Szanse, których nie wykorzystamy

Odgrzewanie w „Polskim Ładzie” niezrealizowanych lub niedokończonych PiS-owskich projektów z lat 2015 – 2020 ma wymiar wyłącznie propagandowy.
Pandemia koronawirusa zwiększyła znaczenie komunikacji elektronicznej, jako filaru funkcjonowania państw oraz ich gospodarek, całych społeczności, a także sektora przedsiębiorstw. Co z tego wynika?
„Rosnąca konsumpcja transmisji danych, powiązana z niskimi cenami usług telekomunikacyjnych oraz wysoką penetracją rynku po stronie popytu, stwarzają dla Polski szansę budowy silnego sektora gospodarki cyfrowej, opartego zarówno na zasobach przedsiębiorstw prywatnych, jak również instytucji państwowych” – stwierdza Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
W tym kontekście TEP krytykuje propagandowy dokument rządowy pt. „Polski Ład”, uznając, iż wiąże on wykładniczy wzrost wykorzystania e-usług publicznych z ograniczeniem mobilności obywateli w trakcie pandemii oraz postuluje konieczność dalszego poszerzania katalogu dostępnych elektronicznie spraw w relacji obywatel – państwo oraz rozwoju infrastruktury telekomunikacyjnej. Nie przedstawia jednak spójnej wizji osiągnięcia tych celów, w tym prawnych i finansowych mechanizmów niwelowania istniejących deficytów rozwojowych. Zamiast tego odgrzewa ponownie niezrealizowane lub niedokończone rządowe projekty z lat 2015-2020, dotyczące zwiększania zasięgu sieci szerokopasmowych czy cyfryzacji usług publicznych (mObywatel, e-doręczenia, usługi chmurowe, cyfryzacja wymiaru sprawiedliwości).
„Polski Ład” całkowicie pomija diagnozę płynącą z analizy ucyfrowienia krajów Unii Europejskiej według indeksu gospodarki i społeczeństwa cyfrowego – DESI, w której Polska zajęła w 2020 r. dopiero 23 miejsce. Dokument rządowy nie adresuje mechanizmów technologii cyfrowej do 60 proc. polskich przedsiębiorstw charakteryzujących się niższym od średniej unijnej poziomem ucyfrowienia działalności gospodarczej. Powierzchownie traktuje też problem braku dostępu do usług cyfrowych 15 proc. społeczeństwa oraz deficytów kompetencji cyfrowych blisko 50 proc. Polaków.
„Polski Ład” nie nawiązuje do celów Unii Europejskiej do roku 2030 w zakresie rozwoju gospodarki cyfrowej i społeczeństwa informacyjnego, wyrażonych m.in. w komunikacie Komisji Europejskiej z marca 2021 r. – chociaż ekonomicznie, technologicznie i regulacyjnie polski sektor cyfrowy jest nierozerwalnym elementem rynku wspólnotowego, szczególnie w segmentach komunikacji elektronicznej oraz e-commerce.
Rząd powinien określić, które i w jakim zakresie, inicjatywy programu politycznego będą realizowane ze środków budżetowych, a które z unijnego instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności, przewidującego minimum 20 proc. funduszy UE w latach 2021-2027 właśnie na cyfrową transformację krajów członkowskich. Transparentne powiązanie celów ze źródłami finansowania ma znaczenie zarówno dla strategii inwestycyjnych przedsiębiorców, jak również monitoringu i skutecznego rozliczania wydatków ze wskazanych funduszy unijnych.
Brak źródeł finansowania celów, w tym roli inwestycji przedsiębiorstw, w ocenie Rady TEP stanowi jedną z największych wad „Polskiego Ładu” w obszarze gospodarki cyfrowej.
Z jednej bowiem strony autorzy dokumentu stawiają na: rozwój mobilnej sieci 5G, „setki kilometrów światłowodów umożliwiających szybką transmisję danych” oraz „dokończenie likwidacji białych plam w dostępie do internetu – ponad milion kolejnych gospodarstw domowych mających szerokopasmowy dostęp do internetu”, które mogą zostać osiągnięte wyłącznie przez sektor prywatny, z wykorzystaniem środków własnych przedsiębiorstw oraz funduszy unijnych.
Z drugiej zaś strony ten sam „Polski Ład” zakłada dodatkowe obciążenia przedsiębiorstw daninami publicznymi w postaci płaconej od dochodu składki zdrowotnej, stanowiącej de facto kolejny podatek dla samozatrudnionych, mikro i małych przedsiębiorstw, których w samej branży telekomunikacyjnej zarejestrowanych jest ok 13 tys.
Dokument o strategicznym charakterze dla gospodarki, w tym dla sektora usług cyfrowych, za jaki chce uchodzić „Polski Ład” powinien precyzyjnie dopasowywać się do zamierzeń jednolitego rynku Unii Europejskiej, a także wskazywać sposoby dojścia do celów, z uwzględnieniem źródeł finansowania oraz metod ich osiągania. W ocenie TEP, tego wszystkiego brakuje w „Polskim Ładzie”.

