Pracownicza solidarność ponad granicami

Godna podziwu i naśladowania akcja Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza, który ujął się za zwolnionymi z naruszeniem podstawowych praw pracownikami ukraińskiego PinchukArtCentre.

PinchukArtCentre jest ośrodkiem sztuki współczesnej w Kijowie. Ma on ambicje, by stać się jednym z wiodących ośrodków tego typu w Europie Środkowo-Wschodniej, a być może na całym kontynencie. Prezentowano tam dzieła sztuki takich artystów jak Damien Hirst, Takashi Murakami, Marina Abramović, Mauricio Catellan, Ai Weiwei, Luc Tuymans, Olafur Eliasson, Rachel Whiteread, Jan Fabre. Prestiżową pozycję Centrum zapewniają gigantyczne pieniądze, które wkłada fundator – oligarcha Wiktor Pinczuk, od 10 lat w dziesiątce najbogatszych ukraińskich biznesmenów. To również wieloletni stronnik i hojny mecenas obozu byłego prezydenta Janukowycza. Zasilał też sowitymi datkami fundację Aleksandra Kwaśniewskiego. Zdobyta dzięki wystawom renoma i solidny budżet nie przeszkadzają jednak władzom tej instytucji w sposób skandaliczny deptać praw pracowniczych.

Około 30 szeregowych pracowników PinchukArtCentre zwolniono z dnia na dzień. Są przekonani, że to odwet za działalność związkową. Jak piszą, nie mieli prawa do zwolnień lekarskich, przedłużano im niezgodnie z prawem okres próbny, treść zawieranej umowy nie odzwierciedlała rzeczywistych warunków pracy, a niektórzy wręcz byli zmuszani do pracy na czarno.

Zemsta za odwagę

Po założeniu pod koniec 2019 r. związku zawodowego, działacze zmusili dyrekcję do ustępstw: możliwe stało się korzystanie ze zwolnienia lekarskiego oraz płatnego urlopu. Jednak aktywność związkowców wywołała agresywną reakcję szefostwa. Niektórym z aktywistów próbowano zakazać wejścia do budynku, straszono zwolnieniami. W tej sytuacji związkowcy rozpoczęli spór w celu podpisania układu zbiorowego, jednak po dwóch miesiącach uników ze strony dyrekcji czasowe umowy pracowników wygasły i nie zostały przedłużone, co oznacza utratę pracy przez pokaźna grupę pracowników.

PinchukArtCentre wyjaśniło zwolnienia koniecznością sięgnięcia po nowe formy współpracy ze zwiedzającymi, co w praktyce oznacza korzystanie z audioprzewodników. Elektroniczne urządzenia mają zastąpić pracowników, którzy dotąd opiekowali się wystawami i po nich oprowadzali. Zwolnieni związkowcy wezwali do bojkotowania Centrum i jego przedsięwzięć. Wsparli ich niektórzy ukraińscy twórcy.
OZZ Inicjatywa Pracownicza, dając piękny przykład ponadgranicznej solidarności związkowej wspiera swoich ukraińskich kolegów w ich akcji.

MOPS-y na skraju wytrzymałości

W ostatnich wyborach Prawo i Sprawiedliwość zdobyło w Jarosławiu 65,63 proc. głosów. Mimo obiecywanych inwestycji w region podkarpacki, zwany „bastionem PiS”, 38-tysięczne miasto jest tak samo zaniedbane na polu opieki społecznej jak inne powiatowe ośrodki w naszym kraju.

W MOPS Jarosław zatrudnionych jest 60 osób. Większość z nich żyje w podobnym ubóstwie, co beneficjenci ośrodka, bowiem aż 32 otrzymuje najniższą krajową. Sytuacja jest dramatyczna, więc pracownicy oczekują od miasta natychmiastowych działań.

– W związku z trudną sytuacją płacową zatrudnionych w MOPS pracowników oraz brakiem aktywności władz miasta w rozwiązaniu sporu zbiorowego, w bieżącym tygodniu rozpoczęto akcję oplakatowania i obarierowania siedziby ośrodka. Demonstrując swoje niezadowolenie z prowadzonej przez burmistrza polityki płacowej pracownicy MOPS noszą plakietki z napisem „Protest”. Wzywamy burmistrza Jarosławia do włączenia się w rozwiązanie powstałego sporu – powiedział wiceprzewodniczący Polskiej Federacji Związkowe Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej Bartłomiej Gostomski.

Spór zbiorowy trwa od 19 sierpnia 2019 roku. Pracownicy domagają się 1000 zł podwyżki brutto dla każdego zatrudnionego. Ratusz zaproponował najpierw po 200 zł z wyrównaniem od sierpnia 2019 r. i 200 zł od miesiąca stycznia 2020 r. Wkrótce miasto wycofało się nawet z takiej propozycji.
Pracownicy MOPS z Jarosławia zapowiadają, że będą walczyć tak długo, aż władze miejskie nie zaczną ich traktować poważnie.

Również wczoraj rozpoczął się protest pracowników opieki ze Szczecina. – Pracownicy są bardzo zdeterminowani, wykonują ciężka pracę – poinformowała Alicja Pawluczuk, przewodnicząca Komisji Zakładowej MOZ NSZZ „Solidarność”przy MOPR. – Nie wykluczamy nawet strajku, o ile nie zostaną podjęte z nami rozmowy. Na przyszły tydzień było zaplanowane referendum wśród pracowników, ale ze względu na zamieszanie epidemiologiczne zostanie prawdopodobnie przełożone.

Solidarność walczy z komuną

Sytuacja polskiej gospodarki staje się coraz trudniejsza. Pogarsza się sytuacja na rynku pracy, spada dynamika inwestycji i PKB.

Do tego szybka ekspansja koronawirusa może wywołać światowy kryzys gospodarczy, który uderzy również w Polskę. Jednocześnie rząd nie ma pomysłów jak poprawić sytuację w służbie zdrowia, szkolnictwie czy pomocy społecznej. Źle funkcjonują instytucje publiczne, mamy też mnóstwo patologii w spółkach skarbu państwa. Już w 2018 roku wzrosła skala bezwzględnego ubóstwa.

Wbrew obietnicom wyborczym partii rządzącej, rośnie skala umów niestandardowych i utrzymuje się niska stabilność zatrudnienia. W tej sytuacji związki zawodowe mają ogrom pracy i stoi przed nimi wiele poważnych wyzwań. Źle funkcjonuje też dialog społeczny, ponieważ władza lekceważy głos partnerów społecznych i autorytarnie narzuca swoje rozwiązania.

Główny problem? Lustracja!

Okazało się jednak, że Piotr Duda ma inne problemy na głowie. Antypracownicze działania rządu mu nie przeszkadzają i dlatego często pojawia się na różnych spotkaniach organizowanych przez władzę. Chwali też działania urzędującego prezydenta, chociaż trudno znaleźć zasługi Andrzeja Dudy dla ludzi pracy.

Co więc nurtuje Piotra Dudę? Walka z komuną! W ostatnich miesiącach nawet PiS nieco odpuścił i przestał walczyć z wyimaginowanym wrogiem. Okazało się jednak, że Duda wciąż czuwa.

4 marca przewodniczący Solidarności wraz z prezesem Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, Cezarym Kaźmierczakiem opuścili posiedzenie plenarne Rady Dialogu Społecznego i ogłosili, że nie będą brać udziału w spotkaniach organizowanych przez prezydenta Pracodawców RP, Andrzeja Malinowskiego.

