Bezkonkurencyjny mistrz dzienników

Wraz z ostatnim zapiskiem piątego tomu (1977-1989) kończy się czytelnicza przygoda tych, którzy tom po tomie (a było ich pięć) zapoznawali się z dziennikami Sandora Marai, a ściśle biorąc, z ich wyborem dokonanym przez tłumaczkę Teresę Worowską.

Od pierwszych zapisków z 1943 roku, prowadzi nas Marai, poprzez kolejne pięć tomów, do finału – do zapisku ostatniego, z 15 stycznia 1989 roku. Zapisek ten wyraża nastrój oczekiwania śmierci. Nieco ponad miesiąc później, 21 lutego, pisarz sam ją przywołał: popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. W tym dzienniku można znaleźć zapowiedź tej chwili. Marai wspomina, że wykupił lekcje posługiwania się pistoletem i skrupulatnie rozważa, w jaki sposób się zastrzelić.
Skrajny pesymizm egzystencjalny Marai’a to żadne zaskoczenie. Pesymistyczna duchowość była – jeśli tak się można wyrazić – jego specjalnością, jego „znakiem firmowym”. Melancholia emigracyjna (połowę życia spędził na emigracji, we Francji, we Włoszech i USA) nie miała tu wiele do rzeczy: Węgry, w których się urodził w 1900 roku, które znał od podszewki i które opuścił u schyłku lat czterdziestych, także były źródłem jego goryczy.
Marai był skrajnym pesymistą „z urodzenia”, z charakteru, z temperamentu, choć to, że zdecydował się rozstać się z życiem w wieku 89 lat, oślepły, niesprawny i osamotniony, świadczy o tym, że i tak mimo wszystko był do tej gorzkiej egzystencji przywiązany. Jego pesymizm pochodził zarówno z wnętrza jego psychiki i jaźni, z jego doświadczeń indywidualnych, jak i miał też swe źródła w konstatacji świata, w którym żył i który obserwował. Już w pierwszych zapiskach ze stycznia 1977 napotykamy uwagi o rozpadającej się Europie Zachodniej, o fali terroryzmu w Italii i Niemczech, o wybuchach bomb, porwaniach. o dokonującym się każdego dnia złu na wielką skalę.
Marai nie lubi radzieckiego komunizmu, ale chyba nie mniej nie lubi okropności świata zachodniego i jego ogłupienia. Chciałoby się rzec: nic nowego pod słońcem. Od stycznia 1977 roku minęły 43 lata, a świat nie tylko nie jest ani na jotę lepszy, lecz może jest gorszy? A może „constans” zła jest nieruchoma? Mniej jest zapewne – może tylko do czasu – typowego dla tamtej epoki prymitywnego „bombowego” terroryzmu (bo znaleziono na niego sposoby wtedy nieznane?), nieco mniej konwencjonalnych wojen, ale za to trwają nieustanne wojny hybrydowe, narasta katastrofa ekologiczna świata, globalne ocieplenie i zanieczyszczenie, trwa fala politycznego populizmu, który sięga po władzę, a do tego dopadła nas globalna pandemia koronawirusa.
Jednak mimo tego pesymizmu autora, mimo niemożności znalezienia w jego zapiskach czegokolwiek krzepiącego dla ducha, mimo odczytywania ze stron dzienników Marai’a – generalnie – „prawd, co nie nowe”, z żalem żegnam się z nimi. Bo – według mojej oceny – to najlepsze, ze znanych mi, dzienniki w kategorii swojego gatunku. Znam dzienniki autorstwa postaci o większym prestiżu niż postać Marai’a, dzienniki większych od niego powieściopisarzy, wielkich postaci historycznych, wielkich złoczyńców, itd.
Nie znam jednak innych dzienników, w których każde zapisane zdanie miałoby swoją wagę, w których nie byłoby „pustych przebiegów”, „waty”, z których nie trzeba, jak ze średniej jakości ciasta, wyłuskiwać rodzynków interesujących obserwacji i myśli. Nie znam innych dzienników, które byłyby dziełem tak przenikliwej inteligencji, tak frapująco napisanych.
Sandor Marai był wybitnym powieściopisarzem, wybitnym prozaikiem, ale w tej kategorii można znaleźć bardzo wielu równych mu talentem, a też i wielu wspanialszych. Jako autor dzienników pozostaje w swojej kategorii mistrzem niedoścignionym.
Sandor Marai – „Dziennik 1977-1989”, wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie Teresy Worowskiej, „Czytelnik”, Warszawa 2020, str. 406, ISBN 978-83-07-03472-0