Bankierzy bronią swych zysków

Czy należy wspierać kapitały banków – czy odmawiać pomocy i za grzechy banków, pozwolić im pogrążyć się w kłopoty finansowe?
Dane Komisji Nadzoru Finansowego za listopad 2020 roku na temat sytuacji sektora bankowego nie są optymistyczne. Pomimo że cały sektor wygenerował zysk, to jego spadek o prawie połowę w porównaniu z poprzednim rokiem stanowi sygnał ostrzegawczy i dla regulatora i dla samych banków.
Według danych KNF na koniec listopada 2020 roku wynik finansowy netto sektora bankowego w Polsce wyniósł 7,9 mld zł i był niższy od osiągniętego rok wcześniej o 45,5 proc. (spadek z 14,5 do 7,9 mld zł). Wpływ na pogorszenie wyników sektora bankowego miały przede wszystkim spadki przychodów odsetkowych (minus 1,9 mld) oraz rezerwy i odpisy banków (4,0 mld zł) dokonywane w ostatnich miesiącach. Warto zwrócić uwagę, że w tym trudnym roku banki obniżyły koszty administracyjne i pracownicze (o 224 mln).
Z uwagi na specyfikę pandemicznego kryzysu, banki – w odróżnieniu od podmiotów z innych sektorów – będą odczuwały negatywne skutki jeszcze długo po jego zakończeniu. Tymczasem powinny one odegrać kluczową rolę m.in. w odbudowywaniu po pandemii prywatnych inwestycji. Do tego potrzebne są działania wpierające budowanie kapitałów w sektorze bankowym i minimalizujące zagrożenia powodujące jego destabilizację – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Sektor bankowy nadal generuje zysk, co biorąc pod uwagę, że mówimy o okresie recesji, jest zjawiskiem pozytywnym. Jednak już 18 banków wykazuje straty (łącznie 1,1 mld zł), a ich aktywa stanowią 7,7 proc. całego sektora. Dobrą informację jest to, że normę płynności krótkoterminowej (LCR) na koniec listopada 2020 r. spełniały wszystkie banki komercyjne. Po trzech kwartałach ubiegłego roku wskaźniki adekwatności kapitałowej sektora były na poziomie 20,4 proc. (łączny współczynnik kapitałowy – TCR) i 18,4 proc. (współczynnik kapitału podstawowego – T1), odpowiednio o 1,8 pkt. proc i 1,2 pkt. proc. wyższym niż rok wcześniej.
Generalnie wyniki sektora bankowego są wyraźnie słabsze niż w ubiegłym roku, co gorsza, utrwalenie lub pogorszenie sytuacji jest bardzo prawdopodobne. Nie można wykluczyć w najbliższej przyszłości pojawienia się problemów finansowych przedsiębiorstw w niektórych branżach, wzrostu stopy bezrobocia, czy też utrzymywania przez bank centralny niskich, realnie negatywnych stóp przez dłuższy okres, co wpłynie negatywnie na wynik odsetkowy banków – zauważa TEP.
Spadają wskaźniki efektywności sektora – w ujęciu rok do roku wskaźnik ROE (rentowność kapitału własnego) spadł o 3,23 pkt. proc. – do 3,19 proc.), co utrudnia pozyskiwanie nowego kapitału. W praktyce, aby sprostać wymogom kapitałowym regulatora oznacza to konieczność ograniczania akcji kredytowej i w konsekwencji delewarowania (zmniejszania relacji ich aktywów do kapitału) bilansów banków (szczególnie mniejszych). Jednocześnie wyraźnie rośnie relacja odpisów i rezerw do przychodów sektora bankowego (wzrost o 5,8 pkt. proc. – do 19,93 proc.).