Skąd taka decyzja? Zdaniem Dudy i Kaźmierczaka Malinowski był współpracownikiem PRL-owskich służb. A jeżeli tak, to powinien ustąpić ze stanowiska i zniknąć z Rady Dialogu Społecznego. Duda z Kaźmierczakiem ogłosili, że w pracach RDS-u nie powinien też uczestniczyć Prezes Związku Rzemiosła Polskiego i wiceprzewodniczący RDS, Jan Gogolewski, którego gorliwi lustratorzy również uznali za TW PRL-owskich służb.

Komuś się nudzi

Skąd taki dziwny pomysł? Dlaczego Piotr Duda nagle doszedł do wniosku, że należy przeprowadzić lustrację w Radzie Dialogu Społecznego, chociaż przez wiele lat działał w niej u boku osób sprawujących w minionym ustroju istotne funkcje? Dlaczego chce czystek w RDS-ie, a wspiera partię, która ma w swoich szeregach chociażby prokuratora stanu wojennego, Stanisława Piotrowicza?

Z jednej strony być może Duda i Kaźmierczak zajęli się lustracją z nudów. Bo faktem jest, że RDS za rządów PiS jest fasadowym ciałem, w którym kompletnie nic się nie dzieje.

Z drugiej strony wydaje się, że szef Solidarności chciał wykazać się antykomunistyczną gorliwością wobec swoich przyjaciół z partii rządzącej. Pracodawcy prowadzą rytualne spory ze związkowcami, a rząd nie zwraca uwagi ani na jednych, ani na drugich.

Ale kryzys nadchodzi dużymi krokami, więc warto znaleźć kilka tematów zastępczych, które odwrócą uwagę społeczeństwa od negatywnych zjawisk. Walka z komuną zawsze odgrywała tu istotną rolę. Można nawet powiedzieć, że jest niezastąpiona.

Duda namaszcza Dudę

W ostatnich latach NSZZ Solidarność z jej przewodniczącym Piotrem Dudą na czele nieraz dowiodła, że jest posłuszną przystawką władzy.

Związkowcy z Solidarności konsekwentnie popierali PiS-owski zamach na wymiar sprawiedliwości, uczestniczyli u boku rządu w miesięcznicach smoleńskich i marszach niepodległości, bronili najbardziej nienawistnych księży, grozili opozycji, że ją przykryją czapkami, robili wszystko, aby osłabić protesty pracownicze w szkolnictwie czy transporcie lotniczym.
Im bliżej wyborów prezydenckich, tym bardziej więź Piotra Dudy z partią rządzącą zacieśnia się. Piotr Duda staje się jednym z najbardziej oddanych uczestników kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy.

Pochwały mocno na wyrost

Kilka dni temu Duda prezydent wziął udział w imprezie Dudy związkowca, podczas której ten ostatni odznaczał pracodawców, których Solidarność uznała za najbardziej propracowniczych. Mniejsza jednak o samą nagrodę, bo w całej imprezie nie o nią chodziło. Głównym nominatem Dudy związkowca był bowiem Duda prezydent.
Najpierw szef Solidarności pochwalił Lecha Kaczyńskiego za rzekomo propracowniczą politykę (nie wskazał, na czym polegała), a następnie ogłosił z namaszczeniem: „I dzisiaj, po tych wielu latach, też w tej sali, z tego miejsca mogę powiedzieć, że prezydent Andrzej Duda też jest prezydentem przyjaznym pracownikom”. Cóż takiego zrobił Andrzej Duda dla ludzi pracy? Trudno stwierdzić.

Gdzie ta pomoc dla pracowników?

PiS-owski prezydent nie uruchomił żadnej istotnej inicjatywy legislacyjnej dotyczącej praw pracowniczych, nie lobbował na rzecz ograniczenia umów cywilno-prawnych, zwiększenia stabilności zatrudnienia, wyższych płac czy mniejszych nierówności dochodowych. Nie interweniował na rzecz przeciwdziałania patologiom w spółkach skarbu państwa i instytucjach publicznych. Nie zabierał głosu, gdy dyscyplinarnie zwolniono 67 pracowników w PLL LOT, nie wsparł wyrzuconego z pracy lidera Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, Piotra Moniuszkę, nie zareagował na antypracownicze działania prezesa Państwowych Portów Lotniczych, Mariusza Szpikowskiego. Nie wspierał zwalnianych pracowników ani nie sprzeciwiał się nieuczciwym pracodawcom.

Nie sprzeciwiał się rządowi

Andrzej Duda bez dyskusji akceptował wszystkie decyzje PiS-owskiego rządu, nie interesując się losem pracowników masowo zwalnianych z przyczyn politycznych. W sprawach obrony praw pracowniczych cała upływająca kadencja urzędującego prezydenta była stracona.
Czemu więc Piotr Duda wygłosił pean na cześć Andrzeja Dudy? Z tego prostego powodu, że Duda związkowiec niczym się nie różni od Dudy prezydenta. Mogliby zamienić się miejscami. Obydwaj są drugorzędnymi urzędnikami partii rządzącej.

Solidarność z rządem

Piotr Duda po raz kolejny udowodnił, że NSZZ Solidarność jest w większym stopniu przybudówką rządu niż związkiem zawodowym. Tym razem Duda zadeklarował udział w manifestacji wspierającej zawłaszczanie sądownictwa przez PiS. Nie tylko więc Solidarność nie stanęła w obronie sędziów, ale jej lider postanowił wyjść na ulicę w obronie władzy.

Niestety ta deklaracja przewodniczącego związku nie zaskakuje. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w Polsce, centrala Piotra Dudy szybko stała się przybudówką władzy. Solidarność dała parasol ochronny nad destrukcyjną reformą oświaty, a następnie torpedowała postulaty płacowe Związku Nauczycielstwa Polskiego. Piotr Duda milczał, gdy wyrzucano ludzi z mediów publicznych i służby cywilnej, nie reagował, gdy rozpoczęto czystki w spółkach skarbu państwa, był obojętny wobec zwolnienia dyscyplinarnego 67 pracowników w PLL LOT.
Gdy Komitet Obrony Demokracji i Związek Nauczycielstwa Polskiego organizowały duże demonstracje antyrządowe, Piotr Duda groził krytykom władzy, że przykryje ich czapkami. Organ prasowy centrali, „Tygodnik Solidarność” od lat jest miejscem obrzydliwej, prorządowej propagandy, a peany na cześć żołnierzy wyklętych i Kościoła pojawiają się w nim częściej niż teksty o prawach pracowniczych. Duda poparł nawet nienawistne wystąpienia arcybiskupa Jędraszewskiego. Solidarność jest jednym z nielicznych prawicowych związków zawodowych w Europie, a ksenofobiczny przekaz władz związku szokuje związkowców z innych krajów europejskich. Przywódcy Solidarności szczuli przeciwko uczestniczkom czarnego protestu i wspierali homofobiczne akcje władzy, chociaż zakaz dyskryminacji ze względu na płeć, orientację seksualną czy pochodzenie stanowi jeden z fundamentów polskiego prawa, w tym Konstytucji i Kodeksu pracy. Jednocześnie Solidarność wielokrotnie brała udział w imprezach środowisk neofaszystowskich, w tym udostępniła salę BHP na terenie Stoczni Gdańskiej ekstremistom z ONR-u.
Tym razem Duda przystąpił do komitetu „Suwerenni”, który organizuje demonstrację wsparcia dla PiS-owskich zmian w wymiarze sprawiedliwości. „Oczekiwania społeczeństwa są jednoznaczne i wielokrotnie zostały wyrażone przy urnie wyborczej. Manifestacja jest jednym z narzędzi wywierania wpływu na konieczne zmiany” – wyjaśnił Duda swój planowany udział w manifestacji na cześć rządu. Trudno powiedzieć, skąd takie przekonanie, skoro badania opinii publicznej pokazują, że większość Polaków i Polek nie popiera reform rządowych. Zdaniem Dudy „społeczeństwo musi mieć kontrolę nad władzą sądowniczą. Tak jak nad ustawodawczą i wykonawczą”. Przewodniczący Solidarności najwyraźniej zgadza się w tej sprawie z Jarosławem Kaczyńskim i uważa, że „kontrola” oznacza dyktat partii. Nie wskazał też, na czym ma polegać kontrola włazy wykonawczej.
Poparcie dla rządu przez związek zawodowy w tym kontekście jest tym bardziej kompromitujące, że wiąże się ono nie tylko z poparciem autorytarnej władzy, ale też otwartym przyzwoleniem na dyskryminację na tle przekonań politycznych. Trudno pojąć, jak związek zawodowy może wspierać zamordystyczne działania rządu, których częścią są represyjne praktyki wobec sędziów. Jeżeli Solidarność nie ma odwagi stanąć w obronie państwa prawa i prześladowanych pracowników wymiaru sprawiedliwości, to niech przynajmniej milczy.

