Boga nie ma

Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem.

„W Głogowie gimnazjaliści zatłukli bezdomnego. Bez żadnej przyczyny. Ot tak. W świecie zwierząt, zwłaszcza wśród drapieżników, zagryzanie słabszych osobników jest częścią procesu selekcji naturalnej. Ta sama selekcja nazywa się u nas uzdrawianiem finansów publicznych i doprowadziła do likwidacji pomocy społecznej. Miliony ludzi bez pracy, bez zasiłku, traci grunt pod nogami. Zaczynają pić, włóczyć się. Rozpadają się rodziny. Powłócząc nogami „wyselekcjonowani” przez system do odstrzału zbierają puszki, makulaturę, pchają dziecinne wózki, nie z dziećmi, ale ze złomem…
Eksmisja, separacja, rozwód, drobne kradzieże i bójki po to tylko, żeby spędzić mroźną noc w ciepłym areszcie. Koczowanie koło starego fortu, gdzie przy ognisku można usmażyć przeterminowaną żywność wyżebraną w pobliskim supermarkecie. I alkohol dający chwilę ulgi w codziennym cierpieniu, jakie znają tylko samotni, odrzuceni, wzgardzeni i wyśmiewani. I papierosy, ważniejsze od chleba. Za nie w ludzie w obozach koncentracyjnych oddawali chleb. Można o nie prosić przechodniów. Ale ci naprawdę dumni wolą się schylić po niedopałki i skręcić sobie w gazecie.
Ksiądz Rydzyk nie pomodlił się za Eugeniusza K. z Głogowa. Minister Ziobro nie nadzoruje osobiście śledztwa. Odszedł, jak śpiewał Grzesiuk, „męczennik szarego motłochu”, jeszcze jeden bezimienny bohater jednodniowej sensacji w brukowej prasie. Nauczyciele twierdzą, że chłopcy nie sprawiali kłopotów wychowawczych. Czyli jednak ktoś ich wychowywał. Rodzice, nauczyciele, katecheta, ksiądz na niedzielnym kazaniu wpajali im wartości chrześcijańskie. Chrystus na krzyżu, na którego musieli się przecież nieraz gapić klęcząc w Kościele, ma na sobie łachman, nie garnitur od Diora. A więc można się codziennie modlić do męczennika, a potem spokojnie tak długo kopać leżącego, aż jego serce przestanie bić? I nikt nie poczuwa się do winy. Wszyscy są tylko trochę zdziwieni. Bo jeżeli to byli normalni chłopcy, to co jest normą?
Normą jest pogarda. Dla słabszych, gorzej ubranych, głodnych, bezradnych. Spasieni wydrwigrosze, którzy okradają pracowników z wypłaty, cieszą się szacunkiem i podziwem. A bieda jest hańbą, piętnem, które trzeba starannie ukrywać, żeby nie kłuła w oczy. Jesteśmy stadem na full wypasie, wypasiona jest fura, komóra i inne gówniane gadżety, których stado pożąda coraz bardziej w miarę, jak się odczłowiecza. Język wypasu to właśnie język stada. Cóż stąd, że jedną „sztukę” ktoś zadeptał na śmierć. Stado jest dalej zadowolone, zajęte przeżuwaniem. Z tym samym tępym spojrzeniem sunie na zakupy do supermarketu, na msze i siedzi przed telewizorem. Nie chce wiedzieć tego, co przeczuwają. Że każdy z nich może być następny. Wystarczy redukcja w firmie. Niespłacony dług. Eksmisja. A kiedy się już znajdą na ulicy, dopiero zaczną się bać. Wykluczeni tracą prawo do życia.
Jeżeli sprawcy, tak jak tego wymaga zwykłe poczucie sprawiedliwości, spędzą kilka lat w poprawczaku, to najprawdopodobniej zostaną bandytami. Bo takie mamy domy poprawcze. Jeżeli nie będą siedzieć, to okaże się, że wolno mordować, pod warunkiem, że ofiara nie ma stałego adresu zameldowania. Nie ma w Polsce chyba żadnej instytucji, która potrafiłaby tych młodych ludzi, którzy okazali się bezmyślnymi mordercami, uczłowieczyć. Tak jak nie było żadnej instytucji ani organizacji, która potrafiłaby im wpoić podstawowe ludzkie wartości.
Kościół, szkoła i tak modna ostatnio rodzina, poniosły klęskę. I nic. Żadnej dyskusji, poczucia winy, zapowiedzi reform. Do głogowskich szkół żaden nauczyciel nie zaprosił bezdomnych na lekcje wychowania obywatelskiego czy jak się to teraz nazywa. Nikt nawet nie próbuje młodym ludziom tłumaczyć, jaką wartość ma ludzkie życie. Każde.
Amerykańscy żołnierze w Iraku zostali ostrzelani z dachu. Rzucili bombę na sąsiedni budynek. W telewizji można było zobaczyć, jak gołymi rękami krewni i sąsiedzi odkopują zwłoki zabitych w ataku dzieci. „Sorry”, powiedzieli kowboje z obojętnymi minami. Polski rząd targuje się o to, ile ropy dostaniemy za udział w tej zbrodni. Bezrobotna kobieta odbiera życie sobie i swoim dzieciom. Sąsiad wiesza się po otrzymaniu decyzji o odebraniu mu renty inwalidzkiej. A mały Jaś patrzy w telewizor i się uczy… Uczy się, że człowiek bez pieniędzy jest gówno wart. Już niedługo na ulicach Głogowa, tak jak w całej Polsce pojawią się młodzi ludzie z puszkami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A kiedy już puszczą światełko do nieba… i z tego nieba nie zagrzmi, a horyzont nie stanie w ogniu, to znaczy, że Boga nie ma.

