Flaczki tygodnia

Polsce nie są potrzebni stacjonujący na jej terytorium amerykańscy żołnierze, aby realnie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju.
Potrzebni są, by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa wśród Polaków. Wzmocnić w nas wiarę, że tym razem dobry Waszyngton nakaże swym wojakom umierać za Gdańsk, Licheń i Nowogrodzką.
Potrzebni są też elitom PiS aby zwiększyć bezpieczeństwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości.

Różnica pomiędzy realnym bezpieczeństwem państwa a pobudzonym poczuciem bezpieczeństwa u obywateli podobna jest różnicy pomiędzy efektami lekcjami matematyki i religii.
Nauczanie rachunków pomaga nam odsłaniać prawdę. Często nieprzyjemną, bo minusową. Wiara, krzewiona na lekcjach religii, pobudza poczucie naszej wielkości, wspólnoty i nadziei na efektowne zwycięstwa.
Dlatego każde dobrze zorganizowane wojsko, gotując się do bitwy, najpierw wspólnie śpiewało na mszy, a potem zażywało działkę regionalnego dopalacza. I tak bóg, honor, a potem amfa lub spirytus, wiodły żołnierzy do zwycięstwa.

Nietrudno zauważyć, że każdy tysiąc, z obiecywanych przez PiS, amerykańskich żołnierzy wpisuje się w pakiet wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.
Jeszcze niedawno pan prezes Kaczyński kupował sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze. Za obietnice kolejnych transferów socjalnych z budżetu państwa. Obietnice bezpieczeństwa socjalnego.
Teraz zamierza dodatkowo kupić jeszcze więcej poparcia za obietnice wzmocnienia naszego poczucia bezpieczeństwa.

W ciągu ostatnich lat elity PiS straszyły nas wielokrotnie. Najazdem muzułmańskich uchodźców, czyli epidemią tyfusu i prawa szariatu. Wieś polską, wieś spokojną, wieś wesołą, napaść miał podstępny, przywleczony z Zachodu „gender”. Nakazujący chłopcom zakładania różowych sukienek, a dziewczynkom niebieskich spodenek.
PiS straszył Polaków też atakami pedofilii ze środowisk murarskich i artystycznych, eksplozją „ideologii LGBT”, „nadzwyczajną kastą sędziowską” kradnąca wiertarki w „Żabkach”, a niedawno rozbiciem dzielnicowym Polski zaplanowanym przez prezydentów największych miast Polskich.

Straszył skutecznie. Najpierw kreował nierzeczywistego wroga. Potem fałszywe informacje o nadchodzącym zagrożeniu. Aby w końcu odtrąbić zwycięstwo zmobilizowanych sił partyjno- rządowych nad antynarodowym, groźnym, lecz zmyślonym wrogiem.
Takie propagandowe wiktorie wiedeńskie elitom PiS udają się, bo w Polsce ponad 30 procent obywateli nadal nie ma dostępu do innej telewizji niż TVP.

Kreując kolejnych wrogów elity PiS wyszły poza granice Polski. Skłóciły państwo polskie z władzami Ukrainy, Izraela, Niemiec, Francji, Czech, Austrii i Słowacji. Bo wszędzie tam elit PiS wynajdowały „antypolonizm”. Groźny dla narodowo- katolickiej Polski niczym „gender”, „ideologia LGBT”, albo wychowanie seksualne w szkołach. Jedynie Węgry i czasem Włochy mogły liczyć na przyjazne gesty ze strony Nowogrodzkiej. Czyli polskiego Kremla.

Jednak wszystkie wymienione wyżej straszaki, nawet Żydzi i pedofilscy reżyserzy filmowi, nie dorastają do pięt największemu wrogowi katolickiego narodu polskiego. Brudnych pięt, rzecz jasna. Odzianych w „śmierdzące, ruskie onuce”.

