Stacje kontroli pod kontrolą rządu

Rada Ministrów uznała, że samorządy nie poradzą sobie z nadzorem nad stacjami kontrolującymi stan techniczny samochodów. Postanowiła więc uwolnić je od tego obowiązku.

 

Rząd Prawa i Sprawiedliwości, pod pretekstem starań o lepszy stan techniczny samochodów, obcina kolejne uprawnienia samorządom.
Do tego właśnie zmierza przyjęty przez Radę Ministrów projekt nowelizacji ustawy o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw.

 

W ręce władzy centralnej

Zgodnie z projektem, za funkcjonowanie systemu badań technicznych pojazdów oraz sprawowanie nadzoru nad tymi badaniami, a także nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i szkolenia diagnostów, odpowiadać będą już nie starostowie, jak dotychczas, lecz Transportowy Dozór Techniczny.
Jest to urząd centralny podległy Ministrowi Infrastruktury. Zadanie TDT to zapewnienie bezpiecznego funkcjonowania urządzeń technicznych, mogących tworzyć zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego oraz mienia czy środowiska naturalnego.
To, że PiS ogranicza kompetencje samorządów nie jest bynajmniej zarzutem, lecz tylko prostym stwierdzeniem faktu.
Samorządy wiele działań wykonują wolniej, głupiej i kosztowniej niż władza centralna, panuje w nich nepotyzm i zagrożenie korupcją. Tyle, że liderom PiS przeszkadzają nie te patologie, co samo istnienie lokalnych ośrodków władzy, niezależnych od partii rządzącej. I dlatego chcą je zmarginalizować.

 

Przed Bogiem i historią

Starosta we współczesnej Polsce kieruje powiatem. Jest wybierany przez radę powiatu i jako organ samorządowy, nie podlega bezpośrednio władzy centralnej.
Inne jest usytuowanie wojewody, który kieruje terenową administracją rządową w województwie i reprezentuje Radę Ministrów, zaś powołuje go i odwołuje premier.
Natomiast starostowie i wójtowie są niezależni od rządu. Ta samorządność niższych szczebli terytorialnych jest solą w oku dla PiS-u, który pragnie, aby administracja lokalna była hierarchicznie podporządkowana władzy centralnej.
Jarosław Kaczyński konsekwentnie dąży do budowy takiego systemu ustrojowego Polski, jaki obowiązywał w czasach Władysława Gomułki – a uszczuplanie kompetencji samorządowych stanowi ważny krok na drodze do tego celu.
Oczywiście, proste paralele między tymi dwoma politykami będą nieodpowiednie, bo władza Władysława Gomułki była jednak ograniczona. Musiał uważać na niechętne mu frakcje w Biurze Politycznym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a zwłaszcza na towarzyszy radzieckich, no i mógł utracić swoje stanowisko, co też się i stało.
Jarosław Kaczyński rządzi zaś Polską samowładnie, żadnego stanowiska nie utraci, na nikogo zważać nie musi, zaś odpowiedzialny jest jedynie przed Bogiem i historią.
Dziwne więc byłoby – a może nie tyle dziwne, co niezrozumiale szlachetne i mądre – gdyby człowiek dysponujący tak ogromną władzą, nie skorzystał z pokusy przebudowy podległego sobie państwa wedle własnego widzimisię.
Taka przebudowa państwa składa się również i z drobiazgów – takich jak na przykład wyjęcie nadzoru nad stacjami kontroli pojazdów z kompetencji samorządowych i poddanie ich administracji centralnej.

 

Nie powinny jeździć po drogach

Obecnie nadzór nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów sprawuje 380 starostów.
Rząd, proponując zmiany, powołuje się na Najwyższą Izbę Kontroli: „NIK negatywnie oceniła wykonywanie tego zadania przez niektórych z nich. Ponadto, ankieta przeprowadzona przez Ministra Infrastruktury, dotycząca nowych zadań wynikających z implementacji dyrektywy UE, dostarczyła informacji, że starostwa mogą nie poradzić sobie z wykonywaniem zadań nakładanych na Polskę przepisami unijnymi”.
Rzeczywiście, w 2017 r NIK skontrolowała dopuszczanie pojazdów do ruchu w Polsce i stwierdziła w raporcie, że po polskich drogach poruszają się setki tysięcy pojazdów, które nie powinny zostać dopuszczone do ruchu ze względu na ich zły stan techniczny.
Sprzyja temu rosnący import coraz starszych samochodów z Europy Zachodniej, których właściciele bez problemu na konkurencyjnym rynku załatwiają stempel dopuszczający auto do ruchu.
Z ustaleń kontroli NIK wynikało także, że ponad połowa skontrolowanych stacji wykonywała badania samochodów powierzchownie – w niepełnym zakresie lub urządzeniami, które nie spełniały wymagań.
Zdaniem NIK, w dużej mierze była to konsekwencja słabego nadzoru starostów nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i zatrudnionymi w nich diagnostami.

 

Czasy się zmieniły

We wnioskach pokontrolnych NIK zaproponowała „utworzenie organu nadzorującego i koordynującego działania starostów, przy czym organ ten byłby odpowiedzialny za sprawowanie nadzoru nad systemem badań technicznych”.
Tyle, że NIK nigdzie nie postulowała, by stacje kontroli w ogóle przeszły spod władania starostów w kompetencje administracji centralnej – jak chce tego rząd PiS.
Poza tym, kontrola NIK obejmuje okres do marca 2016 r. Od tego czasu wiele się zmieniło w badaniach technicznych samochodów. Zaczął funkcjonować system CEPiK, wprowadzony przez rząd PO-PSL. Można go ominąć tylko z mocnymi znajomościami lub sporą łapówką – jeśli diagnosta potwierdzi dobry stan auta bez wprowadzania go do systemu, czyli całkowicie na lewo. Jest to jednak spore ryzyko, na które decyduje się tylko niewielu pracowników stacji kontroli pojazdów. W innych przypadkach łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne , niźli zdobyć pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym, o czym dobrze wie wielu nieszczęsnych kierowców, po parę razy przyjeżdżających na kontrolę.
Tak więc, dziś już nie ma tak ważnych powodów, przemawiających za przejęciem nadzoru nad systemem kontroli technicznej pojazdów, jakie istniały jeszcze dwa lata temu.

