Protest trochę spóźniony

Lekarze będą protestować. Tym razem nie w sprawie swoich pieniędzy, ale w sprawie publicznej służby zdrowia.

To budujące, że występując z protestem starannie podkreślają, że nie chodzi tym razem o kolejną podwyżkę uposażeń, ale o ratunek dla pacjentów. Z uznaniem witam deklarację organizatorów protestu, by zjawili się na nim ci wszyscy, którym „zależy, aby publiczna ochrona zdrowia w Polsce zaczęła w końcu funkcjonować dobrze, aby Polacy przestali umierać w kolejkach do leczenia”. To znaczy, że chcą się podeprzeć wszystkimi, bo nie ma na świecie człowieka, który by nie chciał, by opieka medyczna była coraz lepsza. Doprawdy, zaraz się rozpłaczę.
W ucieraniu usmarkanego nosa przeszkadzają mi jednak nieco okruchy wspomnień, jak lekarze i ich związki zawodowe (!) optowały za prywatyzacją służby zdrowia, która miała być remedium na wszystkie bolączki kulejącego systemu opieki zdrowotnej.
W 2006 roku, podczas zapowiedzi strajku lekarzy przewodniczący Zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztof Bukiel zapowiedział, że elementem strajku będzie „autoprywatyzacja” polegająca na tym, że lekarze masowo zwolnią się z pracy w publicznych placówkach zdrowia i będą świadczyć usługi prywatnie.
Jerzy Miller, prominentny polityk PO i dawny prezes NFZ, był zdania, że społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji minie kiedy dokona się zmiana mentalności. Prywatyzacji nie sprzeciwiała się Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w 2007 r, a sekretarz jednego z najbardziej bojowych w czasie strajku lekarzy w 2007 roku Porozumienia Zielonogórskiego utrzymywał, że prywatyzacja oznacza po prostu racjonalizację rynku usług medycznych.
Do tego dodajmy wielokrotnie krytykowaną na naszych łamach działalność WOŚP i forsowaną przez Jerzego Owsiaka koncepcję prywatyzacji służby zdrowia i to radykalnej, bolesnej („bolesne, krwawiące cięcie”).
To prawda, że są przesłanki, pozwalające wierzyć, że przynajmniej kolejne pokolenie lekarzy nie jest już bezkrytycznymi fanami komercjalizacji usług medycznych – wszak podczas dramatycznego, głodowego protestu rezydentów jako lekarstwo dla chorej służby zdrowia wskazywano już zwiększenie na nią wydatków z budżetu, nie wyprzedaż.
Jeśli jednak w zapowiadanym dzisiaj proteście wezmą udział wszyscy ci wyżej wymienieni ludzie i kierowane przez nich organizacje, to czy starczy im śmiałości i uczciwości, by uciąć wszystkie wątpliwości? Wystarczy powiedzieć: „myliliśmy się”. No, chyba, że wolą powiedzieć, że uczestnictwo w proteście to tylko taki żart, niewinne oszustwo, bo tak naprawdę w dupie mają publiczną służbę zdrowia, skoro celem ich wysiłków i protestów ciągle jest jej prywatyzacja? Czekam na jasną deklarację.