Od wielu lat elity PiS kreują Rosję jako największego naszego wroga i potencjalnego agresora. To Rosja ma zagrażać bezpieczeństwu naszego państwa i jego obywateli.
Elity PiS każą wierzyć nam w dogmat ogłoszony przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W wypowiedziane przez niego w 2014 roku słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

Ponieważ pan prezydent Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej, uznawanej przez wyborców PiS za zamach inspirowany przez Kreml, to tenże prezydent zyskał w narodowo- katolickich środowiskach status świeckiego świętego.
Dlatego jego kiepska prezydentura nie może być dziś krytykowana. Dlatego jego słowa traktowane są jak wyrocznie. Zwłaszcza te, uzasadniające pragnienie agresji na Polskę genetycznie zakodowaną w rosyjskim narodzie.

Kreowanie przez elity PiS nieuchronnego, rosyjskiego zagrożenia jest skuteczne również dlatego, że rosyjskie elity lekceważąco traktują obecną Polskę. Uważają ją za państwo drugorzędne. Nie prowadzące suwerennej polityki, tylko służące administracji USA.
Takie lekceważenie Polski budzi niechęć do Rosji również wśród formacji politycznych opozycyjnych wobec rządów PiS. W praktyce wyklucza dialog polsko- rosyjski, nawet na innych , niż polityczne fora. Utrudnia w Polsce poważne studia i refleksję nad współczesną polityką Rosji.

Rządzące Polską elity PiS zapewne dobrze wiedzą, że obecna Rosja nie ma żadnego, racjonalnego interesu aby dokonać agresji militarnej na Polskę. Rosja nie zamierza dziś eksportować rewolucji, jak to było w 1920 roku, ani przystąpić do kolejnego rozbioru Polski, jak w 1939 roku. Nie ma też sojuszników dla takich działań w unijnej, transatlantyckiej Europie. Rosjanie nie są samobójcami aby militarnie porywać się na Polskę, czyli wejść z konflikt z NATO i Unią Europejską.

Oczywiście brak woli militarnej agresji nie wyklucza innego rosyjskiego oddziałania na nasz kraj. Nietradycyjnych, lecz „hybrydowych” wojen.
Ale elity PiS nie tworzą programów zabezpieczających przed takimi ingerencjami. Budują za to wizje bezpieczeństwo polskiego opartą na dawnych, już nieaktualnych wojnach. Wizje fałszywe, lecz nośne propagandowo w kampaniach wyborczych. Łatwiej przecież przekonać wyborców do zakupów efektownego, choć nie efektywnego uzbrojenia niż do posiadania wspólnej, europejskiej waluty. Do silniejszej integracji europejskiej.

Szykując się do kolejnej kampanii wyborczej elity PiS obiecują nam złudę przyszłego bezpieczeństwa. Wizję mocarstwowej militarnie Polski. Niestety dzieje się to kosztem odkładania dzisiejszych reformy służby zdrowia, nowoczesnego systemu edukacji, inwestycji w nowoczesną gospodarkę, poprawy ekologicznej jakości życia Polaków.

Lotnicze sny o potędze

Polska Grupa Lotnicza z udziałem LOT-u to przykład mistyfikacji, tworzonej przez rząd PiS za publiczne pieniądze zabrane z Funduszu Reprywatyzacji.

 

Gdy uwaga opinii publicznej skupiała się na strajku pracowników Polskich Linii Lotniczych LOT, niewielu komentatorów analizowało przeobrażenia, jakim za państwowe pieniądze ulega przewoźnik.
Otóż 10 października br. LOT oficjalnie stał się częścią państwowej Polskiej Grupy Lotniczej (PGL), która oprócz tego objęła udziały trzech innych spółek (LOT Aircraft Maintenance Services, LS Airport Services i LS Technics).