 

Kontrolować, ale nie ufać

Rząd nie zamierza jednak rezygnować z rozszerzania zasięgu swej władzy i nadzoru. Powołuje się przy tym nie tylko na NIK, lecz i na Unię Europejską. „Nowe przepisy dostosowują polskie prawo do rozwiązań przyjętych w Unii Europejskiej” – stwierdza Rada Ministrów, czego w istocie nikt nie jest w stanie zweryfikować.
No i oczywiście, według rządu, nastąpi poprawa bezpieczeństwa w ruchu drogowym poprzez „uszczelnienie” systemu badań technicznych. Wyższa będzie jakość pracy diagnostów, poziom ich kwalifikacji i kompetencji. Poprawi się też rzetelność wykonywanych przez nich badań technicznych, a to dzięki wprowadzeniu obowiązkowych okresowych szkoleń diagnostów.
Jak twierdzi rząd, szczególnie mocnym nadzorem zostanie objęta weryfikacja stanu licznika pojazdu. Za cofanie licznika grozić będzie od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Będzie za to odpowiadać i ten, kto to zleca (czyli z reguły właściciel pojazdu), i ten, kto dokonuje fałszerstwa (mechanik).
Natomiast w samych stacjach kontroli technicznej będą dokonywane obowiązkowe kontrole kalibracji i konserwacji sprzętu pomiarowego. Kontrolerzy sprawdzą też, jak archiwizowane są wyniki badań stanu pojazdów.
Rząd źle ocenia to, że ośrodki szkolenia diagnostów funkcjonują na zasadach wolnorynkowych i bez żadnego nadzoru. Dlatego stworzony zostanie system obowiązkowego egzaminowania oraz szkoleń dla diagnostów. Wkrótce powstanie spis warunków jakie będą musiały zostać spełnione. „Chodzi o szczegółowe wymagania dotyczące ośrodków szkolenia (infrastruktura i wykładowcy) oraz nadzoru nad nimi” – wyjaśnia Rada Ministrów.
Tak więc, rząd PiS nie po raz pierwszy sięga po leninowską zasadę „ufać i kontrolować”. Tyle, że twórczo ją modyfikuje. Zaufania praktycznie już nie ma, a za to jest coraz więcej kontroli.

Zwycięstwo w II turze

Adamowicz, Majchrowski i Wenta to zwycięzcy II tury wyborów samorządowych, a to oznacza, że żadnego z dużych miast nie zdobył PiS. Wynik wyborczy w Gdańsku, Krakowie i Kielcach wygląda prawie identycznie. Kandydaci opozycyjni mają według danych exit poll 64 proc., a kandydaci PiS-u po 35 proc.

 

Kraków z Majchrowskim: Jacek Majchrowski co prawda potrzebował II tury, aby pokonać Małgorzatę Wassermann, kandydatkę PiS-u, ale w powtórnym głosowaniu jego przewaga była znaczna. Zdobył on 64,6 proc. głosów. Małgorzata Wassermann otrzymała 35,4 proc. To sondażowe wyniki exit poll, ale wynik raczej znacząco się nie zmieni. Majchrowski rządzi Krakowem już od 16 lat.

Gdańsk dla Adamowicza: Paweł Adamowicz, obecny prezydent Gdańska, także utrzyma prezydenturę. W drugiej turze pokonał Kacpra Płażyńskiego, kandydata PiS – 64,7 do 35,3 proc. Adamowicz startował z własnego komitetu, w II turze startował z poparciem Koalicji Obywatelskiej. Rządzi Gdańskiem od 1998 roku. Kandydat KO Jarosław Wałęsa nie wszedł do II tury, uzyskując 25,3 proc. głosów. Frekwencja w Gdańsku wyniosła 56,8 proc.

Zmiana na fotelu prezydenta w Kielcach: W stolicy województwa świętokrzyskiego dotychczasowego prezydenta Wojciecha Lubawskiego zastąpi Bogdan Wenta, startujący z własnego komitetu Projekt Świętokrzyskie.
Wenta według badań exit poll zdobył 64 proc. głosów, Wojciech Lubawski osiągnął poparcie 36 proc. wyborców.

 

 

Rozmowa z dr. Markiem Migalskim

 

JUSTYNA KOĆ: Zgodnie z przewidywaniami wygrali kandydaci niepisowscy. To potwierdzenie, że duże miasta są liberalne, a mniejsze i wieś popierają politykę „dobrej zmiany”?

DR MAREK MIGALSKI, politolog: Tu nie ma żadnej sensacji. Wiadomo było, że duże miasta to nie są bastiony PiS-u, wiedzieliśmy to już po I turze, a tak naprawdę od kilku lat. Trudno się ekscytować, bo wiadomo było, że kandydaci PiS-u przegrają II tury. Istotne jest to, że weszli do II tury, bo przecież kilku politykom Koalicji Obywatelskiej, jak Sławomirowi Nitrasowi czy Jarosławowi Wałęsie, ta sztuka się nie udała. To oczywiście dzisiaj bardzo źle wygląda propagandowo dla PiS-u i na pewno jutro będzie to wykorzystywać opozycja. Niemniej w żadnym stopniu nie zmienia naszego obrazu rzeczywistości. Wybory samorządowe w 2018 roku wygrał PiS.

 

Prezes Kaczyński zabierze głos?

Nie sądzę, bo musiałby ogłaszać przegraną, a przecież narracja od dwóch tygodni, zresztą słusznie, jest taka, że PiS je wygrał. Pamiętajmy o tym, że gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to w oparciu o wynik wyborów samorządowych, czyli nie o sondaże czy spekulacje, wygrałoby je zdecydowanie PiS. Przy dobrym układzie i oczywiście metodzie D’Hondta PiS dziś prawdopodobnie powtórzyłby swój wynik z 2015 roku, kiedy dostało 37,58 proc. Może nawet ten wynik byłby lepszy, ponieważ dzisiaj wyniki samorządowe, czyli ponad 34 proc. przy braku Bezpartyjnych Samorządowców, komitetów lokalnych, z modyfikacją wyniku PSL dałoby wynik około 40 proc. poparcia społecznego i samodzielne rządy. Podsumowując, PiS poprawiłoby wynik w procentach, czyli uzyskałoby co najmniej 231 mandatów. Taki jest obraz na dzisiaj. Ta II tura w żaden sposób nie zmienia obrazu rzeczywistości: duże miasta są bastionem opozycji, ale w całym kraju wygrywa PiS.

 

Na ile mogła się do tego wyniku w II turze przyczynić wspólna konferencja polityków prodemokratycznych, jak sami o sobie mówią, czy antypisowskich? Razem mogliśmy zobaczyć liderów KO i PSL, ale też SLD i UED. Wszyscy apelowali o parcie kandydatów KO w II turze.

Żadne wybory nigdy nie decydowały się w wyniku jednej konferencji, zatem oczywiście ta konferencja nie miała specjalnego wpływu na wyniki. Dzisiaj rozmawiamy o dużych miastach i to one będą tematem rozmów na najbliższe dni, a tam PiS jest słaby i przegrywa z KO i opozycja.
Pamiętajmy tylko, że zarówno Majchrowski, jak i Adamowicz nie są ludźmi Koalicji Obywatelskiej. To są ludzie anty-PiS-u, ale częściowo ośmieszyli KO. W przypadku Majchrowskiego to był on po prostu tak silny, że KO nie pozostało nic innego, jak go poprzeć, a w Gdańsku Koalicja Obywatelska wystawiła swojego kandydata, który nawet nie wszedł do II tury. To nie potwierdza euforii ze strony opozycji, że oto dokonało się coś spektakularnego i PiS jest w odwrocie. PiS jest w dalszym ciągu liderem i jeśli nic się nie zmieni, to za rok prawdopodobnie wygra wybory. Jeśli te wybory miałyby być fotografią nastroju Polaków, to można powiedzieć, że oprócz wchłonięcia Nowoczesnej przez PO niewiele z tej fotografii rodzinnej jest innego niż w 2015 roku. W dalszym ciągu głową rodziny czy najważniejszą postacią na tym zdjęciu jest Jarosław Kaczyński.

