Jemioła, czosnek, dziurawiec – zamiast

1.
Kiepsko się poczułam, zatem pierwszy raz od kilkunastu lat zdecydowałam się zasięgnąć porady lekarza zwanego „rodzinnym”. W Wieleniu, jak już pisałam, na 12,5 tys. mieszkańców, rozsianych po odległych o 5,10,15 km wioskach, jest trzech pełnoetatowych lekarzy rodzinnych, jedna siostra-doktor, która sprawuje opiekę głównie nad podopiecznymi miejscowego domu pomocy społecznej i na tym koniec. Dla blisko 3-4 tysięcy mieszkańców brakuje lekarza na miejscu. Na dodatek – wszyscy lekarze rodzinni zgromadzeni są w tej samej, południowej części miasteczka. A transportu zbiorowego nie ma. I pewnie nie będzie, bo miejscowy „establishment” – zmotoryzowany, że hej!
Zapisałam się zatem do lekarza w Trzciance, odległej o ponad 40 km (7 motorowerem, reszta szynobusem, zachęcam seniorów do jazdy, bo bilet bardzo, bardzo tani).
Na miejscu – miło, czysto, ładnie – doktor przyjemny w obejściu. Popatrzył na adres i delkatnie nadmienił, że na wizyty domowe – z racji odległości – liczyć nie mogę.
– E, do stwierdzenia zgonu to wystarczy i pogotowie..- mruknęłam
Ale głośno nic nie rzekłam, z wiadomych powodów.
Potem zbadane zostało ciśnienie (ho, ho, wysokie jak diabli), nastąpiło osłuchanie i wywiad i skierowanie na badania. Klopot z tymi badaniami – bo na czczo trzeba będzie się przejechać tym motorowerkiem i szynobusem tam i z powrotem, i to ze dwa razy. Koszt – 30 zł. Niby nic.
Lekarstw żadnych doktor nie przepisał, a tu łepetyna boli jak diabli, ciśnieniomierz wariuje, zatem przeszłam się do miejscowej apteki z zapytaniem, co by tu zażyć z leków bez recepty. Albo z ziół. Ale w aptece sami absolwenci technikum farmaceutycznego, nawet o jemiole nic a nic nie słyszeli.
Po nieprzespanej nocy, z widmami udaru albo zawału oraz tego, komu w testamencie mam przepisać kota Benia -Trampka, Franusia, Felusia, Stefcię oraz Remika, i po godzinie spędzonej nad stronami: „Nadciśnienie, przyczyny, objawy, leczenie” kupiłam kropelki z jemioły, owoce głogu i dziurawiec, czosnek i takie tam, oraz potroiłam czas spędzony z pieskami na ostrochodzonym spacerze.
I jest dobrze. Głowa nie boli, ciśnienie lekko tylko podwyższone z tendencją spadkową.
Jak zachce mi się znów do doktora, to raczej tak towarzysko.

2.
Tak po drodze doktor zadał mi kilka pytań: Dlaczego zamieszkaliśmy z Mężem tak daleko (czy w Trzciance nie było nic do wynajęcia) i takie tam różne. No właśnie, dlaczego – jak ten krasnoludek, który budził się co rano, przeciągał i mamrotał: K…a, jak ja daleko mieszkam, nie dałam rady odpowiedzieć. Bo jak rozmawiać ma dziś senioralny pacjent z „końca wsi”, ofiara uwolnienia miejskich czynszów z przedstawicielem zamożnej middle-class, bo do takiej lekarzy rodzinnych (3 tysiące zapisanych pacjentów razy comiesięczna składka kapitacyjna od każdego z nich) należy dziś zaliczyć.

3.
Gdyby ktoś pragnął naprawdę dokonać reformy służby zdrowia, musiałby zacząć od „przyszpilenia” lekarzy rodzinnych do określonych obszarów (gabinet w centrum okręgu z równie odległym dojazdem i podobną ilością potencjalnych pacjentów). Czyli – należałoby wrócić do dawnej rejonizacji, a to oznaczałoby zdjęcie z lekarzy rodzinnych dumnego tytułu „wolnego przedsiębiorcy”, który umiejscawia swój gabinet tam, gdzie jemu, a nie pacjentom wygodnie.
Ale dziś się już nikt nie odważy tego uczynić.
Podobnie jak nie będzie wśród polityków takiego śmiałka, który przypomni absolwentom polskich uczelni medycznych, skąd im nogi wyrastają, czyli – kto zapłacił za ich studia, które posłużą niemieckim, angielskim, holenderskim pacjentom.

4.
Na koniec opowieść… Są lata 90-te, rodzi się pomysł zastąpienia lekarzy rejonowych – rodzinnymi. W salach hotelu „Poznań” odbywa się konferencja, na której niemiecki lekarz rodzinny mówi o swojej pracy, jego słuchaczami jest poznańska profesura medyczna.
Gość jest wyjęty jakby z serialu o doktorach z alpejskiej wioski – miły, kulturalny, doskonale ułożony. Opowiada o swoim dniu pracy: Wstaje o 6-ej, pije kawę, je śniadanie, idzie do gabinetu, gdzie jego pielęgniarko-rejestratorko-księgowa porobiła już podstawowe badania (RTG, pobranie krwi i inne) – teraz następuje czas wizyt, 30 minut na pacjenta. W południe – obiad, drzemka i wyjazdy do chorych. W soboty i niedziele – zastępuje go kolega, specjalnie do obsługi weekendów – wynajęty.
Na sali – śmieszek.
Niespeszony prelegent brnie dalej – opowiada o swoich dochodach, wydatkach, posiadanym domku z ogródkiem i 8-letnim samochodzie.
Na sali – śmiech.
Na końcu drżącym głosem gość nieśmiało prawi o swym hobby – majsterkuje. Na ekranie pojawia się zdjęcie skromnego, schludnie utrzymanego warsztaciku – półeczki, blaty, w specjalnych skrzyneczkach narzędzia.
Na sali – ryk z gatunku „rubaszny”.
I wtedy nasz skromny i dobrze ułożony doktor z alpejskiej wioski pyta zdenerwowany, czym sobie zasłużył na taką reakcję. I oczami omiata salę pełną tłuściutkiej, poznańskiej profesury.
I wtedy wstaje jakiś śmiałek, ucisza salę i grzecznie tłumaczy:
– Panie doktorze, nie z pana się śmiejemy. Po prostu zachęca pan nas do dokonania wielkiej reformy w wyniku której będziemy mieli wszystko to, co ma pan. Klopot w tym, że my już to wszystko mamy… Po co zatem nam reforma?

5.
Jak się Państwo z pewnością domyślają, pytanie nadal czeka na odpowiedź.
A póki co – jemioła, dziurawiec, czosnek i spacery z małym schroniskiem dla psów.
Zamiast.

Ideał służby zdrowia – szukanie pacjenta

Składanie wizyt lekarzom nie jest moim ulubionym zajęciem. Ale cóż zrobić – w miarę upływu lat muszę ich odwiedzać coraz częściej, tracąc dodatkowy czas na zapisywanie się do wirtualnych kolejek, a potem na siedzenie w fizycznych kolejkach, przed gabinetami.

