Ignacy Gogolewski kończy karierę

Ignacy Gogolewski, jeden z najwybitniejszych aktorów polskich ogłosił oficjalnie, że ostatecznie kończy swoją drogę zawodową. Z tej okazji przypominamy przeprowadzony przez Krzysztofa Lubczyńskiego wywiad poświęcony najważniejszym zdarzeniom z biografii Artysty.

Pamięta Pan moment, gdy został Pan studentem warszawskiej szkoły teatralnej, wtedy jeszcze aktorskiej.
Oczywiście. Znalazłem się na roku między innymi z Romanem Kłosowskim, Janiną Traczykówną, Lucyną Winnicką, Witoldem Skaruchem, Ryszardem Bacciarellim.
Oni po studiach pojechali na tzw. prowincję, a pan został w Warszawie. Podobno zaproponował to panu profesor Jan Kreczmar, wybitny aktor o przedwojennym jeszcze rodowodzie, pamiętny dla widzów filmu i telewizji m. in. jako Łęcki w „Lalce” Wojciecha Hasa, który był później także profesorem i rektorem warszawskiej PWST.
Tak, to on zaproponował mi pozostanie w Warszawie i angaż do Teatru Polskiego. Widocznie to, co reprezentowałem, przypadło mu do gustu.
To był Pana ulubiony profesor?
Tak, choć każdy z profesorów wnosił coś innego. Kreczmar był intelektualistą, chciał żeby aktor miał świadomość roli, a nie opierał się tylko na wyczuciu, intuicji. Marian Wyrzykowski oczekiwał od nas, studentów emocji. Jacek Woszczerowicz wymagał prawdy, ale on mnie nie lubił, wręcz nie cierpiał. Latem, gdy wychodziliśmy na taras, by robić ćwiczenia, mówił do mnie: „Pan zostaje”. I zostawałem w sali.
Nie mógł się Pan przeciwstawić?
Proszę pana, to były inne czasy niż dziś. My mieliśmy wielki szacunek i posłuch dla naszych profesorów. Ale pewnego razu i Woszczerowicz spojrzał na mnie łaskawszym okiem. Zobaczył mnie w „Niemcach” Leona Kruczkowskiego, jako esesmana Willego i powiedział z typową dla siebie szorstkością: „Świetnie pan chodzi w butach z cholewami”. To był komplement i chyba dzięki temu przeszedłem na drugi rok.
Podobno Jan Kreczmar namawiał aktorów do pisania o teatrze?
Tak, on być może przewidywał dzisiejsze czasy i uważał, że aktor nie może się ograniczyć tylko do swojej profesji, ale musi mieć drugi zawód, być humanistą. I jeśli mu się w aktorstwie nie powiedzie, to może zająć stanowisko w innej dziedzinie.
Pana przekonał, bo przez szereg lat miał Pan stały felieton teatralny w „Życiu Warszawy”.
Tak, mile wspominam tamten okres pisania o teatrze.
Jak się Panu wiodło w Teatrze Polskim?
Początkowo nie za bardzo. Przez dłuższy czas prawie nic nie grałem, a dużo czasu spędzałem w kawiarni „Telimena” przy Krakowskim Przedmieściu, położonej przecież niedaleko od teatru.
Ale w roku 1955 zagrał pan swoją pierwszą znaczącą rolę, Gustawa-Konrada w „Dziadach” Mickiewicza. Jak do tego doszło?
To był przypadek. To miała być rola dla Stanisława Jasiukiewicza (Ulrich von Jungingen w filmowych „Krzyżakach”). Jednak pewnego dnia Aleksander Bardini kazał mi się uczyć roli Konrada. Jasiukiewicz zachorował, premierę więc zagrałem ja.
Wystawienie „Dziadów”, z uwagi na ich jednak antyrosyjską wymowę, było problemem politycznym?
Oczywiście, dlatego ani razu nie wystawiono ich po wojnie i władze długo rozważały tę decyzję. W końcu jednak nie było wyjścia, bo nadszedł rok 1955, rok 100 rocznicy śmierci Mickiewicza.
Podczas przerwy doszło do słynnego, często przywoływanego wydarzenia, kiedy to otrzymał Pan kwiaty i list od Bolesława Bieruta.
Nie ja, tylko cały zespół aktorski i bez listu. Do bukietu 50 czerwonych róż, który przyniósł oficer z Belwederu, dołączona była wizytówka z napisem „Bolesław Bierut – prezydent”.
Po „Dziadach” przeszedł Pan do Teatru Dramatycznego, a następnie do Narodowego, z którego odszedł Pan po konflikcie z Kazimierzem Dejmkiem. O co poszło?
O mój sposób zagrania Kordiana w 1965 roku. Dejmek chciał, żeby Kordian był racjonalny, a ja nie mam natury racjonalisty, więc poróżniliśmy się. Powiedział mi, że nie spełniłem jego oczekiwań, więc odszedłem, ale na takim dramatycznym zebraniu zespołu, Gustaw Holoubek powiedział do Dejmka: „Panie dyrektorze, pan dziś wyraża się krytycznie o tym, co zrobił kolega Gogolewski, ale poczekajmy, bo może historia inaczej to oceni”. Po odejściu grałem gościnnie we Wrocławiu, później dwa sezony w Teatrze Współczesnym w Warszawie, następnie w Dramatycznym, m. in. króla Zygmunta Augusta w sławnych na całą Polskę „Kronikach królewskich” wg Wyspiańskiego w reż. Ludwika René.
W 1971 roku po raz pierwszy w życiu został Pan dyrektorem teatru, Teatru Śląskiego w Katowicach?
Tak i zabrałem tam ze sobą młodziutkich aktorów, Marka Kondrata, Krzysia Kolbergera, Ewę Dałkowską. Cieszy mnie, że wszyscy zostali później wybitnymi artystami sceny.
Uważa ich Pan za swoich uczniów?
Oni byli utalentowani, a ja im nie przeszkadzałem, przeciwnie, pomagałem. Kiedyś przyszedł do mnie Kolberger i mówi: „Dyrektorze, tu gram w bajce, a proponują mi Romea w teatrze telewizji”. Nie robiłem żadnych przeszkód i powiedziałem, żeby pakował walizki i jechał do telewizji. Podobnie było z Jerzym Radziwiłowiczem, który dostał propozycję od Jana Pawła Gawlika z Teatru Starego w Krakowie. Powiedziałem: „Bąbelku (tak go nazywałem) zwalniam cię z danego słowa. Jedź”. Dziś jest wielkim aktorem.
W 1972 roku zagrał Pan rolę, która przyniosła panu wielką popularność, Antka Borynę w telewizyjnym serialu „Chłopi”, według powieści Reymonta.
Tak wielką popularność, że na ulicy wołano za mną: „Antek, gdzieś zgubił Jagnę?”. Lubię i cenię te rolę.
Ale pisano wtedy i mówiono, że Pan do tej roli nie pasuje, że jest Pan za mało podobny do chłopa, za bardzo romantyczny i szlachecki.
Sam miałem na początku te wątpliwości. Rozwiał je reżyser Jan Rybkowski, który mnie przekonał, że Antek musi być romantyczny, pański, buntowniczy. Skoro sam stary Boryna w wykonaniu Władysława Hańczy był „pański”, niemal magnacki, to i jego syn mógł być „pański”. Zresztą „Chłopi”, to nie saga rodzajowa, ale coś na kształt tragedii antycznej.
Jednak z Pana ról filmowych najbardziej utrwaliła mi się w pamięci postać barona Kyana z „Hrabiny Cosel” w reżyserii Jerzego Antczaka, także twórcy „Nocy i dni”. Rola tajemnicza, melancholijna, magiczna.
Zgadzam się, że to była rola magiczna, a na dowód powiem panu, że choć premiera tego filmu była w 1968 roku, to ilekroć pokażą go w telewizji, w czarno-białej wersji telewizyjnej czy barwnej kinowej, to otrzymuję listy od widzów.
W 1980 roku został Pan dyrektorem Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie.
Tak. Był to niezwykły czas, niedługo po zakończeniu słynnych strajków sierpniowych. Mało kto wtedy myślał o teatrze. Królowała polityka, walka polityczna.
Pan tymczasem, po objęciu lubelskiej dyrekcji, zapowiedział wspaniały repertuar: „Wesele” Wyspiańskiego, „Fantazego” Słowackiego, „Zemstę” Fredry, „Maskaradę” Iwaszkiewicza. Wspaniały, ale i kosztowny finansowo. W późniejszej kondycji materialnej większości teatrów polskich, taki repertuar na jednej scenie, nawet rozłożony na kilka sezonów, nie byłby możliwy.
Tak, ale ja już wtedy myślałem o takim okienku, które nazywa się „kasa”, za co mnie – proszę sobie wyobrazić – krytykowano. Ponieważ nie było nas stać na bardzo drogie dekoracje do „Cyda” i „Maskarady”, kupiłem je za bezcen od Teatru Polskiego w Warszawie. Odkupiłem też kostiumy. Starałem się już wtedy myśleć kategoriami dzisiejszymi, że trzeba oszczędzać, brać pod uwagę względy ekonomiczne. Jednak ten repertuar przyciągał publiczność, a teatr bez publiczności jest martwy.
Pana praca w Lublinie przypadła m. in. na czas stanu wojennego i tzw. bojkotu telewizji przez środowisko artystyczne. Tymczasem pan w roku 1982 wystawił w teatrze telewizji „Pierwszy dzień wolności” z udziałem aktorów lubelskich. Spotkał się Pan z negatywną reakcją swojego środowiska. Dlaczego złamał Pan bojkot?
Bo uważałem wtedy – i tak myślę do dziś – że w tym ciężkim okresie aktorzy nie powinni pozbawiać się możliwości kontaktu ze społeczeństwem. Uważam też, że część środowiska aktorskiego została wmanewrowana w rozgrywki polityczne, w których ja nie chciałem brać udziału.
Pan ma poglądy lewicowe?
Wywodzę się z ubogiej rodziny i myślę, że to tamten ustrój, tak dziś potępiany, dał mi szansę osiągnąć to, co osiągnąłem.
Dziękuję za rozmowę.