 

Dużo mówiło się przy okazji tych wyborów, że wynik sejmików będzie pierwszym prawdziwym „sondażem” poparcia. Ten dla PiS jest bardzo dobry.

Tak, bo PiS ma przewagę 7 punktów procentowych, co przy zastosowaniu metody D’Hondta nie oznacza, że to jest o 7 punktów więcej mandatów, tylko o 9 albo nawet 12 punktów więcej. Oczywiście to zależy od tego, kto wchodzi, a kto nie, np. od wyniku Kukiza czy PSL. Ale to w dalszym ciągu pokazuje, że PiS jest mocny mimo porażki w dużych miastach.

SLD jeszcze może

Słaby wynik wyborów samorządowych dla SLD nie jest ostatecznie taki zły, jaki mógłby się wydawać. Nie można jednak udawać, że nic się nie stało. Lewicę czeka długi marsz. Wymaga to jednak gigantycznej pracy organizacyjnej i intelektualnej.

 

Sojusz Lewicy Demokratycznej jest poobijany, trafiony, ale jeszcze nie liczony. Wynik 6.6% do sejmików wojewódzkich nie powala, ale takie jest dziś realnie poparcie dla lewicy w kraju. Na rzeczywistość nie ma co się obrażać. Wybory samorządowe mają swoją specyfikę i rządzą się swoimi prawami.

 

Tu dużą role odgrywają lokalne komitety,

które zbierają wysokie oceny a których nie ma następnie w wyborach parlamentarnych. Gdyby taki wynik powtórzył się w wyborach do Sejmu, to SLD miałby większe poparcie niż PSL, który w 2015 roku ledwo przekroczył próg wyborczy zdobywając 5,13% głosów i wprowadzając zaledwie 15 posłów. To jednak wystarczyło, żeby stać się silną i wyrazistą opozycją wobec PiS.

 

Lewica w Polsce

znajduje się w najtrudniejszym historycznym momencie po 1989 roku. W bipolarnej debacie publicznej SLD musi bowiem stawiać czoła zarówno PiS-owi, akcentując przywiązanie do wartości europejskich, praworządności i obronie Konstytucji, jak i liberalnej opozycji, której marzy się do rządów ciepłej wody w kranie i realizacją jej antyspołecznych rozwiązań.

 

Walka z PiS

odbywa się również, co bardzo istotne dla elektoratu Sojuszu, na płaszczyźnie walki historycznej. SLD wrócił do gry po tym, jak PiS rozpoczęło walkę z nazewnictwem ulic oraz przeprowadzeniem ustawy represyjnej. W roku 100-lecie odzyskania niepodległości spór historyczny nabiera szczególnego znaczenia. Martwi zwłaszcza to, że SLD nie potrafi przyciągnąć do siebie młodzieży, która jest dziś niemal wyłącznie prawicowa. Historia odgrywa tu niebagatelną rolę. Po stronie Sojuszu nie widać zaplecza intelektualnego, które miałoby pomysł jak historię wykorzystać dla własnych celów. A wydaje się to nie trudne, bowiem lewica nie ma powodów, aby wstydzi się swojej historii. Obok Jarosława Kaczyńskiego aż roi się od młodych gwiazd, drapieżnych i bezwzględnych. Podobnie przy Grzegorzu Schetynie, przy którym znajdują się wyrachowani politycy młodego pokolenia. Dziś młodzież nie jest przyszłością lewicy, tylko starsi wyborcy. I to do nich powinni zabiegać w pierwszej kolejności liderzy SLD, aby nie stracić tego, co najcenniejszy, żelaznego elektoratu. Ale jeśli dziś nie podejmie się wysiłku, aby zdobyć zaufanie młodych, to elektorat SLD umrze śmiercią naturalną. Jeśli Włodzimierz Czarzasty nie znajdzie na to recepty, będzie ostatnim przewodniczącym SLD.

 

SLD może być w sejmikach

języczkiem u wagi i stać się niezbędnym elementem układanki w walce z PiS. Wynik w sejmikach nie jest taki zły, jak wynik Andrzeja Rozenka w Warszawie, który miał gorszy wynik od Sebastiana Wierzbickiego w 2014 roku, gorszy nawet niż sam osiągnął w 2014 startując z własnego komitetu. SLD w Warszawie nie wyciągnęło wniosków z klęski Magdaleny Ogórek. Elektorat lewicy jest wrażliwy i pamiętliwy. Nie lubi, gdy ma reprezentować go ktoś, kto wcześniej robił wszystko, żeby Sojusz zniszczyć. A taka była droga parlamentarna Rozenka w Sejmie jako posła Ruchu Palikota, kiedy głosował za najbardziej antyspołecznymi postulatami. Włodzimierz Czarzasty z gronem najbliższych współpracowników wykonał gigantyczną pracę podczas tych wyborów odwiedzając ponad 160 powiatów. To było widać, czego efektem jest przekroczenie progu. A mając na uwadze fakt, że SLD wypadł z Sejmu, był wewnętrznie podzielony, wszyscy wieszczyli, że to już koniec. Sojusz nadal pozostaje jedyną lewicą w kraju, na która chce głosować społeczeństwo.

 

Żadnej partii

nie udało się zaistnieć w kontrze do SLD. Wybory europejskie powinny skłonić liderów Sojuszu do zawarcia szerokiej koalicji z Robertem Biedroniem na czele, który również nie uległ pokusie przejścia do tzw. Koalicji Obywatelskiej, zachowując swoją tożsamość i wykazując się przy tym wielką odwaga cywilną. Zapłacił za to ogromną cenę, wściekle zaatakowany przez liberalny mainstream. Jeśli za rok zabraknie choćby skromnej reprezentacji SLD w Sejmie to wiem, że długo nie będzie w Polsce żadnej lewicy. Czego sobie i wyborcom lewicy nie życzę. Przyszłoroczne wybory parlamentarne będę bojem o przetrwanie. Wszystkie ręce na pokład.

Po wyborach

I po wyborach samorządowych. Zostawmy jednak na następne dni, do późniejszych, pełnych wyników wyborczych, dokładne analizy motywacji głosujących, perspektyw i kierunków polityki wewnętrznej z tego wynikających. Dzisiejszego postwyborczego wieczora mam dwie tylko refleksje.