Te ostatnie dają mi jednak trochę satysfakcji. Aktywizują bowiem zawodową skłonność do badań skali i przyczyn tego organizacyjnego „zjawiska”.

W kolejce

Kolejka fizyczna na ogół się nudzi, więc rozmawia. Podsłuchuję – bo odzywa się we mnie zakorzeniona natura donosiciela, zwanego teraz sygnalizatorem. Informacje o chorobach, opinie o lekarzach, i administracji przychodni, przeplatają się z wyjaśnianiem przyczyn wizyt. Jestem względnie nowoczesnym sklerotykiem, więc mam smartfon i robiłem w nim notatki z kilkunastu takich wizyt, w trzech przychodniach. Co z nich wynika?
Do lekarzy tzw. pierwszego kontaktu jedna trzecia pacjentów „na coś” zachorowała (zaziębienie, grypa, żołądek), chce wiedzieć na co i dostać pomoc w postaci „jakiś” leków.
Także jedna trzecia leczy się u tego lekarza na „choroby przewlekłe”, chce mu powiedzieć jak się czuje i dostać kolejne recepty. Dlaczego nie korzysta z możliwości załatwienia recept w recepcji? Bo „panie w recepcji” robią to niechętnie, najczęściej i tak biegną do jakiegoś lekarza, aby je podpisał. Trwa to dłużej i nie daje przyjemności pogawędzenia z lekarzem i innymi pacjentami w kolejce.
Około 20 proc. leczy się u innego lekarza, ale ktoś im powiedział, że ten jest lepszy zawodowo, albo bardziej uprzejmy. Chcą to sprawdzić.
I pozostali – to wepchnięci dodatkowo w kolejkę jako „nagłe przypadki”, albo kombatanci. Reszta patrzy na nich „wilkiem”, bo wydłużają im czas oczekiwania.
W kolejkach do specjalistów jest inna sytuacja. Połowa oczekujących wie czego chce i są to z reguły pacjenci „komercyjni”, czyli tacy, którzy zapłacili za wizytę 80, 100 albo 120 zł. Druga połowa ma skierowanie od „lekarza pierwszego kontaktu” i liczy na dokładniejszą informację, co właściwie im dolega i jak to leczyć. Uczestnicy tej grupy wyczekali się kilka tygodni, albo kilka miesięcy, a nawet lat w kolejkach „wirtualnych”, najczęściej byli już jednak w „międzyczasie” na płatnych wizytach i obecną traktują jako wstęp do dalszego, bezpłatnego leczenia.
Zapewne mam skłonności do przesady, ale wydaje mi się, że co najmniej 30proc. „kolejkowiczów” mogło by bez uszczerbku dla zdrowia zrezygnować z wizyty, na którą oczekują. Ale wizyta nic nie kosztuje, pracującym może pozwolić na uzyskanie zwolnienia, a emerytom daje możliwość nawiązania towarzyskich kontaktów i wymiany informacji, o czekających ich jeszcze chorobach i nieudolności naszej służby zdrowia.

Kilka złotych minus

Naprawą służby zdrowia kolejne rządy zajmują się deklaratywnie od wielu lat. Rezultaty są dalekie od oczekiwań i zostawiają nas w tyle za większością krajów UE – także za naszymi najbliższymi sąsiadami. Gorzej – wtajemniczeni specjaliści twierdzą, że organizacyjna sprawność służby zdrowia, jest lepsza nawet na formalnie dalekiej od UE Białorusi.

Dlaczego??

Przede wszystkim dlatego, że boimy się niepopularnych rozwiązań. Temat symbolicznej odpłatności za medyczne „usługi” wracał kilkakrotnie, ale był natychmiast wytłumiany przez rządzące ekipy. Ciągle przecież zbliżają się jakieś wybory i nie można drażnić elektoratu groźbą zwiększenia wydatków, zwłaszcza w sytuacji, w której rozdaje się pieniądze w ramach różnych „obietnic +”.
Nie szukajmy dalekich przykładów i zajrzyjmy do braci Czechów. Obywatel płaci tam za każdą wizytę u lekarza około – w przeliczeniu – 4,50 zł. Dwa razy tyle, czyli ok. 9 złotych płaci za każdy dzień pobytu w szpitalu – aż do pewnego limitu , po którym, za uzasadniony dalszy pobyt płaci „system,” – czyli w naszym przypadku NFZ.
Po roku od wprowadzenia tych rozwiązań w 2008 roku, kolejki do lekarzy właściwie zniknęły i osiągnięto nieznany u nas w publicznej służbie zdrowia stan „poszukiwania pacjenta”. W przygranicznych miejscowościach i w Pradze czekają z utęsknieniem nawet na pacjentów z Polski i Niemiec.
Narażam się oczywiście współobywatelom, ale uważam , że w naszej sytuacji 4,50 to za mało. Sądzę, że u nas powinno się płacić minimum 6 złotych za wizytę u „lekarza pierwszego kontaktu” lub innego internisty i 10 zł. za wizytę u specjalisty. Pobyty w szpitalu – też 10 zł. za dzień, do 10 dni. Potem komisja lekarska z danego szpitala powinna zdecydować, czy można pacjenta zwolnić do domu, czy też konieczne jest dalsze jego leczenie szpitalne. Jeśli tak – opłatę za następne dni powinien pokrywać NFZ. Można oczywiście wprowadzać ulgi lub zwolnienia z tych opłat dla niektórych grup pacjentów, ale nie powinno to naruszać podstaw systemu.
To zapewne wymaga dodatkowej dyskusji, ale uważam, że wpływy z tych opłat powinny w połowie zasilać fundusze systemu, a w połowie pozostawać na kontach pobierających opłatę przychodni i szpitali. Kierownictwa tych jednostek powinny mieć swobodę decyzji o przeznaczeniu tych środków, także na podwyższanie poziomu płac personelu medycznego. Może to być dodatkowym elementem konkurencji mobilizującym do poszukiwania pacjentów, i nieco zahamować tendencje młodych lekarzy, do zarobkowych przeprowadzek za granicę.
Ale czeski system ochrony zdrowia zarabia nie tylko na wizytach konsultacyjnych i pobytach szpitalnych. Podobnych rozmiarów wpływy uzyskuje z opłat za wystawianie recept. Za każdą wystawioną receptę pobiera się opłatę w wysokości prawie 3 złotych. To byłoby „małe piwo”. ale wprowadzono zasadę, że recepta może być tylko na jeden lek. Jeśli np. emeryt musi zażywać 7 leków, to dostaje siedem recept i płaci za nie ok. 21 złotych. Może nie co miesiąc, bo – tak jak u nas – można dostać receptę na dwa czy trzy opakowania, ale w każdym razie jest to już znaczący wydatek.
Czeski system opłat za recepty jest – moim zdaniem – zbyt biurokratyczny. Sądzę, że powinniśmy do tej części problemu podejść inaczej. Można przecież – niestety znowu denerwując suwerena – wprowadzić opłatę na „fundusz zdrowia” w wysokości np. 1 zł. od każdej sprzedaży leku na receptę. Obliczyłem na paru konkretnych przykładach. Byłby to dla pacjenta wydatek roczny 50 – 60 złotych. Jednorazowo wydaje się dużo, ale w „rozbiciu” na 12 miesięcy nie powinno nikogo przerażać.