Polski jesteśmy warci

Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą.
Jan Paweł II

„Rachunek sumienia trzeba zawsze zaczynać od siebie. W realiach ostrego podziału Europy i świata, nasza bijatyka nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie.
gen. Wojciech Jaruzelski

Spodziewam się, iż wśród Państwa Czytelników, już po przeczytaniu tytułu publikacji, mogą pojawić się różne, oczywiście emocjonalne reakcje. Nie wykluczam oburzenia! Co za sens, gdzie logika stawiać stan wojenny za przykład patriotyzmu? „Polityka historyczna” od prawie 30 lat „uczy” Polaków, że stan wojenny – to „wojna polsko – jaruzelska” spadająca jak grom z jasnego nieba na Naród-Wojsko i czołgi, MO, ZOMO na ulicach;„masakra” górników – z jednej strony. Z drugiej – Solidarność, która ani jednej szyby nie wybiła, chciała tylko „wolności i niepodległości”; karnawał 16 miesięcy. Do tego przez cytowane oceny obok siebie Papież i gen. Wojciech Jaruzelski, okrzyknięty „zbrodniarzem”, „sługusem Moskwy”, postawiony przed Sądem. To pomieszanie z poplątaniem! Jak można przypominać, czytać takie rzeczy – nawet w 38 rocznicę tego wydarzenia, być może wielu z Państwa rozsierdzi się „nie na żarty”. Zachęcam Państwa do zrobienia sobie ulubionej kawy, zajęcia wygodnej pozycji i przystąpienia do czytania tekstu.

Patriotyzm

Spójrzcie Państwo jeszcze raz na tytuł publikacji i zastanówcie się – cóż to takiego jest patriotyzm? Słownik języka polskiego (Wyd. PWN, Warszawa, 1979) – objaśnia jako postawę, formę ideologii, łączącą przywiązanie do własnej Ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu”. Patriotyzm, to wdzięczny temat naukowo – wychowawczy, napisano wiele interesujących książek. Znane jest pojęcie „patriotyzmu wojennego”, gdzie sytuacja bojowa wymaga ofiary krwi i życia. Dowódca ma świadomość, iż wydając rozkaz wielu podwładnych zginie, że często „wysyła ich na pewną śmierć”. Może zastanawiać się, czy uczynił wszystko, by oszczędnie rozporządzić najcenniejszym dobrem podwładnego, jego życiem. Ale to dywagacje „filozoficzne”, zwykle po czasie. Także znany jest – preferowany przez część niektórych filozofów „patriotyzm czasu pokoju”, często tłumaczony jako „wyższa konieczność”. To sytuacja „na krawędzi”, która grozi rozlewem bratobójczej krwi, której czasami można uniknąć. Proszę – zastanówcie się Państwo, czy sytuacja w Polsce lat 1980-1981, niosła taką groźbę? Czy stan wojenny nie jest tym niemal naukowym przykładem wspomnianego właśnie „patriotyzmu czasu pokoju”, gdzie uniknięto ofiar w masowej skali. Na czym wówczas polegała istota patriotyzmu? Jakie podstawy, przewidywania mogły sprawić, że Papież użył cytowanych słów wobec Generała – pomyślcie Państwo.

„Sprawa wagi najwyższej”

Za „sprawę wagi najwyższej”, gen. Wojciech Jaruzelski w przemówieniu radiowo – telewizyjnym 13 grudnia 1981 roku, uznał, iż „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać”. Akcentował przytłaczający ciężar codziennych warunków życia milionów ludzi, różne rodzinne i zakładowe konflikty. Zachęcam Państwa, szczególnie osoby stateczne wiekiem, pamiętające tamten czas, by sobie i młodzieży, wnukom przypomnieli choćby dziś oczywiście śmieszne fakty – jak wtedy trudno było zdobyć np. cytrynę, nie mówiąc o pomarańczy czy karpiu i śledziu na wigilijny stół. Przecież te braki nie powstały nagle. Czy ówcześni działacze Solidarności nie mają tu sobie nic do zarzucenia, nie poczuwają się do współodpowiedzialności? Oczywiście, cytrusy mogły być w każdym domu, także kawa uznawana wtedy za rarytas, „pański napój”, trzeba było płacić dewizami, a te mogliśmy otrzymać za węgiel, który był sprzedawany na Zachód. Kto dziś pamięta, że węgla brakowało do ogrzewania mieszkań, kto z warszawiaków o zapowiadanej przeprowadzce mieszkańców Pragi do centrum, bo mieszkania mogą być nie ogrzewane, o apelu władz państwowych i Stolicy, by przed chłodem i zimnem chronić najsłabszych – starców i dzieci. Znaleźli się „piaskowi uczeni”, którzy po 1989 r. z tych faktów czynili drwiny, pokazując słabość tamtej władzy, że nawet mieszkań nie potrafiła ogrzać. Generał we wspomnianym przemówieniu przypomniał – „strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież” (zapomnieliście Państwo „zabawy” w reformę szkolną, jakie wnioski wyciągnęliście?). Że „przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów przebiegają linie bolesnych podziałów, niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści…Padają wezwania do fizycznej rozprawy z czerwonymi, z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy Szeroko rozlewa się po kraju fala zuchwałych przestępstw… rosną milionowe fortuny rekinów podziemia gospodarczego”.
Od kilku lat są podstawy by do wielu polityków, głównie (nie znaczy wyłącznie!)-wywodzących się z „solidarnościowego pnia” zwracać się – panie „zuchwały przestępco” – jak mówił Generał – dziś złodzieju, oszuście, kombinatorze, cwaniaku. Wykaz złodziejskich praktyk opublikowała „Gazeta Wyborcza” w tygodniu przed wyborami. Czy choćby z tych powodów Polska dziś nie staje się „moralną ruiną”? Czy już „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią” – duchową? Że można mówić – „struktury państwa przestają działać”, patrząc na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, co dobitnie podkreślał prof. Marcin Matczak w wywiadzie – „Władza gotowa podpalić Polskę” (DT, 6-8 grudnia 2019).