 

Pierwsza

to odpowiedź na pytanie: w jakiej Polsce obudzimy się jutro rano, kiedy już oficjalnie będzie wiadomo, kto cieszyć się będzie ze zwycięstwa, a kto opłakiwał klęskę?
Odpowiedź: w takiej samej jak dziś. Głęboko podzielonej, nie potrafiącej się porozumieć i operującej językiem nienawiści w stosunku do przeciwników politycznych. Przez to nienowoczesnej, śmieszno-groźnej, bo nieprzewidywalnej w swoich wyborach politycznych na europejskim kontynencie. Jeszcze długo ten podział będzie kształtował polityczne życie w Polsce. Ale kształtować też będzie życie społeczne: na lepszych, bo naszych i gorszych, którym nie należą się żadne prawa. Najzabawniejsze, że to narracja obu stron. Obie też strony potrząsać będą do najbliższych wyborów szablami, którymi obiecają rozsiekać ostatecznie przeciwnika, by Polska rosła w siłę, a ludzie jak tam sobie chcą. Obudzimy się w Polsce, w której obie główne siły zaklinają się, że chcą tworzyć inną rzeczywistość, choć w istocie są gałęziami tego samego, kapitalistycznego, neoliberalnego drzewa i niczego zmienić nie tylko nie są w stanie, ale po prostu nie chcą. Najważniejsze jest zachowanie status quo. Z pogarszającym się statusem człowieka pracy najemnej, rozwarstwieniem społecznym i pogardą dla wykluczonych.

 

Druga

refleksja jest zaś taka, że to dla lewicy naprawdę ostatni moment. Rację ma Piotr Gadzinowski, który wskazuje w swoim artykule dla Strajku, że albo lewica zacznie pracować nad wspólnym (dla mających problem ze słuchem powtórzę: wspólnym) projektem V Rzeczypospolitej, albo zdechnie pod kolejnym plakatem wyborczym, którego nikt nie będzie czytał.

 

Kolejny raz

oczekiwania lewicowych, tradycyjnie rozproszonych kandydatów, nie potwierdziły się. Nie zdarzył się cud, że wyborcy lewicy tknięci duchem niekoniecznie świętym nagle zagłosują na jednego z nich, a o reszcie zapomną. Rozproszeni kandydaci rozproszyli głosy. Jeżeli nie powstanie trzecia, lewicowa i alternatywna dla neoliberałów siła, to nie podniesie się z niebytu przez pokolenie.
Polskie wybory samorządowe tknięte odbiciem wielkiej polityki i jej wojen straciły gdzieś to, co lokalne wybory w normalnych krajach powinny zapewniać; rozmowę o najbliższej wspólnocie, gdzie nie są ważne polityczne podziały, a jakość życia na co dzień. Ale cóż, nikt nie obiecywał, że Polska jest normalnym krajem.

Barbara Nowacka miała rację

Marny wynik lewicy w tych wyborach odzwierciedla nie tylko nastroje wśród elektoratów (Polska nadal jest podwórkiem prawicowym i centroprawicowym), ale też pokazuje, że wyborcy doskonale rozumieją twarde zasady ordynacji wyborczej, wyjątkowo – zwłaszcza przy głosowaniu na samorządy – bezlitosną dla mniejszych komitetów.
„Wygrał strach” – powiedział Jan Śpiewak, podsumowując wyniki wyścigu na prezydenta stolicy. Ale strach wygrał w całej Polsce: strach przed tym, że głos zostanie „zmarnowany”, a to oznacza oddanie go na rywala (czy będzie nim PiS, czy PO).
Internet roi się od kąśliwych uwag komentatorów pod adresem Partii Razem. Wychodzą głównie spod pióra byłych działaczy, rozczarowanych zarówno wynikiem, jak i postępującym procesem zamykania się w oblężonej twierdzy.
Łukasz Moll domaga się autorozliczeń i wytłumaczenia przed wyborami, dlaczego wynik wygląda tak mizernie pomimo deklarowanej nieomylności w wyczuwaniu społecznych nastrojów.
Byli członkowie Razem: Agnieszka Herrmann-Jankowska, Leszek Kraszyna i Marcin Wroński na łamach Krytyki Politycznej dokonują bolesnej wiwisekcji: Razem znajduje się już w innym punkcie niż 3 lata temu, nie może pozwolić sobie na grymasy rozkapryszonej panny. Źle się stało, że nie przyjęło propozycji połączenia komitetów od starszych kolegów, ale jeszcze może nadrobi ten błąd, idąc pod rękę chociażby z Biedroniem, a może i z Czarzastym?
W różnych miejscach przytomne, choć surowe oceny publicystów spotkały się z kolejną falą deklaracji z serii „prędzej śmierć niż SLD” oraz „na pewno nie pod ich szyldem!”. Sęk w tym, że SLD pokazało już, że potrafi porzucić swój szyld i pójść z Zielonymi, Partią Pracy, PPS-em, Barbarą Nowacką. Był to ukłon w stronę koalicjantów, który przypłacili nieobecnością w parlamencie. To nie grzechy Millera ostatecznie Sojusz stamtąd wypchnęły, ale właśnie skutki rozproszenia lewicy.
Koalicja programowa wydaje się dziś koniecznością. To ten słoń stojący w salonie, którego już zbyt długo staraliśmy się nie zauważać. W końcu trzeba przyznać, że tam jest i czeka. Bo inne sposoby niż połączenie sił zawiodły.
I tutaj rację miała Barbara Nowacka, która z tego wszystkiego przynajmniej zyska mandat i realne profity.
Lepsza własna kanapa, ciasna, ale czysta ideowo? Na pewno. Do czasu. Konkretnie do czasu, kiedy skończą się subwencje.

Nie zmarnujmy naszej szansy

Bez reprezentacji lewicy w samorządach,
bez prezydentów i radnych z „SLD – Lewica Razem”,
prawica zdominuje naszą Polskę i nas.
Prawica z PiS, albo ta z PO i PSL.
To oni urządzą nam życie po ichniemu.
Bez pytania o naszą zgodę, bez pytania o nasze zdanie.
Urządzą nam przyszłość i przeszłość.
Znów oplują naszych bliskich. Znów będą rozwalać ich groby.
I nasze pewnie też.
Będą mieli prawo do tego, bo sami im takie prawo damy.
Kiedy nie pójdziemy na wybory.
My i nasi bliscy.
Kiedy nie zagłosujemy na naszych kandydatów
z „SLD – Lewica Razem”.
Kiedy poddamy się bez walki wyborczej.
Zapomnijmy o wczorajszych sporach i urazach!
Bądźmy zjednoczoną, polską lewicą!
Bądźmy razem w niedzielę 21 października !
Nie dajmy się prawicy przegłosować!
Nie dajmy się prawicy zakneblować!

 

 

NASI AUTORZY KANDYDUJĄ

 

Informujemy, że autorzy publikujący w „Trybunie” kandydują w wyborach samorządowych. Lista nr 5.