Szersze spojrzenie

Odważna decyzja o wprowadzeniu niewielkiej odpłatności za wizyty u lekarzy i pobyty w szpitalu powinna – moim zdaniem – pozwolić także na rezygnację z „zasady”, że do specjalisty musimy iść ze skierowaniem od internisty. Eo ipso – musimy najpierw czekać na wizytę u internisty, a potem u specjalisty. Bez sensu. Jeśli będziemy płacić drożej za wizytę u specjalisty– to raczej nikt nie będzie się o nią starał, jeśli nie będzie miał pewności, że jest mu ona naprawdę potrzebna.
Po wprowadzeniu odpłatności w publicznej służbie zdrowia do zmniejszenia kolejek może się też przyczynić konkurencyjna aktywizacja licznych w Polsce korporacji medycznych. Dzisiaj także przejmują one podstawową opiekę lekarską nad dużymi grupami pracowników, których pracodawcy decydują się na wykupienie „pakietów”, w praktyce eliminujących konieczność korzystania z placówek „publicznej” służby. Z ich usług korzysta także część lepiej sytuowanych przedstawicieli „wolnych zawodów”, a także bogatszych emerytów. Trudno się dziwić – ich placówki są lepiej zorganizowane, wizyty odbywają się punktualnie, nie trzeba czekać na EKG czy pobranie krwi.
Korporacje medyczne mają jednak – moim zdaniem – niewybaczalny grzech na sumieniu. Prywatnie u większości tych firm można wykupić „pakiet”, jeśli się nie ma więcej niż 80 lat. Pacjenci powyżej tego wieku nie są już dla nich interesujący, bo (zapewne) mogą częściej chorować, domagać się wizyt domowych i badań laboratoryjnych. Ale – jakby tego nie tłumaczyć – jest to jednak rodzaj wykluczenia określonej grupy obywateli. Nieubłagany upływ czasu powoduje, że w tej grupie są obecnie wszyscy, jeszcze uporczywie i bezczelnie żyjący, kombatanci II Wojny. Zarówno ci „z zachodu” jak i „ze wschodu”, a także partyzanci i uczestnicy Warszawskiego Powstania. Nie ma ich wielu i jeszcze mniej jest wśród nich ludzi dobrze sytuowanych, którzy z usług korporacji chcieli by korzystać. Ale są tacy, próbują i odbijają się od ściany. Panie i Panowie Prezesi korporacji medycznych – wiem, że „biznes to biznes”, ale z moralnego i „patriotycznego” punktu widzenia wygląda to bardzo brzydko. A w zestawieniu z hurrapatriotycznym nastawieniem obecnie rządzącej ekipy – wręcz tragicznie.
Wprowadzenie niewielkiej odpłatności za usługi medyczne w publicznej służbie zdrowia wymaga oczywiście szerokiej dyskusji i przygotowania społecznego. Słyszę czasem głosy, że może to nie być zgodne z Konstytucją. Nie zgadzam się z tym poglądem. Artykuł 68 pkt. 2 Konstytucji mówi, ze „obywatelom niezależnie od ich sytuacji materialnej władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa”. Konstytucja nie wspomina o odpłatnościach, czyli mogą być one jednym z warunków ustalonych ustawą. Jeśli wszyscy będą musieli ponosić drobne opłaty za usługi medyczne, to dostęp nadal będzie „równy”.

Protest trochę spóźniony

Lekarze będą protestować. Tym razem nie w sprawie swoich pieniędzy, ale w sprawie publicznej służby zdrowia.

To budujące, że występując z protestem starannie podkreślają, że nie chodzi tym razem o kolejną podwyżkę uposażeń, ale o ratunek dla pacjentów. Z uznaniem witam deklarację organizatorów protestu, by zjawili się na nim ci wszyscy, którym „zależy, aby publiczna ochrona zdrowia w Polsce zaczęła w końcu funkcjonować dobrze, aby Polacy przestali umierać w kolejkach do leczenia”. To znaczy, że chcą się podeprzeć wszystkimi, bo nie ma na świecie człowieka, który by nie chciał, by opieka medyczna była coraz lepsza. Doprawdy, zaraz się rozpłaczę.
W ucieraniu usmarkanego nosa przeszkadzają mi jednak nieco okruchy wspomnień, jak lekarze i ich związki zawodowe (!) optowały za prywatyzacją służby zdrowia, która miała być remedium na wszystkie bolączki kulejącego systemu opieki zdrowotnej.
W 2006 roku, podczas zapowiedzi strajku lekarzy przewodniczący Zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztof Bukiel zapowiedział, że elementem strajku będzie „autoprywatyzacja” polegająca na tym, że lekarze masowo zwolnią się z pracy w publicznych placówkach zdrowia i będą świadczyć usługi prywatnie.
Jerzy Miller, prominentny polityk PO i dawny prezes NFZ, był zdania, że społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji minie kiedy dokona się zmiana mentalności. Prywatyzacji nie sprzeciwiała się Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w 2007 r, a sekretarz jednego z najbardziej bojowych w czasie strajku lekarzy w 2007 roku Porozumienia Zielonogórskiego utrzymywał, że prywatyzacja oznacza po prostu racjonalizację rynku usług medycznych.
Do tego dodajmy wielokrotnie krytykowaną na naszych łamach działalność WOŚP i forsowaną przez Jerzego Owsiaka koncepcję prywatyzacji służby zdrowia i to radykalnej, bolesnej („bolesne, krwawiące cięcie”).
To prawda, że są przesłanki, pozwalające wierzyć, że przynajmniej kolejne pokolenie lekarzy nie jest już bezkrytycznymi fanami komercjalizacji usług medycznych – wszak podczas dramatycznego, głodowego protestu rezydentów jako lekarstwo dla chorej służby zdrowia wskazywano już zwiększenie na nią wydatków z budżetu, nie wyprzedaż.
Jeśli jednak w zapowiadanym dzisiaj proteście wezmą udział wszyscy ci wyżej wymienieni ludzie i kierowane przez nich organizacje, to czy starczy im śmiałości i uczciwości, by uciąć wszystkie wątpliwości? Wystarczy powiedzieć: „myliliśmy się”. No, chyba, że wolą powiedzieć, że uczestnictwo w proteście to tylko taki żart, niewinne oszustwo, bo tak naprawdę w dupie mają publiczną służbę zdrowia, skoro celem ich wysiłków i protestów ciągle jest jej prywatyzacja? Czekam na jasną deklarację.