Tanatos przychodzi po pijących. Niepokojący raport WHO na temat spożywania alkoholu

Trzy miliony osób zmarło w 2016 roku w wyniku konsumpcji alkoholu – alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia w zaprezentowanym nowym raporcie. Oznacza to, że etanol jest jednym z największych zabójców na świecie – odpowiada za 5 proc. wszystkich zgonów.

 

Światowa Organizacja Zdrowia zamierza podjąć zdecydowane kroki na rzecz walki z niebezpiecznym zjawiskiem, które, jak podkreślają twórcy dokumentu, dotychczas nie było analizowane kompleksowo i w znacznym stopniu bagatelizowane. – Zbyt wiele osób, ich rodzin i społeczności cierpi wskutek efektów szkodliwego użycia alkoholu, jak przemoc, obrażenia fizyczne, problemy ze zdrowiem psychicznym i choroby, m.in. rak czy wylewy. Nadszedł czas, by wzmocnić działania zapobiegające temu poważnemu zagrożeniu dla rozwoju zdrowych społeczeństw – oświadczył dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus, podczas prezentacji raportu o zdrowotnych skutkach konsumpcji alkoholu na świecie.
Z opracowania dowiadujemy się, że alkohol zabija przede wszystkim mężczyzn. Stanowią oni aż 75 proc. ofiar nadmiernego spożycia. Największe żniwo zbierają urazy doznane po nadmiernej konsumpcji, akty przemocy oraz samookaleczenia- w takich okolicznościach ginie aż 28 proc. ofiar etanolu. Kolejną kategorią są choroby będące pokłosiem długotrwałego zażywania. 21 proc. osób umiera na schorzenia układu trawienia – przede wszystkim raka jelita grubego czy marskość wątroby. 19 proc. żegna się z tym światem w wyniku chorób układu krążenia. Alkohol sprzyja również zakażeniom chorobami zakaźnymi, które prowadzą do śmierci, a także potęguje zaburzenia psychiczne, które przekładają się na wzrost liczby samobójstw oraz wskaźnika zachorowalności na psychiczne choroby.
Dane WHO rodzą powody do niepokoju. Z dokumenty wynika, że 237 milionów mężczyzn i 46 milionów kobiet na świecie cierpi z powodu regularnego zażywania etalonu. Najwięcej osób z takimi problemami znajdujemy w Europie i na kontynentach amerykańskich. Co ciekawe, na choroby poalkoholowe cierpią przede wszystkim obywatele państw rozwiniętych.
Inny raport, opracowany przez naukowców z University od London pokazuje, że nie ma bezpiecznego gatunku alkoholu. Zabijają wszystkie, a także zwiększają ryzyko chorób, zwłaszcza raka. Umiarkowane picie może chronić przed chorobami serca, ale zagrożeń jest więcej. Dopuszczalna dawka tygodniowa to sześć szklanek piwa o niskiej zawartości alkoholu bądź siedem kieliszków lekkiego wina.

