Kościół w odwrocie

Rok temu doczekaliśmy historycznej chwili. Biskup opolski Andrzej Czaja wyznał w komunikacie do wiernych, że z braku personelu redukuje parafie.

„W aktualnej sytuacji rażącego deficytu duszpasterzy (wyświęcę siedmiu, potrzebuję szesnastu), by zaradzić potrzebom 400 parafii w naszej diecezji, w najbliższych latach, podobnie jak to już w kilku miejscach się dokonało, jestem zmuszony połączyć ze sobą mniejsze parafie” – ubolewał hierarcha. Oznajmiający tym samym, że Kościół nie wyrabia.

Mszoodprawiacze

Przez ostatnie 30 lat liczba nowych probostw urosła o 15 procent. Nigdy nie było problemów ani z ich obsadzeniem, ani z namówieniem wiernych na zrzutkę na nowy kościół i wypasioną plebanię. Do seminariów garnęły się tysiące młodych mężczyzn. Jeszcze 20 lat temu wikariusze z paroletnim stażem opowiadali, że na objęcie fuchy proboszcza nie mają w najbliższych 15 latach szans, bo przed nimi w kolejce jest jeszcze pięciu lub sześciu.
Parafii diecezjalnych, czyli nie zakonnych, jest dziś w Polsce prawie 9 700. Diecezjalnych księży zaś prawie 25 tys. Wychodziłoby po 2,5 klechy na parafię. To jednak mylące. 3 tysiące polskich księży diecezjalnych nie pracuje w Polsce. Są oddelegowani głównie do krajów Europy Zachodniej, gdzie deficyt osób w koloratkach występuje od lat. Z tych, co są u nas, z parafiami nie ma nic wspólnego 2 proc. księży funkcjonujących w szkolnictwie seminaryjnym i na uczelniach katolickich. Tyle samo duchownych zajmuje się robieniem dobrze biskupom, pracując bezpośrednio w diecezjach. Kolejne 12 proc. stanu osobowego kleru diecezjalnego, to dożywający swoich dni emeryci i renciści. Do odprawiania mszy w parafiach zostaje zatem góra 18 tysięcy księży – niecałych dwóch na probostwo.

Wszystkie te dane można łatwo pozyskać w materiałach Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Konia jednak z rzędem temu, kto zrozumie jakim cudem, w każdym oficjalnym wystąpieniu księży statystyków pada stwierdzenie, że „w parafiach zaangażowanych duszpastersko jest ponad 20,5 tys. księży”.

Mało ich, mało ich…

Jeszcze 20 lat temu, każdego roku wyświęcano średnio 600 księży rocznie. Od 10 lat systematycznie spada liczba chętnych do seminariów. Rośnie za to procent takich, którzy z zostaniem księdzem dają sobie siana już po paru miesiącach bycia klerykiem. Efekt jest taki, że w drugiej dekadzie XXI wieku populacja księży w Polsce wzrastała przeciętnie o 340 osobników rocznie. Oczywiście przy tendencji malejącej.

Ponieważ ksiądz też człowiek, to od lekarza, czy dekarza, w postrzeganiu ekonomii się nie różni. Dlatego większość, tuż po święceniach zaczyna się dowiadywać, co zrobić, żeby załapać się na robotę w jakimś kraju „starej Unii”. Udaje się to po paru latach większości chcących. Na polskim „rynku pracy duszpasterskiej” zostaje – jak nieoficjalnie mówią wysoko postawieni księża – co trzeci wyświęcony młodzian.

Ponieważ diecezja, diecezji nierówna, to większość księży chce pracować tam, gdzie wiernych jest dużo i nie skąpią grosza na kościół. Jest zatem kilka biedniejszych biskupstw, gdzie pogłowie księży się umniejsza. Parafie muszą być obskakiwane jednoosobowo przez proboszcza, bo wikariusze błyskiem przechodzą na swoje obejmując wakujące parafie. Proces ten postępuje, bo większość księży ma już swoje lata. Średnia wieku kleru w Polsce wynosi ok. 52 lat – tyle co pielęgniarek. W odróżnieniu jednak od nich, księżom Kościół każe pracować znacznie dłużej. Kanoniczny wiek przejścia księdza na emeryturę to ukończone 75 lat. Co prawda w tych diecezjach, które nie mają problemu z wakatami, biskupi ustalili go na 70 lat, albo nawet – jak w archidiecezji katowickiej – 65 lat. Ale ten stan już długo nie potrwa. Kościół na darmozjada przecież łożył nie będzie. Szczególnie, że taki dziadek będzie miał co robić.