Outsourcing w szpitalach

Wyzysk pracowników, krzywda pacjentów

List, w którym przedstawiłem patologie outsourcingu na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym zaskakująco szybko obiegł moje miejsce pracy. Już po dwóch dniach doszedł do kierownictwa opisywanej firmy DGP, po trzech dniach zdobył popularność wśród moich kolegów-gońców. Każdy z nich komentował: sama prawda! Wreszcie 10 maja wezwano mnie do biura firmy i wręczono wypowiedzenie.
Powodu wypowiedzenia nie podano. Bo i jaki miałby być? Napisanie prawdy o praktykach tej firmy? Cała sytuacja bardziej mniej rozśmieszyła niż zasmuciła.
Bardziej zasmucające są kolejne fakty o sytuacji pracowników zatrudnianych przez DGP na potrzeby GUMed-u, które albo nie zmieściły się w moim poprzednim liście, albo które poznałem je już po jego publikacji. Poprzednio nie rozwinąłem m.in. wątku pracy na dyspozytorni, gdzie byłem równocześnie dyspozytorem i gońcem. Teoretycznie było tak tylko przez godzinę – ale była to godzina najgorsza. Oczekiwano ode mnie, że będę równocześnie odpowiadał za transport pacjentów, odbieranie telefonów z całego GUMedu, przyjmowanie dyspozycji, zlecanie ich kierowcom lub ich samodzielne wykonywanie. Musiałbym się rozerwać, żeby zrobić to wszystko…
Z kolei już po napisaniu listu dowiedziałem się, że zatrudnionym na umowie-zleceniu potrącają 10 minut każdego dnia roboczego (to trzy godziny w skali miesiąca!) z wypłaty za rzekomą przerwę.
Tyle, że przerwy nie ma.
Goniec może odpocząć, gdy nie ma akurat żadnych zleceń. Jeśli kogoś oburza fakt odpoczynku i jest fanem, jak się wyraził Jarosław Górski w swym genialnym felietonie, „bezsensownego zapierdolu”, powinien się z tego leczyć. A takich też można znaleźć na terenie GUMedu. Chociażby jedna z brygadzistek DGP, która powiedziała mi, że mógłbym się zainteresować również innymi oddziałami niż ten który został mi wyznaczony…
Mój przypadek i tak nie jest najdrastyczniejszy. Przykrości, jakie spotykały mnie w pracy, to nic w porównaniu z historią pewnej niepełnosprawnej kobiety-gońca. Pracowała w faktycznym wymiarze ponad 12 godzin, chociaż w grafiku widniało godzin 7. Miała oczywiście umowę-zlecenie… „Z braku ludzi do pracy” wymuszano na niej, by pracowała dłużej, nie zawsze płacono za te nadgodziny. Za to, jeśli wyszła ze szpitala po siedmiu godzinach, dzwoniono do niej, zarzucano, że jest nieodpowiedzialna, żądano, by wracała… Tymczasem ona nie radziła sobie z ciężarem pracy i natłokiem zleceń.
Po trzech miesiącach pracy jako goniec, „za karę” została… sprzątaczką przy prosektorium.
Miesiąc później odeszła z GUMed-u, by się ratować – mdlała w pracy z przemęczenia, miała myśli samobójcze. Niestety, zapewne nie była ostatnia. DGP do dziś postępuje w podobny sposób. Firma potrafi skierować do sprzątania osobę, która jest formalnie gońcem, jeśli chce ją „zdyscyplinować” za to, że np. „za często choruje”. Sam po tygodniu choroby, choć ciągle pracowałem jako goniec, dostałem identyfikator z napisem „serwis sprzątający”. W żadnym wypadku nie pogardzam osobami, które wykonują tę bardzo ważną pracę. Niemniej jasne jest dla mnie, że DGP chce w ten sposób pracowników upokarzać.
Inną stałą praktyką firmy DGP jest dawanie pracownikom do podpisania rachunku, na którym nie ma podanej liczby godzin. Mnie 7 maja poproszono o podpisanie czegoś innego.
W biurze DGP wręczono mi wniosek o umowę-zlecenie, choć dużo wcześniej wypełniałem wniosek o zatrudnienie na umowę o pracę. Wypełniłem ten wniosek z wyjątkiem ostatniej strony, która dotyczyła szczepień na WZW i badań sanitarno-epidemiologicznych. Nie zaszczepiłem się wcześniej na WZW, choćby dlatego, że nie miałem kiedy; codziennie pracowałem! Powiedziano mi, że mam załatwić szczepienie we własnym zakresie, firma za to płacić nie będzie. Skierowania na badania sanitarno-epidemiologiczne, o czym pisałem w poprzednim artykule, też nie dostałem.
10 maja wręczono mi wspomniane na wstępie wypowiedzenie bez podania przyczyny.
Co z moimi kolegami, którzy czekali na informacje o kursie na sanitariusza, ponoć niezbędnym, by dostać umowę o pracę? Część osób (podobno większość) ostatecznie… dostała umowę bez kursu. O samym szkoleniu nadal cisza, co więcej, kwestionuje się sens tego kursu nawet wśród niektórych lekarzy.
Można zapytać – czy skoro widzimy, co dzieje się w naszym miejscu pracy, czy próbowaliśmy szukać pomocy? Otóż tak. Wspomniana przeze mnie goniec, która stała się sprzątaczką, zgłosiła swój przypadek do Państwowej Inspekcji Pracy. Nie otrzymała pomocy.
Powyższe patologie zawdzięczamy terapii szokowej, rozpoczętej wówczas, gdy szpital postanowił się „wyręczyć” firmami zewnętrznymi.
Wraz z outsourcingiem doszło do pogorszenia się sytuacji pracowników. Nastał większy wyzysk i mniejsza stabilność pracy, która z kolei przyczyniła się do pogorszenia się jakości usług szpitalnych (wszystkich, nawet jakości posiłków podawanych pacjentom). Stały personel zdecydowanie lepiej wpływa na funkcjonowanie szpitala niż rotacja pracowników. Tymczasem po wejściu firm zewnętrznych najbardziej doświadczeni
z pracy odeszli.
Firmy zewnętrzne powinny wynieść się z sektora publicznego, szczególnie ze szpitali. Ich funkcjonowanie jest sprzeczne z przysięgą Hipokratesa: „najważniejsze nie szkodzić”. Outsourcing szkodzi pracownikom, pacjentom i higienie szpitalnej. Należy stanowczo zrezygnować z tego chorego pośrednictwa.

Zmierzamy do katastrofy

Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział w drugiej połowie roku dwie kontrole: jakości opieki psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży oraz jakości ratownictwa medycznego w związku z licznymi ostatnio doniesieniami o nieprawidłowościach na szpitalnych oddziałach ratunkowych.
– Po pierwsze, musimy postawić na służbę zdrowia jako priorytet w finansach państwa. (…) Kontrole NIK pokazały, że pieniądze skierowane do organizacji proobronnych nie są wydawane prawidłowo. Musieliśmy skierować zawiadomienia do prokuratury. Na to lekką ręką wydawane są pieniądze – zamiast na opiekę medyczną – nie ma wątpliwości szef NIK. – W tym temacie zmierzamy do katastrofy.
Maleje liczba lekarzy i pielęgniarek, zaś dramatycznie wzrasta średnia ich wieku. Pacjenci czekają godzinami nie tylko na szpitalnych oddziałach ratunkowych, ale również tkwią w kolejkach do specjalistów i na zabiegi, na które muszą zapisywać się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
NIK zbada jedną trzecią oddziałów ratunkowych w pięciu województwach.
29 marca prezes Narodowego Funduszu Zdrowia podpisał zarządzenia dotyczące zwiększenia wydatków na ambulatoryjną opiekę medyczną i leczenie szpitalne – m.in. na zabiegi usunięcia zaćmy, badania rezonansem magnetycznym. Ale to kropla w morzu. Na razie w mediach piętrzą się doniesienia o pacjentach umierających w poczekalniach na SOR-ach, którym udzielono pomocy zbyt późno lub dokonano nieprawidłowego rozpoznania.
„Kontrola NIK ma przede wszystkim dać odpowiedź na pytanie, czy system ratownictwa medycznego zapewnia sprawne podejmowanie działań medycznych wobec osób w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego” – pisze Izba na swojej stronie. NIK już zwracała uwagę na niedoskonały system selekcji pacjentów, a także na fakt, iż SOR-y są przepełnione bo dla ludzi wymagających opieki ambulatoryjnej po prostu nie ma alternatywy:
„NIK już kilka lat temu kontrolowała funkcjonowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Ustalenia z 2011 r. pozostały aktualne do dzisiaj. Kontrolerzy ustalili wówczas, że SOR-y udzielały świadczeń zdrowotnych również osobom, które nie znajdowały się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, a więc nie kwalifikowały się do takiej formy pomocy, co stanowiło naruszenie obowiązujących przepisów. W poszczególnych kontrolowanych szpitalach takie osoby stanowiły szacunkowo od 30 do 80 proc. zgłaszających się. Sytuacja ta stwarzała zagrożenie dla pacjentów, którzy faktycznie potrzebują pomocy ze strony SOR. W ocenie NIK była ona konsekwencją ograniczonej dostępności ambulatoryjnej opieki zdrowotnej oraz braku skutecznego mechanizmu pozwalającego na ograniczenie świadczeń dla osób, które nie znajdowały się w stanie zagrożenia zdrowotnego. Osobom tym powinny być udzielone świadczenia w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, poradni specjalistycznych lub nocnej i świątecznej pomocy doraźnej”.