  • Czesława Christowa kandyduje na radną do Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego z okręgu Szczecin-Police;
  • Czesław Cyrul kandyduje na radnego Rady Miasta Wrocławia ze Szczepin, Popowic, Gądowa Małego, Kozanowa i Pilczyc;
  • Andrzej Dryszel kandyduje na Radnego Rady Miasta Warszawy z Bielan i Żoliborza;
  • Wincenty Elsner kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego z powiatów: górowskiego, milickiego, oleśnickiego, oławskiego, strzelińskiego, średzkiego, trzebnickiego, wołowskiego i wrocławskiego;
  • Piotr Gadzinowski kandyduje na radnego Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa;
  • Krzysztof Gawkowski kandyduje na radnego Sejmiku Województwa Mazowieckiego z powiatów: grodziskiego, legionowskiego, nowodworskiego, otwockiego, piaseczyńskiego, pruszkowskiego, warszawskiego zachodniego i wołomińskiego;
  • Tadeusz Iwiński kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazurskiego z powiatów: ełckiego, gołdapskiego, kętrzyńskiego, olecki i węgorzewskiego;
  • Krzysztof Podgórski kandyduje na radnego Rady Miasta Torunia z Wrzosów, Starówki, Chełmińskiego i Jar;
  • Maciej Prandota kandyduje na radnego do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z okręgów ostrołęckiego i siedleckiego;
  • Rafał Skąpski kandyduje na prezydenta miasta Nowego Sącza;
  • Danuta Waniek kandyduje na radną do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z prawobrzeżnej Warszawy;
  • Grzegorz Wiśniewski kandyduje do na radnego Rady Miasta Warszawy z Bemowa, Włoch i Ursusa.
  • Agnieszka Wołk-Łaniewska kandyduje na radną Sejmiku Województwa Mazowieckiego z Bemowa, Bielan, Ursusa, Włoch, Woli i Żoliborza.
  • Anna-Maria Żukowska kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z Targówka, Wawra i Wesołej.

W sukurs kandydatom lewicy Wywiad

Znany aktor i znakomity parodysta Andrzej Bychowski postanowił wesprzeć kandydatów Sojuszu Lewicy Demokratycznej – Lewica Razem do organów warszawskiego samorządu i własnym kosztem przygotował ulotki wyborcze kandydata na prezydenta Warszawy Andrzeja Rozenka, a także m.in. Moniki Jaruzelskiej, Agnieszki Wołk-Łaniewskiej i Jana Hartmana. Rozmawia z nim Krzysztof Lubczyński.

 

Skąd ten pomysł prywatnego wsparcia lewicowych kandydatów?

Bardzo mi zależy na dobrym wyniku Sojuszu Lewicy Demokratycznej w stolicy, z którą jestem związany od najwcześniejszego, okupacyjnego jeszcze dzieciństwa. W Warszawie się nie urodziłem, ale los rzucił mnie tu z rodziną i mieszkałem w niej od 1939 do 1945 roku, na ulicach Bliskiej, Dąbrowieckiej i Targowej. Opowiadałem już kiedyś „Trybunie” o tragikomicznej, ale szczęśliwie zakończonej przygodzie z oficerem niemieckim, którego, jako smarkacz obsiusiałem z balkonu i zrobiło się na chwilę niebezpiecznie. Po wojnie opuściliśmy Warszawę i wróciłem do niej dopiero w 1966 roku, gdy słynni Gozdawa i Stępień zaproponowali mi angaż do Teatru „Syrena”. Nie jestem więc warszawiakiem z urodzenia, ale z serca. A co do samego pomysłu – uważam, że po pierwsze nie można dopuścić do wygranej PiS w Warszawie, w tym przede wszystkim do zdobycia przez nich stanowiska prezydenta stolicy, bo to byłby dalszy ciąg zagarniania państwa. Nie wierzę w obiecanki cacanki pana Patryka Jakiego, który usiłuje się przedstawić jako kandydat umiarkowany, ale robi to tylko dlatego, żeby nie odstraszyć umiarkowanych wyborców. Nie mam złudzeń, że gdyby tylko objął to stanowisko, to Warszawa znajdzie się w ręku PiS i biada warszawiakom. Nie chciałbym, by taki los stał się udziałem mojego miasta. Nie mam zaufania do pisowców i ich sojuszników, którzy są politycznymi oszustami i awanturnikami. Poza tym obserwuję, co się dzieje i widzę wokoło, że jest natłok, zalew jakichś prawicowych kandydatów pod rozmaitymi kłamliwymi szyldami, którzy wszystko wszystkim obiecują. Rafała Trzaskowskiego darzę większą sympatią, choćby dlatego, że znałem i ceniłem jego ojca jazzmana, ale zdecydowanie stawiam na kandydata lewicowego.

 

Skąd wybór tych akurat lewicowych kandydatów?

Popieram wszystkich, ale musiałem kogoś wybrać, bo nie jestem milionerem i nie jestem w stanie zamówić ulotek dla wszystkich kandydujących z list SLD – Lewica Razem.

 

Dlaczego popiera Pan Andrzeja Rozenka na stanowisko prezydenta stolicy?

Nie tylko dlatego, że mam lewicowe poglądy i zgadzam się z nim w całej rozciągłości i że uważam go za rozsądnego, mądrego człowieka, dobrego organizatora, który może przysłużyć się Warszawie. Cenię go także za jego walkę z haniebną ustawą dezubekizacyjną, która doprowadziła do śmierci, w tym samobójczych, już kilkadziesiąt osób. Dotknęła wielu niewinnych ludzi, którzy pracowali w służbach specjalnych z różnych powodów, niejednokrotnie w charakterze fachowców i którzy nie uczestniczyły w żadnych represjach.

 

Jak Pan spędzi najbliższe dni?

Będę rozdawał swoje ulotki na ulicach Warszawy. Już robiłem to na MDM w okolicy placu Konstytucji, a w najbliższych dniach można mnie będzie spotkać być może na Nowym Świecie czy na Żoliborzu. Zapraszam.

 

Dziękuję za rozmowę.

Lewica nie zniknęła

Aktywność, wrażliwość i wiara w wyznawane wartości jest ważniejsza niż ramy organizacyjne.

 

Mimo, że na Bielanach i Żoliborzu nie funkcjonują formalnie struktury Sojuszu Lewicy Demokratycznej, to ludzie o lewicowych poglądach nie przestali tam działać – i wierzą, że mogą zmieniać na lepsze rzeczywistość swoich „małych ojczyzn”.
Na Bielanach skrzyknęła się grupa inicjatywna – Marek Keller, Halina Szerszeń, i Krzysztof Rolf – rozumiejąca, że aby dokonywać zmian, trzeba być tam, gdzie podejmowane są decyzje ważne dla mieszkańców. Dołączyli do niej inni, pragnący działać dla dobra swych społeczności. Okazało się, że jest ich wielu.

 

Skąd przychodzimy

W ten sposób powstał komitet wyborczy i we wszystkich pięciu okręgach Bielan utworzono listy wyborcze, grupujące aktywistów startujących w wyborach samorządowych pod znakiem SLD-Lewica Razem.
Powstała też lista kandydatów do Rady Warszawy z okręgu skupiającego dzielnice Bielany i Żoliborz. Można zatem powiedzieć – a jednak jesteśmy, lewica nie zniknęła, chce rozwiązywać problemy społeczne i załatwiać lokalne, acz ważne dla wszystkich sprawy.
Wśród naszych działaczy z Bielan i Żoliborza jest tylko czterech członków SLD. Wszyscy kandydaci są przeciwni upolitycznianiu samorządów, a ten pogląd podziela i SLD, wiedząc, że to nie daje nic dobrego.
Nie obowiązuje więc żadna „linia partyjna”, a programem są problemy mieszkańców – którzy powinni mieć jak największy wpływ na to, co się dzieje w naszym mieście. SLD wspiera zaś ludzi aktywnych, nieobojętnych na sprawy społeczne i los innych.