Regulator (KNF) w 2020 roku podjął decyzję o zniesieniu bufora ryzyka systemowego oraz odłożył w czasie wprowadzenie rekomendacji R, co zwiększyło kapitały sektora bankowego. Niemniej, jak podkreśla TEP, zaangażowanie banków w proces restrukturyzacji wielu polskich przedsiębiorstw (na skutek pandemii) oraz uczestnictwo banków w finansowaniu projektów inwestycyjnych, a także zwykłe kontynuowanie dotychczasowej akcji kredytowej wymagać będzie dalszego obniżenia kosztów działalności banków i zwiększenia ich bazy kapitałowej.
Kapitały banków mogą stanowić jedno z podstawowych ograniczeń w finansowaniu inwestycji prywatnych. W tym przypadku powinniśmy mieć do czynienia z działaniami mającymi na celu wspieranie sektora bankowego w budowie jego kapitałów. Cele te mogą być osiągnięte poprzez złagodzenie opodatkowania banków podatkiem od wartości aktywów bankowych, który w Europie miał zbudować bufor dla ewentualnej pomocy rządowej dla banków po kryzysie finansowym w 2008 roku.
Innym rozwiązaniem jest wprowadzenie zmian do wag ryzyka dla portfela kredytów walutowych. KNF oraz KSF (Komitet Stabilności Finansowej) nadal utrzymują ekstremalnie wysokie wagi ryzyka dla tego portfela w wysokości 150 proc. Obniżenie tej wagi do poziomu 100 proc. uwolniłoby dodatkowy kapitał wielu banków i wzmocniłby rzeczywisty wpływ banków na sytuację gospodarczą w kraju.
Oczywiście, należy pamiętać, że nadal mamy do czynienia z nierozwiązanym problemem sektora frankowych kredytów hipotecznych. Proponowane ostatnio przez KNF porozumienie między bankami a klientami traktuje kredyty frankowe tak, jakby od początku były złotowymi. Za całą różnicę kosztów między kredytem w PLN, a CHF mają zapłacić banki. Zakładając, że aktywnych jest jeszcze 450 tys. umów kredytów hipotecznych w frankach, w sądach szacuje się, że jest obecnie około 20 tys. spraw.
Według szacunków banków wartość wszystkich spraw przegranych w sądach (a przegrywają 90 proc. wszystkich spraw) to około 4 mld zł, czyli mniej więcej połowa zysku rocznego sektora bankowego w Polsce. Tymczasem propozycja KNF oznacza, że banki zapłaciłyby około 20 mld zł (zakładając przeciętny zwrot klientowi banków na poziomie 50 tys. zł.). Nie wiemy oczywiście, ile osób ostatecznie pójdzie do sądów, ani czy nie będzie jednolitego orzecznictwa Sądu Najwyższego, które może zachęcić innych do składania pozwów przeciwko bankom. Jednak na ten moment propozycja KNF oznaczałaby wyższe koszty dla banków.
Nadal zatem nie wiadomo, w jaki sposób potoczy się sprawa kredytów frankowych, jednak sposób jej rozwiązania ma wpływ na stabilność całego sektora bankowego. Oprócz poważnej interwencji państwa w kwestię kredytów walutowych, nie można nie zauważyć wzrostu ryzyka dla prowadzenia działalności bankowej, spowodowanego przez nietransparentne przejęcie Idea Banku i włączenie go do struktur banku państwowego.
W kontekście problemów związanych z efektami pandemii z jednej strony i coraz silniejszej konkurencji ze strony fintechów (firm oferujących usługi finansowe) z drugiej strony, banki będą musiały wprowadzać istotne zmiany w swoich modelach biznesowych. Skala wyzwań jest duża, ważne jest więc, by regulator umiejętnie wspomagał sektor bankowy, aby ten był jak najsilniejszy i stabilny.