Ignacy Gogolewski – ur. 17 czerwca 1931 r. w Ciechanowie. Jeden z najwybitniejszych aktorów teatralnych i filmowych, obdarzony charyzmatycznąˆosobowościąˆ o kolorycie romantycznym, z latami zmierzającymˆw kierunku charakterystyczności. Pierwsząˆ sławę zdobył¸ wspaniałym debiutem w pierwszej powojennej inscenizacji mickiewiczowskich „Dziadów” (1955) w reż. A. Bardiniego w Teatrze Polskim w Warszawie. Dysponujący wspaniałym głosem, i kryształowąˆdykcję stworzył wiele znakomitych kreacji scenicznych, wśród których warto wspomnieć np. Mazepę czy Kordiana, Zygmunta Augusta w „Kronikach królewskich” wg St. Wyspiańskiego, tytułowego Fantazego w dramacie J. Słowackiego, Chłopickiego w „Warszawiance”, Nerona w „Brytanniku” Racine’a, Twardosza w „Dożywociu” A. Fredro, Jęzorego w „W małym dworku” Witkacego. Masowąˆpopularność przyniosła mu rola Antka Boryny w serialu „Chłopi” Jana Rybkowskiego. Zagrał też m.in. tytułowego, filmowego „Bolesława Śmiałego” w reż W. Lesiewicza, barona Kyana w „Hrabinie Cosel” w reż. J.Antczaka. Stworzył wiele świetnych kreacji w teatrze telewizji, m.in. Jowisza w „Amfitrionie 38” J. Giraudoux. Jako reżyser filmowy zrealizował¸ „Romans Teresy Hennert” i „Dom św. Kazimierza”. Dyrektorował¸ teatrom w Katowicach i Lublinie. Przez lata związany był z Teatrem Narodowym w Warszawie, a jeszcze kilka lat temu pojawiał się gościnnie na scenie Och-Teatru Krystyny Jandy.