SORry

O tym, jak bardzo dla władzy korzystne okazało się nadmuchanie tematu „strasznych LGBT dewiantów” okazuje się teraz, gdy cała Polska mówi o śmierci 39-latka w sosnowieckim szpitalu. Mężczyzna zmarł w kolejce, po 9 godzinach – jak twierdzi rodzina – z winy bezczynności personelu.
Do szpitala skierował go lekarz pierwszego kontaktu już wtedy podejrzewając zator w nodze, który mógł zagrażać życiu pacjenta.
Minister Szumowski milczy jak zaklęty. Głos zabrał – w najbardziej lakoniczny, jak się dało sposób – wiceminister zdrowia Krzysztof Król. Stwierdził w krótkich żołnierskich słowach, że „wiele emocjonalnych doniesień w tej sprawie jest nieprawdziwych” i że „na SOR każdy ma poczucie pilności swojego stanu”. Próbował trochę grać starym numerem z „tymi wszystkimi ludźmi, co przychodzą na SOR z gorączką i katarem”, ale w przypadku 39-latka sprawa miała się trochę inaczej, bo najpierw prawidłowo poszedł po poradę do swojego lekarza rodzinnego, więc stanęło na „no tak, analiza zdarzenia musi być tutaj bardzo szczegółowa”. Upierał się jednak, że „z pewnością nie było tak, że pacjent siedział na krześle 9 godzin bez pomocy”.
A teraz
czas na akcent osobisty. Dwa lata temu spędziłam na SOR dokładnie 9 godzin – i owszem, co jakieś dwie godziny ktoś pobierał mi krew i sprawdzał, czy żyję. Przywiozła mnie karetka z dwoma ratownikami w środku. Kiedy ratownicy zjawili się w moim mieszkaniu, sarkali, że „mam się więcej nie diagnozować przez internet” i że „to na pewno nie jest wyrostek”. Do karetki kazali mi schodzić na piechotę, bez wózka, bez pomocy, mimo bólu. Żartowali: i po co mi to było, i tak będę czekać w kolejce jak wszyscy. I cóż – mieli całkowitą rację. Pielęgniarka podstawiła mi wózek po 9 godzinach, kiedy już mdlałam, i zapewne czekałabym na korytarzu jeszcze dłużej, aż wszystkie procedury się przemielą, gdyby w międzyczasie nie zmienił się lekarz dyżurny. Bo ten nowy, świeży, względnie szybko złapał się za głowę i zarządził: „ludzie, na oddział i operować!”. Kiedy doszłam do siebie, napisałam skargę. Ale w odpowiedzi dostałam tylko wzruszenie ramionami – przecież w końcu otrzymała pani pomoc, żyje, oddycha, wyrostek wycięty, no więc o co ci, babo, właściwie chodzi? Generalnie o to, że ten konkretny zabieg nie jest w XXI wieku jakimś wielkim halo. A mimo to służba zdrowia nie dała rady ogarnąć tego banalnego tematu bez narażenia pacjenta na dodatkowe, niepotrzebne cierpienie, na poniżające traktowanie, bez wywoływania poczucia winy, że w ogóle przyszło mi do głowy wezwać pomoc. Ale fakt, daliście radę mnie ciachnąć na czas. 39-letniego Krzysztofa – nie.
SOR
nie może stawać się rosyjską ruletką dla każdego, kto nie otrzyma na wejściu mitycznej czerwonej opaski, która oznacza, że tylko minuty dzielą cię od przejścia na tamten świat. Osoba dokonująca wstępnej selekcji również nie jest Duchem Świętym. Nie wie, ile osób aktualnie wyczekuje pod drzwiami, nie jest też w stanie wyczytać ze szklanej kuli, po jakim czasie i jak drastycznie może pogorszyć się stan pacjenta z zielonym. Pan X może zacząć słabnąć po 2 godzinach, pan Y być może wytrzyma 8.
Naczelna Izba Lekarska twierdzi, że Ministerstwo Zdrowia, planując budżet na 2019 rok, wzięło pod uwagę wskaźnik PKB za 2017. A to oznacza 10 miliardów złotych mniej niż wynosiłby rzeczywisty limit wydatków – czyli 4,92 procent. Tak, SORy działają tak jak działają dlatego, że wszystko rozbija się o kasę. Że pracuje tam garstka ludzi, którzy podczas niekończących się dyżurów muszą się dwoić i troić. Angażować sto procent uwagi na oddziale, na SOR i na przykład na bloku operacyjnym. Nieczułość wobec pacjenta? Internauci już wiedzą: to ona zabiła Krzysztofa. Tylko że ona również, jak wszystko, ma swoje przyczyny.
Ma swoje korzenie w przepracowaniu, w niewyspaniu, w ciągłym lęku o jutro, w opijaniu się hektolitrami kawy, bo kiedy dyspozytor gdzieś kieruje, nie można powiedzieć „pierdolę, nie jadę”. Na końcu tego łańcucha są pacjenci. Tak, również ci z gorączką i katarem, którzy często nie mają innej szansy na uzyskanie pomocy ambulatoryjnej i zrobienie badań. W przychodni „na macankę” nie da się stwierdzić na pewno, czy mamy do czynienia z zapaleniem pęcherza czy kamicą nerkową. Takich ludzi też kieruje się na SORy, gdzie wkurzeni, przemęczeni, źle wynagradzani są wszyscy: od pani rozdającej opaski i mierzącej ciśnienie, przez pielęgniarkę biegająca pomiędzy 60 oczekującymi osobami aż po lekarza dyżurnego, który po wielu godzinach pracy bez przerwy już nie widzi na USG zapalenia wyrostka i najchętniej wysłałby delikwentkę z bolącym brzuchem na kopach do domu.
Zgadzam się, że żaden pacjent nie powinien ponosić z tego tytułu konsekwencji. Ale czas przestać się oszukiwać: dopóki system ochrony zdrowia będzie niedofinansowany leżał i kwiczał, a SOR będzie robił za sortownię odsiewającą pacjentów, dla których nie ma ambulatoryjnej alternatywy, pacjenci będą te konsekwencje ponosić. I będą umierać. Raz przez niedopatrzenie pani z opaską, raz przez to, że lekarz nie zmienił skrajnie przemęczonego kolegi na czas. Raz przez to, że chirurg akurat ciął kogoś innego na bloku.
Czekając
w środku nocy na USG gdzieś na fafnastym piętrze, zobaczyłam jednego z „moich” ratowników, tego bardziej niemiłego. Leżał na podłodze, żeby złapać chociaż 5 minut snu. Wszyscy jesteśmy ofiarami tego cholernego systemu.