Już prawie nie ma optymistów

Epidemia nie ominęła firm budowlanych. Najbardziej ze wszystkich branż obawiają się one skutków uderzenia koronawirusa. Ale fatalne nastroje panują także w hotelarstwie, gastronomii i cateringu.

Budownictwo oraz usługi hotelowe i gastronomiczne – te dziedziny naszej gospodarki zostały szczególnie boleśnie dotknięte przez kryzys. Barometr koniunktury Europejskiego Funduszu Leasingowego dla branży budowlanej na II kwartał 2020 wyniósł 30,9 pkt (korzystna koniunktura zaczyna się powyżej 50 pkt). Oznacza to spadek o 26,2 pkt. w stosunku do pierwszego kwartału bieżącego roku – najwyższy wśród wszystkich badanych sektorów gospodarki. Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do wzrostu, rozwoju i maksymalizacji zysków. W przypadku każdego z badanych obszarów widać przewagę pesymistów nad optymistami. Najgorzej jest ze sprzedażą. Aż 64 proc. przedsiębiorstw budowlanych obawia się mniejszych zamówień, a tylko 6 proc. liczy na ich wzrost. 43,5 proc. przedsiębiorców prognozuje zmniejszenie inwestycji, 13 proc. przewiduje ich wzrost. Fatalne są oczekiwania co do sprzedaży: 63,8 proc. przedsiębiorców budowlanych prognozuje zmniejszenie sprzedaży, a tylko 6,3 proc. jej wzrost. To oczywiście oznaczać musi pogorszenie płynności finansowej, czego spodziewa się 52,5 proc. przedsiębiorców. Jedynie 3 proc. prognozuje lepszą płynność. 27,5 proc. przedsiębiorców przewiduje mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne; 16,3 proc. – wzrost zapotrzebowania. Branża budowlana, jako jedna z nielicznych od pojawienia się koronawirusa w Polsce, mogła realizować swoje zlecenia, nie była objęta rządowymi zakazami. Jak widać, nie pomogło to jej.