Chłonę życie jak gąbka

Nie ma nic lepszego dla młodego człowieka, jeśli od razu wpada w ręce znakomitych nauczycieli i aktorów, którzy nie mają mu za złe, że jest świeżo upieczonym adeptem zawodu i że może robić błędy, ale który potrafi słuchać życzliwych uwag osób doświadczonych – z Bożeną Dykiel, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Swoją drogę aktorską rozpoczęła Pani, jako bardzo młoda osoba, z wysokiego „c”, istotnymi rolami w „Weselu” i „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy. Później zagrała też Pani mniejsze role w innych jego filmach, w „Smudze cienia” i w „Wielkim Tygodniu”. Czy taki znakomity początek bardzo wpłynął nie tylko na Pani usytuowanie w zawodzie, ale także na rozwój Pani indywidualności nie tylko artystycznej?
Zawsze tak jest. Powtarzałam to w niejednym wywiadzie, że miałam szczęście do wybitnych reżyserów i wybitnych kolegów aktorów. Nie ma nic lepszego dla młodego człowieka, jeśli od razu wpada w ręce znakomitych nauczycieli i aktorów, którzy nie mają mu za złe, że jest świeżo upieczonym adeptem zawodu i że może robić błędy, ale który potrafi słuchać życzliwych uwag osób doświadczonych. Co do Andrzeja Wajdy, to on nauczył mnie kina, nauczył, co należy robić, żeby w nim zaistnieć. A ponieważ w „Weselu” i „Ziemi Obiecanej” wokół mnie były same gwiazdy, sami „topowi” aktorzy, więc Wajda nie mówił mi nic innego, jak tylko to, bym przyglądała się temu, co oni robią, bo w tym jest cała nauka. Mówił, że to, co jest zapisane w scenariuszu, w tekście, stanowi tylko jedną trzecią tego, co aktor może wyrazić grając rolę i że to, co sobie aktor wymyśli wokół tekstu roli, tworzy jej pozostałe dwie trzecie. I stało się tak, że malutka w punkcie wyjścia rola Kasi w „Weselu” rozrosła się w rezultacie do sporej w roli. Wajda nieustannie mnie „dźgał”, mówił żebym nie stała biernie, żebym kombinowała, żebym przyglądała się temu co robi Daniel Olbrychski i inni partnerzy, którzy wymyślali różne sceny, scenki, sytuacje, żeby wzbogacić tekst o jakości, których w nim, na podstawowym, literalnym poziomie, nie było. Podobnie było w „Ziemi Obiecanej”, w której moja Mada Műller nie była pierwotnie przewidziana jako specjalnie obszerna postać, ale tak sobie tę rolę wymyśliłam, że rozrosła się do znacznie większych rozmiarów niż to było w pierwotnych zamiarach i wycisnęła piętno na filmie. Nawiasem mówiąc, z tą rolą wiąże mi się też dość dramatyczne wspomnienie. Przebiegając przez ulicę w stronę pałacu Műllera, mojego filmowego ojca, kreowanego przez Franciszka Pieczkę, omal nie zostałam stratowana przez powóz konny, ponieważ wyskoczyłam na jezdnię w ostatniej chwili i powóz przejechał mi po sukni. Cała ekipa z operatorem Witkiem Sobocińskim na moment zamarła. Ta scena znalazła się w filmie i ten moment bardzo dobrze widać.
Po latach zagrała Pani u Wajdy w „Wielkim Tygodniu” rolę antysemitki Piotrowskiej …
Wajda obserwował moją scenę z Cezarym Pazurą. Gdy zobaczył, jak proponowałam jej różne alternatywne warianty, powiedział, że należałoby nakręcić osobny filmik na temat moich propozycji na planie zdjęciowym. A ja po prostu lubię na planie wymyślać różne szczegóły, warianty, ujęcia. Po wielu latach, gdy ponownie oglądałam „Ziemię Obiecaną” i siebie w tym filmie, zdumiałam się, że takie pomysły lęgły mi się wtedy w głowie, że mając 24 lata grałam tam jak stara wyga. Nie wiem nawet czy dziś, ze swoim trzydziestoparoletnim doświadczeniem, była bym w stanie coś takiego wymyślić. Może to jest przywilej młodości?
Czy to aktorskie emploi, które ukształtowało się w Pani przypadku, było tym, o którym Pani marzyła jako studentka szkoły teatralnej? Czy też może potoczyło się to jako nieokiełzany żywioł, po części wbrew Pani oczekiwaniom?
Trochę tak jak żywioł. Każda dziewczyna przychodząca do szkoły teatralnej marzyła o tym, by grać zwiewne, romantyczne bohaterki i amantki. Ja także o tym marzyłam, a tu się okazało, że w filmach mam na ogół grać przaśne dziewczyny. W teatrze było inaczej, bo n.p. u Hanuszkiewicza w Narodowym zagrałam romantyczną Helenę w „Wacława dziejach” Garczyńskiego. Dzięki tej roli Konrad Swinarski obsadził mnie w „Pluskwie” Majakowskiego w głównej roli Zoi. W swoim przeglądzie fascynacji teatralnych tamtego sezonu napisał, że przeżył fascynację młodą bohaterką romantyczną w „Wacława dziejach”, moją Heleną. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie, bo przecież Konrad Swinarski uchodził za najwybitniejszego polskiego reżysera i praca z nim była czymś niesamowitym. Słowem, spotkałam się z tak wybitnymi twórcami i kina, i teatru i telewizji, że niech mi wszyscy zazdroszczą. Moim nauczycielem teatru przez lata był jednak Adam Hanuszkiewicz. Uczył mnie jak wchodzić na scenę, z której strony, która strona jest „silniejsza”, jak należy widza trzymać „za pysk” itd. Uczył mnie jak mówić na scenie, a jest to umiejętność często obca obecnej młodzieży aktorskiej, która nieraz coś bełkocze „do kamizeli” i której wielokrotnie nie mogę zrozumieć. Poza tym, gdy słyszę od młodych, że są zmęczeni, to jestem zdumiona, bo to ja mam prawo być zmęczona, a oni muszą mieć power i koniec. Poza tym Hanuszkiewicz stwarzał oddech na scenie, co uwielbiałam, bo gdy gram na małej scenie, to się duszę. Lubię duże sceny, dużą widownię i czuję się wtedy jak ryba w wodzie. W Narodowym, przy „Hanuszu”, który był istną maszyną do roboty, grałam sztuka w sztukę, przez bite dwanaście lat, nie schodząc niemal ze sceny. Wielkie, wspaniałe doświadczenie. Pracowałam też z Tadeuszem Mincem w roli Rozalindy w „Jak wam się podoba” Szekspira, z Helmutem Kajzarem, który był specjalistą od tzw. zdarzeń teatralnych i u którego zagrałam Miętową w „Oborze”. Nota bene, do tej roli wymyśliłam sobie piosenkę i do tego tańczyłam, ale każdego dnia inaczej, bez żadnej partytury. Bardzo ceniłam też sobie pracę z Aleksandrem Bardinim, który tak mnie lubił, że nie ostrzył sobie na mnie języka, a wiadomo, że nie daj Boże było mu podpaść.