 

Tak dogonimy Europę

Powołanie holdingu PGL ma służyć mocarstwowym planom, jakie rząd Prawa i Sprawiedliwości ma wobec państwowego przewoźnika, który dzięki temu – a także dzięki wybudowaniu Centralnego Portu Komunikacyjnego – ma teoretycznie być zdolny do konkurowania z europejskimi gigantami.
W opinii prezesa LOT-u wzorem dla PGL są europejskie grupy lotnicze takie jak Lufthansa, Air France-KLM oraz International Airlines Group. Rafał Milczarski, prezes LOT-u i prezes PGL pominął jednak zasadniczy fakt: wszystkie wymienione przez niego grupy mają przewagę kapitału prywatnego, a ich akcje znajdują się w obrocie giełdowym.
Co prawda w Air France-KLM francuskie państwo ma 14 proc. akcji i 23 proc. praw głosu, lecz grupa jest notowana na giełdach w Paryżu i Amsterdamie. Tak samo spółkami giełdowymi są w pełni prywatne Lufthansa oraz IAG. Ta pierwsza jest notowana na giełdzie we Frankfurcie, akcje tej drugiej można nabyć na giełdach w Londynie i Madrycie.
Działając jako spółki giełdowe z przewagą kapitału prywatnego, wymienione przez prezesa LOT-u grupy są każdego dnia oceniane przez inwestorów i zmuszone funkcjonować w sposób o wiele bardziej transparentny niż w pełni państwowy polski przewoźnik, a ich sprawozdania finansowe są publikowane wcześniej niż sprawozdania LOT-u. W tym roku pojawiły się już w drugiej połowie lutego, podczas gdy LOT przesłał swoje sprawozdanie do Krajowego Rejestru Sądowego dopiero 16 lipca.

 

Reprywatyzacja dobra dla LOT-u

Rząd PiS dokapitalizował PGL kwotą 1,2 mld zł z Funduszu Reprywatyzacji. To przykład niezgodnego z pierwotnym przeznaczeniem użycia środków z Funduszu Reprywatyzacji. W 2017 roku rząd wydał już z Funduszu Reprywatyzacji na rozbudowę państwowego sektora kwotę ponad 2,1 mld zł.
W założeniu środki z tego funduszu miały być przeznaczane na cele związane z zaspokajaniem roszczeń byłych właścicieli mienia przejętego przez Skarb Państwa. Zmieniło się to wraz z dokonaną 6 lipca 2016 r. zmianą ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji (obecnie jest to ustawa o komercjalizacji i niektórych uprawnieniach pracowników).
Dodany przepis stwierdza, że środki Funduszu Reprywatyzacji „mogą być przeznaczone na sfinansowanie nabycia przez Skarb Państwa, reprezentowany przez ministra właściwego do spraw Skarbu Państwa, akcji spółek publicznych”.
Natomiast 6 grudnia 2017 r. weszła w życie zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach służących realizacji ustawy budżetowej na rok 2017, pozwalająca na przeznaczenie kwoty 1,4 mld zł na zakup lub objęcie akcji spółek kapitałowych. Właśnie z tej kwoty sfinansowano 1,2 mld zł dla PGL w wysokości 1,2 mld zł.
Zdaniem Fundacji Obywatelskiego Rozwoju mistyfikacją jest zarówno twierdzenie, że państwowy moloch nie różni się od prywatnego holdingu, jak i teza, że ów państwowy moloch będzie służył czemukolwiek innemu niż stworzeniu zamkniętego układu z udziałem państwowych spółek, w ramach którego jedne państwowe podmioty płacą za błędy innych.
Absurdem byłoby założenie, że PGL nie będzie trapiona przez wszelkie bolączki państwowych spółek: że nie będzie służyła rozdawaniu synekur zasłużonym działaczom partyjnym albo że nie będzie kierowała się rachunkiem politycznym zamiast ekonomicznym.
Na ten wniosek nie może mieć wpływu chwilowa rentowność LOT-u (w dużej mierze wynikająca z wcześniejszej restrukturyzacji oraz z niskiego kursu dolara i niskich cen paliw w 2017 roku).