– Wydawać się mogło, że spowolnienie jej nie dotknie albo w mniejszym stopniu niż pozostałe sektory. Tymczasem większość danych już pokazuje, że to nieprawda. Opublikowany przez Główny Urząd Statystyczny wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w kwietniu 2020 roku wyniósł minus 47,1 dla budownictwa i nie odbiegał od pozostałych branż. Dla porównania, jeszcze w marcu wyniósł minus 1,9. Również wyniki firm leasingowych za pierwszy kwartał sugerują, że przedsiębiorstwa budowlane czuły, że najgorsze przed nimi i wstrzymywały się z inwestycjami. Barometr EFL, który wybiega w przyszłość, pokazuje, że II kwartał może być zdecydowanie słabszy, zarówno pod kątem sprzedaży, jak i inwestycji. Liczymy jednak, że powolne odmrażanie gospodarki i osłabienie epidemii odbiją się pozytywnie na działalności budowlanej w drugiej części roku – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL. Z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że firmy leasingowe w I kwartale bieżącego roku sfinansowały sprzęt budowlany o wartości 694,2 mln zł, co oznacza 18,14 proc. spadek, rok do roku. Choć roboty budowlane idą w naszym kraju pełną parą i są wydawane pozwolenia na budowę, to jednak branża wstrzymuje się z inwestycjami. Pogarszającą się kondycję budownictwa widać już w wynikach firm leasingowych za I kwartał 2020 r. Leasingodawcy sfinansowali sprzęt budowlany o wartości o ponad 18 proc. niższej niż w analogicznym okresie rok temu. Budownictwo nie jest tu niestety wyjątkiem. Barometr EFL na II kwartał 2020 r. wskazuje, że 8 na 10 restauracji i hoteli boryka się z coraz większymi problemami finansowymi. W bieżącym roku wiele z nich może upaść. Wskazania barometru koniunktury na II kwartał br. dla sektora HoReCa (hotele, restauracje, firmy cateringowe) pokazały 28,6 pkt., czyli o 24,9 pkt. mniej niż kwartał wcześniej. Tu spadek jest nieco mniejszy, niż w przypadku budownictwa, ale za to do niemal najniższego (tylko usługi wypadają jeszcze gorzej) poziomu w całej polskiej gospodarce. 81,3 proc. restauratorów i hotelarzy obawia się mniejszej liczby klientów. 3 proc. (jacyś niepoprawni optymiści?) prognozuje wzrost sprzedaży. A w związku z tym, że płynność finansowa jest uzależniona od codziennego napływu gości, aż 82,5 proc. przedstawicieli HoReCa spodziewa się większych trudności w regulowaniu codziennych zobowiązań i prognozuje pogorszenie płynności finansowej. A to już krótka droga do ogłoszenia upadłości firmy. W związku z tym 44 proc. przedsiębiorców hotelarskich, cateringowych i gastronomicznych prognozuje zmniejszenie inwestycji; 12 proc. przewiduje zaś ich wzrost. 23,8 proc. spodziewa się mniejszego zapotrzebowania na finansowanie zewnętrzne; 33,8 proc. prognozuje tu wzrost. Wpływ koronawirusa na sytuację branży może okazać się dramatyczny. 82,5 proc. przedsiębiorców uważa, że koronawirus będzie mieć zdecydowanie niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację firmy (to najwyższy wynik wśród wszystkich branż naszej gospodarki). W rezultacie, pieniędzy może zabraknąć na codzienne rachunki.

– HoReCa to sektor dla którego skutki epidemii COVID-19 mogą okazać się najbardziej dotkliwe. Zdecydowana większość restauracji, kawiarni, barów, hoteli czy pensjonatów nie może normalnie funkcjonować już niemal dwa miesiące. I choć powolne odmrażanie gospodarki 4 maja objęło część tych podmiotów, to jednak tylko w ograniczonym zakresie. Jeśli właściciel lokalu nie wypracował we wcześniejszych miesiącach i latach odpowiednich zapasów finansowych, a w dodatku ma zaległości w fakturach i bieżących opłatach na rzecz dostawców, to gdy zdolności do regulowania zobowiązań nie będzie, bardzo często nie pozostaje nic innego, jak zwolnienie pracowników i zamknięcie biznesu – zwraca uwagę Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL. Z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że firmy leasingowe w I kwartale br. sfinansowały sprzęt gastronomiczny o wartości 63,3 mln zł, co oznacza niemal taki sam wynik jak rok wcześniej (I kwartał 2019 – 63,2 mln zł). Wtedy jeszcze nie było widać spadku finansowania, ale jest on nieunikniony. – Styczeń i luty były miesiącami, w których nie znaliśmy jeszcze koronawirusa i nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co czeka nas za kilka tygodni. Dopiero od marca przedsiębiorcy wstrzymywali się z inwestycjami, które wcześniej planowali. To dotyczy większości sektorów całej polskiej gospodarki. Wyniki po upływie II kwartału pokażą skalę spowolnienia gospodarczego, jakie przysporzył nam COVID-19 – dodaje Radosław Woźniak.

Co będzie z gospodarką w przyszłości? Jeśli chodzi o budownictwo, to eksperci EFL oraz leasingodawcy specjalizujący się w finansowaniu maszyn i urządzeń budowlanych, spodziewają się, że pod względem inwestycji II kwartał może być jeszcze słabszy , a na wyhamowanie spadków i lekką poprawę nastrojów musimy poczekać najwcześniej do okresu powakacyjnego.

