SIERGIEJ SŁONIMSKI (1932-2020)

Był jedną z najważniejszych postaci muzyki rosyjskiej ostatniego z górą półwiecza, w epoce po Szostakowiczu najbardziej znanym kompozytorem Petersburga, do tego cenionym muzykologiem, pedagogiem, animatorem życia muzycznego. Był wielkim przyjacielem Polski. Odszedł 9 lutego, cztery dni później spoczął obok swoich rodziców na cmentarzu w podpetersburskim Komarowie, gdzie też leży m. in. Anna Achmatowa.

Miał polskie korzenie – jego prapradziadkiem był urodzony w Hrubieszowie i czynny w Warszawie polski Żyd Abraham Stern (1769-1842), niezwykle utalentowany wynalazca, który skonstruował młockarnię i konną żniwiarkę, a przede wszystkim maszynę rachunkową wykonującą cztery podstawowe działania arytmetyczne i do tego wyciągającą pierwiastki kwadratowe; upamiętnia Sterna m. in. Muzeum Polin.
Korzenie
Ród Sternów-Słonimskich rozszczepił się potem na kilka gałęzi i rozlał się po świecie. Gałąź polska wygasła wraz ze śmiercią poety, prozaika i felietonisty Antoniego Słonimskiego (1895-1976). Gałąź amerykańska wydała m. in. znakomitego muzykologa Nicolasa Slonimsky’ego (1894-1995, w swoim czasie publikowaliśmy w Polsce jego autobiografię „Słuch absolutny”), gałąź francuską zaś zapoczątkował Piotr Słonimski (1922-2009), światowej sławy genetyk, odkrywca i badacz dziedziczenia mitochondrialnego, różnego od dziedziczenia jądrowego.
W Rosji osiadł Ludwik (Leonid) Słonimski (1850-1918), znany zwłaszcza ze swej publicystyki ekonomicznej; jego najmłodszy syn Michaił (1897-1972) jako członek głośnego ugrupowania literackiego „Bracia Serafiońscy” wnet stał się jednym z popularniejszych rosyjskich prozaików (publikowano u nas także jego, i w międzywojniu, i w latach Polski Ludowej, i ostatnio, kiedy za Rafała Skąpskiego PIW wydał jego zbiór opowiadań pt. „Warszawa”). Gdy Michaiła w 1932 roku odwiedzał w Leningradzie polski kuzyn Antoni (później napisał o tym spotkaniu piękny wiersz ‘”Hamletyzm”), sposobiło się tam do przyjścia na świat jedyne dziecko rosyjskiego pisarza – właśnie Siergiej.
Przy tej samej, gdzie zamieszkiwali Słonimscy, ulicy Marata, zaledwie trzy domy dalej mieszkał wówczas jeszcze młody, ale już bardzo znany Szostakowicz.
Odwilż
Głośno zaczęło być o Siergieju Słonimskim na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to dał o sobie znać jako jeden z czołowych muzycznych „szestidiesiatników”, pokolenia młodych twórców, które na fali chruszczowowskiej odwilży poczęło gruntownie przeobrażać oblicze radzieckiej kultury artystycznej, odnawiając i wzbogacając jej środki wyrazu, otwierając ją na świat.
Język
Szczególnie ciekawe rezultaty osiągnął wówczas Słonimski kojarząc posługiwanie się nowoczesnym językiem kompozytorskim z inspiracjami muzyką ludową, w wyniku czego poczęto go postrzegać jako jednego z inicjatorów i głównych przedstawicieli wiele wówczas w muzyce rosyjskiej znaczącej tzw. „nowej fali folklorystycznej”, obok m. in. Rodiona Szczedrina czy Walerija Gawrilina.
Z nowymi technikami twórczymi eksperymentował przy tym wówczas Słonimski coraz odważniej: napisana w 1960 roku Sonata na skrzypce pierwsza w powojennej muzyce rosyjskiej używała ćwierćtonów.