Czy grając w takich dziełach sztuki filmowej jak filmy Wajdy miała Pani naówczas przeczucie, intuicję, że one osiągną taką rangę, że wejdą do kanonu polskiej kultury?
Przy „Ziemi Obiecanej” tak. Muszę powiedzieć, że przygotowania do realizacji trwały rok. Spotykaliśmy się z Wajdą, rozmawialiśmy z nim na temat naszych postaci, ja chodziłam do miar kapeluszy, kostiumów, butów, fryzur. Film realizowały równolegle chyba trzy ekipy. Wajda kręcił sceny z głównymi postaciami, druga ekipa była do ról drugoplanowych, a trzecia do scen zbiorowych, ulicznych, fabrycznych. Od początku wiedzieliśmy, że kręcimy coś wyjątkowego.
W 1981 roku zagrała Pani rolę w „Człowieku z żelaza”…
Taki drobiazg, epizod.
Nie mniej był to udział w przedsięwzięciu niezwykłym z uwagi na ówczesny kontekst polityczny. Czy to się czuło na planie?
Oczywiście. Czuło się, że ten film będzie coś znaczył, że będzie wielkim wydarzeniem symbolicznym, znakiem w naszej historii. Zupełnie inaczej było ze Staszkiem Bareją, który był zawsze źle oceniany i przez władze kinematografii i przez krytyków, a okazało się, po czasie, że jest najwybitniejszym kronikarzem PRL.
Zagrała też Pani w „Kontrakcie” Krzysztofa Zanussiego, filmie który powstał niedługo przed wydarzeniami lata 1980 i który odczytywano jako przeczucie zbliżającego się przesilenia politycznego w Polsce. Czy to się odczuwało na planie?
Tak, było coś takiego. Znalazło to zresztą na planie wyraz poniekąd tragigroteskowy. To był czas, gdy niczego nie było w sklepach, tymczasem w scenie weseliska w willi lekarza granego przez Tadeusza Łomnickiego pojawiły się na stole takie pyszności, że nam oczy wyszły na wierzch. Okazało się jednak, że nic nie możemy z tego stołu uszczknąć, bo musi być zachowany do momentu, gdy przy nim zasiądziemy. Po trzech dniach wszystko na tym stole już śmierdziało dokumentnie i właśnie wtedy dali sygnał, że można to jeść. Oczywiście nikt niczego nie tknął, bo jedzenie samo wychodziło ze stołu.
Czy to uruchamianie w sobie przez Panią, z jednej strony, struny lirycznej, dramatycznej a z drugiej strony tonów czy rysów rodzajowych, groteskowych, to wyłącznie profesjonalizm czy także wynik poszukiwań we własnej, autentycznej psychice?
Lubię tzw. płodozmian, nie lubię być obsadzana w jednym typie ról, do czego reżyserzy miewają skłonności. W połowie lat osiemdziesiątych, pewnego roku, miałam osiem propozycji zagrania pielęgniarki, bo gdzieś mnie w takiej roli zauważyli.
I zagrała Pani?
Dwie, a w pięciu przypadkach odmówiłam, bo nie chciałam przecież zostać naczelną pielęgniarką Rzeczypospolitej.
Gra Pani w filmie, teatrze, serialach i tylko teatru telewizji ostatnimi laty brakuje…
Wspaniałe spektakle robił n.p. Jurek Gruza – „Mieszczanina szlachcicem” „Romeo i Julię”, „Karierę Artura Ui” „Poskromienie złośnicy” . Marzyło by mi się zagrać w jego reżyserii swatkę Fiokłę w „Ożenku” Gogola. Mam na tę rolę pomysł.
Ten zawód dużo Panią kosztuje psychicznie czy też jest Pani impregnowana na wynikające z niego stresy i rozczarowania?
Dużo mnie kosztuje, natomiast powiem panu, że na aktorów impregnowanych na koszty zawodu, na przeżycia, impregnowana jest z kolei publiczność. Jeżeli aktor nie daje cząstki z siebie, to nie przebije się do publiczności. Kiedy przez pół roku w serialu „Na Wspólnej” grałam osobę po wylewie, to po powrocie do domu mówiłam jak moja Maria Zięba. Trzeba z siebie dać choć odrobinę, bo przecież nie wszystko jest na sprzedaż.
Pani role to w dużej części wielka literatura klasyczna. Czy przed zagraniem danej postaci lubi Pani, względnie potrzebuje, poznać jej tło społeczne, kulturowe, obyczajowe, historyczne?
Lubię i potrzebuję. Inaczej gra się dziewczynę w mini, a inaczej w długiej sukni jako dziecko-kwiat. Inaczej królową, inaczej przekupkę. Każda epoka niesie ze sobą jakieś zmiany. Kiedyś na ekranie rzadko który bohater nie palił papierosów, a dziś…? To Wajda nauczył mnie skwapliwie obserwować ludzi i czerpać z tego zasobu przy pracy nad rolą. Jestem namiętną obserwatorką ludzkich zachowań. Chłonę jak gąbka i to mi się opłaca w zawodzie. Zdarzali się jednak aktorzy będący kompletnymi ignorantami jako osoby prywatne, a potrafili grać tak genialnie, że nie można było oderwać od nich oczu. Są to oczywiście wyjątki, ale zdarzają się takie prawdziwki.
Czy ta „biała aura”, którą wyczuła u Pani pewna wróżka, pomaga Pani w zawodzie?
Pomaga. Ta wróżka wywróżyła mi, że dzięki tej aurze będzie mi łatwo iść przez życie. I to mi się sprawdza. Nawet gdy bywam „złośliwą małpą” czyli jestem nadmiernie wymagająca, to potrafię to przeprowadzić bez spięć, bez konfliktów. Umiem komunikować się z ludźmi. Nie jestem zazdrosna o role, nie staram się za wszelką cenę dominować, nie próbuję za wszelką cenę zazdrośnie przyciągać braw publiczności kosztem kolegów i koleżanek, na zasadzie „tiepier ja”. Ten zawód jest przecież zawodem zespołowym. Lubię też wybitnych partnerów, bo mi to pomaga w grze. Im lepiej inni grają, tym lepiej gram ja. To jest taka wymiana dobrej energii.
Od 2003 roku gra Pani Marie Ziębę w serialu „Na Wspólnej”. To już 17 lat….
Bardzo dobre 17 lat, zawodowo, towarzysko, także finansowo, co też ma duże znaczenie, a do tego w miłym duecie z kolegą Mietkiem Hryniewiczem w roli mojego męża Włodka.
Dziękuję za rozmowę.