Twoja, nasza pamięć

Po co – ktoś zapyta, zaprzątać sobie i rodzinie pamięć takimi wspomnieniami, komu to potrzebne. Wybacz Drogi Czytelniku – potrzebne to Tobie, Twoim dzieciom i wnukom, by nie wciskano ci kłamstwa przez „poprawianie” właśnie tej Twojej pamięci. Przypomnij sobie jak w niektórych budynkach znakowano mieszkania czerwonymi znaczkami? Może słyszałeś jak córka sąsiada nie chciała iść do szkoły, bo jej najlepsza koleżanka powiedziała, że jest „czerwona”, a rodzice nie wiedzieli co robić. Podjąć rozmowę z sąsiadem, nauczycielem w szkole, czy „siedzieć cicho”, przeczekać ten trudny czas. Zapytaj syna, wnuka co nauczyciel historii mówił im na lekcji o stanie wojennym. Miej odwagę pomyśleć, że mówił i o Tobie, nie wymieniając nazwiska. Gdy dalej „upierasz się przy swoim” – zauważ ile jest nienawiści wokół Ciebie, wraże słowa wypowiadają biskupie usta – nie słyszałeś? A apel – przestrogę o. Ludwika o udomowieniu się u nas nienawiści i pogardy, po zabójstwie prezydenta Gdańska, choć wcześniej prezydenci kilkunastu miast otrzymali nekrologi o swojej śmierci, też nie słyszałeś? Kto z władz się tym przejął, uznał za niedopuszczalne nadużycie „wolności”? Że „wolność” zamieniono na „dowolność gadania”, na brak odpowiedzialności za słowa i czyny. Oto istota. A może słyszałeś donośny głos biskupa, który wzywał do wsłuchania się w apel o. Ludwika, by uczynić go nauką, wręcz podstawą wychowania chrześcijańskiego Polaków – też nie? Tu się zgadzam, też nie słyszałem! A jak Ci się podoba uzasadnienie sądowe „wieszania zdrajców” w Katowicach (zdjęcia 6 osób, europosłów, pisałem: „Kopalnia”, na przełomie grudnia i stycznia 2017/18; „Krzywdy stanu wojennego”, grudzień 2017). Czy dostrzegasz tu lekcję „polityki historycznej”, słuchając o obrazie Norblina? Zechciej się zastanowić, oczyma własnej wyobraźni zobaczyć własną – podkreślam własną – żonę, córkę na stryczku. To Twoje najukochańsze, najcudowniejsze osoby. Pomyśl, co gotów byłbyś oddać za ich szczęśliwe życie i zdrowie? Obraziłem Ciebie tym wywodem? W grudniu wszechobecne było zawołanie – „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, mija 38 lat. Oto kilka przykładów. List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981) – „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”. Andrzej Rozpłochowski (Śląsk) „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”. Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu – „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
Stan wojenny był właśnie ratunkiem przed bratobójczą wojną domową, by nie było szubienic, by nikt z zimna i głodu nie zmarł! Kto dziś bogatszy o wiedzę i doświadczenie ośmieli się powiedzieć, że „nasza bijatyka” – jak mówił Generał byłaby tylko „naszą sprawą”, a sąsiedzi byliby jej „bliskimi widzami”. A gdyby przyszli z bratnią, oczywiście wojskową pomocą, to co? Nasze poczucie godności i patriotyzmu nakazywało walkę zbrojną. Kto dziś udowodni, że byłaby ona zwycięska w takim sensie, że armie sąsiadów wycofałyby się z Polski. Pod czyją i jaką presją – naszej krwi i męstwa. Zima i groźba bratobójczej walki, którą IPN konsekwentnie bagatelizuje to dwie podstawowe sfery kryjące jesienią i na przełomie 1981/1982 r. kumulację najcięższych ludzkich nieszczęść – na czele ze śmiercią!

Sąd

Należy zapytać, czy za uratowanie setek, może tysięcy Polaków od śmierci i innych nieszczęść, Generał i grono najbliższych osób, w tym członków Rady Państwa postawiono przed Sądem? – to osobny temat. Ktoś może powiedzieć-zginęło 9 górników, łącznie 16 osób. Generał przed Sądem min. oświadczył – „Każda krzywda i cierpienie ma swoje imię. Każda śmierć, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, jest tragedią…mam świadomość własnego, moralnego ciężaru”. Przypomnę, że 16 grudnia ZOMO, używając broni strzelało w ziemię przed zwartą grupą górników (ponad 200 osób) z odległości 70-50 m. Od rykoszetów zginęło na miejscu 7 górników, 2 zmarło w szpitalu, 21 było rannych. ZOMO wystrzeliło 156 pocisków. Patrząc na te liczby pytam – chcieli zabić czy wymusić rozejście się (od rzucanych śrub, kamieni rannych było ok.40 funkcjonariuszy, mimo posiadanych tarcz i hełmów), pisałem w tekście „Kopalnia”, na przełomie grudnia i stycznia 2017/18.
Generał pierwszą wizytę w kopalni „Wujek” złożył jako Prezydent PRL 2 grudnia 1989 r. W księdze pamiątkowej Kopalni zapisał słowa: – „Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o Niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla Ofiar”. Zebrani ludzie okazali niezwykłą wrogość do gościa, były transparenty z uwłaczającymi hasłami. Z właściwą sobie godnością wysłuchał wielu, personalnie krzywdzących zarzutów, adresowanych do organów władzy różnych szczebli. Obecność Generała miała wymiar personalnej pokory wobec cierpienia ludzi dotkniętych tragedią. Delegację górników z Jerzym Wartakiem zaprosił do Warszawy.

Szpital

Stan wojenny, za sprawą wielu prawoskrętnych historyków i publicystów, postrzegany jest głównie przez ludzkie ofiary i różne ich dolegliwości. Nikt trzeźwo myślący nigdy nie może ich ani pomniejszać ani dezawuować. Ale powinien pamiętać i wskazywać różne fakty i okoliczności, które do tego doprowadziły i jego skutki w wymiarze państwowym, społecznym i gospodarczym, nie zapominając o wymiarze politycznym i międzynarodowym.
Godzi się pamiętać o takim fakcie. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON), na posiedzenie w dniu 23 czerwca 1982 r. zaprosiła grupę kobiet, przedstawicielek różnych zawodów. Generał, witając panie, oznajmił – Czas dzisiejszy nie sprzyja stawianiu pomników. (trwał stan wojenny – moje G.Z). Ale nadeszła chyba pora, aby wznieść pomnik Matki Polki. Dawno już powinien stanąć na naszej ziemi, aby świadczyć o patriotycznej ofiarności polskich matek. O ich niezapomnianym wkładzie w przetrwanie naszego Narodu, w jego uporczywą, bohaterską walkę o wolność i zwykłą, człowieczą sprawiedliwość”. Powstała 130 osobowa Obywatelska Rada, z Sekretarzem Generalnym Józefem Niewiadomskim (zmarł w sierpniu 2019, cześć Jego pamięci). Po 4 latach budowy, Szpital oddano do użytku w Łodzi. W 38 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, ośmielam się prosić Państwa Czytelników, wszystkich członków szeroko rozumianej Lewicy, w tym szczególnie SLD i PPS oraz po prostu – ludzi dobrej woli o aktywne zaangażowanie się w akcję WOŚP dnia 12 stycznia 2010 r., organizowaną przez Jerzego Owsiaka dla zebrania funduszy na ten zadłużony Szpital. Niech ta serdeczna akcja zachęci do myślenia, że stan wojenny był mniejszym złem, ale ratującym życie i Polskę. Wówczas było i dziś powinno być miarą pokojowego patriotyzmu Generała, wszystkich myślących o swojej Ojczyźnie Polaków.