W latach późniejszych ulubionymi gatunkami wypowiedzi Słonimskiego stały się wielkie formy – symfonia i opera. W symfoniach, których skomponował aż trzydzieści cztery (sic!), stopniowo dochodził do głosu idiom neoromantyczny – jak np. w pochodzącej z 1987 roku Dziewiątej, której słuchałem kilka lat później w Moskwie, ocienionej przy tym jakimś głuchym, mglistym smutkiem, chwilami nawet bólem; skądinąd na przepełniający wiele dzieł Słonimskiego nastrój głębokiego tragizmu zwracano uwagę niejeden raz, a sam kompozytor powiadał o tym tak: „kulminacje prawie wszystkich moich dużych utworów – to katastrofy, a kody – to umieranie, ciche egzekwie, uchodząca pamięć”.
Opery
Osiem napisanych przez Słonimskiego oper – to dyskurs o władzy; „swe sympatie – to znowu słowa samego twórcy – lokuję w nich zawsze po stronie jednostki, zawsze przeciwstawiam się tyraniom”. Najważniejsza jest zapewne druga z tej ósemki – ukończona w roku 1972, zaledwie pięć lat po pierwszym rosyjskim wydaniu powieści, opera kameralna „Mistrz i Małgorzata” według Bułhakowa.
Drogę do słuchacza miała zaiste cierniową – przyjęta z dezaprobatą przez leningradzkich decydentów, ujrzała światło dzienne dopiero w czasach pieriestrojki, najpierw w wersji koncertowej, potem w 1991 roku w scenicznej, wykonana w Moskwie przez zespół Teatru Muzycznego Forum; nowoczesna w języku, przekonywająca w dramaturgii, zrobiła na mnie wtedy naprawdę duże wrażenie, także dzięki kreacji wtedy jeszcze studentki, a dziś wielce utytułowanej Tatiany Monogarowej jako Małgorzaty.
Po „Mistrzu i Małgorzacie” nastąpiły „Maria Stuart” według Stefana Zweiga, potem „Hamlet” i „Król Lir” według Szekspira, a pomiędzy nimi „rosyjska tragedia” „Widzenia Iwana Groźnego”, pomyślana jako seria majaków umierającego cara-despoty, w których znów stają mu przed oczyma najstraszniejsze popełnione przezeń zbrodnie (prapremierę miały „Widzenia” w 1999 roku w Samarze, dyrygował Mstisław Rostropowicz, reżyserował Robert Sturua); ostatnia była „Antygona” według Sofoklesa, zaprezentowana w 2008 roku w Petersburgu w reżyserii Aleksandra Sokurowa.
Balet
Nie można też zapominać o trzech skomponowanych przez Słonimskiego pełnospektaklowych baletach.
Dane mi było poznać ten pierwszy, z 1970 roku – pokazywanego w Teatrze Wielkim w Moskwie (ściślej w służącym mu wówczas jako druga scena Kremlowskim Pałacu Zjazdów) „Ikara”, gdzie młody syn Dedala rzucał wyzwanie nie tyle naturze, ile ludziom – konserwatywnemu Archontowi i jego świcie, dla których poryw zuchwalca niósł groźbę zaburzenia ustalonego porządku rzeczy i jako taki musiał zostać udaremniony.
Rzecz przygotował debiutujący tu jako choreograf legendarny tancerz Władimir Wasiljew, a występowały największe gwiazdy Teatru z tymże Wasiljewem na czele.
Choć Polska i polska kultura były Siergiejowi Słonimskiemu zawsze bardzo bliskie, zrządzeniem losu gościł u nas zaledwie dwa razy, przyjeżdżając w latach sześćdziesiątych na festiwal „Warszawska Jesień” (skądinąd podróżować, zwłaszcza za granicę, nie bardzo lubił). Poznał wtedy Antoniego, czego następstwem stały się niebawem skomponowane do jego tekstów „Polskie strofy” na mezzosopran i flet; i ten, i inne utwory Siergieja były potem na warszawskim festiwalu wykonywane i dobrze przyjmowane.
