Opozycja wobec opozycji?

Takie pytanie zadaje sobie szewc Fabisiak obserwując relacje pomiędzy Szymonem Hołownią a Rafałem Trzaskowskim.

Obydwaj opozycyjni kandydaci, którzy uzyskali najlepszy wynik w drugiej turze postanowili iść za ciosem i tworzyć wokół siebie struktury mające – w założeniu – doprowadzić ich do zwycięstwa w najbliższych wyborach parlamentarne. Politycy ci różnią się między sobą programowo w sposób mało czytelny dla przeciętnego wyborcy. Logiczne zatem byłoby łączenie sił. Jednak – zdaniem szewca Fabisiak – na przeszkodzie stoją naturalne, zwłaszcza wśród polskich polityków, względy ambicjonalne. Każdy z nich uważa się za przywódcę opozycji jak swego czasu Ryszard Petru.

Tymiż ambicjami kieruje się Platforma Obywatelska zabiegając o tworzenie sojuszu z rodzącym się ruchem Hołowni. Trzaskowski uważa, że ma tu lepszą niż Hołownia pozycję przetargową nie tylko z powodu lepszego wyniku wyborczego lecz także dlatego, że ma za sobą czy też pod sobą gotowe już partyjne zaplecze natomiast Hołownia dopiero je tworzy. Z kolei Hołownia uprzejmie informuje, iż ma już kilkanaście tysięcy aktywistów i chętnie podzieli się z Trzaskowskim doświadczeniami w tworzeniu ruchu społecznego dając mu tym samym delikatnie do zrozumienia, że na tym odcinku jest bardziej skuteczny.

Podczas gdy Rafał Trzaskowski w sposób zrównoważony napomyka o ewentualnej współpracy z ruchem Hołowni, to Borys Budka wykazał się tu z lekka słoniowatą delikatnością proponując Hołowni wejście do Koalicji Obywatelskiej. Można było z góry przewidzieć – zauważa szewc Fabisiak – że dla Hołowni wtopienie się w strukturę zdominowaną przez PO, tak jak zmuszona była to zrobić upadająca Nowoczesna, nie stanowi żadnej atrakcji. W wyborach parlamentarnych zamierza startować samodzielnie i chce aby to on, a nie władze Platformy, miał decydować o tym kogo i na jakich miejscach wystawić na listach kandydatów. Szewc Fabisiak zwraca też uwagę na deklarację Hołowni o możliwości współpracy z ludźmi z ugrupowania Gowina, którzy – jak się wyraził – nie są zaczadzeni PiS-owską ideologią. Jednocześnie nie wykluczył współdziałania z Platformą zaznaczając jednakże, że „wyłącznie wtedy, gdy będzie nam po drodze” podkreślając tym samym swoją samodzielność i niezależność wobec PO.
Decyzję Rafała Trzaskowskiego o tworzeniu wokół siebie ruchu obywatelskiego da się racjonalnie wytłumaczyć. Byłoby błędem z jego strony, gdyby tego w odpowiednim momencie nie zadeklarował ryzykując nawet to, że cała para może pójść w gwizdek – twierdzi szewc Fabisiak. Oficjalnym uzasadnieniem dla tej inicjatywy jest, jak to niejednokrotne podkreślał Trzaskowski, chęć aktywizacji tych wyborców, którzy poparli go w drugiej turze. Idzie tym samym tropem Hołowni mimo tego, że między obydwoma tymi tworzącymi się ruchami obywatelskimi są istotne różnice jeśli chodzi o bazę społeczną. Szymon Hołownia ma za sobą dość jasno określoną grupę zwolenników, którzy zdecydowali się poprzeć go w pierwszej turze, natomiast glosujący w drugim podejściu na Rafała Trzaskowskiego stanowią swoisty konglomerat zarówno jego zdeklarowanych zwolenników, jak i tych, którzy głosowali przeciwko Dudzie co bynajmniej nie oznacza, że mają ochotę włączenia się w działalność nowego ruchu. Zwłaszcza, że mają jeszcze do wyboru ruch Hołowni o partiach politycznych nie wspominając. Ponadto szewc Fabisiak sceptycznie zapatruje się na ewentualne masowe uczestnictwo samorządowców w działalności ruchu Trzaskowskiego. Prawdą jest, że stosunkowo spora liczba prezydentów miast otwarcie go poparła. Jednak to poparcie niekoniecznie musi się przełożyć na aktywność mieszkańców tychże miast, którzy w wyborach samorządowych w końcu głosowali, z różnych względów, na konkretnego kandydata a nie na prezydenta Warszawy.

