wieku później

– Jerzy Goliński wyreżyserował tę sztukę w krakowskim Teatrze im. Słowackiego (1974), ale bez powodzenia. Dopiero ostatnio zaczęli do niej zaglądać młodzi reżyserzy, Jerzy Borczuch (TR Warszawa, 2010) i teraz Natalia Korczakowska; sięgał po nią też Teatr Witkacego w Zakopanem (w reżyserii Andrzeja Dziuka).

Reżyserzy – to niezwykle nie jest – nie respektują inscenizacyjnych pomysłów Witkacego, który bardzo szczegółowo zaplanował dekoracje „Metafizyki”. Idą swoją drogą, którą podpowiada im wyobraźnia. Korczakowska – to nie ulega wątpliwości stworzyła fascynującą przestrzeń, akcentując urodę plastyczną przedstawienia, jego zamglone granice. Nasyciła też tekst dramatu fragmentami innych utworów Witkacego (m.in. „Regulaminem firmy portretowej”), wiernie odtwarzając główną oś konfliktu – między cywilizacją i naturą. Może zbyt wiele w tym spektaklu pomysłów, przez co ich efekt się paradoksalnie kurczy, ale nawet jeśli nic więcej nie można by powiedzieć dobrego o tym przedstawieniu (a można), już sama rola Ewy Błaszczyk (Lady Clay) to dość, aby uznać „Metafizykę dwugłowego cielęcia” w inscenizacji Natalii Korczakowskiej za wydarzenie.

Zacznijmy od tego, że Ewy Błaszczyk można w ogóle nie poznać. Stopień transformacji, jakiej dokonuje w roli Matki sprawia, że może się wydawać nową, nieznaną aktorką w zespole Teatru Studio. Artystka pozbywa się wszystkich swoich typowych przyzwyczajeń, aby niemal z dziecinną radością ulepić kogoś zupełnie innego, nieprzypominającego jej dotychczasowych ról. Jest w tej roli połączenie dynamizmu niczym w sprężynie, która w każdej chwili może się gwałtownie odwinąć, z odrętwieniem jak w majaku, kogoś nieomal nieobecnego. To postać wciąż rodząca się i zamierająca, gwałtowna i obcesowa, a za chwilę – delikatna i liryczna. To – tak to można określić – rola jazzowa, w stadium wibrującej improwizacji. Kiedy Lady Clay rusza do tańca ze swym kochankiem profesorem Mikulinium (Krzysztof Zarzecki) jest w tym namiętność tropikalnej nocy. Kiedy dręczy neurotycznego Ludwika (Bartosz Porczyk) jest zaborcza. Kiedy z obojętnością komentuje swoją śmierć, by po chwili strofować swego syna, dwoić się i troić, chce się wierzyć w słowa Karmazyniella, że nie umrze nigdy.

Wiele w tym spektaklu chwil, kiedy ktoś złorzeczy światu i sztuce, ktoś inny chce się zabić albo zabija kogoś, a potem grasuje po scenie jako widmo. Widać, że toczy się

walka o inny teatr,

postacie o tym nawet rozmawiają, ale kieruje nimi wciąż niepewny przyszłości i sztuki autor. „Witkiewicz jest już z urodzenia – pisał przenikliwie Boy – z rasy, do szpiku kości artystą; żyje wyłącznie sztuką i dla sztuki. A stosunek jego do sztuki jest na wskroś dramatyczny: to jedna z tych udręczonych dusz, które w sztuce szuka rozwiązania nie problemów sukcesu, ale problemu własnego jestestwa. Przyrodzony stan duchowy Witkiewicza określiłbym jako stan ciągłego metafizycznego zdziwienia, „Co to ma za sens? czemu właśnie to, a nie co innego?…”, oto pytanie, które każdy chyba zadaje sobie chwilami, ale on ma ten pytajnik przed oczyma ciągle”. Desperat Witkacy wciąż nas zaskakuje.