Znów ten wspaniały Węgier

Czwarta odsłona geniusza

Cóż właściwie mógłbym dodać do tego, co już napisałem w omówieniach trzech poprzednich tomów dzienników Sándora Márai (1900-1989)? Ponownie wyrazić swój niezmienny dla nich podziw i potwierdzić przekonanie, że to najwybitniejsze dzienniki w obrębie tego gatunku? Potwierdzić niezmienne odczucie, że każde niemal zdanie tych dzienników, to perła stylu, artyzmu literackiego i intelektu? Że te dzienniki, to gejzery erudycji, oczytania, finezji? Że stanowią wyraz niebywale wszechstronnej i przenikliwej refleksji nad życiem, światem (poznawanym także w podróżach), polityką, sztuką, i że choć odkrywają także umysł i duszę samego autora, nie ma w nich pustego solipsyzmu i egotyzmu? Że to sama rozkosz czytania, choć to rozkosz odrobinę nieładna, bo rozkwitła na lekturze o życiu gorzkim i trudnym człowieka nieprzeciętnie wrażliwego, życiu zakończonym tragicznie samobójczą śmiercią?
Niebawem upłynie 30 lat (1989) od momentu, gdy sięgnąłem po wydany wtedy tom z wyborem fragmentów dzienników Węgra. I dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka miesięcy, a może nawet kilka tygodni później, nadeszła wiadomość o jego śmierci. Zazwyczaj, aby podkreślić wielkość jego dzienników, nieco chłodniej oceniam jego skądinąd wybitną prozę powieściową. Właśnie dla efektu kontrastu.
Pani Teresie Worowskiej, która dokonała wielkiego dzieła przekładu tych dzienników, opatrzyła je we wstęp, posłowie i bardzo cenne przypisy kłaniam się z wielkim uznaniem, uszanowaniem i podziękowaniem, bo szansy na ich lekturę w języku węgierskim nigdy bym nie miał.

Sándor Márai – „Dziennik 1967-1976”, wybór, przekład, opracowanie i posłowie Teresy Worowskiej, „Czytelnik”, Warszawa 2019, str. 438, ISBN 978-83-07-03448-5.

Dzienniki wielkiego Węgra Recenzja

Krzysztof Varga zbeształ na łamach „Dużego Formatu” Szczepana Twardocha za treść krótkiej rekomendacji pomieszczonej na ostatniej stronie okładki trzeciego tomu dziennika Sándora Márai, obejmującego lata 1957-1966.

 

Twardoch napisał, że dziennik „wypełnia łagodna melancholia”. W reakcji na to Varga (półkrwi węgierskiej, więc wie co mówi) stanął dęba i stwierdził, że żadna to „łagodna melancholia”, ale „studzienna deprecha”. Opowiadam się po stronie Vargi nie tylko dlatego, że wierzę jego węgierskiemu nosowi, że Márai zakończył swoje życie samobójstwem (1989) i że są opinie przyznające Węgrom szczególną skłonność do depresji i samobójstw (podobno wskazywały na to statystyki), ale także dlatego, że żadnej „pogody” ducha nie sposób na kartach jego dzienników znaleźć. Márai jest konsekwentnym pesymistą w ocenie otaczającego go świata. Márai (choć człowiek o prawicowym, konserwatywnym i elitarystycznym światopoglądzie) nie godził się ani na przedwojenne, faszyzujące Węgry admirała Horthy’ego ani, tym bardziej, na stalinowskie Węgry Rajka, a potem Gorő, Rakosi’ego, ani też na złagodzone, „gulaszowe” Węgry Kadara. Nie godzi się też na współczesną mu Europę i na Amerykę, do której po europejskich peregrynacjach wyemigrował w 1952 roku. To niepogodzenie ze światem i życiem własnym jest wiodącym motywem emocjonalnym zapisków.