Outsourcing w szpitalach

Wyzysk pracowników, krzywda pacjentów

List, w którym przedstawiłem patologie outsourcingu na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym zaskakująco szybko obiegł moje miejsce pracy. Już po dwóch dniach doszedł do kierownictwa opisywanej firmy DGP, po trzech dniach zdobył popularność wśród moich kolegów-gońców. Każdy z nich komentował: sama prawda! Wreszcie 10 maja wezwano mnie do biura firmy i wręczono wypowiedzenie.
Powodu wypowiedzenia nie podano. Bo i jaki miałby być? Napisanie prawdy o praktykach tej firmy? Cała sytuacja bardziej mniej rozśmieszyła niż zasmuciła.
Bardziej zasmucające są kolejne fakty o sytuacji pracowników zatrudnianych przez DGP na potrzeby GUMed-u, które albo nie zmieściły się w moim poprzednim liście, albo które poznałem je już po jego publikacji. Poprzednio nie rozwinąłem m.in. wątku pracy na dyspozytorni, gdzie byłem równocześnie dyspozytorem i gońcem. Teoretycznie było tak tylko przez godzinę – ale była to godzina najgorsza. Oczekiwano ode mnie, że będę równocześnie odpowiadał za transport pacjentów, odbieranie telefonów z całego GUMedu, przyjmowanie dyspozycji, zlecanie ich kierowcom lub ich samodzielne wykonywanie. Musiałbym się rozerwać, żeby zrobić to wszystko…
Z kolei już po napisaniu listu dowiedziałem się, że zatrudnionym na umowie-zleceniu potrącają 10 minut każdego dnia roboczego (to trzy godziny w skali miesiąca!) z wypłaty za rzekomą przerwę.
Tyle, że przerwy nie ma.
Goniec może odpocząć, gdy nie ma akurat żadnych zleceń. Jeśli kogoś oburza fakt odpoczynku i jest fanem, jak się wyraził Jarosław Górski w swym genialnym felietonie, „bezsensownego zapierdolu”, powinien się z tego leczyć. A takich też można znaleźć na terenie GUMedu. Chociażby jedna z brygadzistek DGP, która powiedziała mi, że mógłbym się zainteresować również innymi oddziałami niż ten który został mi wyznaczony…
Mój przypadek i tak nie jest najdrastyczniejszy. Przykrości, jakie spotykały mnie w pracy, to nic w porównaniu z historią pewnej niepełnosprawnej kobiety-gońca. Pracowała w faktycznym wymiarze ponad 12 godzin, chociaż w grafiku widniało godzin 7. Miała oczywiście umowę-zlecenie… „Z braku ludzi do pracy” wymuszano na niej, by pracowała dłużej, nie zawsze płacono za te nadgodziny. Za to, jeśli wyszła ze szpitala po siedmiu godzinach, dzwoniono do niej, zarzucano, że jest nieodpowiedzialna, żądano, by wracała… Tymczasem ona nie radziła sobie z ciężarem pracy i natłokiem zleceń.
Po trzech miesiącach pracy jako goniec, „za karę” została… sprzątaczką przy prosektorium.
Miesiąc później odeszła z GUMed-u, by się ratować – mdlała w pracy z przemęczenia, miała myśli samobójcze. Niestety, zapewne nie była ostatnia. DGP do dziś postępuje w podobny sposób. Firma potrafi skierować do sprzątania osobę, która jest formalnie gońcem, jeśli chce ją „zdyscyplinować” za to, że np. „za często choruje”. Sam po tygodniu choroby, choć ciągle pracowałem jako goniec, dostałem identyfikator z napisem „serwis sprzątający”. W żadnym wypadku nie pogardzam osobami, które wykonują tę bardzo ważną pracę. Niemniej jasne jest dla mnie, że DGP chce w ten sposób pracowników upokarzać.
Inną stałą praktyką firmy DGP jest dawanie pracownikom do podpisania rachunku, na którym nie ma podanej liczby godzin. Mnie 7 maja poproszono o podpisanie czegoś innego.
W biurze DGP wręczono mi wniosek o umowę-zlecenie, choć dużo wcześniej wypełniałem wniosek o zatrudnienie na umowę o pracę. Wypełniłem ten wniosek z wyjątkiem ostatniej strony, która dotyczyła szczepień na WZW i badań sanitarno-epidemiologicznych. Nie zaszczepiłem się wcześniej na WZW, choćby dlatego, że nie miałem kiedy; codziennie pracowałem! Powiedziano mi, że mam załatwić szczepienie we własnym zakresie, firma za to płacić nie będzie. Skierowania na badania sanitarno-epidemiologiczne, o czym pisałem w poprzednim artykule, też nie dostałem.
10 maja wręczono mi wspomniane na wstępie wypowiedzenie bez podania przyczyny.
Co z moimi kolegami, którzy czekali na informacje o kursie na sanitariusza, ponoć niezbędnym, by dostać umowę o pracę? Część osób (podobno większość) ostatecznie… dostała umowę bez kursu. O samym szkoleniu nadal cisza, co więcej, kwestionuje się sens tego kursu nawet wśród niektórych lekarzy.
Można zapytać – czy skoro widzimy, co dzieje się w naszym miejscu pracy, czy próbowaliśmy szukać pomocy? Otóż tak. Wspomniana przeze mnie goniec, która stała się sprzątaczką, zgłosiła swój przypadek do Państwowej Inspekcji Pracy. Nie otrzymała pomocy.
Powyższe patologie zawdzięczamy terapii szokowej, rozpoczętej wówczas, gdy szpital postanowił się „wyręczyć” firmami zewnętrznymi.
Wraz z outsourcingiem doszło do pogorszenia się sytuacji pracowników. Nastał większy wyzysk i mniejsza stabilność pracy, która z kolei przyczyniła się do pogorszenia się jakości usług szpitalnych (wszystkich, nawet jakości posiłków podawanych pacjentom). Stały personel zdecydowanie lepiej wpływa na funkcjonowanie szpitala niż rotacja pracowników. Tymczasem po wejściu firm zewnętrznych najbardziej doświadczeni
z pracy odeszli.
Firmy zewnętrzne powinny wynieść się z sektora publicznego, szczególnie ze szpitali. Ich funkcjonowanie jest sprzeczne z przysięgą Hipokratesa: „najważniejsze nie szkodzić”. Outsourcing szkodzi pracownikom, pacjentom i higienie szpitalnej. Należy stanowczo zrezygnować z tego chorego pośrednictwa.