Bożena Dykiel, ur. 26.08. 1948 w Grabowie. Absolwentka warszawskiej PWST (1971). W latach 1970-72 występowała w STS (Studencki Teatr Satyryków), a w latach 1972-85 była aktorką Teatru Narodowego w Warszawie. Wśród jej licznych kreacji trzeba odnotować m.in. Muzę w „Beniowskim” J. Słowackiego (1971), Helenę w „Wacława dziejach” (1973), legendarną rolę Goplany (na hondzie) w „Balladynie” J. Słowackiego w słynnej inscenizacji A. Hanuszkiewicza (1974), Pannę Młodą w „Weselu” (1974), Rozalindę w „Jak wam się podoba” W. Szekspira (1976), Telimenę w „Panu Tadeuszu” A. Mickiewicza (1982), Małgosię w „Szkole żon” Moliera, panią Smith w „Łysej śpiewaczce” Ionesco (2003). Na ekranie filmowym zadebiutowała w 1972 roku w filmie „Uciec jak najbliżej” J. Zaorskiego. W tym samym roku po raz pierwszy zagrała w filmie Andrzeja Wajdy, tworząc pamiętną kreację Kaśki w „Weselu”. Następnie zagrała w innych filmach Wajdy. W 1974 roku wystąpiła w roli Mady Műller w „Ziemi obiecanej”, w 1976 – w polsko brytyjskiej adaptacji „Smugi cienia” wg J. Conrada, w 1981 – w „Człowieku z żelaza”, w 1988 – we francusko – polskiej adaptacji „Biesów” z Isabelle Huppert i Omarem Sharifem, a w 1995 roku – w „Wielkim Tygodniu” A. Wajdy. Poza tym, wystąpiła w tak znaczących filmach, jak „Awans” J. Zaorskiego (1973) „Kontrakt” (1980) K. Zanussiego, „Przesłuchanie” (1982) R. Bugajskiego i „Dekalog” (1988) K. Kieślowskiego, „Znachor” J. Hofmana (1981).
Zasłynęła także w komediach kinowych, m.in. w filmach St. Barei („Brunet wieczorową porą” (1976), „Alternatywy 4” (1983), J. Zaorskiego („Awans”, 1974), J. Gruzy (serial „Czterdziestolatek”, 1974-1975), „Motylem jestem, czyli romans 40-latka”, 1976), J. Bromskiego („Sztuka kochania”, 1989), R. Załuskiego („Wyjście awaryjne”, 1982), czy w „Rozmowach kontrolowanych” S. Chęcińskiego (1991).Występowała również w licznych serialach, takich m.in. jak „Dom”, „Plebania”, „Rzeka kłamstwa”, „Na dobre i na złe”. Jej życiowa rola serialowa, to Maria Zięba w popularnej telenoweli „Na Wspólnej” (od 2003).