Nie wiadomo jednak, czy i kiedy ta oczekiwana poprawa nastąpi, bo nastroje w polskiej gospodarce są fatalne. Wartość głównego indeksu barometru EFL dla całej naszej gospodarki wyniosła w drugim kwartale 2020 roku tylko 32,5 pkt. Osiągnięty poziom jest o 17,4 pkt. niższy niż w pierwszym kwartale tego roku i jednocześnie najniższy w historii.

Trochę lepiej, ale wciąż gorzej niż rok temu

Przedsiębiorcy w Polsce, jak zwykle od paru lat, bez optymizmu patrzą w przyszłość.
Ale wciąż nieźle sobie radzą.

Koniunktura w przetwórstwie przemysłowym, budownictwie, handlu i usługach w październiku 2019 roku uległa nieznacznej poprawie w stosunku do września, nadal jednak są to dane wyraźnie gorsze niż przed rokiem – podał Główny Urząd Statystyczny. Pogorszeniu uległa zaś sytuacja w budownictwie, handlu detalicznym i usługach.
Wskaźniki koniunktury nadal nie pokazują wyraźniejszej poprawy w gospodarce, wskazują natomiast na obawy przedsiębiorców odnośnie rozwoju sytuacji w przyszłości.
Ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej GUS (SI) w październiku 2019 r. wzrósł z poziomu 100,2 we wrześniu do 101,0 w październiku 2019 r. Jest to głównie zasługa poprawy sytuacji w sektorze przetwórstwa przemysłowego. Wzrost wartości wskaźnika SI jest jednak nieznaczny, średnia jego wartość z ostatnich trzech miesięcy jest najniższa od IV kwartału 2016 roku.
Od kwietnia bieżącego roku obserwujemy systematyczne pogarszanie się sytuacji w produkcji przemysłowej.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, jest to efekt czynników zewnętrznych, spadku zamówień eksportowych i recesyjnej sytuacji w gospodarce niemieckiej. Jednak w październikowych badaniach GUS wskaźnik ufności w przetwórstwie przemysłowym wzrósł z poziomu 104,3 do 107,1.
Oceny bieżącego portfela zamówień krajowych i zagranicznych nie uległy zmianie. Prognozy produkcji są nieznacznie mniej pesymistyczne od formułowanych w ubiegłym miesiącu. Zgłaszany jest natomiast niedobór zapasów wyrobów gotowych.
Z analizą głównego czynnika przyczyniającego się do nieznacznej poprawy ogólnego wskaźnika SI, czyli sytuacją w sekcji przetwórstwo przemysłowe należy poczekać.
Zmiany miesięcznych wartości często bowiem nie uwzględniają czynników, które zakłócają prawidłową ocenę bieżącej sytuacji (efekt liczby dni roboczych i bazy odniesienia sprzed roku). Tak zresztą było w przypadku wrześniowych danych o dynamice produkcji przemysłowej, która wzrosła o 5,6 proc., nieco powyżej oczekiwań analityków i znacznie silniej niż w sierpniu.
Wykorzystanie mocy produkcyjnych w przemyśle wynosi w październiku 81,2 proc. (w październiku ub.r. 82,5 proc. ). Świadczy to o nieco większych możliwościach produkcyjnych. Najwyższe wykorzystanie mocy produkcyjnych występuje w branży naprawa, konserwacja i instalowanie maszyn i urządzeń oraz produkcja mebli i odzieży, a najniższe – w sektorze farmaceutycznym oraz wśród producentów metali, skór i wyrobów ze skór wyprawionych.
Wskaźnik ufności w budownictwie nieznacznie spadł (z poziomu 111,5 do 111,1 we wrześniu), jednak w tym przypadku można mówić o względnej stabilizacji. Jest to głównie zasługą utrzymujących się, pozytywnych ocen bieżącego portfela zamówień na rynku krajowym i zagranicznym. Mniej optymistycznie wyglądają natomiast prognozy zatrudnienia w sektorze budowlanym.
Z kontynuacją pogarszania się koniunktury mamy do czynienia w usługach (spadek z poziomu 92,9 do 91,3) oraz w handlu detalicznym (spadek ze 100,8 do 100,2). Pogorszeniu ulegają również prognozy sprzedaży. Widać to już było w zaskakujących wynikach wrześniowych danych o sprzedaży detalicznej, w tym szczególnie niższej sprzedaży żywności.
W głównych sektorach gospodarki nie widać jednoznacznych, silnych zmian, nie ma przełomu. GUS-owskie badania koniunktury wskazują jednak, że koniunktura powoli słabnie. W październiku 2018 r. ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej GUS wynosił 104,8, a dzisiaj spadł do poziomu 101.