Zmierzamy do katastrofy

Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział w drugiej połowie roku dwie kontrole: jakości opieki psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży oraz jakości ratownictwa medycznego w związku z licznymi ostatnio doniesieniami o nieprawidłowościach na szpitalnych oddziałach ratunkowych.
– Po pierwsze, musimy postawić na służbę zdrowia jako priorytet w finansach państwa. (…) Kontrole NIK pokazały, że pieniądze skierowane do organizacji proobronnych nie są wydawane prawidłowo. Musieliśmy skierować zawiadomienia do prokuratury. Na to lekką ręką wydawane są pieniądze – zamiast na opiekę medyczną – nie ma wątpliwości szef NIK. – W tym temacie zmierzamy do katastrofy.
Maleje liczba lekarzy i pielęgniarek, zaś dramatycznie wzrasta średnia ich wieku. Pacjenci czekają godzinami nie tylko na szpitalnych oddziałach ratunkowych, ale również tkwią w kolejkach do specjalistów i na zabiegi, na które muszą zapisywać się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
NIK zbada jedną trzecią oddziałów ratunkowych w pięciu województwach.
29 marca prezes Narodowego Funduszu Zdrowia podpisał zarządzenia dotyczące zwiększenia wydatków na ambulatoryjną opiekę medyczną i leczenie szpitalne – m.in. na zabiegi usunięcia zaćmy, badania rezonansem magnetycznym. Ale to kropla w morzu. Na razie w mediach piętrzą się doniesienia o pacjentach umierających w poczekalniach na SOR-ach, którym udzielono pomocy zbyt późno lub dokonano nieprawidłowego rozpoznania.
„Kontrola NIK ma przede wszystkim dać odpowiedź na pytanie, czy system ratownictwa medycznego zapewnia sprawne podejmowanie działań medycznych wobec osób w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego” – pisze Izba na swojej stronie. NIK już zwracała uwagę na niedoskonały system selekcji pacjentów, a także na fakt, iż SOR-y są przepełnione bo dla ludzi wymagających opieki ambulatoryjnej po prostu nie ma alternatywy:
„NIK już kilka lat temu kontrolowała funkcjonowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Ustalenia z 2011 r. pozostały aktualne do dzisiaj. Kontrolerzy ustalili wówczas, że SOR-y udzielały świadczeń zdrowotnych również osobom, które nie znajdowały się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, a więc nie kwalifikowały się do takiej formy pomocy, co stanowiło naruszenie obowiązujących przepisów. W poszczególnych kontrolowanych szpitalach takie osoby stanowiły szacunkowo od 30 do 80 proc. zgłaszających się. Sytuacja ta stwarzała zagrożenie dla pacjentów, którzy faktycznie potrzebują pomocy ze strony SOR. W ocenie NIK była ona konsekwencją ograniczonej dostępności ambulatoryjnej opieki zdrowotnej oraz braku skutecznego mechanizmu pozwalającego na ograniczenie świadczeń dla osób, które nie znajdowały się w stanie zagrożenia zdrowotnego. Osobom tym powinny być udzielone świadczenia w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, poradni specjalistycznych lub nocnej i świątecznej pomocy doraźnej”.

SORry

O tym, jak bardzo dla władzy korzystne okazało się nadmuchanie tematu „strasznych LGBT dewiantów” okazuje się teraz, gdy cała Polska mówi o śmierci 39-latka w sosnowieckim szpitalu. Mężczyzna zmarł w kolejce, po 9 godzinach – jak twierdzi rodzina – z winy bezczynności personelu.
Do szpitala skierował go lekarz pierwszego kontaktu już wtedy podejrzewając zator w nodze, który mógł zagrażać życiu pacjenta.
Minister Szumowski milczy jak zaklęty. Głos zabrał – w najbardziej lakoniczny, jak się dało sposób – wiceminister zdrowia Krzysztof Król. Stwierdził w krótkich żołnierskich słowach, że „wiele emocjonalnych doniesień w tej sprawie jest nieprawdziwych” i że „na SOR każdy ma poczucie pilności swojego stanu”. Próbował trochę grać starym numerem z „tymi wszystkimi ludźmi, co przychodzą na SOR z gorączką i katarem”, ale w przypadku 39-latka sprawa miała się trochę inaczej, bo najpierw prawidłowo poszedł po poradę do swojego lekarza rodzinnego, więc stanęło na „no tak, analiza zdarzenia musi być tutaj bardzo szczegółowa”. Upierał się jednak, że „z pewnością nie było tak, że pacjent siedział na krześle 9 godzin bez pomocy”.
A teraz
czas na akcent osobisty. Dwa lata temu spędziłam na SOR dokładnie 9 godzin – i owszem, co jakieś dwie godziny ktoś pobierał mi krew i sprawdzał, czy żyję. Przywiozła mnie karetka z dwoma ratownikami w środku. Kiedy ratownicy zjawili się w moim mieszkaniu, sarkali, że „mam się więcej nie diagnozować przez internet” i że „to na pewno nie jest wyrostek”. Do karetki kazali mi schodzić na piechotę, bez wózka, bez pomocy, mimo bólu. Żartowali: i po co mi to było, i tak będę czekać w kolejce jak wszyscy. I cóż – mieli całkowitą rację. Pielęgniarka podstawiła mi wózek po 9 godzinach, kiedy już mdlałam, i zapewne czekałabym na korytarzu jeszcze dłużej, aż wszystkie procedury się przemielą, gdyby w międzyczasie nie zmienił się lekarz dyżurny. Bo ten nowy, świeży, względnie szybko złapał się za głowę i zarządził: „ludzie, na oddział i operować!”. Kiedy doszłam do siebie, napisałam skargę. Ale w odpowiedzi dostałam tylko wzruszenie ramionami – przecież w końcu otrzymała pani pomoc, żyje, oddycha, wyrostek wycięty, no więc o co ci, babo, właściwie chodzi? Generalnie o to, że ten konkretny zabieg nie jest w XXI wieku jakimś wielkim halo. A mimo to służba zdrowia nie dała rady ogarnąć tego banalnego tematu bez narażenia pacjenta na dodatkowe, niepotrzebne cierpienie, na poniżające traktowanie, bez wywoływania poczucia winy, że w ogóle przyszło mi do głowy wezwać pomoc. Ale fakt, daliście radę mnie ciachnąć na czas. 39-letniego Krzysztofa – nie.
SOR
nie może stawać się rosyjską ruletką dla każdego, kto nie otrzyma na wejściu mitycznej czerwonej opaski, która oznacza, że tylko minuty dzielą cię od przejścia na tamten świat. Osoba dokonująca wstępnej selekcji również nie jest Duchem Świętym. Nie wie, ile osób aktualnie wyczekuje pod drzwiami, nie jest też w stanie wyczytać ze szklanej kuli, po jakim czasie i jak drastycznie może pogorszyć się stan pacjenta z zielonym. Pan X może zacząć słabnąć po 2 godzinach, pan Y być może wytrzyma 8.
Naczelna Izba Lekarska twierdzi, że Ministerstwo Zdrowia, planując budżet na 2019 rok, wzięło pod uwagę wskaźnik PKB za 2017. A to oznacza 10 miliardów złotych mniej niż wynosiłby rzeczywisty limit wydatków – czyli 4,92 procent. Tak, SORy działają tak jak działają dlatego, że wszystko rozbija się o kasę. Że pracuje tam garstka ludzi, którzy podczas niekończących się dyżurów muszą się dwoić i troić. Angażować sto procent uwagi na oddziale, na SOR i na przykład na bloku operacyjnym. Nieczułość wobec pacjenta? Internauci już wiedzą: to ona zabiła Krzysztofa. Tylko że ona również, jak wszystko, ma swoje przyczyny.
Ma swoje korzenie w przepracowaniu, w niewyspaniu, w ciągłym lęku o jutro, w opijaniu się hektolitrami kawy, bo kiedy dyspozytor gdzieś kieruje, nie można powiedzieć „pierdolę, nie jadę”. Na końcu tego łańcucha są pacjenci. Tak, również ci z gorączką i katarem, którzy często nie mają innej szansy na uzyskanie pomocy ambulatoryjnej i zrobienie badań. W przychodni „na macankę” nie da się stwierdzić na pewno, czy mamy do czynienia z zapaleniem pęcherza czy kamicą nerkową. Takich ludzi też kieruje się na SORy, gdzie wkurzeni, przemęczeni, źle wynagradzani są wszyscy: od pani rozdającej opaski i mierzącej ciśnienie, przez pielęgniarkę biegająca pomiędzy 60 oczekującymi osobami aż po lekarza dyżurnego, który po wielu godzinach pracy bez przerwy już nie widzi na USG zapalenia wyrostka i najchętniej wysłałby delikwentkę z bolącym brzuchem na kopach do domu.
Zgadzam się, że żaden pacjent nie powinien ponosić z tego tytułu konsekwencji. Ale czas przestać się oszukiwać: dopóki system ochrony zdrowia będzie niedofinansowany leżał i kwiczał, a SOR będzie robił za sortownię odsiewającą pacjentów, dla których nie ma ambulatoryjnej alternatywy, pacjenci będą te konsekwencje ponosić. I będą umierać. Raz przez niedopatrzenie pani z opaską, raz przez to, że lekarz nie zmienił skrajnie przemęczonego kolegi na czas. Raz przez to, że chirurg akurat ciął kogoś innego na bloku.
Czekając
w środku nocy na USG gdzieś na fafnastym piętrze, zobaczyłam jednego z „moich” ratowników, tego bardziej niemiłego. Leżał na podłodze, żeby złapać chociaż 5 minut snu. Wszyscy jesteśmy ofiarami tego cholernego systemu.