Abba ojcze!

„Piątka” Morawieckiego, „Piątka Kaczyńskiego” – cuda na kiju: elektryki, mieszkania za pół darmo, PKS-y jak nowe, elektronika, innowacyjność, 100 mostów na stulecie, promy, jak domy, śmigłowce jak torpedowce, 500 na drugie dziecko, 500 na pierwsze…

Do jesiennych wyborów na pewno jeszcze czymś nas obdarują – na przykład po pięćset dla każdego ojca, który utrzymywał matkę swoich dzieci nie mniej niż 30 lat. Jest jednak taka dziedzina naszego życia, o której władza milczy we wszystkich znanych sobie językach. Zdrowie, mianowicie. A jest się czym pochwalić – w konkurencji „Wydatki na ochronę zdrowia” zajmujemy w krajach Unii drugie miejsce. Drugie! Co prawda od końca, ale zawsze. Za nami jest tylko Łotwa, ale co to za konkurencja – im nawet do dwóch milionów brakuje 100 tys. obywateli. Naprawdę mamy z czego być dumni! Pan premier zaś, który przy byle okazji pod adresem Prezesa, PiS-u i swoim własnym wystrzeliwuje milion pochwał na minutę, o tym akurat milczy. Tymczasem w raportach Najwyższej Izby Kontroli ten sukces PiS-u zapisany jest złotymi głoskami.
– Czas oczekiwania pacjentów na udzielenie świadczenia wydłużył się w przypadku większości analizowanych oddziałów, pracowni, zakładów i poradni.
– Nadal występują znaczące dysproporcje w dostępie do świadczeń pomiędzy poszczególnymi oddziałami wojewódzkimi NFZ, w konsekwencji pacjenci w poszukiwaniu lekarzy specjalistów muszą jeździć do sąsiednich województw.
– Udział wydatków bezpośrednich, ponoszonych przez pacjentów, w wydatkach na ochronę zdrowia ogółem był wysoki, i w Polsce w 2015 r. wynosił 23,2 proc., podczas gdy przykładowo we Francji – 6,8 proc., Niemczech – 12,5 proc., w Czechach – 13,7 proc., a w Słowacji – 18,4 proc.
– W 2016 r. polscy pacjenci musieli płacić z własnej kieszeni na ochronę zdrowia jeszcze więcej – wydatki te wzrosły do 23,4 proc. wydatków ogółem, podczas gdy np. wydatki Szwedów spadły z 15,2 proc. w 2015 r. do 14,9 proc. w 2016 r. W ten sposób pogłębiają się nierówności społeczne w dostępie do świadczeń zdrowotnych… Czyż to nie sukces? Płacić coraz więcej za coraz mniej! Toż panu Morawieckiemu już tylko z tego tytułu Nobel z ekonomii się należy. Taki skromnych człowiek – ciągle nam powtarza, jak skutecznie zaciska pętlę na szyjach VAT-owskich oszustów, a o naszych szyjach milczy. One od macochy, czy co? Przecież płacimy uczciwie. Nasze składki na ubezpieczenia zdrowotne to już prawie 95 procent wszystkich dochodów NFZ… Na szczęście nad wszystkim pieczę trzyma pan Prezes. Nawet jak pan Morawiecki o czymś zapomni, nawet, jak się panu Szumowskiemu coś nie uda, to pan Prezes, to dostrzeże i krzywdę naszą naprawi. Tak się zresztą stało dopiero co. Radosną nowinę ogłosiła pani Szydło: 13 emerytura, która będzie wypłacona w maju, to „prezent od Prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego!” Emeryci są zachwyceni. Będą mogli wyleczyć jeden ząb. A jak dobrze pójdzie, to i półtora! Albo na dwa miesiące zaopatrzyć się w pielucho majtki. No, chyba, że ktoś ma kanalizację bardziej zdefektowaną, to na miesiąc. Przez miesiąc będą mogli pożyć, jak za króla Sasa: jeść, pić i popuszczać. Abba ojcze!

Przepracowany jak lekarz

39-letni kardiolog i internista z Łodzi zmarł w swoim gabinecie pod koniec weekendowego dyżuru. Państwowa Inspekcja Pracy bada, czy nie doszło do narażenia jego życia i zdrowia. Mężczyzna rozpoczął dyżur w piątek o godz. 16.00. Miał go zakończyć w niedzielę o 8.00. Nie doczekał. Oprócz Pleszewskiego Centrum Medycznego, gdzie pojawiał się w weekendy, zatrudniony był w jeszcze czterech innych miejscach.
Egzotyczne doniesienia z dalekiej Japonii o nadgorliwcach, którzy zmarli po kilkudziesięciu godzinach pracy bez przerwy, to już nie sensacje, to rzeczywistość polskiej służby zdrowia, gdzie zasłabnięcia na dyżurach są na porządku dziennym, a zgony lekarzy zdarzają się coraz częściej.
Zmarły w Pleszewie lekarz przyjmował pacjentów również w Łodzi, Bełchatowie, Zgierzu i Łęczycy. W samym regionie łódzkim zmarło już na dyżurach dwóch chirurgów ze szpitala Bonifratrów, a także medycy z Centralnego Szpitala Klinicznego i w szpitala w Pabianicach.
W 2016 roku 44-letnia anestezjolog zmarła po czterech dniach pracy bez przerwy w szpitalu w Białogardzie. W 2011 roku zmarł anestezjolog z Głubczyc, który zdążył przepracować pięć dyżurów z rzędu. W 2017 pod Krakowem zasłabła – i zmarła pomimo reanimacji – 26-letnie rezydentka.
W 2013 roki problem wypalenia zawodowego dotyczył 40 procent polskich lekarzy zgodnie z wynikami kontroli Naczelnej Izby Lekarskiej. W 2019 lekarz to w Polsce najwyraźniej zawód wysokiego ryzyka. Ponieważ jednak zgony pacjentów mogą być pośrednio, jakby to powiedzieć, powiązane ze zgonami pacjentów, zamiast „trzynastek” i innych przedwyborczych cudów, warto by zainwestować w tych, którzy narażają swoje życie aby ratować nasze.

