Stracona szansa na rynku pracy

Eksperci się zgadzają: czas dobrej koniunktury i szybkiego rozwoju gospodarczego się skończył.

Gospodarka zwalnia, przybywa coraz mniej miejsc pracy, spada dynamika wzrostu płac, inwestycji i konsumpcji. Coraz więcej komentatorów mówi, że kończy się okres prosperity, a sytuacja pracowników w wielu branżach będzie się pogarszać.

Lepiej już było

PiS miał szczęście. Przez cały okres pierwszej kadencji rządów Jarosława Kaczyńskiego w całej Unii Europejskiej rósł Produkt Krajowy Brutto, spadało bezrobocie, poprawiały się wskaźniki jakości życia, rosły inwestycje. Był to czas, w którym polski rząd mógł wprowadzać rozwiązania legislacyjne korzystne dla pracowników. Niestety jednak rząd nie skorzystał z okazji. Przez ponad cztery lata władza nie znalazła czasu, aby zadbać o prawa pracownicze i poprawić sytuację świata pracy, o którym tak wiele mówiono w trakcie kampanii wyborczych. Od 2015 roku nie wprowadzono praktycznie żadnych całościowych rozwiązań, które pozwoliłyby trwale poprawić sytuację ludzi pracy.

Rozkwit śmieciówek, wegetacja PIP

Prawo i Sprawiedliwość nie wdrożyło żadnych rozwiązań na rzecz ograniczenia umów cywilno-prawnych. Nie zmieniło ani nie uszczelniło na tym polu przepisów, nie zwiększyło uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, nie zwiększyło skali kontroli ani nie podniosło kar dla nieuczciwych pracodawców. Na dodatek umowy niestandardowe rozlały się po kolejnych obszarach rynku pracy nadzorowanych przez rząd, w tym chociażby rozpowszechniły się w służbie zdrowia czy transporcie lotniczym. Masowe łamanie Kodeksu pracy i zatrudnianie na umowę zlecenie lub samozatrudnienie, gdy są spełnione wszystkie wymogi pracy etatowej, najwyraźniej nie przeszkadza partii, która zdobyła władzę na krytyce ekonomicznych liberałów.

Gdzie podwyżki?

Nie ma też przełomu w polityce płacowej. Zarobki w sferze samorządowej i budżetowej w ciągu ostatnich 4 lat rosły wolniej niż w całej gospodarce, a godne podwyżki dotyczyły jedynie pracowników nielicznych profesji, których władza uznała za swój elektorat. Również wzrost płacy minimalnej, chociaż dość znaczny, nie został w żadnej sposób usankcjonowany ustawowo, co oznacza, że przy kryzysie gospodarczym władza nie będzie zobligowana do dalszego podnoszenia minimalnego wynagrodzenia. Jednocześnie nie wprowadzono żadnych innych bodźców na rzecz wyższych płac poprzez całościową politykę podatkową czy inwestycyjną.

Związki wciąż słabe

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wprowadził żadnych istotnych rozwiązań, które pozwoliłyby wzmocnić związki zawodowe. Nie zwiększył ich uprawnień i kompetencji na obszarze zakładu pracy, nie zrobił nic, aby rozpowszechnić układy zbiorowe na poziomie branży, a na poziomie państwa całkowicie zmarginalizował dialog społeczny. Wzrosła jedynie rola Solidarności, ale tylko dlatego, że jest to dziś przybudówka partii rządzącej.
PiS wiele mówił o transparentności, a nie wprowadził jawności płac, ani nawet nie przegłosował ustawy o jawności płac przy ogłoszeniach o pracy. Rząd nie przeforsował też, ani nawet nie poddał dyskusji żadnych rozwiązań na rzecz przeciwdziałania nierównościom płacowym.

Wsparcie dla swoich

Wreszcie odnośnie jakości zarządzania spółkami skarbu państwa i przedsiębiorstwami państwowymi nie tylko nie było dobrej zmiany, ale wręcz nastąpił daleko idący regres. PiS-owscy prezesi na masową skalę zwalniali niewygodnych pracowników, obsadzali kluczowe stanowiska swoimi znajomymi, dyskryminowali krytyczne związki zawodowe. Miała być dobra zmiana na rynku pracy, a są zmarnowane cztery lata i zwalanie winy za patologie na poprzednie rządy.