Wizja przedobrzona

Dzisiejsze kino, a zwłaszcza serial ma za zadanie wciągnąć widza i zainteresować opowiadanymi obrazami i dialogami w przedstawianą historię. W dodatku serial sensacyjny ma być czymś szczególnym, niezwykłym mającym wprowadzić nas w klimat owej nadzwyczajnej sytuacji. I Netflix wychodząc z tego założenia wyprodukował w, koprodukcji z Polską, film, ośmioodcinkowy serial „ 1983”. Film polski o naszej rzeczywistości ubranej w polityczną fantazję z odniesieniami do minionej historii, którą modyfikuje by podnieść jej atrakcyjność a jednocześnie ostrzec (?) przypomnieć (?) czy profilaktycznie zadziałać na naszą wyobraźnię by ustrzec przed opresyjnym, podsłuchowym, policyjnym państwem.

 

Nie jest to klasyczny film sensacyjny jak „Rodzina Soprano”, „Dexter”, „Prawo ulicy” lub znakomity „House of Cards”. To polityczna fantazja dziejąca się w 2003 roku, ale mająca swoje odniesienia do tytułowego roku. Wówczas to, w 1983 roku, atak terrorystyczny w Warszawie niweczy polskie nadzieje na odzyskanie niepodległości i zapobiega upadkowi ZSRR. Zimna wojna trwa więc nadal i polskie, radzieckie, amerykańskie i izraelskie służby szpiegowskie ścigają się w rozpracowywaniu przeciwników, zwłaszcza, że nasze narodowe dowództwo wojskowe handluje postkomunistyczną bronią atomową z Iranem. Ten wątek filmu jest – przynajmniej jak na razie, w tym sezonie – dekoracją do głównej historii i nie ma specjalnego wpływu na główną fabułę.

Wnikliwy i przekorny widz może odczytać to jako parodię obecnej rzeczywistości, bowiem przeciwnicy polityczni i militarni Polski chcą za wszelką cenę posiąść polskie tajemnice informatyczne i wojskowe. Polska tu jawi się jako zdygitalizowany, nowoczesny kraj, z rozbudowanymi liniami metra w stolicy, pełen budowli ze szkła i aluminium (tu m.in. lubelskie Centrum Spotkannia Kultur), gdzie nowoczesne technologie i wietnamska mafia, będąca pod kontrola służb specjalnych jest zdominowana przez autokratów wykorzystujących represyjną i brutalną Służbę Bezpieczeństwa do kierowania państwem. Milicja Obywatelska jest zaś przeciwwagą znienawidzonej SB. Daje to w sumie obraz szary, chwilami brudny – nawet za sprawą scenografii – otaczającej nas aury tajemniczości , prowadzący do przygnębienia a przez to nużący.