Abba ojcze!

„Piątka” Morawieckiego, „Piątka Kaczyńskiego” – cuda na kiju: elektryki, mieszkania za pół darmo, PKS-y jak nowe, elektronika, innowacyjność, 100 mostów na stulecie, promy, jak domy, śmigłowce jak torpedowce, 500 na drugie dziecko, 500 na pierwsze…

Do jesiennych wyborów na pewno jeszcze czymś nas obdarują – na przykład po pięćset dla każdego ojca, który utrzymywał matkę swoich dzieci nie mniej niż 30 lat. Jest jednak taka dziedzina naszego życia, o której władza milczy we wszystkich znanych sobie językach. Zdrowie, mianowicie. A jest się czym pochwalić – w konkurencji „Wydatki na ochronę zdrowia” zajmujemy w krajach Unii drugie miejsce. Drugie! Co prawda od końca, ale zawsze. Za nami jest tylko Łotwa, ale co to za konkurencja – im nawet do dwóch milionów brakuje 100 tys. obywateli. Naprawdę mamy z czego być dumni! Pan premier zaś, który przy byle okazji pod adresem Prezesa, PiS-u i swoim własnym wystrzeliwuje milion pochwał na minutę, o tym akurat milczy. Tymczasem w raportach Najwyższej Izby Kontroli ten sukces PiS-u zapisany jest złotymi głoskami.
– Czas oczekiwania pacjentów na udzielenie świadczenia wydłużył się w przypadku większości analizowanych oddziałów, pracowni, zakładów i poradni.
– Nadal występują znaczące dysproporcje w dostępie do świadczeń pomiędzy poszczególnymi oddziałami wojewódzkimi NFZ, w konsekwencji pacjenci w poszukiwaniu lekarzy specjalistów muszą jeździć do sąsiednich województw.
– Udział wydatków bezpośrednich, ponoszonych przez pacjentów, w wydatkach na ochronę zdrowia ogółem był wysoki, i w Polsce w 2015 r. wynosił 23,2 proc., podczas gdy przykładowo we Francji – 6,8 proc., Niemczech – 12,5 proc., w Czechach – 13,7 proc., a w Słowacji – 18,4 proc.
– W 2016 r. polscy pacjenci musieli płacić z własnej kieszeni na ochronę zdrowia jeszcze więcej – wydatki te wzrosły do 23,4 proc. wydatków ogółem, podczas gdy np. wydatki Szwedów spadły z 15,2 proc. w 2015 r. do 14,9 proc. w 2016 r. W ten sposób pogłębiają się nierówności społeczne w dostępie do świadczeń zdrowotnych… Czyż to nie sukces? Płacić coraz więcej za coraz mniej! Toż panu Morawieckiemu już tylko z tego tytułu Nobel z ekonomii się należy. Taki skromnych człowiek – ciągle nam powtarza, jak skutecznie zaciska pętlę na szyjach VAT-owskich oszustów, a o naszych szyjach milczy. One od macochy, czy co? Przecież płacimy uczciwie. Nasze składki na ubezpieczenia zdrowotne to już prawie 95 procent wszystkich dochodów NFZ… Na szczęście nad wszystkim pieczę trzyma pan Prezes. Nawet jak pan Morawiecki o czymś zapomni, nawet, jak się panu Szumowskiemu coś nie uda, to pan Prezes, to dostrzeże i krzywdę naszą naprawi. Tak się zresztą stało dopiero co. Radosną nowinę ogłosiła pani Szydło: 13 emerytura, która będzie wypłacona w maju, to „prezent od Prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego!” Emeryci są zachwyceni. Będą mogli wyleczyć jeden ząb. A jak dobrze pójdzie, to i półtora! Albo na dwa miesiące zaopatrzyć się w pielucho majtki. No, chyba, że ktoś ma kanalizację bardziej zdefektowaną, to na miesiąc. Przez miesiąc będą mogli pożyć, jak za króla Sasa: jeść, pić i popuszczać. Abba ojcze!

Przepracowany jak lekarz

39-letni kardiolog i internista z Łodzi zmarł w swoim gabinecie pod koniec weekendowego dyżuru. Państwowa Inspekcja Pracy bada, czy nie doszło do narażenia jego życia i zdrowia. Mężczyzna rozpoczął dyżur w piątek o godz. 16.00. Miał go zakończyć w niedzielę o 8.00. Nie doczekał. Oprócz Pleszewskiego Centrum Medycznego, gdzie pojawiał się w weekendy, zatrudniony był w jeszcze czterech innych miejscach.
Egzotyczne doniesienia z dalekiej Japonii o nadgorliwcach, którzy zmarli po kilkudziesięciu godzinach pracy bez przerwy, to już nie sensacje, to rzeczywistość polskiej służby zdrowia, gdzie zasłabnięcia na dyżurach są na porządku dziennym, a zgony lekarzy zdarzają się coraz częściej.
Zmarły w Pleszewie lekarz przyjmował pacjentów również w Łodzi, Bełchatowie, Zgierzu i Łęczycy. W samym regionie łódzkim zmarło już na dyżurach dwóch chirurgów ze szpitala Bonifratrów, a także medycy z Centralnego Szpitala Klinicznego i w szpitala w Pabianicach.
W 2016 roku 44-letnia anestezjolog zmarła po czterech dniach pracy bez przerwy w szpitalu w Białogardzie. W 2011 roku zmarł anestezjolog z Głubczyc, który zdążył przepracować pięć dyżurów z rzędu. W 2017 pod Krakowem zasłabła – i zmarła pomimo reanimacji – 26-letnie rezydentka.
W 2013 roki problem wypalenia zawodowego dotyczył 40 procent polskich lekarzy zgodnie z wynikami kontroli Naczelnej Izby Lekarskiej. W 2019 lekarz to w Polsce najwyraźniej zawód wysokiego ryzyka. Ponieważ jednak zgony pacjentów mogą być pośrednio, jakby to powiedzieć, powiązane ze zgonami pacjentów, zamiast „trzynastek” i innych przedwyborczych cudów, warto by zainwestować w tych, którzy narażają swoje życie aby ratować nasze.