Regres na rynku pracy

Za rządów PiS nie ma dobrej zmiany na rynku pracy. Na wielu obszarach zmieniło się na gorsze.

Polityka rynku pracy od lat znajduje się na marginesie zainteresowań władzy. Ważniejsze jest przejęcie Trybunału Konstytucyjnego, osłabienie Sądu Najwyższego, upartyjnienie Krajowej Rady Sądownictwa. Zmiany, które nastąpiły na rynku pracy od 2015 r. w większości nie są to zmiany korzystne dla pracowników.

Dramat w budżetówce

Przede wszystkim nastąpił katastrofalny regres odnośnie praw pracowniczych w przedsiębiorstwach państwowych i spółkach skarbu państwa. Funkcje kierownicze zajmują nominaci partyjni, którzy często zwalczają niepokorne związki zawodowe, pozbywają się niewygodnych pracowników, faworyzują podporządkowany rządowi NSZZ Solidarność. Wielu prezesów traktuje firmy zarządzane przez państwo jak prywatne folwarki. Brutalnym przykładem takiego podejścia jest prezes Państwowych Portów Lotniczych, Mariusz Szpikowski. Ale warto też przypomnieć PiS-owskiego prezesa PLL LOT, Rafała Milczarskiego, który podczas strajku zwolnił dyscyplinarnie 67 osób czy prezesa Poczty Polskiej, Przemysława Sypniewskiego, który tak samo potraktował lidera niepokornego związku zawodowego za krytyczny wpis na Facebooku. Przykłady można mnożyć.

Budżetówka i sektor samorządowy są lekceważone systemowo. Setki tysięcy pracowników służby zdrowia, szkolnictwa, pomocy społecznej czy wymiaru sprawiedliwości zarabiają stawki nieznacznie przekraczające płacę minimalną, ich wynagrodzenia coraz bardziej odstają od średniej. Rząd traktuje ich z butą i pogardą – stąd brutalny atak na pracowników oświaty podczas strajku.

Śmieciówki nie poszły do śmieci

W kampanii wyborczej PiS obiecywał likwidację umów śmieciowych. Tymczasem nie tylko ich nie zlikwidowano, ale ich skala w ostatnich latach wzrosła. Szacunkowa liczba osób fizycznych prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą, które nie zatrudniały pracowników na podstawie stosunku pracy (tzw. „samozatrudnieni”) na koniec 2018 r. wyniosła ok. 1,3 mln i w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wzrosła aż o 8,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób. W 2016 r. wzrosła o ok. 4,5proc., a w 2017 r. o 4,3 proc. . Od trzech lat mamy więc do czynienia ze znacznym wzrostem samozatrudnienia, a osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą nie obowiązują przepisy dotyczące płacy minimalnej czy urlopów wypoczynkowych. W znacznie mniejszym stopniu dotyczą też tej grupy przepisy BHP. Rząd nie podejmuje żadnych działań na rzecz ograniczenia wymuszonego samozatrudnienia, a wręcz promuje umowy B2B np. w transporcie lotniczym czy w służbie zdrowia. To nie tylko skandaliczne omijanie prawa, ale też obniżanie jakości usług. Lekarz pracujący przez 40 godzin bez przerwy ryzykuje swoim zdrowiem i stanowi niebezpieczeństwo dla pacjenta.

W ostatnich latach wzrosła też liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2018 r. było ich 1,3 mln, czyli o 8,3 proc. więcej niż w 2017 r. Ten wzrost to nowe zjawisko, ponieważ w latach 2014-2017 obserwowano nieznaczny spadek liczby osób, z którymi zawarto umowę cywilnoprawną. Innymi słowy wbrew obietnicom PiS po przejściowym spadku nastąpiło zwiększenie skali śmieciowego zatrudnienia.