I na nic zdają się nagie tancerki w warszawskiej dzielnicy zwanej „Małym Sajgonem”, czy erotyczne epizodyczne sceny bohaterów (sfilmowane niechlujnie i sztampowo) wobec ponurych acz nowoczesnych katowni SB, zacofanej prowincji, obskurnych i obdrapanych ścian kamienic warszawskich. Nie napawa też optymizmem widok informatycznego i zbuntowanego, rezydującego w podziemiach rozwalającego się stadionu warszawskiej „Skry”, podziemia, czyli organizacji „Lekka Brygada”. To taka ponura nędzna rzeczywistość mająca zapewne być kontrapunktem wobec urzędujących w nowoczesnych acz „zimnych” budowlach ciemiężycieli gnębiących opozycjonistów i pozbywająca się niewygodnych przeciwników. Nie ma tu żadnej paraleli do polskich symboli niepodległościowych takich jak „Solidarność” czy „Wałęsa”. Białe i czarne charaktery niczym z bajki dla dzieci są czytelne a przez to uniwersalne, ale nie podnoszą walorów serialu. Kolejna sztampa. Nie wieje grozą, gdy siepacze służb bezpieczeństwa rozpędzają a potem aresztują działaczy opozycyjnych wsłuchujących się w przedstawienie Wielkiej Improwizacji „Dziadów” Mickiewicza.

I gdyby nie obrazy Warszawy i Mazur, stylizowane mundury wojskowe na te z czasów Legionów Piłsudskiego i Mickiewicz to serial mógłby się rozgrywać w każdym z krajów na świecie. Tak, uniwersalizm przekazu jest istotny, ale polska historia ma tak wiele charakterystycznych i globalnych wyznaczników, że żal, że scenarzysta Joshua Long we współpracy z Maciejem Musiałem nie wykorzystali żadnego z nich. Takie ściślejsze umiejscowienie fabuły podniosłoby atrakcyjność projekcji.

I w tym klimacie główny bohater, student prawa Kajetan Skowron (Maciej Musiał) oraz milicjant Anatol Janów (Robert Więckiewicz) prowadzą równolegle, a potem wspólnie, śledztwo, którego geneza tkwi właśnie w 1983 roku. Skowron to „dziecko systemu”, lojalny, ukształtowany na wzór rządzącej partii, obywatel ze świetlaną i dobrze zapowiadającą się przyszłością prawnik. Janów z kolei jest zdegradowanym za nieustępliwość i nadmierną dociekliwość „gliniarzem” chcącym powrócić na dawne stanowisko inspektora w wydziale kryminalnym MO. Ich zainteresowania koncentrują się na koleżance z dzieciństwa Skowrona – Ofelii (Michalina Olszańska), która jest przywódczynią radykalnej, antyrządowej, niepodległościowej i zbrojnej organizacji „Lekka Brygada”.
Bohaterowie w swoich poszukiwaniach prawdy ciągle wędrują i odkrywają stare fakty w nowych miejscach, które w efekcie są nieciekawe i wymagają retrospekcyjnego montażu. To przypominanie zdarzeń jest niczym z amerykańskiego programu telewizyjnego, gdzie traktuje się widza za mało spostrzegawczego i nierozgarniętego i trzeba mu stale przypominać o czym traktuje audycja. W dodatku estetyka szarego, wręcz ciemnego obrazu nie jest szczególna zachętą i magnesem trzymającym widza w napięciu.

Serial jest naiwny, ba nawet parodiowy. Pomijam dialogi, które są sztucznie i nienaturalnie wypowiadane przez aktorów. Ale sceny ze spotkań opozycji na ulicy z milicją w tle, czy studenci medycyny w roli operatorów rannych opozycjonistów to daleka „przenośnia” artystycznego przekazu. A kulminacją tych naiwności jest stwierdzenie, że o prawdzie, która da zwycięstwo w rewolucji będzie „wysłanie wiadomości tekstowej, czyli sms-a, do 18 milionów ludzi.”

Takich absurdalnych scen w filmie jest sporo. Amerykańska agentka nic nie wie na temat Kościuszki, a warszawscy milicjanci – współpracujący z wietnamską mafią – nie wiedzą o… spalarni archiwalnych dokumentów (przekazywanych przez milicję im do spalenia) na Targówku.

Komicznie przedstawiona jest cała „Lekka Brygada”. Ich korzeni można doszukać się w młodzieżowych grupach pacyfistyczno-rebelianckich. Dokonują aktów terrorystycznych. Gdy kupują broń – na której się niby znają – zostają oszukani. Chcą zablokować system łączności cyfrowej, by w końcu dać się podejść jak amatorzy. A rewolucje chcą zrobić m.in. SMS-ami (sic!).
Widza interesuje rozwikłanie spisków, których w filmie jest sporo. Ale ich narracja i końcowy efekt to amatorszczyzna. Szpiegowskie rozgrywki niczym nie przypominają subtelnych intryg, którymi charakteryzują się te służby. A gdy widzimy jak „zawodowca wojskowego” załatwia wynajęta panienka, której zamiary „czuć na kilometr”, to chce się śmiać.