Solidarność

Dla historyków „pokolenia III RP” głoszenie pragnienia „wolności i niepodległości” jest odpowiedzią Solidarności na każde pytanie o rozsądek postępowania. Nie pomagały żadne ostrzeżenia. Podam dla przykładu – „Robotnik” nr. 78 z 27 sierpnia 1981 roku opublikował fragmenty dyskusji, zorganizowanej przez redakcję. Mówią m.in.: Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”; Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”; Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”. Można postawić pytanie – czy w ówczesnej sytuacji była szansa na porozumienie z władzą? Generał we wspomnianym przemówieniu mówił – „Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Nie mniej przekonującą ocenę Solidarności wystawił Jarosław Kaczyński. Podczas rozmowy z Teresą Torańską (książka „My”) m.in. mówi: „Nieporęczna w istocie od początku była Solidarność. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z Solidarnością jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej … Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby Solidarność z 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”. Komu z Państwa potrzebny komentarz?

Data wprowadzenia stanu.

„Znana jest bliska data masowych, politycznych demonstracji, w tym również w centrum Warszawy, zwołanych w związku z rocznicą wydarzeń grudniowych. Tamta tragedia powtórzyć się nie może. Nie wolno, nie mamy prawa dopuścić aby zapowiedziane demonstracje stały się iskrą, od której zapłonąć może cały kraj” – mówił Generał. Natomiast prof. Ryszard Reiff (książka „Czas Solidarności Editio Spotkania, Paryż 1988) napisał: – „11 grudnia w godzinach rannych złożył mi wizytę w moim gabinecie w PAX-ie, z ramienia Solidarności Zbigniew Romaszewski, zapraszając mnie, jako jednego z mówców na wiec, który planowano w dniu 17 grudnia o godzinie szesnastej na Placu defilad. Gdy dowiedziałem się, że to wszystko ma odbyć się o tej porze i w tym miejscu, zaprotestowałem przeciwko takiej lekkomyślności. Wielkie tłumy w ciemności-mówiłem (grudzień, godzina szesnasta), to zachęta do prowokacji. Zaplanowanej lub nie, czy przypadkowego tumultu, który wywoła panikę i może spowodować nawet śmiertelne wypadki. Jedna petarda, jeden pojemnik z gazem łzawiącym i sytuacja wymknie się spod kontroli”. Zachęcam Państwa – zwróćcie uwagę kto, które media wykażą, że ta demonstracja miała zgodę władz Stolicy, rządu oraz zapewnioną ochronę – czyją i jaką, by nie doszło do tragedii przed jaką ostrzegał Profesor.
Papież
Proszę pomyśleć nad Jego rozwagą oceny sytuacji, rozumieniem odpowiedzialności Generała za Polskę, gdy w tym zwięzłym zdaniu – cytuję wyżej – nazwał patriotą. Kto z Państwa zna polityka, dziennikarza, może biskupa który przypomina, cytuje te słowa. A może ktoś słyszał, że „Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie pod koniec lat osiemdziesiątych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, Papież natychmiast mu przerwał: Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”, napisał Tad Szulc w książce „Papież Jan Paweł II. Biografia”. Chciałoby się zapytać – czy w tym „worze kamieni” Papież widział tylko grzechy własne Generała, czy coś więcej? Były Prymas Polski abp Józef Kowalczyk, pisze w książce „Świadectwo i służba” (Wyd. Adam, 2008)-„Muszę powiedzieć szczerze i mam odwagę to powiedzieć: Jan Paweł II darzył pewnym szacunkiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, bo widział, że w tym człowieku jest jakiś duch patriotyzmu, duch dobra, jakaś wola obrony Polski”.

„Polski jesteśmy warci”

Generał kończył 13-grudniowe przemówienie apelem – „Zwracam się do wszystkich obywateli – nadeszła godzina ciężkiej próby. Próbie tej musimy sprostać, dowieść, że Polski jesteśmy warci”. Jak tę myśl można, należałoby rozumieć dziś, w 2019-2020 roku? Przed nami wybory prezydenta Polski.
Zachęcam Państwa Czytelników do namysłu nad zagrożeniami wewnętrznymi, w tym demokratycznych zasad i form sprawowania władzy. Co na tym polu udało się osiągnąć w sferze władzy samorządowej i parlamentarnej wszyscy mamy na świeżo w pamięci. Na jakich obszarach, polach działalności państwowej, w tym zagranicznej, wewnętrznej, społecznej i gospodarczej, szczególnie wymiaru sprawiedliwości trwają zmagania o międzynarodowy wizerunek Polski praworządnej, przyjaznej obywatelom i sąsiadom, krajom członkowskim UE – pisze prof. Bogusław Liberadzki (DT 6-8 grudnia 2019). Wspomniałem wyżej ocenę prof. Marcina Matczaka – „Władza gotowa podpalić Polskę”. Redaktor Andrzej Ziemski pisał – „W poszukiwaniu męża stanu” (DT, 8-12 listopada 2019) o kandydatach Lewicy na urząd Prezydenta Polski, wymieniając m.in. byłych premierów i prof. Bogusława Liberadzkiego. Mam zdanie podobne – pisałem w tekście „Przyszły Prezydent Polski” (DT, 22-24 listopada 2019), uważając iż powinien nim być PROFESOR – wspomniany Bogusław Liberadzki, może Grzegorz Kołodko, Jacek Majchrowski. Zachęcam Państwa raz jeszcze – do zastanowienia się nad „profesorską kandydaturą” mądrego, z bogatym doświadczeniem naukowym, fachowca i gospodarza Polski. Teraz, na III dekadę – słyszę od wielu rozmówców – jest nam potrzebny człowiek znany w Europie z autorytetu wiedzy i powagi rozumienia rzeczywistości. Osoba, za którą my „zwyczajnie zjadacze chleba” nie będziemy się wstydzić. Przecież „Polski – mądrze rządzonej, gospodarnej – jesteśmy warci” – nie zmarnujmy tej szansy.

Gdzie ten sukces prezydencie Duda?

Przed przypadającym w 70 rocznicę utworzenia NATO, szczytem szefów państw Sojuszu, prezydent drugiej co do wielkości armii Paktu Atlantyckiego ogłosił, że jedzie do Londynu na spotkanie, aby załatwić swoje interesy. I to kosztem wszystkich innych.