Duszpasterz z czarną skórą

Z powodu braku rąk do pracy, biskupi jak mogą starają się odmawiać delegowania za granicę. Ale gdy młodzi księża wystarają się o odpowiednie poparcie czynników watykańskich, to nawet biskup nic nie może. Na Zachodzie pogłowie księży to dramat. W Hiszpanii średnia wieku duchownych dobija przecież do 70-tki. We Francji, Austrii i Niemczech tak samo. Polska, ze swymi malejącymi wyświęceniami, i tak dokłada do puli europejskiej co roku jedną czwartą nowych kapłanów katolickich. Po naszych księży łapę wyciągają i zza Oceanu. Bo tam po dekadach afer porobiło się tak, iż przeciętny wiek księdza katolickiego wzrósł z 37 lat w roku 1970 do 58 lat – dziś.

Polscy biskupi bronią się jak mogą i udowadniają, że i u nas zaczyna być krucho z księżmi. Mimo tego, że co piąty ksiądz w Europie jest Polakiem, to statystyki zaczynamy mieć takie jak gdzie indziej. Średnio, w krajach naszego kontynentu na jednego księdza przypada 2000 ochrzczonych – nie mylić z praktykującymi. W Paryżu jest to 1190, w Londynie 790. Tymczasem w pełnym kościołów Krakowie – 720. Zaś w Łodzi aż 1900, a w Szczecinie 1500.

Szykującego się już wkrótce dramatu kadrowego Kościoła w Polsce, dowodzi ubiegłoroczny zaciąg do seminariów diecezjalnych. Jak podaje Katolicka Agencja Informacyjna, przyjęto do nich 324 mężczyzn. O 91 mniej niż rok wcześniej. Pamiętać trzeba, że najwyżej co drugi kleryk zostanie potem wyświęcony.

A nawet jeśli, to zawsze może sutannę potraktować jak Tymoteusz Szydło. Czyli iść na „urlop”. Albo nawet ją rzucić na stałe. Od kilkunastu lat, każdego roku robi tak przeciętnie prawie 60 księży. Jeśli te trendy się utrzymają, to już za parę lat polski Kościół będzie miał zerowy bilans przyrostu kapłanów.

Biskupom zostaną dwa wyjścia. Oba złe. Pierwszym będzie import księży z zagranicy. Co jednak zrobią polscy wierni, dla których nawet abp Polak to Żyd, gdy mszę będzie odprawiał im Ukrainiec albo Białorusin? Albo co gorsza proboszczem gdzieś na Podkarpaciu zostanie czarnoskóry?
Biskupi znają swoje owieczki i wiedzą, że na takie eksperymenty sobie pozwolić nie mogą, ale drugie wyjście jest jeszcze gorsze. Diecezje mogą oddać parafie w ręce polskich zakonników.

Co będzie dla biskupów nader niemiłe, bo zakony episkopatowi i biskupom nie podlegają, a poza tym, całą kasę z owieczek zagospodarują same.
Wbrew temu, co się wydaje laikom Kościół diecezjalny i podległe swoim generałom zakony to światy tyleż odległe, co mocno się nielubiące. Dość przypomnieć ile lat trwała wojna między Episkopatem a redemptorystami. Zakończona tym, że Tadeusz Rydzyk na własną rękę kupił sobie przychylność większości biskupów.

Efektywność posługi

Wpuszczanie zakonników zastosował początkowo i biskup Czaja. Jak napisał „udało się też przekazać kilka parafii zgromadzeniom zakonnym i im powierzyć troskę duszpasterską o wiernych w nich”.
Doświadczenia chyba miał nie najlepsze, skoro teraz wybrał opcję podporządkowania dwóch parafii jednemu proboszczowi, ale za to swojemu.

Pilotażowi Czai bacznie przyglądają się i księża i Episkopat. Pierwsi wietrzą większą kasę dla siebie i dwie plebanie do prywatnego użytku. Biskupów bardziej interesuje to jak eksperyment odbije się na finansach. Mniej parafii to teoretycznie tyle samo ślubów, pogrzebów i hajsu z tacy, przy „niższych kosztach osobowych”. Efektywność duszpasterstwa winna zatem mocno wzrosnąć udowadniając, że katolicyzm zawsze spada na cztery łapy.

Geniusze w koloratkach

Jedynie łasce wiary owieczek księża zawdzięczają to, że uchodzą za osoby wykształcone.

Edukacja księdza trwa 6 lat. Odbywa się w seminarium. Czymś pomiędzy więzieniem a koszarami. Z tą różnicą, że można w każdej chwili wyjść. Tylko po co? Seminaria nie są płatne. Łóżko i żarcie też za darmo. Absolwenci dostają papiery równe studiom magisterskim. Zaś w trakcie nauki ma się absolutne zwolnienie od korzystania z myślenia. Zostaje tylko bezkrytyczne zapamiętywanie i posłuszeństwo.

