Amerykańska wojna w Somalii po pół wieku się kończy… czy na pewno?

Korzenie wojny w Somalii sięgają czasów zimnej wojny. Ta się skończyła, więc Amerykanie nazywają swoje zaangażowanie w tym kraju „wojną z terroryzmem”. W grudniu 2020 roku administracja Trumpa ogłosiła decyzję o wycofaniu wojsk i spotkała się z ostrą krytyką mediów pro-interwencjonistycznych. W końcu chodzi o utrzymanie geopolitycznej przewagi w Rogu Afryki.

Między innymi magazyn Foreign Affairs wezwał administrację Bidena do „ponownego zaangażowania” się w walkę z bojówkami asz-Szabab, które stały się głównym ogniskiem oporu po dekadach zagranicznej ingerencji w tym afrykańskim kraju. Wymieniona jako organizacja terrorystyczna przez Departament Stanu w 2008 roku, asz-Szabab (z arabskiego: Młodzież) jest częścią szerszej koalicji walczącej o niepodległość regionu, obok narodowych sił bezpieczeństwa i niektórych frakcji wchodzących w skład somalijskiego rządu. Czy zresztą warto w ogóle mówić o ponownym angażowaniu się, skoro wycofanie wojsk amerykańskich z Somalii to zaledwie przesunięcia amerykańskich sił do innych części Afryki Wschodniej? Rzecznik AFRICOM, płk Chris Karns, przyznał, że „ograniczona obecność sił zbrojnych nadal będzie miała miejsce”. Wcale też nie skończyły się amerykańskie ataki powietrzne na cele w Somalii. Ich częstotliwość jest większa niż wcześniej i to w zasadzie rozwiewa ostatnie złudzenia, jakoby Stany Zjednoczone miały zamiar naprawdę zostawić ten kraj w spokoju.
Zimnowojenny początek
Federalna Republika Somalii jest jednym z czterech krajów położonych w regionie określanym mianem Rogu Afryki, który od XIX wieku stanowi ważną arterię światowego handlu. Położone jest tam źródło rzeki Nil, blisko jest też do bliskowschodnich pól naftowych oraz szlaków handlowych Oceanu Indyjskiego, nie dziwi więc, że Róg Afryki od dawna był celem kolonialnych potęg Wielkiej Brytanii i Francji, a także faszystowskich Włoch w czasie II wojny światowej.
Amerykańskie zaangażowanie przyszło dużo później. Kiedyw latach 60. Somalijczycy uzyskali niepodległość, a Somaliland Brytyjski i Somaliland Włoski znalazły się pod jedną flagą, arbitralne wytyczenie granic terytorialnych sprawiło, że znaczna część etnicznych Somalijczyków została rozproszona na obrzeżach nowego kraju. Wpływy w nowym kraju chciał mieć i Związek Radziecki, i jego wielki rywal. Somalijsko-radziecki układ zbrojeniowy z 1963 roku dał przewagę Moskwie, a jeszcze większą kontrolę nad tym afrykańskim krajem Sowieci zdawali się zyskiwać po wojskowym zamachu stanu w 1969 r., dokonanym przez skrajnie lewicowych nacjonalistów pod wodzą generała Siada Barre. W odpowiedzi USA udzieliły znacznej pomocy wojskowej sąsiedniej Etiopii, co doprowadziło do regularnych starć zbrojnych między obiema stronami. Jednak i w Etiopii interesy amerykańskie szły źle – w 1975 r. wspierany przez Amerykanów cesarz Hajle Sellasje został obalony, władzę w wyniku zamachu stanu przejął Derg – rada lewicowych, marksistowskich oficerów. Ona również porozumiała się ze Związkiem Radzieckim, co sprawiło, iż Amerykanie zaczęli… udzielać pomocy wojskowej i ekonomicznej socjalistycznemu rządowi Barre w Somalii. Wojna o Ogaden pomiędzy Etiopią a Somalią, rozpoczęta przez Barre w 1977 roku, doprowadziła do ostatecznego zerwania stosunków między Somalią a Związkiem Radzieckim. ZSRR zawarła układ z Fidelem Castro, aby sprowadzić 5 000 kubańskich żołnierzy w celu wsparcia Etiopii, co doprowadziło do klęski armii Saida Barre i przyczyniło się do końca odprężenia w relacjach pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim pod koniec lat 70.
W 1979 roku inwazja Związku Radzieckiego na Afganistan stała się punktem wyjścia dla Operacji Cyklon – programu CIA zainicjowanego przez prezydenta Jimmy’ego Cartera, mającego na celu finansowanie afgańskich grup oporu, mudżahedinów. Ta najdłużej trwająca tajna operacja w historii USA przez lata pochłonęła ponad 20 miliardów dolarów na uzbrojenie i szkolenie tych grup. Mudżahedini nie pozwolili ZSRR opanować Afganistanu, ale Amerykanie stworzyli, jak pisał The Guardian, Frankensteina, rozbudzili fundamentalizm islamski. A on współtworzy dziś tak oblicze Bliskiego Wschodu i polityki USA wobec niego, jak i oblicze Somalii.
Przebój kasowy