Niewątpliwie największym w serialu aktorstwem błyszczy – jak zwykle – Robert Więckiewicz . Wyczucie roli i sytuacji, wypowiadane kwestie nie budzą żadnych wątpliwości. Postać milicjanta dążącego do wykrycia prawdy i sprawców przestępstw jest bardzo przekonująca. Wtórujący mu Maciej Musiał radzi sobie jako „student-buntownik”, choć chwilami widać „sztuczność” wypowiadanych przez niego kwestii.

Serial nie przytłacza nas tempem, a wręcz jest powolny. O ile w pierwszym odcinku uwikłanie bohaterów budzi ciekawość, to w pozostałych częściach akcja snuje się jak dym z papierosa. Dalej interesujące są jedynie losy bohaterów, którym można było nadać więcej życia a przez to przyspieszyć akcję, nawet poprzez odpowiedni montaż. Reżyserkami filmu są Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska, które stworzyły film do obejrzenia, ale w przeciętnej klasie. Pomimo udziału znanych i uznanych aktorów: Ewa Błaszczyk, Andrzej Chyra, Zofia Wichłacz i Eryk Lubos, to nie podnosi atrakcyjności obrazu. Błaszczyk denerwuje widza ze swoją nieczułością na nieszczęście córki. Chyra jako wielki polityk wypada dobrze, choć w roli ojca wypada słabo. Zofia Wichłacz jest przekonująca i wzbudza sympatię .Lubos jako mechanik samochodowy jest autentyczny i naturalny.

Ta produkcja Netflixa to nie jest serial akcji. Bohaterowie toczą boje ze sobą i z otaczającą ich rzeczywistością. Wolność, niepodległość, prawda, sprawiedliwość – tak to o te wartości uniwersalne walczą bohaterowie. Intryga z pozoru ciekawa, okazała się złą w wykonaniu. Widać, ze film miał mały budżet i wiele scen kręcono też w starych halach, budowlach i ruinach. Stąd jego mroczność wynikająca nie tylko z fabuły ale ze sposobu prowadzenia kamery i scenariusza. Mam wątpliwości czy serial ten zachwyci polskiego widza. Fikcja ale ciekawie, atrakcyjnie i dobrze opowiedziana to jest recepta na dobry film. A serial „1983” to tylko dobry pomysł.

 

„1983”, scenariusz Joshua Long, reż. Agnieszka Holland, Katarzyna Adamik, Olga Chajdas, Agnieszka Smoczyńska, 8 odc., Netflix. Premiera 30 listopada 2018.

Brygady Tygrysa

I jak tu nie wierzyć w powtarzalność historii, i że historia lubi zataczać koło i powielać to, co już było? Swego czasu był taki popularny serial w telewizji „Brygady Tygrysa”, w którym pewna ekipa, pod pewnym dowództwem tępiła niegodziwości, nadużycia, czy zbrodnie, bo oficjalne tzw. służby jakby nie dawały radę, nie wywiązywały się z tego do czego były powołane. Było to na „obcym terenie”, ale i u nas w kraju była też namiastka tych brygad, czyli komisje robotniczo-chłopskie, które działały w czasach, gdy instytucje, urzędy państwowe też jakby nie do końca wywiązywały się z zadań do których były powołane. Działania tych komisji wyglądały trochę groteskowo, a nawet prześmiewane były jako brygady tygrysa, ale cóż, jakie czasy, takie działania.
No i trzeba trafu, że i teraz powstały takie brygady, choć właściwie to nie mają jakiejś nazwy, ale są i działają. PiS stworzył jakieś komisje, grupy ludzi, oczywiście swoich, którzy nachodzą samorządy i weryfikują ich działalność, a właściwie ich samorządność, czyli finanse, którymi rządzą, a tak naprawdę, to ile z tych finansów trafia do kieszeni ludzi z tych samorządów, czy to jako pensje, nagrody, premie itp. A wszystko to kontekście afery z obfitymi nagrodami w rządzie. Jak wy do nas tak, to my do was też tak, bo te sprawdzanie samorządów, to odbywa się raczej u przeciwników politycznych. I jak tu nie wierzyć w państwo teoretyczne, które jakby nie funkcjonuje w rytmie prawnym z prawidłowymi zasadami prawnymi, ale działa doraźnie, akcyjnie, a często przeciw komuś w jakimś odwecie. Potwierdzeniem tego może być sprawa tzw. frankowiczów, afera słynnej spółki finansowej, co to wmówiła naiwnym, że złoto rośnie, nie mówiąc już o różnych wyłudzeniach finansowych, w tym szczególnie niebotycznych wyłudzeń podatku Vat. A takie tam aferki, jak ostatnia śmieciowa, to w zasadzie powszechność. No ale jak by nie patrzeć, to prócz tej montowni, czy marketu którym jesteśmy na kontynencie, to okazało się jeszcze, że jesteśmy też śmietnikiem tego kontynentu. A ile jeszcze tych afer do wykrycia pozostało? No i jak tu żyć w państwie teoretycznym, panie premierze, no jak żyć!?