 

W polskim krwiobiegu

Inną mistyfikacją jest argument za stworzeniem w ramach PGL firmy leasingowej. To przede wszystkim na powołanie tej firmy ma zostać przeznaczona kwota 1,2 mld zł, jaką PGL otrzymała jako kapitał zakładowy z budżetu państwa (w wyniku wspomnianego na początku włączenia do PGL czterech państwowych spółek kapitał własny grupy wynosi razem ok. 2,5 mld zł).
Prezes Milczarski w kontekście powołania PGL Leasing stwierdził: „Dotychczas z racji braku polskiego podmiotu zajmującego się taką działalnością te zyski zostawały poza granicami naszego kraju. Utworzenie nowej firmy leasingowej wewnątrz PGL pozwoli na pozostawienie tych środków w krwiobiegu polskiej gospodarki”.
Tego typu marzenia o autarkii są charakterystyczne dla ludzi związanych z obecnym obozem rządzącym: Mateusz Morawiecki co rusz utyskuje na dochody zagranicznych inwestorów, zapominając o korzyściach, jakie zagraniczne inwestycje przynoszą polskiej gospodarce, a podczas ostatniego Forum Ekonomicznego w Krynicy Beata Szydło ubolewała nad utratą przez nasz kraj gospodarczej niezależności.
Największym problemem dla partii rządzącej wydaje się jednak niezależność prywatnych spółek od polityków; stąd kolejne renacjonalizacje, nazywane eufemistycznie „repolonizacjami”.
W przypadku PGL mamy do czynienia z wypowiedzią prezesa grupy, który powinien kierować się rachunkiem ekonomicznym, a nie troszczyć się o mityczny „krwiobieg polskiej gospodarki”. Jak się jednak okazuje, polityczni nominaci zatrudnieni w państwowych firmach kierują się interesem obozu rządzącego, któremu zawdzięczają swoją pozycję.
Chociaż nie znamy szczegółów przyszłego działania PGL Leasing, to możemy podejrzewać, że plan powołania takiej spółki wynika ze struktury floty LOT-u.
Otóż LOT w zasadzie nie posiada własnych samolotów. Z 54 maszyn, jakimi dysponował na koniec 2017 roku, tylko trzy posiadał na własność – wszystkie trzy to embraery 145, z których LOT nie korzysta od kilku lat i które próbuje od dłuższego czasu bezskutecznie sprzedać.
Z pozostałych 51 samolotów 35 jest w leasingu operacyjnym, a 16 w leasingu finansowym . Dla porównania Lufthansa ma w leasingu tylko 15 proc. swojej floty.

 

Latanie w leasingu

Zobowiązania LOT-u z tytułu leasingu finansowego wynosiły na koniec 2017 roku 1,9 mld zł, a więc prawie 5 razy więcej niż kapitał własny przewoźnika (394 mln zł). Z kolei za dzierżawienie samolotów w ramach leasingu operacyjnego LOT w ubiegłym roku zapłacił 277 mln zł. A zatem kolejne transakcje leasingu oznaczałyby dla polskiego przewoźnika istotny wzrost kosztów.
Zapowiedź, że powołanie PGL Leasing ma służyć pozostawieniu pieniędzy „w krwiobiegu polskiej gospodarki”, sugeruje, że celem tego rozwiązania jest to, by LOT mógł brać samoloty w leasing od spółki należącej do tej samej grupy. W takiej sytuacji należy oczekiwać, że odbywałoby się to na preferencyjnych dla LOT-u warunkach.
Jedynym wyzwaniem wydaje się to, by ów schemat wprowadzić w życie w sposób niebudzący zastrzeżeń Komisji Europejskiej, bo LOT niedawno otrzymał pomoc publiczną. W 2012 r. został zasilony z państwowego budżetu kwotą 527 mln zł.
Powstanie firmy leasingowej w ramach PGL spowodowałoby, że działalność leasingowa stałaby się właściwie działalnością podstawową PGL. Wskazuje na to wysokość kapitałów własnych spółek wchodzących w skład grupy. Z sumy 2,5 mld zł, PGL Leasing ma dysponować kwotą 1 mld zł, podczas gdy kapitał własny LOT-u to, jak już wspomniano, niecałe 400 mln zł.