Dzięki Hollywood wielu Amerykanów słyszało o jednej z największych porażek Stanów Zjednoczonych w Somalii od czasu, gdy po upadku Związku Radzieckiego Waszyngton podwoił wysiłki, by narzucić swoją władzę w tym regionie. Jednak film Helikopter w ogniu, historia o tym, jak 18 amerykańskich żołnierzy zostało zestrzelonych z nieba przez somalijskich watażków, nie mówi całej prawdy.
W ramach operacji Przywrócić Nadzieję, administracja George’a H.W. Busha i ONZ, oficjalnie w ramach misji humanitarnej, wysłały do Somalii 30 tys. belgijskich żołnierzy w celu stworzenia „bezpiecznego środowiska dla ostatecznego politycznego pojednania” w następstwie wywołanego wojną głodu, który pochłonął życie setek tysięcy ludzi. Misja szybko przekształciła się w operację wojskową, która z kolei doprowadziła do wybuchu powstania somalijskich watażków; oddziały „pokojowe” zaczęły prześladować lokalnych przywódców klanowych i zaostrzać napięcia. Następca Busha, Bill Clinton, rozszerzył „misję” i eskalował konflikt, tak, że ten przerodził się w wojnę domową w pełnym tego słowa rozumieniu.
Generał Mohamed Farah Aideed, popularny przywódca opozycji i przewodniczący Zjednoczonego Kongresu Somalijskiego, stał się szczególnym celem amerykańskich interwentów. Umożliwili oni rywalizującym watażkom zajęcie miast kontrolowanych przez sojuszników generała i nakazali jego aresztowanie. Akcja ta uczyniła z sił pokojowych ONZ wspólnego wroga Somalijczyków. Ludzie Aideeda ruszyli do kontrataku i zmusili siły „pokojowe” do wycofania się. W odpowiedzi Clinton wysłał amerykańskich żołnierzy, aby schwytali Aideeda i jego oficerów. Właśnie tę haniebną operację, która doprowadziła do śmierci 18 żołnierzy amerykańskich i setek Somalijczyków, misję typu „zlokalizuj i porwij” mającą na celu schwytanie dwóch oficerów Aideeda w stolicy kraju, Mogadiszu, pokazuje wspomniany film.
W operacji wzięło udział łącznie 160 żołnierzy, 19 samolotów i 12 pojazdów. Miejscowa milicja wciągnęła najeźdźców w 18-godzinną wymianę ognia i zestrzeliła dwa amerykańskie helikoptery Black Hawk, a międzynarodowe serwisy informacyjne przedstawiały obrazy martwych amerykańskich żołnierzy wleczonych po ulicach. W obliczu takiego publicznego upokorzenia, Clinton przerwał misję i wycofał siły amerykańskie w marcu 1994 roku.
Amerykanie jednak nie odeszli na dobre. Działali, nie ujawniając się. W 2001 r. Stany Zjednoczone rozpoczęły w Somalii szeroko zakrojone działania w szpiegowskie. Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych Pentagonu (JSOC) przejęło inicjatywę w operacjach nadzoru, rozpoznania i przechwytywania, które trwały do 2016 roku i doprowadziły do zabicia setek bojowników asz-Szabab, głównego celu operacji. W 2011 r. prezydent Obama zaczął rozmieszczać w regionie drony, które stały się podstawą imperialnych wojen Ameryki, dodając do ogromnego inwentarza bomb i pocisków kolejną broń zabijającą tysiące niewinnych cywilów bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Krwawe dziedzictwo
Można postawić tezę, że to, co nazwano wojną domową w Somalii, było jedynie nieustanną kampanią obcych państw, mającą na celu kontrolowanie obszaru o kluczowym znaczeniu dla funkcjonowania ich globalnych interesów handlowych. Wykorzystywanie takich czy innych nastrojów, jakie ich agenci mogą wywołać w społeczeństwie? Rzucanie pieniędzy i broni w ręce tej czy innej frakcji? Wszystko to tylko środki służące temu celowi. To samo dotyczy uzasadnień ideologicznych. Amerykanie mogli przez dziesiątki lat wspierać zdeklarowanego socjalistę Saida Barre, gdy widzieli w tym sens. Na tej samej zasadzie mogą teraz niszczyć „islamskich terrorystów”, bojówki, które swojego czasu sami tworzyli.
22 stycznia, ledwie tydzień po oficjalnym wycofaniu amerykańskich wojsk, 189 bojowników asz-Szabab zostało zmasakrowanych przez wspierane przez USA Ugandyjskie Ludowe Siły Obrony (UPDF). Uderzenie było skoordynowane z misją Unii Afrykańskiej w Somalii (AMISOM), która współpracuje z agentami CIA działającymi” w ramach programu antyterrorystycznego w Somalii. Joe Biden mógł obiecywać w kampanii „zakończenie wiecznych wojen”. Nowa administracja USA raczej nie zmodyfikuje swojej polityki wobec Somalii. Niektórzy już wzywają do tego, aby prezydent cofnął decyzję Trumpa o wycofaniu wojsk, co dodatkowo ujawnia, że wycofanie nie jest niczym więcej niż polityczną sztuczką. Nawet arcyneokonserwatywni politycy z American Enterprise Institute rozumieją, że położono wystarczające podwaliny, aby kontynuować krwawe dziedzictwo USA… nawet bez stałego kontyngentu marines.