 

Kim jesteśmy

Właśnie ci ludzie – działacze z Bielan i Żoliborza, zaproszeni na listy wyborcze SLD-Lewica Razem – reprezentują cały przekrój lokalnej społeczności. Od uczniów i studentów, po fachowców z tytułem doktora.
Są wśród nas ludzie najrozmaitszych zawodów: specjaliści od spraw socjalnych, pracownicy fizyczni, architekci, handlowcy, dziennikarze, psychologowie, emerytowani policjanci, przedstawiciele służby zdrowia, byli pracownicy administracji państwowej.
Tym, co łączy wszystkich kandydatów, jest wrażliwość na sprawy społeczne i aktywność. A istnieje wiele ważnych dla mieszkańców Bielan i Żoliborza problemów, które chcemy rozwiązywać.

 

O co walczymy

Zacznijmy od poprawy dostępu do szeroko pojętej opieki medycznej, zwłaszcza lekarzy. Ułatwienie tego dostępu to zadanie samorządu, w tym przypadku Rady Warszawy, bo miasto w większości, jest organem założycielskim dla placówek służby zdrowia. Należy to robić w sposób przemyślany, wydając racjonalnie pieniądze publiczne – w oparciu o konkretne potrzeby społeczne, które dziś nie są dobrze rozpoznane przez władze samorządowe.
Tymczasem my już wiemy, że na Bielanach i Żoliborzu jest ogromne zapotrzebowanie na opiekę nad osobami w podeszłym wieku i usługi rehabilitacyjne (drastycznie niedofinansowane) oraz opiekę nad ludźmi niepełnosprawnymi, zwłaszcza intelektualnie, którzy, pozbawieni wsparcia rodziny, często nie otrzymują właściwej pomocy.
Dlatego podejmiemy wszelkie działania w celu utworzenia tzw. mieszkań chronionych będących formą pomocy społecznej, przygotowującą osoby tam przebywające, pod opieką specjalistów, do prowadzenia samodzielnego życia.
Druga sprawa to smród. Walczymy z nim nie od dziś, a działając w samorządzie będziemy robić to skuteczniej. Wprawdzie została zamknięta kompostownia MPO na Radiowie, ale okazało się, że firma „Byś” wystąpiła o zezwolenie na 1 etap rozbudowy swego, położonego jeszcze bliżej osiedli mieszkaniowych, zakładu przetwarzania odpadów – czyli właśnie kompostowni. Ma ona działać w podobny sposób jak ta zamknięta na Radiowie tylko wydajniej – w tzw. systemie dynamicznym, zapewniającym szybsze wyrzucanie odoru na zewnątrz (mimo, że można zbudować kompostownię hermetyczną). Zatem i smród – już dziś docierający aż do Słodowca – będzie jeszcze mocniejszy. Chcemy zablokować tę inwestycję. Niestety, władze wyraziły już zgodę na uruchomienie przez firmę wielkiej kruszarki betonu, która hałasuje i nadmiernie pyli. Nie można pozwolić na nieprzestrzeganie wymogów technologicznych i zanieczyszczanie środowiska! Samorząd musi temu zapobiec, zwłaszcza, że działa już u nas, także uciążliwa, asfaltownia.

 

Skończyć z samowolą

Doprowadzimy również do szybszego sporządzania szczegółowych planów zagospodarowania przestrzennego. Ich powstawanie dziś się ślimaczy, niewykluczone, że ze względu na interes tych, którzy chcą w niekontrolowany sposób zabudowywać Warszawę.
Plany zagospodarowania przestrzennego ograniczają samowolę urzędników i inwestorów. Brak planów pozwala niemal bez ograniczeń stawiać co się chce i gdzie się chce – na przykład zabudować ostatnie korytarze świeżego powietrza dla Warszawy, ze szkodą dla społeczności lokalnych oraz środowiska.
Jest to szczególnie ważne teraz, gdy uchwalono przepisy ułatwiające rozpoczynanie wszelkich inwestycji gdy nie ma planu zagospodarowania przestrzennego.
Potrzebujemy też planów budowy miejsc parkingowych, zwłaszcza w okolicach stacji metra, których mamy sześć na terenie obu naszych dzielnic.
Przykładem dotychczasowej bezradności jest choćby parking pod Placem Wilsona, którego nie można wykorzystywać, gdyż dotychczas nie zaplanowano wjazdów do niego.
Prosimy Państwa o poparcie dla naszych zamierzeń.

 

Pragniemy się Państwu przedstawić.

 

Do RADY WARSZAWY z listy nr 5 SLD-Lewica Razem kandydują:

1. Kozłowska Krystyna
2. Dryszel Andrzej
3. Żurawski Cezary
4. Cymerman Wanda
5. Szymańska Dobromiła

 

Kandydaci do RADY BIELAN z listy nr 5 SLD-Lewica Razem:

okręg nr 1
1. Keller Marek
2. Brych-Wolska Kinga
3. Walczak Hanna
4. Łukomska Dominika
5. Mroczek Grzegorz

okręg nr 2
1. Łukomska-Rostecka Jolanta
2. Wolska Aleksandra
3. Rolf Krzysztof
4. Keller Marta
5. Kuczyński Igor

okręg nr 3
1. Szerszeń Halina
2. Sąsiadek Andrzej
3. Święconek Jadwiga
4. Rostecki Krzysztof
5. Brzeska-Malik Zofia

okręg nr 4
1. Jankowska Jolanta
2. Grzelakowski Wojciech
3. Szulecka-Popowicz Elżbieta
4. Mierzwińska Ewa
5. Kowalski Andrzej

okręg nr 5
1. Antoniewicz Barbara
2. Zychowicz Milena
3. Aniołkowska Elżbieta
4. Sałata Adam
5. Rostecki Filip

 

Co o samorządzie kandydat wiedzieć powinien

Samorządy mają określone kompetencje i należy mieć tergo świadomość. I nie obiecywać tego, co nie jest w ich zakresie.

 

1. Uczeni spierają się o historię samorządu, wiążąc ją jednak z rozwojem demokracji i tworzeniem lokalnej społeczności obywatelskiej. Na ziemiach polskich przejmowano wzory niemieckie, w których szefem samorządu był reprezentant króla – wójt, a z głosem doradczym występowali rajcy miejscy, wybierani przez obywateli danego miasta. To tzw. naturalistyczne podejście do samorządu – jego istotą była samoorganizacja społeczności lokalnej po to, aby jak najlepiej wypełniać nałożone przez władzę centralną obowiązki. Przy tej okazji tworzyły się więzi lokalne: umiejętność współdziałania, patriotyzm lokalny i poczucie identyfikacji z danym terenem.