„Młody”

Znałem go słabo. Niezależnie od kolejnych etapów znajomości z ojcem, jego raczej obserwowałem z pewnej odległości niż znałem. Widziałem, jak wokół „małego Leszka” – wraz ze wzrostem politycznej pozycji ojca – gęstniała grupa „serdecznych przyjaciół”, „kumpli” i „dobrych znajomych”. Każdy gotów był nieba mu przychylić, byle tylko szepnął ojcu to czy owo. Chyba właśnie wtedy zrodziła się niejedna legenda o możliwościach, które dzięki tacie „młody” miał rzekomo na wyciągnięcie ręki. Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek z tego korzystał. Owszem, mówiło się, że jest „okiem i uchem” ojca, że znosi mu warszawskie sensacje, ale że od polityki ojciec trzyma go z daleka.
Czasem odnosiłem wrażenie, że towarzyskie wzięcie mu imponuje, ale co z tego wynikało? Czy to takie dziwne, że w młodej głowie mogło niekiedy zaszumieć od atrakcyjnych znajomości, od świetnych okazji „na wyciągnięcie ręki”, które zresztą ginęły w pomroce obietnic i niestworzonych opowieści?
Raz – rzeczywiście, został pełnomocnikiem zarządu KGHM… Cóż to było za oburzenie, że syn premiera – człowiek po Szkole Głównej Handlowej, było nie było – dostał taką posadę?! Niektóre gazety nawet dziś uznały, że jego śmierć też jest dobrą okazją, żeby to wypomnieć.
Minęło zaledwie kilkanaście lat, u władzy nie ma już żadnego „komucha”, a posady warte kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, rozdawane są jak zupa w Armii Zbawienia: córkom, synom, żonom, szwagrom i szwagierkom, kuzynom, pociotkom, znajomym… Akwarystom, magazynierkom, salowym, wójtom, licencjantom, teologom, administratywistom. Długie kawalkady z wizerunkami obsypanych państwową forsą „rycerzy dobrej zmiany” objeżdżają Polskę. I co? I nic. Jadą, to jadą. Opatrzyły się tylko, nic więcej…
Wtedy „młody” zrezygnował z tej posady, a ojciec wysłał go na naukę angielskiego. Teraz przez łamy i anteny przetoczy się od czasu do czasu co najwyżej coś w rodzaju dobrotliwego upomnienia. Takie: no, no – nieładnie…
Teraz już wszystko można – rządzą „sami swoi”. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby z tak błahego powodu jak oburzenie opinii publicznej, rodziny i kumple najważniejszych polityków w państwie rezygnowali z posad. Ale nas obowiązywały i ciągle obowiązują inne standardy. Nam wolno mniej…
„Młody” początkowo był „dzieckiem z kluczem na szyi” – oboje rodzice pracowali. Dziś, gdy odszedł, nie mogą sobie darować, że poświęcali mu mało czasu wtedy, gdy on ich prawdopodobnie potrzebował najbardziej. Musiał sam radzić sobie z etykietką „syna aparatczyka”, „syna komucha”. Jeszcze nie bardzo zdawał sobie sprawę, co to tak naprawdę znaczy, ale gdy dostał od nauczycielki w twarz za to, że ojciec pracował w KC, zaczął rozumieć.
Polityka zawsze była w tym domu, żył zanurzony w niej, choć nie brał w niej udziału. Ojciec starał się go przed nią chronić. Sam odporny na ciosy, wojownik, który był bity, ale i oddawał, wiedział, że „młody” jest na to za delikatny. Nie było jednak takiej siły, żeby polityka w żaden sposób nie wpływała na życie domowników.
Gdy znaczenie jego ojca rosło, rosła też presja na „młodego”. Okazywano mu ostentacyjne względy, demonstracyjną przyjaźń, kumplostwo, sympatię. Bywał z rodzicami „uroczym gościem” w najlepszych domach, w pierwszych salonach Warszawy. Nigdy potem nie potrafił zrozumieć, dlaczego ci sami ludzie, po zmianie koniunktury politycznej, tak szybko się odwracali od jego ojca, a niektórzy opłacali nawet swoiste polowania z nagonką, żeby albo ojca, albo jego na czymś nakryć – na czymkolwiek kompromitującym.
Zresztą wkrótce „młody” sam został ojcem i jego z kolei dziecko poznało, co to jest wojna totalna z dziadkiem. Pamiętam, że w okresie, kiedy trwała nieszczęsna interwencja w Iraku, o której na wniosek rządu zdecydował cały Sejm, i kiedy teoretycznie Polska znalazła się na celowniku żądnych odwetu i krwi terrorystów, w jednej z „kolorówek” ukazała się informacja o szkole, do której uczęszcza „wnuczka Millera”. Pokazano budynek, a nawet okno klasy, w której uczyła się dziewczynka… Jeśli przyłożyć do tamtej sytuacji dzisiejsze standardy bezpieczeństwa, którymi otacza się rządzących, to synowie, córki i wnuki dzisiejszych prominentów wożone byłby do szkół transporterami opancerzonymi. „Wnuczka Millera” była zaś „tematem na pierwszą stronę”…
I tak toczyło się to życie w cieniu ojca i pod ciągłą kontrolą nieprzyjaznych oczu. Nie raz chciano dobrać się do „starego” podchodząc pod „młodego”. To oczywiście nie mogło pozostać bez wpływu na psychikę, na całe życie „małego Leszka”. Nie mogło nie powodować problemów.
Zna to nie tylko rodzina Millerów. Znają rodziny wszystkich polityków, zwłaszcza tych z pierwszych stron gazet. Zdają się to potwierdzać kondolencje, składane na ręce premiera Millera przez wielu jogo kolegów po fachu – w przeszłości i aktualnie będących na świeczniku. Z lewej i z prawej strony sceny politycznej.
Dokąd zaszliśmy, że musiała się zdarzyć aż taka tragedia, by ludzie władzy w Polsce okazali sobie solidarność ponad podziałami…
„Młody”, mimo starań rodziców, sam chciał stawiać czoła swoim kłopotom. Musiał pojawić się jednak jakiś, z którym już nie dał sobie rady.