– Turcja sprzeciwi się natowskiemu planowi obrony dla państw bałtyckich, jeśli sojusznicy z NATO nie uznają ugrupowań, z którymi walczymy, za terrorystów – zagroził prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan .
W ten sposób Ankara odmówiła poparcia planu obrony przez NATO krajów bałtyckich i Polski, dopóki nie uzyska wsparcia sojuszu w walce z milicją YPG, którą uważa za organizację terrorystyczną z powodu jej powiązań z separatystyczną i zdelegalizowaną w Turcji Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Ta z kolei przez Turcję, Stany Zjednoczone i Unię Europejską uważana jest za organizację terrorystyczną. Tymczasem milicja YPG to trzon Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), które de facto pokonały Państwo Islamskie. Skądinąd walcząc ramię w ramię z US Army.
Po tej enuncjacji do Erdogana zadzwonił Andrzej Duda. I uzgodnił, że panowie pogadają w Londynie.
Spotkano się i poinformowano, że doszło do kompromisu. Oficjalny komunikat głosił, że „w czasie szczytu doszło do spotkania prezydentów Polski, Litwy i Łotwy czyli Andrzeja Dudy, Gitanasa Nauseda i Egilsa Levitsa z prezydentem Turcji Recepem Erdoganem. W rozmowach uczestniczyli też też premier Estonii Jurim Ratasem i sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg.
– Dzisiaj uzgodniliśmy aktualizację planów dla Polski i państw bałtyckich. Jestem z tego zadowolony – rzekł ten ostatni na konferencji prasowej.
W komunikacie po zakończeniu szczytu poinformowano, że prezydent Turcji Recep Erdogan zgodził się przyjąć plan obronności dla Polski i państw bałtyckich., czyli, że wycofał się z wcześniejszego stanowiska.
Potwierdził to minister obrony Mariusz Błaszczak. Powiedział, że Turcja zgodziła się na przyjęcie planu, dzięki osobistej rozmowie Andrzeja Dudy z Recepem Erdoganem.
– To jest kolejny sukces Andrzeja Dudy. Widać, że pan prezydent jest bardzo skutecznym politykiem. To jest kolejna sprawa jeżeli chodzi o nasze bezpieczeństwo w ramach NATO, że pan prezydent okazuje się być politykiem bardzo liczącym się i skutecznym. To że udało się pan prezydentowi przekonać Turcję, żeby jednak teraz nie wygrywać sprawy syryjskich, sprawy bezpieczeństwa Turcji tak jak ją definiuje prezydent Erdodogan, tylko, żeby to bezpieczeństwo państw tej części Europy co Polska, było na pierwszym planie tej agendy, to jest bardzo duży sukces, ponieważ mamy poczucie że jesteśmy państwem bezpiecznym i obecność NATO nie będzie iluzorycznym. Bez względu na podziały polityczne musimy być zgodni, że to bardzo ważne dla Polski – perorowała potem w TV Republika posłanka Prawa i Sprawiedliwości Joanna Lichocka.
Ten niebywały sukces Andrzeja Dudy utrzymał się ledwie dzień.
„Turcja zablokuje ostateczną zgodę na plan NATO dotyczący obrony Polski i państw bałtyckich do czasu, aż sojusznicy zgodzą się uznać działające w Syrii kurdyjskie Ludowe Jednostki Samoobrony za terrorystów” – doniósł Reuters dzień po zakończeniu szczytu cytując szefa tureckiego MSZ Mevlut Cavusoglu.
– Plan NATO nie zostanie opublikowany, dopóki turecki plan również nie zostanie opublikowany – rzekł szef tureckiej dyplomacji. – Nie byłoby uczciwe, gdyby niektóre kraje nie zaakceptowały naszego planu, a jednocześnie poparły plan dla innych. Nie ma mowy o kompromisie.
Wypowiedź ta, dyskredytujące peany na cześć Dudy, została dziwnie pominięta przez prorządowe polskie media. Nie wspominając o tym, że nie doniósł się do nich ani apologeta prezydenckich działań Krzysztof Szczerski, ani nawet szef MON Błaszczak.

Społeczny dialog PiS

Suweren zgłupiał – uwierzył, że jest suwerenem.

W dniu 11 czerwca Rada Nadzorcza JSW S.A. dokona odwołania dotychczasowego Prezesa JSW S.A. pana Daniela Ozona. Trzy tygodnie przed rozstrzygnięciem konkursu na Zarząd JSW S.A. Pijana małpa z brzytwą – tak można określić zachowanie Rady Nadzorczej i Ministerstwa Energii” – obruszyli się w oficjalnym komunikacie górnicy z Kopalni Węgla Kamiennego „Pniówek”. I to ci górnicy, którym o ministrze Tchórzewskim nie wypada źle mówić, pisać, ani nawet myśleć. Bo minister Tchórzewski ich ci jest – popierany przez podpisany pod komunikatem NSZZ Solidarność.

Tymczasem Komisja Zakładowa z „Pniówka” zdawała się nie wiedzieć gdzie żyje. Pisali wszak „Tracimy jako JSW S.A. wiarygodność i wartość. Obserwujmy dzisiaj kurs akcji JSW S.A. – będzie tąpnięcie. Jakie są motywy odwołania Prezesa i tym samym uniemożliwienie wystartowania mu w konkursie na następną kadencję? Pieniądze, które trzeba wyprowadzić z JSW S.A. Tym samym wypłata premii z zysku dla pracowników JSW S.A. stoi pod znakiem zapytania”. Związkowcom pokićkało się coś nader istotnego. To mianowicie, że uwierzyli, że są właścicielami JSW. Stąd niepokój o kurs akcji, stąd obawa przed dekapitalizacją spółki, a nade wszystko dbałość o kadrę menedżerską w osobie zarabiającego tyle, co wszyscy członkowie Komisji Zakładowej razem wzięci.

Minister Energii, jak tylko dostał maila z „Pniówka”, odpowiedział, że „zdecydowanie zaprzecza informacjom zawartym w komunikacie”. Tchórzewski ostrzegł też, że „publiczne prezentowanie nieprawdziwych informacji, takich jak zawarte w wymienionym Komunikacie, jest działaniem na szkodę spółki przez osoby informujące o tym Związek i może doprowadzić do destabilizacji kursu akcji na GPW”.

Kłamliwe to insynuacje, bo Według Tchórzewskiego „Minister Energii nie podejmował i nie podejmuje żadnych działań związanych z pozyskiwaniem środków finansowych dla Skarbu Państwa z JSW”. A poza tym, to w kwestii zabrania przez państwo kasy ze spółki, „ostateczna decyzja w tej sprawie będzie należała do Walnego Zgromadzenia JSW, w którym Minister Energii bierze udział jako jeden z akcjonariuszy”. O tym, że ten jeden akcjonariusz ma ponad 55 proc. akcji, czyli głos decydujący, Tchórzewskiemu zapomniało się dodać.

Ale za to napisał coś, co każdego,nawet niemającego pojęcia o ekonomii, górnika, mogło rozśmieszyć. Przypomniał, że „polskie prawo nie daje możliwości żadnym organom rządowym podejmowania decyzji dotyczących dysponowania środkami spółek, w których Skarb Państwa posiada prawa z akcji”. Bowiem nawet górnik o bardzo małym rozumku wie, że to właśnie ministerstwo ma swoich ludzi w Radzie Nadzorczej. I ci ludzie muszą robić to, co im każe Tchórzewski. Nie wspominając już o tym, że – co słusznie zaznaczył minister – „zmiany osób kierujących Spółkami są naturalnymi działaniami wynikającymi z bieżącego zarządzania i wymagają przestrzegania procedur”.

A gdyby związkowcy z „Pniówka” nie wierzyli Tchórzewskiemu, to powinni się nad swoją niesłuszną postawą zastanowić. Bo „jako Minister Energii nieustannie dbam o rozwój i stabilizację we wszystkich spółkach, które nadzoruję. Przypomnę, że w roku 2016 dzięki moim staraniom i zaangażowaniu, przyczyniłem się do uratowania JSW przed upadłością”.