Fryderyk
Z polskiej muzyki szczególną admiracją darzył Chopina; w 2001 roku został honorowym przewodniczącym petersburskiego Towarzystwa Chopinowskiego; w roku 2010 podczas obchodów 200-lecia urodzin Chopina, zbulwersowany brakiem nowych rosyjskich monografii o kompozytorze (choć Rosjanie przetłumaczyli wtedy monumentalną pracę Mieczysława Tomaszewskiego), chwycił za pióro sam, publikując błyskotliwe studium „O nowatorstwie Chopina”.
A w roku 2018, o czym już kiedyś na tych łamach pisałem, na jubileusz stulecia polskiej niepodległości skomponował Słonimski poemat symfoniczny „Wstąpienie i triumf” („Woschożdienije i triumf”), wykonany najpierw w Kazaniu, a zaraz potem w Teatrze Maryjskim w Petersburgu, gdzie zagrała go orkiestra Konserwatorium im. Rimskiego-Korsakowa, w którym nauczał przez sześćdziesiąt lat.
Dziennikarzowi agencji TASS mówił wtedy: „Fakt, iż stosunki między politykami naszych krajów są niedobre i napięte, w niczym nie dotyczy ludzi sztuki, a zwłaszcza muzyki, gdyż żyjemy w przyjaźni; wysoko ceniąc polską kulturę muzyczną od Chopina poczynając, uznałem za swój obowiązek napisać utwór, specjalnie poświęcony jubileuszowi tego wielkiego państwa”.

Życzenia od maestra Słonimskiego

Jak niedobre pozostaną w nas wspomnienia obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości! Ich kulminacją stał się warszawski marsz prezydenta RP na czele szalejących narodowców, ich tragiczną, choć niezamierzoną kodą czy postludium – gdański mord polityczny.

Tak na ten okres urządziliśmy swój dom i tak zaprezentowaliśmy go światu. Ludzie polskiej kultury, jej twórcy i odbiorcy też zapamiętają te ostatnie miesiące jak najgorzej. Niewykwalifikowany pracownik sezonowy ministerstwa kultury Piotr Gliński przypuścił atak na Instytut Teatralny, cofnął dotację internetowemu „Dwutygodnikowi”, ani słowem nie zareagował na ostateczne dorzynanie (niemal całkowity brak inscenizacji klasyki) Teatru Telewizji, zapowiedział przewrócenie do góry nogami struktury polskiej kinematografii. A w tym wszystkim pisowski model patriotyzmu. W oparach absurdu i amatorszczyzny dezynwoltura intelektualna udzielała się nawet tym, którzy w dobrej wierze podejmowali oddolne rocznicowe inicjatywy. Oto grupa ludzi muzyki przystąpiła do tworzenia i popularyzacji listy stu najważniejszych polskich dzieł muzycznych ostatniego stulecia, wybierając doń… po jednym utworze z każdego roku, jakby całkowicie zapomniawszy, że – co przecież wie każdy gimnazjalista – duch objawia się w zupełnie innym porządku czasowym aniżeli regularnie co dwanaście miesięcy; w efekcie w owym kanonie stulecia znalazło się wiele utworów o drugorzędnym jedynie znaczeniu, zabrakło zaś na przykład naszych najważniejszych światowych sukcesów operowych ostatniego półwiecza – „Manekinów” Zbigniewa Rudzińskiego oraz oper Krzysztofa Pendereckiego z „Czarną maską” na czele, a także „Odprawy posłów greckich” Witolda Rudzińskiego, pominięto też Koncert wiolonczelowy Witolda Lutosławskiego, „Ad Matrem” Henryka Mikołaja Góreckiego, „Krzesanego” Wojciecha Kilara i tak dalej i tak dalej.