„Dobra zmiana” niesie śmierć

Zaniechania i błędy rządów obecnej ekipy przyczyniają się do coraz większej liczby zgonów mieszkańców naszego kraju.

Ten tytuł nie jest żadną przenośnią lecz najbardziej dosłownym stwierdzeniem faktu – pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, rządami „dobrej zmiany”, umiera coraz więcej mieszkańców naszego kraju, a co gorsza, zaczyna ich się rodzić mniej. I trudno uznać, że ekipa która od 2015 r. panuje w Polsce nie ponosi za to odpowiedzialności.
Dramatyczny wpływ rządów PiS na stan ludności Polski wciąż jeszcze dobrze pokazują twarde dane Głównego Urzędu Statystycznego. „Wciąż jeszcze” – bo nie można wykluczyć, iż w ramach coraz nachalniejszej propagandy sukcesu, uprawianej przez PiS-owską władzę, GUS zacznie wkrótce publikować jedynie dobre wiadomości.

Złowrogie tendencje

Najnowszy Rocznik Demograficzny, przygotowany przez GUS, zawiera liczby o jednoznacznej wymowie: na koniec 2015 r., pierwszego roku w którym nad Polską zaczęło panować PiS, nasz kraj miał 38 455 tys. mieszkańców.
Na koniec 2017 – 38 422 tys. Po pierwszej połowie ubiegłego roku – już 38 413 tys. To spadek o 9 tys. w porównaniu z pierwszą połową 2017 r.
Statystyka to nie polityka, jednak trudno nie zauważyć, że pod rządami Platformy Obywatelskiej liczba ludności Polski wzrosła: z 38 116 tys w roku 2008 do 38 484 tys w 2014 r. Potem zaczął się ciągły spadek.
Najbardziej bezpośrednią przyczyną kryzysu demograficznego Polski jest rosnąca liczba zgonów. W 2015 r odnotowano ich 394,9 tys. Rok później ta liczba spadła o kilka tysięcy, do 388 tys, by w 2017 r. już wyraźnie wzrosnąć – zmarło wtedy aż 402,9 tys. mieszkańców Polski.
Jest to najgorszy wynik od 1991 r. w którym zmarło 405,7 tys. osób. Ale wtedy przeżywaliśmy apogeum dramatu spowodowanego przez „plan Balcerowicza”. Natomiast obecnie mamy ponoć strategię odpowiedzialnego rozwoju. Jak przekonują rządowi propagandyści, Polska rośnie w siłę, przeżywa dziś swój najwspanialszy okres, a ludzie żyją dostatniej. Jak widać, żyje ich coraz mniej.
Miniony rok przyniósł nasilenie złowrogiej tendencji wymierania Polaków. W pierwszym półroczu ubiegłego roku zmarło 215,1 tys. osób (w pierwszym półroczu 2017 – 210,8 tys.).
Może to oznaczać, że cały ubiegły rok – pełnych danych za 2018 r. jeszcze nie zebrano – zamknie się liczbą prawie 430 tys. zgonów!. Byłby to ponury rekord i liczba tak wielka, jakiej jeszcze nigdy nie zanotowały polskie statystyki.

Troszczmy się o dzieci narodzone

Szczególnie niepokojący jest wzrost liczby zgonów niemowląt. Przez kilkadziesiąt lat Polska była krajem, w którym wzorowo zorganizowano opiekę nad rodzącymi matkami i ich potomstwem. Teraz to się zmienia – może dlatego, że dzieci nienarodzone stały się ważniejsze od narodzonych. Odwrócona więc została długoletnia tendencja spadkowa liczby zgonów niemowląt. W 2016 r zmarło ich 1,5 tys. W 2017 r – 1,6 tys.
To niewielki przyrost śmiertelności najmłodszych – ale trzeba zauważyć, że ze wzrostem liczby zgonów niemowląt w Polsce ostatni raz mieliśmy do czynienia w 2007 r., czyli ostatnim roku poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Podczas gdy rośnie liczba zgonów, zaczyna spadać liczba narodzin. W minionym dziesięcioleciu mieliśmy lokalny szczyt narodzin, spowodowany tym, że rodziły się dzieci wyżu demograficznego z lat osiemdziesiątych (który to wyż składał się z dzieci wyżu demograficznego z lat pięćdziesiątych).
Dlatego też, w latach 2008, 2009 i 2010 odnotowano ponad 400 tys narodzin (odpowiednio: 414,5 tys., 417,6 tys., 413,3). Był to jedyny okres w minionym dwudziestoleciu z roczną liczbą narodzin przekraczającą 400 tys. – aż do 2017 r., w którym, na skutek funkcjonowania programu Rodzina 500 plus, wprowadzonego przez rząd PiS, liczba narodzin znowu przekroczyła 400 tys. (osiągając dokładnie 402 tys.).
Niestety, efekt tego pozytywnego programu okazał się krótkotrwały. W pierwszym półroczu 2017 r. w Polsce urodziło się równo 200 tys. dzieci. W pierwszej połowie ubiegłego – 193,4 tys. Ten regres jest zaskakujący, bo przecież program Rodzina 500 plus funkcjonuje w najlepsze, jest szeroko reklamowany, a zatem dzieci nadal powinno przybywać.
Być może w rzeczywistości społecznej jest tak, że doraźny program, jakim jest Rodzina 500 plus może mieć jedynie skuteczność ograniczoną czasowo. Nie zastąpi on systemowych rozwiązań, poprawiających jakość życia młodych rodzin i zachęcających ich do posiadania dzieci.
Takich rozwiązań w Polsce po prostu nie ma, czego przykładem może być choćby niepowodzenie PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań, trudności z uzyskaniem kredytów hipotecznych o odpowiedniej wysokości czy brak miejsc w przedszkolach publicznych.

Czy poniosą odpowiedzialność?