2. Potencjał samorządu dostrzeżono dopiero w XIX wieku. To kanclerz Bismarck uznał – w obliczu pustej kiesy królewskiej – że warto samorządowi powierzyć kawałek władzy w zamian za realizację pewnych obowiązków państwa i finansowanie wykonywania tychże obowiązków. Tak więc samorząd otrzymał pewien zakres władzy państwowej (raz większy, niekiedy mniejszy) pod warunkiem, ze zorganizował sobie jego finansowanie. To państwowe podejście do samorządu, kiedy to samorząd staje się częścią aparatu państwowego, instytucją zarządzania państwem.

3. W XX wieku w zarządzaniu państwem i w podziale zadań pomiędzy władzą centralną a lokalną, pojawia się pojęcie pomocniczości (zwane z łacińska subsydiarnością). Zakłada ono, że ludzkie potrzeby i interesy powinny być realizowane przez jego najbliższe otoczenie. To, czego człowiek nie jest w stanie sam zaspokoić, ani przy pomocy rodziny, to bierze na siebie władza państwowa, przy czym w pierwszej kolejności instytucje najbliższe człowiekowi. Mówiąc inaczej, to czego nie załatwi gmina (bo nie ma kadr, pieniędzy i sprzętu), powinien załatwić powiat, a jeśli nie on – to województwo. Władza centralna ma obowiązek tak podzielić dochody budżetowe, aby każdy z tych podmiotów miał środki na realizację tych zadań. Zasada pomocniczości jest wprost zapisana w preambule do Konstytucji RP.

4. Aby zrealizować taki model organizacji państwa w Polsce powołano trzy podmioty samorządowe: gminy, powiaty i województwa, każdemu przypisując określone terytorium i mieszkańców. Ci ostatni, z mocy prawa, stanowią wspólnotę samorządową (lokalną w odniesieniu do gminy i powiatu, regionalną w odniesieniu do województwa). Filozofia podziału zadań, w uproszczeniu, wygląda następująco:
– gmina – odpowiada za zaspokojenie codziennych i powszechnych potrzeb człowieka: edukacja, kultura, bezpieczeństwo, zdrowie, pomoc socjalna, gospodarka komunalna, komunikacja lokalna itd.;
– powiat – odpowiada za te same dziedziny życia publicznego co gmina, ale realizuje te spośród nich, których ze względu na brak znamion powszechności lub ze względu na koszty staja się nieopłacane dla gminy: np. szkolnictwo na poziomie ponadpodstawowym, szpitale, domy starości, polityka zatrudnienia, itd.;
– województwo – podobnie jak powiat realizuje rzadsze i kosztowniejsze potrzeby ludzi jak np. szpitale kliniczne, komunikacja regionalna, ale też politykę zrównoważonego rozwoju, ochrony środowiska, politykę gospodarczą itd. Bardziej gospodaruje zasobami przestrzennymi, dużymi inwestycjami infrastrukturalnymi, niż ludzkimi potrzebami. W warunkach Unii Europejskiej województwo jest podmiotem realizacji polityki regionalnej i gospodarzem środków europejskich przeznaczonych na wyrównywaniem poziomu i jakości życia w Europie.

5. W Polsce samorząd jest zbudowany horyzontalnie, a więc każda jednostka samorządu terytorialnego jest niezależna od innych jednostek i jest samodzielna w realizacji swoich zadań. Nie ma podległości pionowej. Nadzór nad samorządem sprawuje Prezes Rady Ministrów poprzez wojewodów tylko pod względem legalności, czyli zgodności z prawem. Regionalne Izby Obrachunkowe sprawują nadzór pod kątem zgodności z prawem budżetowym i zasadami rachunkowości. Co do celowości inicjatyw i wydatków samorządu głos rozstrzygający należy do wyborców.

6. Zadania samorządu dzielimy na własne, zlecone i powierzone. Własne to te, które realizowane są na odpowiedzialność i za pieniądze samorządu. Zadania zlecone to te, które należą do państwa, ale zleciło je ono samorządowi w drodze ustawy dając określoną dotację na ich wykonanie (np. oświata). Ta dotacja nie może być przeznaczona na nic innego i w razie niewykorzystania wraca do budżetu centralnego. Zadania powierzone to te, na których realizację zawarto umowy cywilno-prawne, czyli np. samorząd prowadzi teatr lub inne instytucje kultury. Zadania powierzone są skierowane także w drugą stronę. Np. niektóre gminy powierzają powiatowi (lub największej spośród nich) prowadzenie rejestracji samochodów.

7. Na dochody samorządu składają się dochody własne, dotacje i subwencje. Dochody własne to podatki i opłaty lokalne (np. od nieruchomości, opłaty targowe, za posiadanie psa, leśny, gruntowy), a także udział w podatkach ogólnokrajowych PIT, CIT. Dotacje służą realizacji zadania zleconego. Subwencje to znormalizowana dotacja na określoną działalność (np. realizację zadań powierzonych), a ewentualne oszczędności przy jej realizacji zostają w samorządzie. Odmianą subwencji jest subwencja wyrównawcza, która przysługuje gminom najbiedniejszym baz określenia wydatków, na które może być skierowana. Na subwencję wyrównawczą składa się budżet państwa oraz wpłaty od jednostek samorządu terytorialnego o najwyższych dochodach własnych („janosikowe”). W polityce przyjmuje się, że poziom „usamorządowienia” państwa ocenia się wg udziału budżetów samorządów w całym budżecie publicznym. W Polsce wynosi on niecałe 40 proc., gdy w niektórych krajach Europy znacznie przekracza 50 proc.. Polski samorząd mógłby wziąć na siebie jeszcze dodatkowe zadania, pod warunkiem zwiększenia jego udziału w budżecie publicznym. Słabością polityki prawie wszystkich rządów RP było obarczanie samorządu nowymi zadaniami, bez zwiększania ich dochodów. To w najbliższej perspektywie może znacznie ograniczyć wykorzystanie funduszy europejskich – braknie nam pieniędzy na udział własny (w niektórych zadaniach, np. infrastrukturalnych już sięga 50 proc. kosztów).

8. Władze samorządowe dzielą się na wykonawcze i stanowiące. W gminie (mieście) władzą wykonawczą jest pochodzący z wyborów bezpośrednich wójt, burmistrz, prezydent. Władzą stanowiąca jest rada gminy/miasta. W powiecie odpowiednio starosta i rada powiatu, w województwie zarząd województwa na czele z marszałkiem i sejmik województwa. Starosta (zarząd powiatu) oraz marszałek (zarząd województwa) jest wybierany przez organ stanowiący, stąd waga układu sił politycznych w tym organie i zdolności do zawierania koalicji.
Zob. Ustawa z dnia 8 marca 1990 o samorządzie gminnym, Dz.U. 2018, poz.994; Ustawa z dnia 5 czerwca 1998 o samorządzie powiatowym; Dz.U. 2018, poz. 995; Ustawa z dnia 5 czerwca 1998 o samorządzie województwa; Dz. U. 2018; poz. 913.