Trzaskowski zapowiada inaugurację swojego przedsięwzięcia w rocznicę Porozumień Sierpniowych licząc zapewne na oddźwięk ze strony sentymentalistów wciąż identyfikujących się emocjonalnie z ruchem „Solidarności”, choć są to ludzie w starszym wieku, którzy w większości głosowali na Dudę. Jednocześnie wpisuje się w rocznicowo-celebracyjną narrację w stylu dla PiS. Z kolei Hołownia jak by się nie spieszył. Na razie zapowiedział utworzenie think tanku, czyli mówiąc po polsku zaplecza eksperckiego, oraz uruchomienie prawdopodobnie od września całodobowego radia internetowego. O tym czy, jak i kiedy ziszczą się plany obydwu panów dowiemy się już niebawem.

Sprzeczność celu i ambicji

Zaryzykuję takie, niemal samobójcze stwierdzenie. Nie należę do żadnej partii, ale zawsze obdarzałem sympatią lewą stronę sceny politycznej. Nie oznacza to jednak, że pełnię szczęścia widziałem i widzę tylko w sytuacji rządów lewicy. Przywiązuję zdecydowanie mniejszą wagę do tego. kto aktualnie rządzi, bardziej interesuje mnie jak rządzi.

Od pięciu lat uważam, że PIS i tzw. Zjednoczona prawica rządzą źle. Jak wykazały ostatnie wybory prezydenckie podobny pogląd ma ok. 50 proc. polskiego społeczeństwa, a 50 proc. uważa, że jest wręcz przeciwnie. Niektórzy politycy mówią o tym jak o narodowej tragedii twierdząc, że zostaliśmy podzieleni na dwa zwalczające sie obozy i jeśli się nie zjednoczymy, to nasze losy będą tragiczne. To jasne, że trzeba próbować zasypywać lub łagodzić ten podział. Ale nie tragizujmy – osobiście nie widzę tak ostro tego zagrożenia. Amerykanie od wielu lat są podzieleni na Demokratów i Republikanów, co nie przeszkadza im utrwalać w światowej opinii poglądu, że są jednym z krajów najbardziej demokratycznych i najlepiej zarządzanych.

Dlaczego nie cenię PISu?

Ale wróćmy do „naszych baranów”. Moja krytyczna ocena rządów PISu może być inna, niż wielu innych, którzy też są przeciw i uważają się za opozycję. Nie każdego denerwuje to samo. Mnie najbardziej „wkurzają”:
– nieustanne kłamstwa dotyczące własnych „sukcesów” na tle poprzednich lat – od końca wojny, ale zwłaszcza ostatnich rządów „platformerskich”. Wmawianie mniej wykształconej części Narodu, że tylko my jesteśmy mądrzy – cała reszta to głupole i komuniści;
– zalew werbalnego hurrapatriotyzmu, chwalenie wszystkiego, co w naszej historii było po prawej stronie i oczernianie wszystkiego, co było w neutralnym centrum lub – o zgrozo – przechylało się na lewo;
– chwalenie się doskonałą sytuacją gospodarczą przy wzrastającym zadłużeniu kraju, wzroście cen i zagrażającym wzroście bezrobocia;
– przedwyborczym rozdawnictwem naszych pieniędzy i stwarzaniem wrażenia, że to pieniądze z tajnych zasobów litościwej władzy;
– stopniowe, bezsensowne niszczenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości i autokratyczne zapędy ograniczenia niezależności niektórych mediów;
– podlizywanie się Kościołowi i tworzenie państwa kościelnego, uszczęśliwionego prawdziwą (rzadziej) lub udawaną (częściej) ostentacyjną pobożnością władzy;
– zdobywanie sympatii USA przez zobowiązania zakupów zbyt drogiego sprzętu;
– uzupełnianie zasobów kadrowych „ambicjonerami” o ograniczonych kompetencjach, i coraz częściej rzucającym się w oczy, zbyt niskim współczynniku inteligencji.