Jakie są powody nasilającej się umieralności Polaków? Niezbyt łatwo je precyzyjnie sklasyfikować, sam GUS stwierdza, iż często niedokładne i nieścisłe są opisy stanów i chorób, które uniemożliwiają precyzyjne określenie przyczyny zgonu.
To co wiadomo na pewno, to fakt, że według opinii specjalistów, tak szybki wzrost liczby zgonów w Polsce jest tylko w minimalnym, zapewne najwyżej 2-procentowym stopniu, związany ze starzeniem się naszego społeczeństwa.
Wiadomo, że im więcej jest osób w podeszłym wieku, tym większa musi być liczba zgonów. Statystycy przewidywali jednak, że wzrost liczby zgonów spowodowany starzeniem się społeczeństwa nastąpi najwcześniej za 10-12 lat. Tymczasem nadumieralność Polaków pojawiła się już w 2017 r. Przyczyny rosnącej liczby zgonów są więc zdrowotne, a nie demograficzne.
Wiemy od lat, że tym, co najczęściej przedwcześnie wpędza nas do grobu są choroby układu krążenia. Na drugim miejscu, wciąż nadrabiając dystans, plasują się choroby nowotworowe. To plagi nie tylko Polski lecz i całego współczesnego świata – ale to, że w Polsce zbierają one tak obfite żniwo, ma swoje oczywiste źródła w polityce PiS-owskiej ekipy.
Utrzymywanie zbyt niskich nakładów na opiekę zdrowotną, brak refinansowania wielu nowoczesnych leków, wydłużające się kolejki do specjalistów, konsekwentne stawianie na energetykę węglową, pozorowanie działań zwalczających smog, propagandowa tylko walka z dopalaczami, nieskuteczność w ograniczaniu alkoholizmu i narkomanii, malejące szanse godnego życia na emeryturze – tak wymieniać można długo.
Do tego dochodzą przyczyny bardziej złożone, takie jak pogarszająca się, szeroko pojęta jakość życia w państwie rządzonym przez PiS. Polacy znajdują się pod coraz większą kontrolą, a władza zyskuje wciąż nowe możliwości ingerowania w ich codzienne sprawy.
Obecni władcy Polski rządzą poprzez wywoływanie i pogłębianie konfliktów, organizowanie nagonek, skłócanie społeczeństwa, kłamliwą propagandę, demontowanie państwa prawa.
W takim kraju trudno żyć – więc nic dziwnego, że to życie kończy się znacznie częściej niż powinno.
Trudno tu o jakiekolwiek pozytywne zakończenie. Można chyba tylko zacytować słowa Jacka Kaczmarskiego ze słynnej ballady: „O, bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie!”

Orkiestra stoi cicho

Co mnie dotyka w „Sprawie Owsiaka”? Nie to, że Owsiak wykonał sprytny ruch, wyciągnięty prosto z arsenału technik marketingu oraz PR. Ograniczył maksymalnie (możliwe, nie rzeczywiste) straty wizerunkowe, poprzez rezygnację, pokazanie się w roli ofiary, a zarazem winnego, a potem powrócił, zyskując jeszcze większą niż dotąd popularność i szacunek, także wśród tych, którzy do tej pory Orkiestrą ekscytowali się w stopniu umiarkowanym. WOŚP jest, jak wszyscy wiemy, organizacją charytatywną. Z definicji funkcjonuje dzięki znacznej części społeczeństwa, która w geście dobrej woli darowuje jej środki na jej główne, sztandarowe działanie. Jest nim zakup sprzętu medycznego. Jej twarzą i głosem od 27 lat jest niezmiennie pomysłodawca. I tylko on, chociaż Orkiestra to praca tysięcy ludzi, tych zatrudnionych i wolontariuszy, a także praca darczyńców, bo przecież datki pochodzą z ich zarobków. Niewiele z nas byłoby w stanie wymienić kogokolwiek innego zaangażowanego w WOŚP z imienia i nazwiska. Jedyne widziane na bilbordach, ekranach telewizyjnych czy zasłyszane na falach radiowych osoby to celebryci, często politycy, postacie powszechnie uznawane ze publiczne. Za pomocą charytatywnej mobilizacji społecznej i najczęściej woluntaryjnej pracy, których efektem są masowe wydarzenia, burza medialna oraz budowa złudnej, chwilowej solidarności, która zawiesza i przecina dyskurs PO-PiS-owy, celebryci, autorytety potęgują swoją pozycję społeczną, a także zarabiają pieniądze, bo przecież wzrost popularności, udane kampanie PR można jak najbardziej przeliczyć na złotówki. Oni również de facto są wielkimi beneficjentami WOŚP. Aukcja przedmiotu X, który należy do celebryty czy polityka Y zwiększa jego kapitał społeczny, rozpoznawalność, daje mu łatkę tego dobrego. Może to być nawet człowiek, który zrobił coś złego w przeszłości czy jest kontrowersyjny. Już do klasyków należy spacer z Leszkiem Balcerowiczem. Może i zaszkodził ludziom w przeszłości, ale teraz pomaga biednemu państwu, czyli ma jednak dobre serce. I tylko przypomina się piękna swą szczerością wypowiedź pana Sienkiewicza o tymże państwie… Nawet „antyowsiakowcy” zbierają żniwo tego wszystkiego. Ich teksty idą jak ciepłe bułeczki. Hejt z jednej strony PO-PiS-u na drugą. Wszyscy na tym coś zyskują: scementowanie elektoratu, partii czy narracji, osobistą popularność dzięki super słodkiej aukcji czy wypowiedzi. Kościół daje kolejne pokazy siły. Można tak bez końca.
A jak się ma do tego główny cel Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy? Nie wątpię, że celem Owsiaka i jego współpracowników jest pomoc polskiej służbie zdrowia, wsparcie NFZ, pomoc w pracy ludziom, którzy codziennie ratują życie. Ich własne życie jest jak niewiele innych naznaczone pięknym, humanitarnym i niezwykle psychicznie ciężkim powołaniem. Dumną, szanowaną, zasługującą na te słowa pracą. To nie kwestia polemiczna – tak po prostu jest. A teraz przypomnijcie sobie waszą frustrację, kiedy to w kolejce kilkudziesięciu osób na SORze w ciągu dnia tkwicie ze złamaną lub nie, bo nikt jeszcze nie wie, nikt nie poinformował, ręką, nogą, czymkolwiek. Spróbujcie wyobrazić sobie uczucia
i stres pielęgniarki, lekarza czy rezydentki, która o 17:00 nie ma już pomocników do pracy z pacjentami. Ba! Nie ma wystarczającej dla tego tłumu rannych, osłabionych lub połamanych ludzi liczby wózków inwalidzkich czy nierzadko łóżek. O atmosferze pracy ratowników i ratowniczek (oraz liczbie karetek) nie wspomnę. Tak, WOŚP pomaga ludziom. Zebrane do puszek pieniądze dają nam wszystkim, społeczeństwu urządzenia ratujące życie. Lecz czy to nie jest kompletny absurd, że autorytetami w sprawach pomocy ludziom, medycyny i służby zdrowia stają się celebryci i osoby publiczne, media takie jak TVN, Play i cała masa podmiotów, a ich głównym przedstawicielem Jurek Owsiak, który przyszedł, wyszedł z hukiem, wrócił? A miejsce dla udzielających się w tym wszystkim lekarzy i ekspertów jest tylko wśród wzywających do popierania WOŚP-u? A także wśród proszących o pomoc dla swych placówek? Bo co się dzieje, gdy prawdziwi eksperci i ekpertki, tworzący i budujący służbę zdrowia, wchodzą na arenę debaty publicznej żądając podwyżek płac, większego budżetu dla szpitali, bycia traktowanymi jak ludzie, a nie jak niewolnicy swojego humanitarnego powołania? Cisza. Gwiazdy gasną, gdy rezydenci głodują, pielęgniarki strajkują, ratownicy wychodzą na ulice. Protesty? Sami związkowcy, kilka dziennikarek i dziennikarzy, grupka aktywistów. Media interesują się tematem od niechcenia. Gdzie społeczeństwo? Ci z WOŚP, ale i ci z Caritasu? Te gwiazdki z serduszkiem przy znaczkach partyjnych? Gdzie wolontariusze? Gdzie nagle popkulturowe i polityczne autorytety, chętnie zbierające na łzy w morzu potrzeb naszej służby zdrowia, naszego społecznego zdrowia?
Jedynych prawdziwych, doświadczonych specjalistów w zakresie ochrony zdrowia, ma się w d*pie. Kolejni maszerują! Następne żądają!
Orkiestra stoi cicho. Coś tu poszło nie tak.

Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…

Dysonans

Ewa Błaszczyk należy do grona wybitnych polskich aktorek z pokolenia Krystyny Jandy, Doroty Stalińskiej. Gra i śpiewa na doskonałym poziomie. Przed laty, po śmierci męża, przydarzyło się jej rodzinie i to, że jedna z córek – po, wydawałoby się, banalnym wypadku (złe przyjęcie tabletki) – zadławiła się i popadła w śpiączkę. Opisany stan nie interesuje już medycyny – w Polsce przed 1989 rokiem tacy chorzy, na granicy snu i strzępków życia, leżeli w szpitalnych izolatkach lub domach pomocy, gdzie umierali szybko i bez rozgłosu.

O tym, że i po 1989 roku nic się nie zmieniło, szybko przekonała się i Ewa Błaszczyk, zwłaszcza, gdy usłyszała: „A kogo to obchodzi…”.

Wściekła, rozżalona, założyła fundację, stała się tak jej ikoną jak i menedżerem, a wszystko skończyło się luksusową kliniką „Budzik”, w której kilkunastu chorych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, co córka aktorki, podlega intensywnej terapii i czasami na powrót wraca do – przynajmniej cząstkowej – świadomości oraz – kontaktu ze światem.

Wielkie to dzieło i wielka w tym Ewy Błaszczyk zasługa.

Ale jest i druga strona medalu, która, rzecz jasna, w niczym opisanych powyżej dokonań nie umniejsza.

Klinika pochłonęła miliony z kont sponsorów (firm, korporacji, samorządowych budżetów), zbudowana została z przepychem. Żaden barak. Ilość miejsc – mało imponująca, jak na zgłaszane potrzeby. Personel słono wynagradzany, no bo „nikt nie będzie pracował darmo…”. Słowem, kilku otrzyma dużo. A reszta? Dla reszty, gdy nie poruszą serca jakiegoś energicznego aktywisty, pieniędzy – sponsorskich, korporacyjnych – już nie będzie.

Niestety, bliższy mi jest i pozostanie system, gdzie dla „wszystkich jest po trochu”, zaś trud społeczników przekłada się na wypracowanie nieustannie doskonalonej matrycy, którą można implantować w całym kraju, nawet w najbardziej zapadłej wsi. Nie fajerwerki, a przemyślana forma pomocy wszystkim chorym i ich rodzinom, którą jest w stanie skutecznie wesprzeć nawet samorząd w przysłowiowym Pcimiu. Goły i bosy.

Niedawno – ku zgorszeniu miejscowego MGOPS-u – zażądałam wglądu w swą „teczkę”, czyli w materiały wyprodukowane przez urzędniczki miejscowej „pomocy społecznej”. Choć podmiotem starań urzędników miał być mój mąż (SM, brak wzroku, całkowity paraliż), w MGOPS-ie uznano, że podmiotem tym będę jednak ja. Jako „opiekun osoby ciężko niepełnosprawnej”. Bo tak było wygodniej.

Z „pomocy” korzystaliśmy po przyjeździe z Poznania do miasteczka W. (wynik „czyszczenia kamienic”) w 2006 roku, gdy całe nasze dochody wynosiły 766 zł (w tym kredyt hipoteczny). Wówczas odwiedziła nas urzędniczka MGOPS-u, zapytała, dlaczego „chory jeszcze nie wyzdrowiał”, odnotowała obecność 3 psów, w tym 2 – wychudzonych, meble „nowe, ale z płyty”, sytuację oceniła jako „trudną” i przydzieliła 60 zł „na łba” i „europejskiej pomocy żywnościowej” 2 tysiące.

Książek ani kilku instrumentów nie odnotowała, podobnie jak i tego, że zaczepki popegeeroowskich sąsiadów nie pozwalały spokojnie wyjść z mieszkania. Z perspektywy czasu, nie mam pretensji: książki można było sprzedać, instrumenty – także, psy uśpić, a co do sąsiadów – nie wychodzić za dnia z domu.

