Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.