Formuła tytułu słynnego filmu Johna Hustona „Skłóceni z życiem” (1961) mogłaby objąć i jego. Jednak to, czy melancholia Márai była „pogodna” czy „deprecha studzienna” nie jest w końcu aż tak ważne dla czytelnika. Ważniejszy jest ich ładunek artystyczny i intelektualny, a ten jest potężny.

Márai powszechnie uważany jest za wybitnego diarystę, ale w moim odczuciu to kwalifikacja zbyt słaba, bo wybitnych diarystów było całkiem sporo, tymczasem Márai jest diarystą wielkim. Trudno mi wskazać innego, u którego każde zdanie ma wagę myślową, każde zdanie jest istotne, u którego nie ma pustych przebiegów, waty uzupełniającej, czego sporo można znaleźć w wielu słynnych dziennikach, od Julesa de Goncourt poprzez Andre Gide’a po Juliena Greena, czy choćby naszego Iwaszkiewicza i wielu innych. Dzienniki Gombrowicza to zupełnie co innego, to od początku do końca pisarska kreacja. Márai tym się różni od innych wybitnych diarystów, że w ich dziennikach substancję cenną, wyborne bakalie, bywa – trzeba wydobywać z ciasta nie zawsze najsmaczniejszego, czasem nieco zakalcowatego. U Márai zakalca nie ma, jest sama treściwa substancja.

Márai to oczywiście także niebywały erudyta, człowiek ogromnej wiedzy, oczytania. Przez karty jego dziennika przewijają się dziesiątki, właściwie setki nazwisk europejskiej i światowej kultury, dawnej i współczesnej, od Homera, poprzez Lope de Vega, Dickensa, Joyce, a po Jeana Cocteau, a przy tym każde opatrzone cenną, często frapującą czy odkrywczą uwagą. To także wróg popkultury, w której to postawie był samotnym Don Kichotem, skazanym na rozczarowanie, bezsilność i klęskę. Tę jego splendid isolation, niechęć do kultury masowej, którą uważał za obelgę dla rozumu ludzkiego, wzmocniła zapewne obserwacja jej funkcjonowania w ojczyźnie tej kultury, Stanach Zjednoczonych. Jednocześnie jest jego dziennik subiektywnym zwierciadłem elitarnego życia kulturalnego w USA, w tym Nowego Jorku. Są też zapiski z podróży, choćby do Portugalii. Polityki ujmowanej wprost nie jest w tych dziennikach zbyt wiele, można by rzec, że relatywnie mało zwłaszcza jak na pisarza tak naznaczonego „politycznością”, ostentacyjnym antykomunizmem, aczkolwiek wystarczy zajrzeć do indeksu, by zauważyć, że postacią najczęściej (poza przybranym synem Márai, Janosem) przywoływaną jest Nikita Chruszczow, dwukrotnie częściej niż n.p. John F. Kennedy, którego portret sporządzony po wyborze jest jednym z wyrazów mistrzostwa „portretowego” Márai, jego daru opisywania fizjonomii psychofizycznych.

Nie będę próbował bić się z koniem i próbować syntetyzować tu zawartość czy sensy przewodnie dziennika Máraia – zbyt rozległy to wszechświat. Cenię prozę powieściową twórcy „Żaru”, ale nie należę do jej szczególnych admiratorów. W moim odczuciu jest to proza wybitna ale nie wielka. W prozie oddech pisarski Márai jest słabszy niż w dziennikach. W moim odczuciu Márai jako pisarz, artystycznie, najbardziej spełnił się właśnie w swoich dziennikach, z ich krystalicznym, doskonałym stylem, z ich odkrywczością myślową. Wielkie dzienniki wielkiego diarysty i wielka uczta umysłowa, estetyczna, duchowa.

 

Sándor Márai – „Dziennik 1957-1966”, wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie Teresa Worowska, wyd. Czytelnik, Warszawa 2018, str. 585, ISBN 978-83-07-03431-7