Owszem, są przedmioty pozwalające wierzyć, że się studiuje. Jest taka sama jak gdzie indziej „Logika”. Jest też wynikająca z logiki „Ogólna metodologia nauk”. I „Wychowanie fizyczne” dzięki któremu seminarzyści mogą pozbyć się nieco energii i pooglądać w przebieralni spocone ciała kolegów. A ponieważ przyszły ksiądz musi dogadać się z przełożonymi w Watykanie, winien znać łacinę i grekę oraz któryś z języków współczesnych. I są to bodaj ostatnie z przedmiotów „świeckich”.

Filozofia jest rozbita na trzy przedmioty. „Historia filozofii” nie tyle pozwala poznać klerykowi wszystkie nurty tej nauki, ile ma mu wytłumaczyć, że się mylą. Z wyjątkiem prawdy napisanej przez ojców Kościoła.

„Antropologia filozoficzna” objaśnia kandydatowi na księdza „człowieka w kontekście natury”. Chodzi w tym o to, aby jedynym wnioskiem wynikającym z myśli Hegla, Heideggera, czy Platona było, że „człowiek jest syntezą świata duchowego i świata materialnego. Jako taki jest obiektem twórczego działania Boga. W nim Bóg wyraził swój obraz i swoje podobieństwo.”

Do tego dochodzi „Filozofia Boga”. Ma nauczyć przyszłych proboszczów jak udzielać wiernym odpowiedzi na pytania o istnienie i naturę Boga. Czyli jak walczyć ze złem ateizmu, agnostycyzmu lub teizmu.

„Pismo święte” seminarzyści wałkują na przedmiotach o wdzięcznych nazwach „Egzegeza „Starego Testamentu” i „Egzegeza „Nowego Testamentu”. Acz bez szczególnej atencji w takich kwestiach jak Sodoma i Gomora i piersi w „Pieśni nad pieśniami”. Za to ze szczególnym naciskiem na Apokalipsę oraz epistolografię adresowaną do synów i cór Koryntu.
Po lekturze Biblii na kleryków czeka „Patrologia” ubogacająca wiedzę bogactwem przemyśleń tzw. Ojców Kościoła. Jak choćby św Augustyna, uważającego, że „Kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie.”

„Historia Kościoła” zapozna przyszłych księży ile to zła Kościół Boży wycierpiał od heretyków i pogan. Zaś „Religiologia” nauczy ich czym buddysta i szyita różni się od animisty. I – rzecz jasna – dlaczego się mylą. A potem nieco socjologii, ekonomii i politologii w ramach „Katolickiej Nauki Społecznej”. „Prawo kanoniczne” nauczy kleryka kto w Kościele jest ważny i jak namawiać owieczki, do wydania kilkanaty tysięcy złotych na „unieważnienie małżeństwa”.

Są też przedmioty stricte zawodowe. „Dydaktyka” uczy uczyć religii i manipulować wiernymi. „Pedagogika” przygotowuje do kontaktów z nieletnimi. Zaś rozbita na kilka semestrów „Katechetyka” nauczy przyszłego klechę socjotechnik i psychomanipulacji w celu skutecznego prania mózgów.

Dzięki „Liturgice” klerycy opanują na pamięć wszystkie obrzędy i ich choreografię niezbędną przecież do umiejętnego nalewania wina i łamania opłatka.

„Prawo oświatowe” zdawałoby się przecież świeckie jest. Ale ksiądz musi je znać, żeby wiedzieć, że katecheta w szkole jest ważniejszy od dyrektora i dlaczego.

„Historia sztuki” pozwoli klesze zorientować się czy urządza mszę w kościele barokowym, czy może neogotyckim.

Nader istotna dla adeptów księżowania jest „Misjologia”. Kleryków mamy bowiem o wiele za wielu jak na liczbę probostw i długość życia proboszczów. Dlatego, żeby mieć robotę, mnóstwo księży będzie musiało wybrać emigrację.

„Homiletyka” nauczy kleryka pisać kazania. „Współczesne zagadnienia duszpasterskie” zapoznają ich z wiedzą o sektach, konieczności tolerowania świeckich w Kościele i robieniu mszy dla osadzonych lub niepełnosprawnych. Ponieważ przydać się do tego może umiejętność wokalna to klerycy uczą się śpiewać na „Emisji głosu”, „Fonetyce pastoralnej” i „Muzyce kościelnej”.

Królową nauk w seminarium jest rzecz jasna „Teologia dogmatyczna” I to podzielona na kilka innych teologii, po to aby kleryk każdą mógł wkuwać choć jeden semestr.