Świat zewnętrzny, z którym nadto od pewnego czasu skutecznie się skłócamy, przyglądał się więc nam w okresie naszego jubileuszu bez specjalnej atencji i bez żywszej sympatii; rzec można nawet, że świętowaliśmy w stanie dość daleko posuniętej izolacji, choć były tu wyjątki – w szczególności obrany przez obecną ekipę nasz nowy zaoceaniczny suweren, który ostatnio ostentacyjnie wykorzystywał każdą nadarzającą się okazję, by nam o naszym wasalnym statusie dobitnie przypominać. Tym cenniejsze wydać się muszą deklaracje i odruchy, które stanowiły wyraz szczerego wobec nas zainteresowania i niezdawkowych dla nas życzeń. Jeden z takich wymownych sygnałów nadszedł z Rosji, z którą skądinąd, jak się wydaje, dzielić się naszym świętowaniem nie mieliśmy zbytniej ochoty. Znakomity rosyjski kompozytor, petersburżanin Siergiej Słonimski, napisał na jubileusz stulecia polskiej niepodległości poemat symfoniczny „Wstąpienie i tryumf” („Woschożdienije i triumf”), wnet uroczyście wykonany w dwóch wielkich metropoliach – Kazaniu i Petersburgu.
86-letniego dziś Słonimskiego, uważanego – obok mieszkających teraz w Niemczech Sofii Gubajdulinej i Rodiona Szczedrina – za najwybitniejszego rosyjskiego kompozytora obecnej doby, łączą zresztą z Polską więzy bardzo silne. Jego prapradziad, polski Żyd Abraham Stern, urodzony w Hrubieszowie i sprowadzony przez Stanisława Staszica do Warszawy, był jednym z największych w swej epoce polskich wynalazców; kto nie wierzy, niechaj na przykład sprawdzi, jak upamiętniono go w ekspozycji Muzeum „Polin”. Ród Sternów-Słonimskich rozszczepił się potem na kilka gałęzi i rozlał po świecie: gałąź polska po bezpotomnej śmierci poety Antoniego Słonimskiego już wygasła, gałąź amerykańska dała światu między innymi znakomitego muzykologa Nicolasa Slonimsky’ego, francuską zaś zapoczątkował światowej sławy genetyk Piotr Słonimski, twórca genetyki mitochondrialnej. Gałąź rosyjska wydała znanego prozaika Michaiła Słonimskiego, tłumaczonego i publikowanego u nas i w międzywojniu, i w latach Polski Ludowej, i ostatnio (PIW jeszcze w okresie, gdy kierował nim Rafał Skąpski i gdy wydawał nie Wildsteina i Tomczyka, lecz literaturę, przypomniał zbiór opowiadań Michaiła Słonimskiego o latach I wojny i rewolucji pod tytułem „Warszawa”); jedynym synem Michaiła jest właśnie Siergiej. Trzon jego bardzo obfitego dorobku twórczego stanowią symfonie (napisał ich trzydzieści trzy) oraz opery i balety. Z ośmiu dzieł operowych, które stworzył, największy rozgłos przyniosła mu skomponowana jeszcze na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku opera kameralna „Mistrz i Małgorzata” według Bułhakowa, która wszelako na skutek cenzorskiego zakazu trafiła na sceny dopiero w czasach pierestrojki; jak sądzę, wciąż mogłaby wzbudzić spore zaciekawienie i u nas, gdyby tylko znalazł się teatr gotowy podjąć niemały trud jej wystawienia. Wśród utworów Siergieja Słonimskiego jest też cykl wokalny „Polskie strofy” do tekstów Antoniego Słonimskiego, którego zdążył poznać w 1962 roku w Warszawie. Polskę i polską kulturę postrzega i odczuwa jednak przede wszystkim przez pryzmat wielkiego dzieła Chopina, którego jest gorącym admiratorem i propagatorem przez całe swe życie, zaś od niemal dwóch dekad stoi jako honorowy przewodniczący na czele petersburskiego Towarzystwa im. Chopina, drugiego w Rosji po moskiewskim; w 2010 roku z okazji 200-lecia urodzin naszego kompozytora opublikował też błyskotliwe studium „O nowatorstwie Chopina”.