LOT strajkuje

18 października o godz. 5:00 rozpoczął się strajk personelu pokładowego oraz pilotów pracujących dla PLL LOT S.A. Jego skutki będą odczuwalne w ciągu najbliższych dni.  Na razie przewoźnikowi udaje się kompletować załogi złożone z osób, które nie mogą uczestniczyć w strajku, gdyż są zatrudnione na umowach śmieciowych.

 

Ten strajk jest demokratycznym wyrazem niezgody na degradacje standardów zatrudnienia, brak szacunku dla pracowników i represje wobec działaczy związkowych. Ale niewiele brakowało, by do niego nie doszło. Sąd Okręgowy w Warszawie dwukrotnie uznawał za zasadny wniosek o zabezpieczenie powództwa, czyli de facto zakaz przeprowadzenia akcji strajkowej złożony przez zarząd firmy. Ostatecznie, w środę Sad Apelacyjny uchylił wyrok niższej instancji i związkowcy mogli rozpocząć strajk.
Mimo to niech zarząd spółki wciąż zarzuca media komunikatami, w których informuje, że strajk jest nielegalny. Na Lotnisku im. Fryderyka Chopina pojawiły się również plakaty propagandowe, rozwieszone przez ludzi prezesa Rafała Milczarskiego.
Warto również podkreślić, że zarząd LOT stosował również inne środki mające na celu osłabienie bojowego ducha i morale załogi. O praktykach noszących znamiona mobbingu mówiły zarówno stewardesy, jak i piloci. Przedstawiciele kierownictwa przeprowadzali również „pedagogiczne” rozmowy z pracownikami, sugerując, że strajk osłabi ich pozycje w przedsiębiorstwie. Przewodniczący związku pilotów Adam Rzeszot przyznawał, że był zastraszany przez „nieznanych sprawców”. Przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego Monika Żelazik została nielegalnie zwolniona z pracy, a media obiegła informacja, że prokuratura wszczęła wobec niej postępowania w związku z doniesieniem o prowadzeniu działalności terrorystycznej. Działania represyjne objęły również szefa mazowieckiego OPZZ Piotra Szumlewicza, od którego zarząd LOT domaga się w pozwie 200 tysięcy zł zadośćuczynienia.
Część pilotów pracujących w LOT jest zatrudnionych na podstawie samozatrudnienia. Na umowach śmieciowych zatrudniane są również stewardesy. Mimo, że po kryzysie gospodarczym z 2008 roku pozostały już tylko wspomnienia, a sytuacja finansowa spółki jest dobra, zarząd nadal wynagradza pracowników w trybie kryzysowym. Regulamin wynagrodzeń, zawieszony w 2013 roku, wciąż nie został przywrócony, mimo wielu wniosków i żądań ze strony pracowników.
Państwowa Inspekcja Pracy wydała opinię, w której określa zatrudnianie pilotów na umowach biznes-biznes jako nieprawidłowe. Mimo to, przedstawiciele zarządu wciąż twierdzą, że wszystko jest w porządku.”Nie zgadzamy się z decyzją PIP, choć jej opinia nas nie dziwi, bo to instytucja powołana do promowania stosunku pracy. Pomija natomiast, że warunki pracy personelu lotniczego reguluje prawo lotnicze. Pilot nie ma przełożonego: sam decyduje, ile zabierze paliwa, na jakim pułapie będzie leciał, czy będzie leciał szybko, czy wolno. Nie ma mowy o kierownictwie i stosunku pracy, stosowanie kontraktów B2B jest więc jak najbardziej na miejscu. Nikogo siłą nie przenosimy z etatów na samozatrudnienie. Owszem, nowi pracownicy otrzymują wyłącznie taką propozycję, ale są tego świadomi od początku i umowę podpisują dobrowolnie” – to wypowiedź Adriana Kubickiego, rzecznika LOT, którą przytoczyła dziennikarka „Gazety Wyborczej” Adriana Rozwadowska.
Strajk jak na razie nie spowodował znaczących zmian w harmonogramie lotów. Z planu wypadło kilka lotów, z czego część z przyczyn usterek technicznych. Zarządowi udaje się kompletować załogi, korzystając z pracowników, którzy nie mogą strajkować. W kolejnych dniach, kiedy obecnie świadczący pracę będą odpoczywać, firma będzie musiała się zmierzyć z niedoborami.