Prorocy z gniewnych lat

W kontekście śmierci wokalistki Maanam wywiązała się dyskusja cna temat autorytetów. I tego, czy wokalistę wspominać jako wokalistę czy już jako polityka.

 

Najbezpieczniej jest przyjąć, że twórca nie jest bogiem. Co więcej, nie ma żadnego obowiązku nim być i nic nam się od niego nie należy.
To publiczność pragnie pięknej opowieści o ludziach, którzy kochali bardziej, wolność rozumieli lepiej i ze swojej sceny pokażą nam, jak piękniej żyć. Artystów takie pragnienie często uwodzi. Starają się doskoczyć do poprzeczki, a kiedy ona zmienia kształt i kolor, zmieniają się wraz z nią. Lewica ma pretensję do Kory, że przeszła etap fascynacji kapitalizmem, że występowała z KOD-em przeciwko PiS-owi, że wspominał ją Lech Wałęsa, płacząc rzewnymi łzami. Ma też pretensję, że „prorocy gniewnych lat obrastają w tłuszcz” i na starość zasiadają w jury programów rozrywkowych, albo reklamują oferty zagranicznych banków.
Szczerze mówiąc, jest w tym pewna niekonsekwencja. Gdyby pozostali 20-letnimi buntownikami z gitarą, mielibyśmy do nich pretensję, że integrity oraz miłość własna przesłoniła im rzeczywistość. Kiedy ewoluują, też jesteśmy niezadowoleni. Może więc przyjmijmy, że tak jak nasi znajomi i przyjaciele, którzy poszli w różne strony (w poparcie dla PiS, głęboką wiarę, imprezy co noc), artyści po prostu wybrali życie dalej w tym samym świecie, wobec którego wcześniej się buntowali. Niezależnie od tego buntu i od tego, co do niego sobie dopowiedzieliśmy w warstwie symbolicznej, na starość też dopada ich Alzeimer albo dewocja. Łapią fuchy w przemyśle rozrywkowym, bo mają na utrzymaniu rodzinę albo psa, albo szereg innych powodów, których nie poznamy, a które tropi prasa plotkarska. Brzydko się starzeją, dziwaczeją. Jak ludzie. Warto okazać im wyrozumiałość, choćby ze względu na to, że to ich przeboje mamy wyryte w głowach, a nierzadko pomagały nam podjąć decyzję, by wstać rano z łóżka i żyć dalej.
Redaktor Łukasz Moll pisze o „Kazikach, Korach i Muńkach”, którzy zrobili z siebie polskich „nauczycieli wolności”. Nie sądzę, by to była trafna diagnoza. To my – publiczność, mamy pragnienie, by stawiać ich na cokołach. Ich głos był donośny i wyrazisty w określonym czasie, w określonym kontekście. Warto to odnotować, a resztę przerzucić na karb człowieczeństwa.
Niektórzy zmienili symbolikę. Jerzy Zelnik jest dziś artystą i autorytetem etatowtch katolików. Czy jego nową symbolikę mamy obowiązek przyjąć z rozpędu? Niekoniecznie. Ale „Faraon” dalej pozostanie dziełem epokowym, a ten pogubiony śniady chłopak dla wielu będzie stanowić reprezentację jego bohatera. Marek Kondrat reklamujący kredyty i pożyczki nie ma obowiązku tłumaczyć mi się, dlaczego w życiu zdarza mu się robić nie tylko rzeczy górnolotne. Czy gdyby poparł nielubianą przeze mnie partię polityczną, jego kreacje straciłyby na wartości artystycznej, stanowiłyby mniejszą inspirację? Z pewnością nie.
Kolejne pokolenia (również artystów) buntują się przeciw sobie. Kryształową legendę zyskują jedynie ci, którzy wcześnie odeszli i zamilknęli na zawsze. Być może dziś byliby szefami rad nadzorczych. Samo życie.