Dziennikarzowi agencji TASS Siergiej Słonimski mówił: „Fakt, iż stosunki między politykami naszych krajów są niedobre i napięte, w niczym nie dotyczy ludzi sztuki, a zwłaszcza muzyki, gdyż żyjemy w przyjaźni; wysoko ceniąc polską kulturę muzyczną od Chopina poczynając, uznałem za swój obowiązek napisać utwór, specjalnie poświęcony jubileuszowi tego wielkiego państwa”. Poemat symfoniczny „Wstąpienie i tryumf” – to trwająca około kwadransa orkiestrowa kompozycja, dzieląca się na dwie kontrastujące ze sobą części: pierwszą – poważną w nastroju i ciemną w kolorycie i drugą – żywiołowo taneczną, opartą na dwóch tematach zaczerpniętych z polskiego folkloru. W swoisty sposób przy tym odwołuje się też i dialoguje ten utwór z kosmosem muzyki samego Słonimskiego, z jednej strony nawiązując do mrocznego, nawet tragicznego świata jego symfonii, z drugiej – do jego urzeczeń muzyką ludową, które w swoim czasie uczyniły go jednym z koryfeuszy bardzo ciekawej rosyjskiej „nowej fali folklorystycznej”, wespół ze wspomnianym Szczedrinem czy też petersburskimi kolegami Borysem Tiszczenką i Walerijem Gawrilinem.
Tyleż co sam fakt powstania utworu znamienna była ranga, jaką rosyjskie środowisko muzyczne nadało jego pierwszym prezentacjom. Prawykonanie „Wstąpienia i tryumfu” odbyło się 20 października ubiegłego roku podczas inauguracji kazańskiego Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego imienia Gubajdulinej (pochodząca z tatarsko-rosyjskiej rodziny znakomita kompozytorka spędziła swe młode lata właśnie w Kazaniu); realizowała je Orkiestra Symfoniczna Tatarstanu pod dyrekcją Aleksandra Sładkowskiego, zespół, który podobnie jak kazański Teatr Opery i Baletu, raz po raz gości też w telewizjach mezzo i mezzo live (co skądinąd jak dotąd nie udaje się żadnej orkiestrze czy placówce operowej z Polski). Osiem dni później poemat Słonimskiego zabrzmiał w Sali Koncertowej słynnego petersburskiego Teatru Maryjskiego; wykonała go orkiestra tamtejszego Konserwatorium imienia Rimskiego-Korsakowa pod dyrekcją rektora uczelni Aleksieja Wasiliewa, a finał utworu bisowano. Przed rozpoczęciem koncertu przemawiał polski konsul generalny, zaś w programie wieczoru – o prawdziwie polsko-rosyjskim charakterze – znalazła się też „Uwertura radosna” ucznia Rimskiego-Korsakowa – Witolda Maliszewskiego oraz Koncert fortepianowy ucznia Maliszewskiego – Witolda Lutosławskiego.
Polska kultura w Petersburgu ma przyjaciół zaiste bardzo wielu i bardzo oddanych; w ostatnich latach dołączyła do nich obecna prorektor Konserwatorium Natalia Bragińska, teraz głośna w świecie zwłaszcza jako odkrywczyni zaginionego przed wiekiem młodzieńczego utworu Igora Strawińskiego „Pieśń pogrzebowa” – muzycznego pożegnania Rimskiego-Korsakowa, którego uczniem był i Strawiński. Natalia Bragińska między innymi inicjowała i organizowała w Petersburgu znakomite międzynarodowe sympozja poświęcone Chopinowi oraz polsko-rosyjskim kontaktom muzycznym, to ostatnie w znacznej mierze koncentrujące się na osobie i dorobku Stanisława Moniuszki i na swój sposób antycypujące tegoroczne obchody 200-lecia jego urodzin. Nie traćmy tych naszych przyjaciół z oczu!