 

Samorząd województwa

1. Samorząd wojewódzki realizuje tylko te zadania, które zostały mu przypisane ustawą. Nie jest organem nadzoru i kontroli nad samorządem powiatowym i gminnym i nie jest organem wyższego stopnia w postępowaniu administracyjnym.

2. Do zadań województwa ustawa zalicza:
– pielęgnowanie polskości oraz rozwijanie świadomości narodowej i obywatelskiej mieszkańców, kształtowanie tożsamości lokalnej;
– pobudzanie aktywności gospodarczej;
– podnoszenie poziomu konkurencyjności i innowacyjności gospodarki województwa;
– zachowanie wartości środowiska kulturowego i przyrodniczego przy uwzględnieniu potrzeb przyszłych pokoleń;
– kształtowanie i utrzymanie ładu przestrzennego.

3. Powyższe zadania, sposób ich realizacji, konkretne cele do osiągniecia, są zdefiniowane w Strategii Rozwoju Województwa, która jest podstawowym dokumentem uchwalanym przez sejmik i podstawą działania samorządu województwa. Podkreślić trzeba, że liczne ustawy nakładają na samorząd województwa dodatkowe zadania bądź precyzują te opisane wyżej. Dotyczy to zwłaszcza polityki infrastrukturalnej, komunikacji publicznej, ochrony środowiska, kultury.

4. Dla realizacji tych zadań samorząd województwa może powołać jednostki organizacyjne obsługiwane przez urząd marszałkowski. Niektóre z nich działają na rynku komercyjnym (np. koleje regionalne), inne obsługują fundusze europejskie, jeszcze inne prowadzą obsługę wojewódzkich instytucji (np. teatry, szpitale kliniczne itp.).
5. Dochodami województwa jest udział w podatkach państwowych (CIT) oraz dochody z majątku województwa.

 

Uwaga:

1. Problemem jest podział zadań i kompetencji pomiędzy samorządem województwa a wojewódzką administracją rządową. Głosami SLD w 2005 roku przyjęto ustawę wzmacniającą rolę samorządu kosztem wojewodów. Po przejęciu władzy przez PiS była to pierwsza ustawa, którą uchylono. Obecny stan rzeczy powoduje liczne konflikty merytoryczne i pewne działania o charakterze konkurencyjnym np. w zakresie polityki gospodarczej, rolnej, komunikacyjne itd. Dotyczy to także niektórych instytucji kultury, które są współprowadzone przez rząd i samorząd. Takie hybrydowe rozwiązania nie są potrzebne.

2. Poważnym problemem wielu regionów jest ich zapóźnienie cywilizacyjne, a przede wszystkim nierównomierny rozwój wewnętrzny. Stolice województw rozwijają się szybciej niż reszta interioru, często także partycypują w większym stopniu w funduszach europejskich niż pozostałe powiaty. Tak np. problemem Mazowsza jest „janosikowe”, czyli środki, z których budowana jest subwencja wyrównawcza dla biedniejszych regionów. Nikt nie bierze pod uwagę, że Warszawa zawyża dochody województwa, w którym są subregiony z poziomem życia niższym niż w innych regionach kraju (np. północne Mazowsze). Polityka regionalna musi to zróżnicowanie uwzględniać.

 

Postulaty SLD:

1. Rozwój szkolnictwa zawodowego i branżowego w oparciu o regionalne programy operacyjne. Budowa nowych szkół i nowoczesne wyposażenia dla już istniejących.

2. Finansowanie zabiegów in vitro z funduszy wojewódzkich, przyjęcie programów rozwoju sieci publicznych zakładów opieki zdrowotnej, edukacja zdrowotne w szkołach na terenie województwa.

3. Przyjęcie i konsekwentna realizacja programów antysmogowych w województwie, zbudowanie sieci czujników monitorujących stan powietrza.

4. Inwestycje w powiaty zaniedbane i odstające poziomem życia jako sposób na równomierny rozwój i zapobieganie patologiom społecznym.

5. Wspieranie seniorów poprzez darmowy dostęp do komunikacji publicznej (koleje regionalne) i wsparcie funduszami z programów regionalnych dla budowy domów dziennego pobytu dla seniorów.

6. Powołanie Mazowieckiej Rady Organizacji Pozarządowych, jako forum wymiany doświadczeń i wsparcia dla inicjatyw wzbogających społeczeństwo obywatelskie.

7. Prowadzenie w szkołach edukacji obywatelskiej pokazujących historię i pożądaną przyszłość Mazowsza.

8. Poszerzenie możliwości wpływania obywateli na budżet obywatelski i przyjęcie zasady, że co najmniej 2 proc. wydatków będzie przeznaczone na realizację projektów obywatelskich.

Modlitwa o deszcz

Zdesperowana pani wójt gminy na ścianie wschodniej powiedziała w tv, że w gminie dali na mszę, a deszczu jak nie było tak nie ma.

 

Sprawa jest poważna, bo susza przełoży się na dochody rolników, a potem na ceny żywności w sklepach. Nowy minister rolnictwa zapowiada finansową pomoc dla rolników. Zdesperowany rolnik, też w tv, wątpi w te zapewnienia, bo rząd nie wypłacił jeszcze podobnych zapomóg za ubiegły rok. Związek pomiędzy modłami o deszcz, a deszczem jest dość przypadkowy. Kościół, gdyby był pewien skuteczności mszy o deszcz, zarządził by je w całym kraju. Nie robi tego, bo obserwuje prognozy w Internecie, a tam jak byk stoi, że deszczu nie będzie, więc msze dowodziłyby tylko, że Pan Bóg naszych księży nie słucha. Dlatego też chytry kościół woli poprzez akty ziemskie wymuszać posłuszeństwo wśród swoich wiernych, do czego potrzebne mu jest PiS w naszym parlamencie. Zapisywanie kanonów wiary w prawie ziemskim jest o wiele bardziej skuteczne niż modlenie się o deszcz. Na deszcz kościół wpływu nie ma. Na deszcz nie ma także wpływu budowanie olbrzymich krzyży, czy figur Jezusa Chrystusa.
Można to rozpatrywać następująco. Pan Bóg nie interesuje się pogodą w katolickiej Polsce. Inny punkt widzenia: Boga nie ma, ale to kwestia wiary.
Ale skoro Pan Bóg jest i nasza ściana wschodnia gremialnie jest bardzo prokościelna i propisowska to dlaczego tam panuje taka susza. Może to, dla wierzących jakiś znak z góry? Takie rozważania nie mają większego sensu, bo wierzący będą nadal wierzyć, a niewierzący wierzą w coraz dokładniejsze prognozy pogody. Jednak dla wszystkich obywateli susza da się we znaki i najlepiej zrzucić to na kaprysy pogody.
Ta wersja jest najbezpieczniejsza. Co prawda premier Morawiecki, buńczucznie powiedział, że swego czasu pewien premier, podczas powodzi, powiedział, że obywatele powinni się ubezpieczać, a ten rząd jest lepszy, ale wiadomo, że rolnikom nic nie da, bo jak budżet nie jest z gumy.