Kibelki niezgody

Monika Żelazik na antenie TOK Fm wyjawiła, że stewardessy skarżyły się na prezesa Milczarskiego, który miał zamykać się z nimi w toalecie i pokazywać, jak prawidłowo czyści się muszlę klozetową. Czy zasugerowała, jak twierdzi Grzegorz Sroczyński, że prezes LOT molestował na pokładzie? Tego Żelazik rzeczywiście nie mówi wprost, ten aspekt sprawy pozostał pomiędzy nią, a pracownicami, które przyszły jej się zwierzyć.
Prezes LOT twierdzi zaś, że cała ta opowieść ma przykryć „realny problem czystości w samolotach”. Zarzeka się, że „nigdy nie nie naruszył wolności drugiego człowieka, ani nie dokonał niczego sprzecznego z zasadami etyki czy moralności w interakcji z personelem”. Przeciwnie, sam „dawał przykład swoim pracownikom i sprzątał” rzeczone toalety.
Nie dysponuję odpowiednią wiedzą, aby przesądzać o ewentualnym fakcie molestowania. Z pewnością, jeśli opisywane przez szefową związku zawodowego sytuacje miały miejsce, to można je rozumieć jako pokaz siły, służący wzbudzeniu lęku i zmiękczeniu pracownicy – dokładnie na tej samej zasadzie, na której dowódca plutonu stoi nad gnębionym szeregowym i sprawdza, czy ten wystarczająco dokładnie wypucował kibelek szczoteczką do zębów (swoją). I nie trzeba tu już nawet podtekstu seksualnego, aby dostrzec Himalaje buty i rozzuchwalenia prezesa. Wystarczy sam fakt naruszenia osobistej przestrzeni stewardessy, dostatecznie już wcześniej upodlonej śmieciową umową, płacą poniżej oczekiwań, brakiem urlopu, czy zwolnienia lekarskiego.
Tymczasem prezes największych polskich linii z uporem godnym większej sprawy gardłuje w mediach, że załoga będąca zupełnym przypadkiem na granicy wytrzymałości bezczelnie nie trzyma standardów perfekcyjnej pani domu z jej testami białej rękawiczki. Ale w polskich realiach przerzucanie odpowiedzialności i wyszukiwanie niedostatków u pracownika to popularna taktyka na zracjonalizowanie sobie faktu wyzyskiwania. W Polsce też niestety sztuczka cyrkowa pt. „zobacz drogie dziecko, pan prezes ci pokaże, jak to się robi – sam też stałbym na zmywaku, gdyby nie to cholerne zebranie zarządu” – wydaje się czymś już na tyle oswojonym, że w ogólnym odbiorze zatraca swoja istotę – oburzającego cwaniactwa. I nierzadko przez pomyłkę nazywane jest „przedsiębiorczością”.
A teraz ciekawostka ze świata. Prezes Milczarski nie zdaje sobie zapewne sprawy, na jak śliski grunt wszedł, wchodząc do pokładowego WC. To właśnie rzeczony kibelek stał się katalizatorem ubiegłorocznych strajków w liniach Alitalia, gdzie załodze kazano czyścić toalety również w trakcie długich rejsów. Stewardessy dusiły w sobie gniew na sukcesywne obcinanie wynagrodzeń i liczenie czasu pracy od momentu zamknięcia samolotu. Nie skarżyły się na ograniczanie letnich urlopów i zmniejszanie odpraw. Wybuchły dopiero z powodu feralnego kibelka, będącego symbolem pewnego szczytu upodlenia i kroplą, która zamiast czary, przepełniła muszlę.
Czy „kibelki niezgody” pogrążą prezesa LOT, zobaczymy. Na pewno warto zachować w pamięci tę metaforę, bo jej siła może okazać się rażąca tak bardzo, jak ciastka Marii Antoniny.