Demobilizacja

Usłyszałem i zobaczyłem ostatnio w telewizorze dwie czy trzy rozmowy, w których przebijała obawa, że nie mamy instrumentów walki z władzą PISu, że może on jeszcze rządzić długo i wprowadzać kraj na ścieżkę autokratyzmu, albo jeszcze gorzej. Taki pesymistyczny scenariusz jest oczywiście możliwy, ale tylko wtedy, kiedy te niezadowolone 50% nie będzie miało wspólnej koncepcji sprzeciwu i nie wykaże się dostateczną determinacją.

Przed wyborami prezydenckimi nie zdaliśmy w pełni tego egzaminu. Rozumiem – tworzenie wspólnego frontu wymaga przełamania oporów i zgody na pewne różnice poglądów zarówno w sferze ekonomicznej jak i – używając najszerszego określenia – ideologicznej. Wymaga też rezygnacji wielu osób z osobistych ambicji, uznania, że kto inny ma większe szanse zjednywania poparcia, czasem więcej energii i umiejętności negocjacyjnych.

To wszystko jest trudne, ale możliwe i konieczne. Do wyborów parlamentarnych zostały trzy lata. To pozornie dużo czasu. Ale samo opracowanie i uzgodnienie strategii może zająć więcej niż rok. Przy istnieniu wspomnianych różnic nie sądzę, aby był możliwy jakiś rodzaj połączenia w formie „zjednoczonego centrum”. Trzeba też „stworzyć” wspólny i prosty program, nie rezygnując z bardziej szczegółowych programów poszczególnych ugrupowań. Trzeba uznać, że wspólnym i podstawowym celem politycznym jest odsunięcie PISu od władzy. Ambicja partyjne i osobiste muszę być uznane z drugoplanowe, a ich sprzeczność z głównym celem maksymalnie wytłumiona.

A Trzaskowski?

Czy Rafał Trzaskowski, powinien brać w tym udział? Zadeklarował właśnie, że stanie na czele „Ruchu Obywatelskiego”. Taki ruch może pomóc w zjednoczeniu lub chociażby synchronizacji sił opozycji, o czym wyżej pisałem Jego aktywność w tworzeniu tego Ruchu może więc być pożądana, ale – moim zdaniem – tylko jako aktywnie uczestniczącego w życiu politycznym prezydenta Warszawy. Za 5 lat będą znowu wybory prezydenckie i to właśnie on powinien w nich uczestniczyć, jako kandydat tak czy inaczej współpracującej opozycji. Będzie miał dopiero 53 lata, idealny wiek dla prezydenta państwa, nie za dużo i nie za mało. Jestem przekonany, że prawica nie będzie miała nowego kandydata o takich walorach osobistych, tak wszechstronnie wykształconego i tak szeroko znanego we wszystkich przedziałach wiekowych i zawodowych społeczeństwa. Jestem zresztą przekonany, że gdyby ostatnie wybory były w pełni demokratyczne, to on by je wygrał. PISOwi nie uda się powtórzyć scenariusza wspomagania kandydata nie tylko przez państwową propagandę, ale także przez państwowe struktury organizacyjne. Pan Premier i niektórzy ministrowie usiłowali stworzyć coś w rodzaju politycznego kabaretu. Było to zarazem smutne i śmieszne, ale mimo wszystko nie nadążało za naszymi kabaretowymi profesjonalistami.