„Dobra zmiana” niesie śmierć

Zaniechania i błędy rządów obecnej ekipy przyczyniają się do coraz większej liczby zgonów mieszkańców naszego kraju.

Ten tytuł nie jest żadną przenośnią lecz najbardziej dosłownym stwierdzeniem faktu – pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, rządami „dobrej zmiany”, umiera coraz więcej mieszkańców naszego kraju, a co gorsza, zaczyna ich się rodzić mniej. I trudno uznać, że ekipa która od 2015 r. panuje w Polsce nie ponosi za to odpowiedzialności.
Dramatyczny wpływ rządów PiS na stan ludności Polski wciąż jeszcze dobrze pokazują twarde dane Głównego Urzędu Statystycznego. „Wciąż jeszcze” – bo nie można wykluczyć, iż w ramach coraz nachalniejszej propagandy sukcesu, uprawianej przez PiS-owską władzę, GUS zacznie wkrótce publikować jedynie dobre wiadomości.

Złowrogie tendencje

Najnowszy Rocznik Demograficzny, przygotowany przez GUS, zawiera liczby o jednoznacznej wymowie: na koniec 2015 r., pierwszego roku w którym nad Polską zaczęło panować PiS, nasz kraj miał 38 455 tys. mieszkańców.
Na koniec 2017 – 38 422 tys. Po pierwszej połowie ubiegłego roku – już 38 413 tys. To spadek o 9 tys. w porównaniu z pierwszą połową 2017 r.
Statystyka to nie polityka, jednak trudno nie zauważyć, że pod rządami Platformy Obywatelskiej liczba ludności Polski wzrosła: z 38 116 tys w roku 2008 do 38 484 tys w 2014 r. Potem zaczął się ciągły spadek.
Najbardziej bezpośrednią przyczyną kryzysu demograficznego Polski jest rosnąca liczba zgonów. W 2015 r odnotowano ich 394,9 tys. Rok później ta liczba spadła o kilka tysięcy, do 388 tys, by w 2017 r. już wyraźnie wzrosnąć – zmarło wtedy aż 402,9 tys. mieszkańców Polski.
Jest to najgorszy wynik od 1991 r. w którym zmarło 405,7 tys. osób. Ale wtedy przeżywaliśmy apogeum dramatu spowodowanego przez „plan Balcerowicza”. Natomiast obecnie mamy ponoć strategię odpowiedzialnego rozwoju. Jak przekonują rządowi propagandyści, Polska rośnie w siłę, przeżywa dziś swój najwspanialszy okres, a ludzie żyją dostatniej. Jak widać, żyje ich coraz mniej.
Miniony rok przyniósł nasilenie złowrogiej tendencji wymierania Polaków. W pierwszym półroczu ubiegłego roku zmarło 215,1 tys. osób (w pierwszym półroczu 2017 – 210,8 tys.).
Może to oznaczać, że cały ubiegły rok – pełnych danych za 2018 r. jeszcze nie zebrano – zamknie się liczbą prawie 430 tys. zgonów!. Byłby to ponury rekord i liczba tak wielka, jakiej jeszcze nigdy nie zanotowały polskie statystyki.

Troszczmy się o dzieci narodzone

Szczególnie niepokojący jest wzrost liczby zgonów niemowląt. Przez kilkadziesiąt lat Polska była krajem, w którym wzorowo zorganizowano opiekę nad rodzącymi matkami i ich potomstwem. Teraz to się zmienia – może dlatego, że dzieci nienarodzone stały się ważniejsze od narodzonych. Odwrócona więc została długoletnia tendencja spadkowa liczby zgonów niemowląt. W 2016 r zmarło ich 1,5 tys. W 2017 r – 1,6 tys.
To niewielki przyrost śmiertelności najmłodszych – ale trzeba zauważyć, że ze wzrostem liczby zgonów niemowląt w Polsce ostatni raz mieliśmy do czynienia w 2007 r., czyli ostatnim roku poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Podczas gdy rośnie liczba zgonów, zaczyna spadać liczba narodzin. W minionym dziesięcioleciu mieliśmy lokalny szczyt narodzin, spowodowany tym, że rodziły się dzieci wyżu demograficznego z lat osiemdziesiątych (który to wyż składał się z dzieci wyżu demograficznego z lat pięćdziesiątych).
Dlatego też, w latach 2008, 2009 i 2010 odnotowano ponad 400 tys narodzin (odpowiednio: 414,5 tys., 417,6 tys., 413,3). Był to jedyny okres w minionym dwudziestoleciu z roczną liczbą narodzin przekraczającą 400 tys. – aż do 2017 r., w którym, na skutek funkcjonowania programu Rodzina 500 plus, wprowadzonego przez rząd PiS, liczba narodzin znowu przekroczyła 400 tys. (osiągając dokładnie 402 tys.).
Niestety, efekt tego pozytywnego programu okazał się krótkotrwały. W pierwszym półroczu 2017 r. w Polsce urodziło się równo 200 tys. dzieci. W pierwszej połowie ubiegłego – 193,4 tys. Ten regres jest zaskakujący, bo przecież program Rodzina 500 plus funkcjonuje w najlepsze, jest szeroko reklamowany, a zatem dzieci nadal powinno przybywać.
Być może w rzeczywistości społecznej jest tak, że doraźny program, jakim jest Rodzina 500 plus może mieć jedynie skuteczność ograniczoną czasowo. Nie zastąpi on systemowych rozwiązań, poprawiających jakość życia młodych rodzin i zachęcających ich do posiadania dzieci.
Takich rozwiązań w Polsce po prostu nie ma, czego przykładem może być choćby niepowodzenie PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań, trudności z uzyskaniem kredytów hipotecznych o odpowiedniej wysokości czy brak miejsc w przedszkolach publicznych.

Czy poniosą odpowiedzialność?

Jakie są powody nasilającej się umieralności Polaków? Niezbyt łatwo je precyzyjnie sklasyfikować, sam GUS stwierdza, iż często niedokładne i nieścisłe są opisy stanów i chorób, które uniemożliwiają precyzyjne określenie przyczyny zgonu.
To co wiadomo na pewno, to fakt, że według opinii specjalistów, tak szybki wzrost liczby zgonów w Polsce jest tylko w minimalnym, zapewne najwyżej 2-procentowym stopniu, związany ze starzeniem się naszego społeczeństwa.
Wiadomo, że im więcej jest osób w podeszłym wieku, tym większa musi być liczba zgonów. Statystycy przewidywali jednak, że wzrost liczby zgonów spowodowany starzeniem się społeczeństwa nastąpi najwcześniej za 10-12 lat. Tymczasem nadumieralność Polaków pojawiła się już w 2017 r. Przyczyny rosnącej liczby zgonów są więc zdrowotne, a nie demograficzne.
Wiemy od lat, że tym, co najczęściej przedwcześnie wpędza nas do grobu są choroby układu krążenia. Na drugim miejscu, wciąż nadrabiając dystans, plasują się choroby nowotworowe. To plagi nie tylko Polski lecz i całego współczesnego świata – ale to, że w Polsce zbierają one tak obfite żniwo, ma swoje oczywiste źródła w polityce PiS-owskiej ekipy.
Utrzymywanie zbyt niskich nakładów na opiekę zdrowotną, brak refinansowania wielu nowoczesnych leków, wydłużające się kolejki do specjalistów, konsekwentne stawianie na energetykę węglową, pozorowanie działań zwalczających smog, propagandowa tylko walka z dopalaczami, nieskuteczność w ograniczaniu alkoholizmu i narkomanii, malejące szanse godnego życia na emeryturze – tak wymieniać można długo.
Do tego dochodzą przyczyny bardziej złożone, takie jak pogarszająca się, szeroko pojęta jakość życia w państwie rządzonym przez PiS. Polacy znajdują się pod coraz większą kontrolą, a władza zyskuje wciąż nowe możliwości ingerowania w ich codzienne sprawy.
Obecni władcy Polski rządzą poprzez wywoływanie i pogłębianie konfliktów, organizowanie nagonek, skłócanie społeczeństwa, kłamliwą propagandę, demontowanie państwa prawa.
W takim kraju trudno żyć – więc nic dziwnego, że to życie kończy się znacznie częściej niż powinno.
Trudno tu o jakiekolwiek pozytywne zakończenie. Można chyba tylko zacytować słowa Jacka Kaczmarskiego ze słynnej ballady: „O, bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie!”