Patologie kwitną

Na dodatek wiele umów niestandardowych jest zawieranych wbrew przepisom prawa pracy. Zgodnie z art. 22 Kodeksu pracy, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to musi być etat. Tymczasem w gastronomii, ochronie czy handlu, mimo spełnionych ustawowych kryteriów umowy etatowej, dziesiątki tysięcy pracowników ma śmieciówki. Rząd nie podjął żadnych działań, aby ograniczyć skalę patologii na tym obszarze. Rząd nie przyjął też żadnych rozwiązań na rzecz zmniejszenia olbrzymich nierówności płacowych, nie podjął działań na rzecz ograniczenia skali darmowych i niskopłatnych staży, nie podjął wysiłków na rzecz wzrostu bezpieczeństwa w pracy i przestrzegania przepisów BHP, nie przeciwstawił się gigantycznej skali niewypłacania wynagrodzeń na czas. Jeżeli ktoś uważał PiS za partię propracowniczą, to po ponad czterech latach jej rządów powinien porzucić złudzenia.

Gotowanie żaby

Kwestia śmieciowego zatrudnienia w Polsce została ostatecznie rozwiązana.

 

Maciej Łazowski, autor komiksu internetowego „Głosy w mojej głowie”, narysował kiedyś taki obrazek, który zapadł mi w pamięć: „Rasizm to złożony problem wynikający z wielu czynników” – mówi jakiś międzynarodowy oficjel na konferencji prasowej. – „Ale sądzę, że znalazłem rozwiązanie. Wystarczy, że na świecie zostanie tylko jedna rasa!”.

 

Mistrzowski plan

W podobny sposób Sąd Najwyższy rozwiązał problem śmieciowego zatrudnienia w Polsce. Nieźle to sobie wymyślili: pracodawca będzie zatrudniał na umowach o dzieło, ile mu się żywnie podoba, a jak jakiś roszczeniowy pasożyt pójdzie z tym do sądu – to będzie mu można powiedzieć: „lepiej uważaj czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni!”. I każą mu odprowadzić zaległe tysiące tysięcy na tak zwany ZUS. W ten sposób nikt się już nigdy nikomu nie poskarży. Znakomity plan, władzo z kartonu!

Adriana Rozwadowska i Ludmiła Anannikova nagłośniły sprawę Ewy, pracownicy TVP z Poznania, którą na śmieciówce przetrzymywano 9 lat. Sąd słusznie uznał, że kobieta przez cały ten czas wykonywała pracę etatową, zgodnie z grafikiem, z określonym miejscem, czasem i zakresem. Ale kiedy ZUS upomniał się o swoje, okazało się, że wraz ze wstecznym etatem na Ewę spadło prawie 70 tysięcy zaległych składek.

 

Wzbogaciła się

Łaskawy Sąd Najwyższy (i wszyscy razem: „KON-STY-TUC-JA!”) rozłożył jej litościwie na raty spłatę długu, w który sam ją wpędził, twierdząc przy tym, że można to uznać za nielegalne wzbogacenie się. Wzbogacenie na składkach – uwaga! – z których nigdy nie zrobiła użytku, pracując przez prawie dekadę na umowie, która nie przewiduje chorobowego, urlopu, dnia na żądanie. Wzbogacenie na składkach, których płacenie pracodawca omijał celowo i bezprawnie. Morał z tej opowieści płynie taki, że korporacja nie poniosła w zasadzie konsekwencji za swoje wieloletnie zaniechania, a wręcz zrobiła łaskę, że po wyroku dokonała ich korekty. Natomiast pokrzywdzona przez nią już wcześniej osoba została uznana współwinną. I tak sprawdziło się stare porzekadło o biednym, który zawsze dostaje w tyłek podwójnie, a za bogatym staje jeszcze więcej siły.

Jedna z autorek materiału z „Wyborczej” napisała na Facebooku, że Ewa zwróciła się o umorzenie absurdalnej spłaty do samego jaśnie wielmożnego Jacka Kurskiego, ale bez skutku. Zachciało jej się walczyć z molochem, to niech teraz wpier… zjada na śniadanie suchy chleb.

Ewa jest samotną matką dwójki dzieci. Spłata raty z odsetkami, która będzie nad nią wisiała jeszcze przez 6 lat, to tysiąc złotych z okładem – połowa jej miesięcznej pensji. Podobnych przypadków jest więcej. W ten sposób zatrudniało też m.in. Ministerstwo Kultury, bynajmniej nie kultury pracy.