Jeśli dotąd zasługi Tchórzewskiego nie zrobiły na górnikach wrażenia, to na pewno słowa, którymi kończy swoją odpowiedź pan minister, winny wywołać w obrońcach prezesa Ozona wstyd.

„Drodzy Górnicy,

Po naszych wspólnych doświadczeniach z 2007 roku i ostatnich czterech lat, przypisywanie mi złej woli i możliwości działania na szkodę przedsiębiorstw i społeczności górniczej napawa mnie smutkiem”.

Tymczasem związkowcy z Solidarności, miast zapłakać i pokajać się, zapakowali się nocą w autobusy i przyjechali demonstrować do Warszawy. I tu spotkała ich niespodzianka. Nie zostali wpuszczeni do budynku JSW i nie mogli rozmawiać z władzami spółki. Minister wyszedł do nich i nic nie obiecał, a na dodatek na stronie JSW ukazała się informacja, iż „11 czerwca Rada Nadzorcza Jastrzębskiej Spółki Węglowej podjęła uchwałę o odwołaniu ze składu Zarządu JSW Daniela Ozona pełniącego funkcję Prezesa Zarządu JSW”.

Nic, w dalszym ciągu, nie rozumiejący związkowcy z Solidarności jęli tedy wykrzykiwać „Złodzieje, złodzieje” oraz żądać dymisji Tchórzewskiego. Nie zauważyli chyba, że PiS już od dawna wstał z kolan, na których – przynajmniej pozornie – podchodziła do górników każda władza. I że o tym, czy Tchórzewski ma być ministrem, na pewno nie oni będą decydować.

Ta przypowieść sprzed kilku tygodni świetnie ilustruje, gdzie w państwie PiS jest miejsce dla robotników, związków zawodowych, czy kogokolwiek innego. Z wyjątkiem – rzecz jasna – hierarchów Kościoła. I na pewno nie jest to miejsce przy stole negocjacyjnym.

Bandersnatch

Aktualnie przebywam na wczasach z rodziną na greckiej wyspie na K. Byłem tu już dwa lata temu i tak mi się spodobało, że postanowiłem przyjechać w to samo miejsce raz jeszcze. Nie znam lepszego niż greckie wina, lepszej oliwy i lepszej niż grecka kuchni i pogody; wszystko mi tu smakuje, wiatr od morza pozwala choć na chwilę schłodzić myśli pod czaszką. Żeby jednak zupełnie nie zapomnieć skąd jestem, bo w końcu z każdych wakacji kiedyś się wraca, zabrałem ze sobą ze starego kraju książkę o księdzu Jankowskim i dzięki temu jeszcze kompletnie nie odleciałem, choć to lektura iście kosmiczna. Powieść „Uzurpator” autorstwa św. pamięci Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego, to wstrząsająca opowieść o tym, jak ktoś z pozoru kompletnie nierokujący i bez charyzmy, potrafi dzięki uporowi oraz tzw. szczęśliwym zbiegom okoliczności, awansować w Polsce na głównego rozgrywającego czasów największych przemian. To również historia o człowieku zagubionym i do cna cynicznym, który umie uzależniać od siebie całe rzesze ludzi i wykorzystywać z premedytacją ich słabość. To w końcu rzecz o człowieku z Pomorza; zrodzonym w niemieckiej rodzinie, w której matka do końca życia mówiła w domu po niemiecku, dziadek miał przed wojną pięć sklepów w Wolnym Mieście, a ojciec zginął na froncie wschodnim. On sam jednak wolał ubierać się w sarmackie kontusze i obstalowywać sobie rodowe pierścienie z orzełkiem, bo to w nowej Polsce widział swoje jutro. To on karmił i ubierał Lecha Wałęsę i opozycję w czasach największego kryzysu. To w garniturze za jego pieniądze Lech Wałęsa podpisywał Porozumienia Sierpniowe w Sali BHP. Kiedy powoli zbieramy graty z plaży albo znad basenu i idziemy szykować się do kolacji, włączam tuż przed nią komputer, żeby przeczytać, co też podczas nieobecności w Polsce akuratnie mnie ominęło. Dziś zatrzymałem się dłużej nad informacją o tym, że wicepremier Piotr Gliński postanowił zmniejszyć o 3 mln złotych dotację dla Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Podobno nie oddaje ono prawdy historycznej o „Solidarności” i jej czasach i Ministerstwo nosi się z zamiarem powołania swojego „odpowiednika” na tamtym terenie – Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Tak jak w przypadku Westerplatte. Jeśli historia którą zastajemy, obudowaną w ściany i wystawy za poprzedników, nie do końca nam odpowiada, zaczynamy pisać swoją własną historię za pomocą własnych ludzi i na własnych zasadach. Dziwi się pani prezydent Gdańska ideom rządowym, podług których mamy mieć dwie ścieżki tej samej historii, wyrażane w dwóch konkurencyjnych muzeach, ale mnie to w ogóle nie dziwi. Po niezbyt nawet uważnej lekturze powieści o księdzu Janowskim, nie sposób nie odnieść wrażenia, że ruch któremu nieformalnie przewodził i formalnie zupełnie go podtrzymywał materialnie i finansowo, to opowieść o co najmniej dwóch różnych wizjach tego samego dążenia; innymi słowy, z jednej matki rodzi się dwoje dzieci, które idą równoległą do pewnego momentu ścieżką. Później jedno wyrasta na spadkobiercę ojców i dziadów, drugie jest marginalizowane i podupada na zdrowiu Z czasem drugie, bardziej liche i pełne goryczy, powie, że to to pierwsze ukradło mu sukces, bo skumało się z komuną w Magdalence, i to ono powinno mieć, jako to prawdziwe i pominięte przy ustalaniu testamentu, jedyne prawa do nazwiska, ale los obszedł się z nim bardzo źle i dopiero teraz, kiedy dorosło i okrzepło, sięga po sprawiedliwość dziejową i może opowiedzieć potomnym, jak to naprawdę było. I rzeczywiście: ja chciałbym taką właśnie narrację zafundować na lekcjach historii młodym ludziom; aby dowiedzieli się, że wbrew temu co mogą dziś usłyszeć, „Solidarność” nigdy monolitem nie była i podzieliła się szybciej niż za Okrągłego Stołu. A że w związku z tym, wszyscy ci, którzy podpinają się pod jej spuściznę i twierdzą, że to ich racja jest najbliższa prawdy nigdy ze sobą nie będą w stanie się porozumieć, bo to by oznaczało, że jedna ze stron musiała by się zrzec dogmatu swojej nieomylności, musimy postawić dwa muzea „Solidarności”, żeby prosty człowiek mógł zapoznać się z dwiema wersjami-dziecka A i dziecka B. Musimy postawić dwa muzea II Wojny Światowej, żeby czasem nie było tak, że w jednym ktoś powie, że nie wszyscy Polacy byli Kolumbami rocznik 20, a Powstanie Warszawskie to nie najwspanialsza ostatnia pieśń patriotycznej Europy, tylko nieprzemyślana decyzja i rzeź, której można było ludziom oszczędzić. Żeby tak mówić, trzeba postawić alternatywne muzeum, bo władza obecna wie, jaka była prawda, a ta jak wiadomo, nie może być skalana choćby cieniem wątpliwości czy szarości. Nie dziwi więc mnie ta wielka władzy mobilizacja i zacięcie, żeby fundować dla narodu alternatywne zakończenia tej samej historii. Trochę jak w „Bandersnatchu” z serialu „Czarne Lustro”. Sami możemy sobie wybrać, którą ścieżką podąży nasz bohater. Szkopuł w tym, że ktoś mądry wyrysował kiedyś to algorytmiczne drzewko. Obejrzał wszystkie możliwe scenariusze i kombinacje i stwierdził…że w żadnym układzie nie będzie happy endu.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Co dalej, ósma klaso? Ważny tunajt