Z „Protologii” dowie się, że na początku był chaos, do którego Bóg dorobił resztę. A wszystko to podlane sosem symboliki, aby nie gryzło się to za bardzo z teorią Wielkiego Wybuchu, zakrzywieniem czasoprzestrzeni, tudzież fizyką kwantową. Przedmiot ten zdaniem znawców jest maestrią manipulacyjną, która w połączeniu z wymuszonym brakiem krytycyzmu kleryków, pierze mózg idealnie.

„Chrystologia” to też teologia. A nawet fundament chrześcijaństwa. Student ma zapamiętać, że Jezus jako osoba boska był od zawsze, ale ok. roku 0 się urodził jako człowiek. Potem zaś będąc nieśmiertelnym Bogiem-człowiekiem umarł po to, żeby zmartwychwstać. Jasne?

„Pneumatologia” zajmuje się kolejnym boskim wcieleniem tyle, że duchowym. Znaczy Duchem Świętym. Przez wiele miesięcy przyszli księżą uczą się zatem o relacjach Ducha Św. z Bogiem i Jezusem, którzy przecież są z nim jednością. Ba, klerycy zgłębiają też głębię własnej osobowości Ducha Św.

O łasce naucza adeptów księżowania „Charytologia”. Generalnie chodzi o to, że taka łaska ustanawia synostwo Boże w człowieku i sprowadza nań udział w Duchu Świętym we właściwej Jezusowi relacji z ojcem. Prawda, że to proste?

Kolejną dziedziną teologii dogmatycznej jest „Eklezjologia”. „Zmierza do uzasadnienia wiarygodności zbawczego objawienia Boga w Jezusie Chrystusie oraz jego uobecnienia w tajemnicy Kościoła. Eklezjologia w sposób racjonalny i krytyczny podejmuje kwestię prawdziwości Kościoła w odniesieniu do faktu Chrystusa. Odpowiada na pytanie o pochodzenie Kościoła od Chrystusa oraz o witalną i permanentną relację między zmartwychwstałym Chrystusem a Kościołem.” To cytat z wykładowcy szkoły dla księży, opisującego ten przedmiot w internecie. Taki zabieg stylistyczny polegający na ukryciu braku jakiegokolwiek sensu za brzmiącymi mądrze słowami, jest jednym z koronnych elementów każdej manipulacji słownej. I nauczyciele seminaryjni doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Teologia katolicka to rzecz jasna i „Mariologia”. Rzecz o dziewictwie mimo poczęcia. I nic to, że dawnych przekładach Ewangelii stoi, że Maria urodziła jeszcze Jezusowi rodzeństwo. „Sakramentologia„ z kolei, przez parę miesięcy udowadnia klerykom, że bez wody święconej i opłatka, człowiek przed i po śmierci będzie miał źle bardzo. „Eschatologia” opowiadając o śmierci i końca świata tłumaczy jak to jest w niebie, piekle i czyśćcu. Jest i nader istotna teologia o nazwie „Trynitologia”. Zajmuje się w sposób „naukowy” Trójcą. Czyli tym, że trzech może być jednym, a na dodatek – każdy czymś osobnym.

„Teologia duchowości” uczy przyszłego księdza się modlić. Uczy przez 3 lata. Na pierwszym roku celem wykładów jest „wprowadzenie w modlitwę chrześcijańską a także w podstawy katolickiej teologii duchowości”. Na drugim roku „wprowadzenie w podstawy antropologiczne i teologiczne teologii duchowości”. A na trzecim „wprowadzenie w mistykę chrześcijańską”.

In vitro, aborcja, eutanazja, samobójstwo, uzależnienia i prawo do obrony koniecznej to zdawać by się mogło pojęcia związane z etyką. W seminarium zaś nie. Bo to wszystko to „Teologia moralna”.

Widać w seminarium wszystko jest teologią. Jak inaczej wytłumaczyć, że ucząc kleryków o podstawowej jednostce społecznej nadaje się temu nazwę „Teologia rodziny”. Uczą o tym, że rodzina służy do płodzenia przyszłych ministrantów i zakonnic.

„Teologia pastoralna” jak sama nazwa wskazuje, uczy obsługiwać interesantów w kancelarii parafialnej, tego jak się chodzi po kolędzie i innych procedur bycia księdzem. Zdziwi kogoś, że „Teologia mediów” uczy katolickiego public relation? Czyli wykorzystywania mediów i dobrego w nich wypadania.

Na koniec kursu teologicznego „Teologia biblijna” i chyba nie jest to zastanawianie się, co Bóg miał na myśli każąc córkom Lota wykorzystać seksualnie narąbanego ojca.

Do czego w XXI wieku oprócz bycia księdzem, nadaje się osobnik, który posiadł taką wiedzę? Odpowiedzi udziela rynek pracy, na którym ktoś, kto zrzucił koloratkę jest traktowany jak gość z licealną maturą. Czyli nic nie umiejący.