 

Sama chciała

Najbardziej bolą komentarze w stylu „skoro przez tyle lat pracowała na śmieciówce, to widać jej to odpowiadało”; „takie są przepisy, nikt tej pani nie powiedział?”.

Dopóki umowy o dzieło dalej będą podpisywane po to, aby nie wszyscy musieli płacić składki do ZUS, dopóki Państwowa Inspekcja Pracy nie zacznie wzbudzać prawdziwego strachu, dopóki uzwiązkowienie w zakładach pracy będzie kojarzyło się tylko i wyłącznie z przemysłem ciężkim, dopóty każda kolejna władza będzie zainteresowana tworzeniem takich przepisów, które będą zabezpieczać interesy wielkich, nie małych. Społeczna Inspekcja Pracy na terenie każdej firmy powinna być podstawą, bo jak widać naiwnością jest liczyć w tej kwestii na ustawodawcę i na sądy, co nie chcą (to zrozumiałe) podpadać władzy.

 

Tymczasem

spokojnie zajmijmy się obchodami stulecia niepodległości: tym, z kim pójdzie albo nie pójdzie prezydent, albo tym, jaki procent Partii Razem nadal żywi odrazę do żółtego swetra Włodzimierza Czarzastego. A rząd spokojnie zafunduje nam nowy kodeks pracy w odcinkach. Bo doskonale wie, że skoro raz już żaba wyskoczyła z gorącego garnka, to teraz należy podgrzewać ją powoli.

Na 2019 będzie gotowa do schrupania.

Rynek wyzyskiwanego pracownika

W Polsce wyzysk kwitnie. PIP skontrolowała 7 tysięcy firm. Okazuje się, że w jednej czwartej stwierdzono nieprawidłowości w rozliczaniu godzinowej płacy minimalnej. Prócz tego nadal zalewa nas fala śmieciówek.
Mimo kwiecistych deklaracji rządu, nadal praca na czarno oraz śmieciówki tam, gdzie zachodzi stosunek pracy, to najmodniejsze kreacje w sezonie letnim 2018.
Najczęstszym błędem, jaki stwierdzili inspektorzy, była niepełna dokumentacja wypłaty. Nie pozwalała się zorientować, czy pracownicy rzeczywiście otrzymali umówioną stawkę. W większości jednak kontrolerzy uznali to nie za objaw alpejskich kombinacji czynionych przez pracodawców, ale za nieznajomość przepisów.
Osobny raport poświęcono pladze śmieciowego zatrudnienia. W 883 firmach, na ponad 7 tys. sprawdzanych, zamiast umów o pracę nadal podpisywano z zatrudnionymi „śmieciówki”. Najgorzej było w budowlance i branży gastronomicznej (15 oraz 14 procent umów, które powinny być etatami). 33 nieuczciwych zatrudniaczy na wniosek Inspekcji trafić ma przed sąd. 190 będzie musiało zapłacić grzywnę.
W tym sezonie nadal absolutnym klasykiem pozostaje czerń. „Część pracodawców nadal nieuczciwie i wbrew zasadom zdrowej konkurencji decyduje się na nielegalne zatrudnienie obywateli polskich i cudzoziemców. Zwalczanie pracy na czarno to jedno z głównych zadań Państwowej Inspekcji Pracy. Inspektorzy pracy przeprowadzili w roku ubiegłym 23,6 tys. kontroli, podczas których badana była legalność zatrudnienia i wykonywania innej pracy zarobkowej przez 176 tysięcy obywateli polskich. Nielegalne zatrudnienie ujawniono podczas 5,6 tys. kontroli, a nieprawidłowości dotyczyły 13,8 tys. osób. W tej grupie 2,6 tys. pracujących wykonywało pracę bez potwierdzenia na piśmie rodzaju i warunków umowy o pracą, a 12,8 tys. osób nie było zgłoszonych do ubezpieczenia społecznego. Najczęściej cudzoziemcy pracowali na czarno w sekcjach gospodarki: przetwórstwo przemysłowe, usługi administrowania i działalność wspierająca (agencje ochrony, serwis sprzątający), budownictwo, transport i gospodarka magazynowa.”.
Mówienie o „rynku pracownika” w naszym kraju to nadal opowieści z krainy mchu i paproci.