Nie taki zimny prysznic dla banków

Niewykluczone, że na wyroku trybunału unijnego dotyczącego frankowiczów skorzystają firmy pożyczkowe w naszym kraju.

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie kredytów frankowych generalnie jest korzystny dla frankowiczów, chociaż dopiero czas pokaże, w jak szerokim zakresie sądy będą się nim kierować – czy tylko w sprawach kredytów i klauzul analogicznych do rozpatrywanych przez TSUE, czy też szerzej.
Jak już zobaczyliśmy, rynki dobrze przewidziały rozstrzygnięcie TSUE: WIG20 i kurs franka szwajcarskiego do złotego zareagowały spokojnie. Wyrok był już wliczony w ceny.
Banki oczywiście stawiają się w roli ofiar. Zapewne dojdzie do ograniczenia akcji kredytowej, być może niektóre banki będą potrzebowały pomocy. Jednak dostaną ją, bez obaw. Kryzys bankowy jasno pokazał, że rządzący zrobią wszystko, by zachować stabilność sektora finansowego. Za błędy biznesowe banków płacą podatnicy.
Chciałbym wierzyć, że wyrok TSUE będzie zimnym prysznicem, który wyhamuje pęd do tworzenia „innowacyjnych produktów”, jednak raczej nie można na to liczyć. Ostatnią prawdziwie innowacyjnym produktem bankowym był moim zdaniem… bankomat.
Późniejsze „innowacje” to produkty finansowe o coraz bardziej złożonej konstrukcji, coraz mniej zrozumiałe dla klienta. Jak toksyczne obligacje na Zachodzie czy kredyt indeksowany kursem CHF w Polsce. Jak to się skończyło na Zachodzie, wiemy doskonale. W Polsce takiego trzęsienia ziemi nie będzie, ale oznacza to także, że ów zimny prysznic dla banków nie będzie aż tak zimny.
Kredytom frankowym trzeba jednak oddać także zasługi. Dzięki nim, własne mieszkanie mogły kupić rzesze osób, które nie stać byłoby na kredyt złotówkowy. W ten sposób, kredyty frankowe dodatkowo zdynamizowały sektor nieruchomości, przyczyniając się do powstania setek nowych biznesów. Być może, gdyby kredyty walutowe były konstruowane staranniej, udałoby się zachować większość ich zalet, przy ograniczeniu ryzyka dla kredytobiorców.
Czy przegrana frankowa batalia banków będzie szansą dla sektora pożyczek pozabankowych? Chyba za wcześnie, by o tym przesądzać, chociaż rzeczywiście może nią się stać.
Po pierwsze, skupione na procesach sądowych banki, będą wkładać mniej wysiłku w oferowanie bardziej konkurencyjnych produktów.
Po drugie, zmniejszy się też luka w reputacji między sektorem bankowym a branżą pożyczkową. Sposób, w jaki sektor bankowy – a w szczególności Związek Banków Polskich – reaguje na wyrok TSUE, podkopuje zaufanie do tradycyjnych instytucji finansowych.
Tak czy inaczej, wyrok TSUE kończy okres podwyższonej niepewności na rynku, co powinno być dobre i dla banków, i dla ich konkurentów.