Minęło 10 lat bez pomocy i po przejściu na emeryturę nie sięgającą 1000 zł, znów musiałam udać się do MGOPS-u. Zasponsorowali 200, 300-złotowymi kwotami (raz 500, a po śmierci męża nawet 1000) używany materac antyodleżynowy, łóżko, najtańszą pralkę. Hojność miała jednak swą cenę – w „teczce” pojawiły się zapisy o „konfliktowości”, bo „tak się słyszy”. Odnotowano, że dramatycznie poszukuję pracy, ale uwaga ta wsparta wywiadem w miejscowym urzędzie pracy, doczekała się adnotacji, że pewnie „mam zbyt wysokie wymagania”. Najwyraźniej to, że po przyjeździe do W. bez szemrania podjęłam 3-zmianową robotę „ślusarza”, pracowałam w ponurych pieczarkarniach i grzybiarniach, a w miesiąc po śmierci męża, najęłam się do fizycznej roboty w fabryce poduszek – nie pasowało do modelu „klienta pomocy” który – jak powszechnie wiadomo – sam sobie winien.

Z urzędniczych opisów wyłaniał się obraz smutnego, biednego, choć czystego domostwa, po którym – jak to u każdej patologicznej biedoty – hasają: psy, kot, świnka morska, królik, a nawet chomiki. Do kompletu brakowało wzmianek o walających się półlitrówkach. Za to o chorym, choć choroba ani na milimetr nie odebrała mu nieprzeciętnej inteligencji, pogody, poczucia humoru i dobroci wreszcie w „teczce” prawie nie ma nic. Po prostu – nie był podmiotem, zatem nikt o nic go nie pytał.

A nie pytał, bo w Polsce niedomoga fizyczna zwykle utożsamiana jest z uwiądem władz umysłowych – potwierdzali to, zresztą, moi popegeerowscy sąsiedzi ustami elokwentnego absolwenta kilku klas szkoły powszechnej, gdy rozgłaszali, że SM to „psychiczna choroba zakaźna”.

Tym, co jednak wprawiło mnie w osłupienie, była osoba, którą wskazano jaką „opiekunkę”, co to miała dojeżdżać do nas na godzinę w tygodniu celem udzielenia pomocy choremu. A pomoc ta, w sensie jak najbardziej fizycznego wysiłku, zaczęła być nieodzowna. Nigdy z niej wcześniej nie korzystaliśmy, gdyż MGOPS za czasów poprzedniego kierownictwa nie potrafił znaleźć nikogo, kto by za 7-9 złotych dojeżdżał rowerem z miasteczka na koniec wsi. Proponowano nam zatem płatne usługi na pół etatu, aby się to jakiejś osobie „opłaciło”. Jednak koszt przyjęcia tej usługi był tak wysoki, że moja praca nie miałaby sensu.

W 2016 roku obliczyłam, że na godzinę pomocy w tygodniu nas stać i prawie napisałam już wniosek. A wtedy zadzwoniła do mnie zirytowana „pani Iwonka”, przedstawicielka agencji i rzekła: „Pani kochana, ja tam nie wiem, kto by do was chciał jeździć. Ale jak już taka jesteś, pani, uparta, to przyjadę do wsi, pójdę od chaty do chaty i może kogoś znajdę…”

Wizja „chodzenia po chatach”, gdzie „pani Iwonka” relacjonowałaby naszą sytuację raz za razem, tak mnie przeraziła, że porzuciłam zgubny zamiar skorzystania z gminnego miłosierdzia.

Ale było już za późno, „pani Iwonka” przyjechała i usłyszała, że „do tych, co przyjechali z miasta nikt chodził nie będzie”.

Niezrażona, wskazała jednak miejscowemu MGOPS-owi kandydatkę. Była nią wieloletnia salowa miejscowego „Caritasu”, zwolniona dyscyplinarnie zaraz po tym, jak trafiła do aresztu. A trafiła – uwaga – za nożownictwo. Na marginesie dodam: uzasadnione mężowym zaglądaniem do kieliszka.

Innych „opiekunek” „pani Iwonka” nie była w stanie znaleźć, choć na tym terenie jest ich pełno – za 1200 euro jadą do „rajchu” i tam tracą wszelki wstręt do opiekuńczej roboty, który tak je wypełnia, gdyby miały to samo robić wobec rodaków. Rzecz jasna, ani nie należy się temu dziwić ani oburzać. Tak po prostu jest.

Mąż zmarł w poniedziałek, nad ranem, na dyżurze lekarza, który – jeżeli się nie mylę – pełni jednocześnie obowiązki chirurga, ordynatora i dyrektora szpitala. Kilka dni wcześniej pojechałam do „lekarza rodzinnego” zgłosić konieczność wizyty domowej. Gniewnie (taki ma styl) wrzasnął: „A dlaczego?” Odpowiedziałam: „Bo chory jest słaby.” Na to usłyszałam: „Pani mąż był, słaby, jest słaby, będzie słaby. To nie powód…”

Aby go do wizyty zmusić, wisiałam na telefonach do dyrekcji szpitala, NFZ, PTSR-u, Urzędu Wojewódzkiego. I dopiero ten ostatni zmusił miejscowy MGOPS do przeprowadzenia rozmowy dyscyplinującej. Podobno padły groźby i miejscowy „lekarz rodzinny” zgodził się przybyć. Akt łaski miał mieć miejsce w środę, śmierć nastąpiła dwa dni wcześniej.

Sumując: z jednej strony – miliony dla kilkunastu „szczęśliwców w nieszczęściu”, z drugiej – dawane z łaski kilkuzłotowe zasiłki „celowe, specjalne” , okupione domową inwigilacją i opiniami, których źródłem staje się pomówienie i plotka, oraz „nożowniczka” jako jedyna dostępna obsada godziny opiekuńczej raz w tygodniu.

Także – lekarz, którego gniewnymi pomrukami centralnych urzędów zmuszać trzeba do złożenia wizyty umierającemu, złożonego nieuleczalną chorobą i dotkniętego, bez żadnej swej winy, straszliwym kalectwem i całkowitym społecznym osamotnieniem.

Coś tu jednak jest nie tak.

 

Autorka wraz z mężem, dotkniętym stwardnieniem rozsianym, w wyniku „czyszczenia poznańskich kamienic” przed 12 laty trafiła do po-PGR-owskiego bloku na obrzeżach Wielkopolski.