Jechaliśmy w czwartek autem, ż żona i córką, daleko i długo-z Tomaszowa Lubelskiego do Istebnej. Gdzieś w okolicach Tarnowa włączyło się, o pełnej godzinie, „Radio kierowców”. Tak jakoś mam w tym aucie, że ustawień fabrycznych od dwóch lat nie tykam. Nadawali akuratnie informacje o stanie negocjacji w sprawie obsady brukselskich stanowisk. Żona zapytała mnie wtedy, usłyszawszy, że Donald Tusk straci swój fotel: „A co teraz z nim będzie?”. No właśnie. Co z nim będzie… Przypomniał mi się wówczas film, chyba z Krzysztofem Majchrzakiem w roli głównej, tytułu nie pomnę. Rzecz dzieje się w zaborze rosyjskim, po, albo w trakcie powstania styczniowego. Krzysztof Majchrzak, powstaniec, pojmany przez sołdatów, stoi w głębokim dole, do którego za chwilę będą wlewane ekskrementy. Taka finezyjna kara śmierci. Nad dołem, na koniu, siedzi ruski generał i pyta Majchrzaka: „I co teraz będzie?”, a Majchrzak, chyba to jednak był on, z rozbrajającą szczerością i nonszalancją w głosie odpowiada: „Gówno będzie”. Żonie bym tak nie śmiał odpowiedzieć, zwłaszcza własnej, ale w sumie, do tej krótkiej scenki cała sprawa z Tuskiem się sprowadza. Gówno będzie. Do Polski Tusk raczej nie wróci. Z tego co można wyczytać ze źródeł zbliżonych do samego byłego premiera, jest tak, że po prezydenckiej porażce w 2005 roku z Lechem Kaczyńskim, Donald Tusk nie angażuje się w sprawy, które mają choć cień niepowodzenia, a za rok, bój o prezydenturę z Andrzejem Dudą jest przegrany bardziej niż na pewno, i odszczekam te słowa, jak znajdzie się śmiałek, który stanie z nim w konkury i na dodatek wygra, choć, jako „frankowicz”, mam prawo nie lubić prezydenta Dudy bardziej niż bardzo, z czego oczywiście korzystam. Nie wystartuje Donald Tusk, po pierwsze dlatego, że Duda w trakcie kampanii będzie wieziony na dojnej krowie o nazwie „PiS plus”, czyli wszystkich tych fruktach, które PiS ludziom dało, a o których wcześniej mówiono, że nie można dać, bo się nam budżet rozleci, a, patrzcie Państwo, jakoś się nie rozleciał. W tym starciu Tusk szans nie ma najmniejszych, bo przecież to on, a nie kto inny, rozszczelnił VAT-owską dziurę, którą teraz PiS załatał, i z której są pieniądze na wszystkie polskie dzieci. Tak przynajmniej przebiegać będzie oś narracji w trakcie potencjalnej kampanii, i nie trzeba być szczególnie politycznie wyrobionym, żeby to przewidzieć. Druga sprawa, że Donald Tusk, mówiąc oględnie, nie jest tytanem pracy. To z kolei plotki, które po Warszawie krążą od lat. Piłka, mecze w telewizji, ostre spory w świetle kamer, ale nie praca organiczna – od wsi do wsi, od powiatu do powiatu. Od tego, w czasach Platformy, Tusk miał Schetynę i Grasia. Dziś ostał mu się jeno ten drugi, a to trochę mało. Schetyna nigdy wprost tego nie powie, ale jak wyłączą mikrofony, to z właściwą sobie gracją, w żołnierskich słowach, usłyszycie Państwo od niego, gdzie Tuska ma i co dla niego może zrobić. Mniej więcej to samo, co zaborcy dla Majchrzaka. Kasy partyjnej w błoto nie wyrzuci, bo inwestycja w Tuska jest mocno niepewna. Owszem, środowisko „Wyborczej” i KOD-u zrobi Tuskowi kampanię, albo raczej, zrobiłoby, ale to też nie wystarczy. Żeby zostać prezydentem w tym kraju, albo wygrać jakiekolwiek wybory, trzeba do siebie przekonać prowincję i wieś, a tego Tusk nie zrobi. Kiedyś, w złotych latach PO, nimb europejskości i załatwione autostrady starczyły, ale jedynie na pół kadencji. Od czasu wyprowadzki Tuska z Polski, Platforma nieustannie traci i nie ma pomysłu na to, co Polakom zaproponować prócz tego, że Jarosław Kaczyński jest mały i brzydki i dlatego nie warto na niego głosować. Inna rzecz, że gdyby doszło do ewentualnego starcia Tuska z resztą Polski, wyciągnięte na wierzch zostaną demony, o których wiedzę ma dawne środowisko KLD, a o których pisali m.in. Sulmiński i Budzyński. Inna rzecz, jak to robili, i że oprócz domniemań i poszlak dowodów twardych nie ma, ale choćby z ich publikacji wprost wynika, że Tusk i jego ekipa, to niemiecka agentura, umocowana u nas jeszcze za czasów schyłkowej Stasi. Naturalnie, gdy rzecz wyjdzie dalej niż klub „Ronina” i środowisko „Gazety Polskiej”, a wyjdzie na pewno, już się Jacek Kurski o to postara, trzeba będzie na zarzuty odpowiedzieć. I to akurat bardzo by było dobre, godne i sprawiedliwe, gdyby Tusk zaczął się tłumaczyć, skąd była kasa na KLD, jak to było z tymi powiązaniami z biznesem, choćby przez wzgląd na historyczną prawdę, której tacy jak ja, poszukują po państwowych archiwach, a która drzemie raczej nie tam, a w ścianach barów i pokojów w „Mariocie”. Z tych choćby prozaicznych powodów, kierunku polskiego Donald Tusk nie obierze. Za dużo mielizn, za słaby połów i za dużo piratów na akwenach. To może zagranica? Może. Jeśli jakaś, to nie nazbyt eksponowana. Angela Merkel nie będzie za niego umierać, sama powoli myśli, co dalej zrobić z samą sobą i swoją spuścizną. Po fatalnych dla Tuska notowaniach przy okazji negocjacji z UK w sprawie Brexitu, do NATO nikt też go raczej nie zaprosi. Może jakaś agenda ONZ? Może w przyszłości szefostwo? Może, choć Trump na pewno się postawi. Na razie więc przeczekanie i flauta. Oczywiście, usłyszycie Państwo od niego samego, że teraz musi się wyciszyć, zdystansować, nabrać sił po ciężkim epizodzie brukselskim, ale to ściema. Nie bardzo jest dokąd uciec, więc ucieczka w sen też jest jakimś rozwiązaniem. Na ten moment, najlepszym z możliwych.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”