Orkiestra stoi cicho

Co mnie dotyka w „Sprawie Owsiaka”? Nie to, że Owsiak wykonał sprytny ruch, wyciągnięty prosto z arsenału technik marketingu oraz PR. Ograniczył maksymalnie (możliwe, nie rzeczywiste) straty wizerunkowe, poprzez rezygnację, pokazanie się w roli ofiary, a zarazem winnego, a potem powrócił, zyskując jeszcze większą niż dotąd popularność i szacunek, także wśród tych, którzy do tej pory Orkiestrą ekscytowali się w stopniu umiarkowanym. WOŚP jest, jak wszyscy wiemy, organizacją charytatywną. Z definicji funkcjonuje dzięki znacznej części społeczeństwa, która w geście dobrej woli darowuje jej środki na jej główne, sztandarowe działanie. Jest nim zakup sprzętu medycznego. Jej twarzą i głosem od 27 lat jest niezmiennie pomysłodawca. I tylko on, chociaż Orkiestra to praca tysięcy ludzi, tych zatrudnionych i wolontariuszy, a także praca darczyńców, bo przecież datki pochodzą z ich zarobków. Niewiele z nas byłoby w stanie wymienić kogokolwiek innego zaangażowanego w WOŚP z imienia i nazwiska. Jedyne widziane na bilbordach, ekranach telewizyjnych czy zasłyszane na falach radiowych osoby to celebryci, często politycy, postacie powszechnie uznawane ze publiczne. Za pomocą charytatywnej mobilizacji społecznej i najczęściej woluntaryjnej pracy, których efektem są masowe wydarzenia, burza medialna oraz budowa złudnej, chwilowej solidarności, która zawiesza i przecina dyskurs PO-PiS-owy, celebryci, autorytety potęgują swoją pozycję społeczną, a także zarabiają pieniądze, bo przecież wzrost popularności, udane kampanie PR można jak najbardziej przeliczyć na złotówki. Oni również de facto są wielkimi beneficjentami WOŚP. Aukcja przedmiotu X, który należy do celebryty czy polityka Y zwiększa jego kapitał społeczny, rozpoznawalność, daje mu łatkę tego dobrego. Może to być nawet człowiek, który zrobił coś złego w przeszłości czy jest kontrowersyjny. Już do klasyków należy spacer z Leszkiem Balcerowiczem. Może i zaszkodził ludziom w przeszłości, ale teraz pomaga biednemu państwu, czyli ma jednak dobre serce. I tylko przypomina się piękna swą szczerością wypowiedź pana Sienkiewicza o tymże państwie… Nawet „antyowsiakowcy” zbierają żniwo tego wszystkiego. Ich teksty idą jak ciepłe bułeczki. Hejt z jednej strony PO-PiS-u na drugą. Wszyscy na tym coś zyskują: scementowanie elektoratu, partii czy narracji, osobistą popularność dzięki super słodkiej aukcji czy wypowiedzi. Kościół daje kolejne pokazy siły. Można tak bez końca.
A jak się ma do tego główny cel Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy? Nie wątpię, że celem Owsiaka i jego współpracowników jest pomoc polskiej służbie zdrowia, wsparcie NFZ, pomoc w pracy ludziom, którzy codziennie ratują życie. Ich własne życie jest jak niewiele innych naznaczone pięknym, humanitarnym i niezwykle psychicznie ciężkim powołaniem. Dumną, szanowaną, zasługującą na te słowa pracą. To nie kwestia polemiczna – tak po prostu jest. A teraz przypomnijcie sobie waszą frustrację, kiedy to w kolejce kilkudziesięciu osób na SORze w ciągu dnia tkwicie ze złamaną lub nie, bo nikt jeszcze nie wie, nikt nie poinformował, ręką, nogą, czymkolwiek. Spróbujcie wyobrazić sobie uczucia
i stres pielęgniarki, lekarza czy rezydentki, która o 17:00 nie ma już pomocników do pracy z pacjentami. Ba! Nie ma wystarczającej dla tego tłumu rannych, osłabionych lub połamanych ludzi liczby wózków inwalidzkich czy nierzadko łóżek. O atmosferze pracy ratowników i ratowniczek (oraz liczbie karetek) nie wspomnę. Tak, WOŚP pomaga ludziom. Zebrane do puszek pieniądze dają nam wszystkim, społeczeństwu urządzenia ratujące życie. Lecz czy to nie jest kompletny absurd, że autorytetami w sprawach pomocy ludziom, medycyny i służby zdrowia stają się celebryci i osoby publiczne, media takie jak TVN, Play i cała masa podmiotów, a ich głównym przedstawicielem Jurek Owsiak, który przyszedł, wyszedł z hukiem, wrócił? A miejsce dla udzielających się w tym wszystkim lekarzy i ekspertów jest tylko wśród wzywających do popierania WOŚP-u? A także wśród proszących o pomoc dla swych placówek? Bo co się dzieje, gdy prawdziwi eksperci i ekpertki, tworzący i budujący służbę zdrowia, wchodzą na arenę debaty publicznej żądając podwyżek płac, większego budżetu dla szpitali, bycia traktowanymi jak ludzie, a nie jak niewolnicy swojego humanitarnego powołania? Cisza. Gwiazdy gasną, gdy rezydenci głodują, pielęgniarki strajkują, ratownicy wychodzą na ulice. Protesty? Sami związkowcy, kilka dziennikarek i dziennikarzy, grupka aktywistów. Media interesują się tematem od niechcenia. Gdzie społeczeństwo? Ci z WOŚP, ale i ci z Caritasu? Te gwiazdki z serduszkiem przy znaczkach partyjnych? Gdzie wolontariusze? Gdzie nagle popkulturowe i polityczne autorytety, chętnie zbierające na łzy w morzu potrzeb naszej służby zdrowia, naszego społecznego zdrowia?
Jedynych prawdziwych, doświadczonych specjalistów w zakresie ochrony zdrowia, ma się w d*pie. Kolejni maszerują! Następne żądają!
Orkiestra stoi cicho. Coś tu poszło nie tak.