Oryginalny tekst ukazał się na stronie MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Niespokojny Róg Afryki

Region Rogu Afryki to ważny obszar na styku Afryki i Bliskiego Wschodu. Niezasłużenie niezauważany w medialnych relacjach – już jest areną napięć i konfliktów, o potencjalnie strasznych konsekwencjach.

Najbardziej strategicznie położone jest na jego terenie maleńkie Dżibuti nad cieśniną Bab el-Mandeb, łączącej Morze Czerwone z Zatoką Adeńską i Morzem Arabskim, przez które przebiega jeden z ważniejszych, o globalnym znaczeniu, morskich szlaków.
Dzibuti
Dżibuti jest miejscem stacjonowania wojsk francuskich i chińskich. ChRL tworzy tu wojskową bazę morską, gdzie już stacjonują siły szybkiego reagowania i kutry do zwalczania piratów grasujących w rejonie Somalii. Buduje też port mający stanowić w przyszłości jeden z punktów przeładunkowych na morskim Nowym Jedwabnym Szlaku. To ma być też element ekspansji kapitału chińskiego na wschód Czarnego Lądu. Rosjanie epizodycznie stacjonują w Port Sudan nad Morzem Czerwonym. Także Turcja przejawia zainteresowanie tym rejonem Afryki, głównie muzułmańską Somalią, poszerzając swe wpływy w świecie islamu, co musi budzić zaniepokojenie krajów arabskich znad Zatoki Perskiej. Interesy zachodnich mocarstw (i Arabii Saudyjskiej – zaangażowanej mocno militarnie w konflikt w Jemenie) wzięły na siebie w tej części Afryki Zjednoczone Emiraty Arabskie. Płynące stąd fundusze od 2019 r. przeznaczono głównie na cele polityczne w celu destabilizacji, wywołania niepokojów społecznych, w wyniku których nastąpiłyby zmiany reżimów w Dżibuti i Mogadiszu.
Somalia
Sytuacja w Somalii, kraju-widmie, de facto nie istniejącym jako jednolity podmiot od 1991 roku kiedy rozdarła go wojna domowa „wszystkich ze wszystkimi”, jest jednak bliska wyjaśnienia. Somalia rozpadła się na trzy kraje: Somalię właściwą na południu, Punt-land (w środkowej części) i Somaliland nad Zat. Adeńską (część północna kraju). Rozbity kraj, bez rządu i administracji, jest od lat siedzibą licznych bojówek dżihadystów (najbardziej znana to miejscowa odnoga al-Kaidy – Asz-Szabab). W Punt-landzie z kolei zagnieździli się piraci atakujący i porywający dla okupu statki handlowe. Rejon Rogu Afryki jest klasycznym przykładem, jak teoria chaosu – XXI wieczny kolonializm – działa w praktyce, unicestwiając państwa i tworząc terytoria, które stają się żyzną glebą z jednej strony dla organizacji terrorystycznych, a z drugiej – do swobodnego działania mega-kapitału globalnego (głównie amerykańskiego).
W 2019 rozmowy między zwaśnionymi trzema podmiotami stanowiącymi niegdyś Somalię nabrały tempa, kiedy pośrednictwo przejęła Etiopia i jej premier Abiyi Ahmed. W jej wyniku prezydent Somalii Mohammed Abdullah Formajo i lider Somalilandu Moussa Bihi Abdi spotkali się w czerwcu br. w Dżibuti w obecności etiopskiego pośrednika. Punt-land uznał wcześniej rządy w Mogadiszu, stając się autonomicznym regionem Somalii z własnym rządem, policją i armią.
Od 2019 r., ZEA i ich lokalni pełnomocnicy robią wszystko by zablokować postęp w rokowaniach. Rząd somalijski, uważany za rząd jedności narodowej i nastawiony na zjednoczenie kraju oraz autentyczne (nie pozorowane) wyeliminowanie dzihadyzmu i piractwa jest solą w oku nie tylko konserwatywnych władców z Półwyspu Arabskiego, ale i zachodnich mocarstw. Nie od dziś wiadomo, iż terroryści z różnych odgałęzień al.-Kaidy są sponsorowani i wykorzystywani przez specsłużby Zachodu i Izraela do określonych celów. Arabia Saudyjska, zaangażowana mocno w konflikt jemeński – Jemen jest także korkiem mogącym blokować cieśninę Bab el-Mandeb – nie jest w stanie aktualnie samodzielnie mieszać w kotle Rogu Afryki. Jak podają niezależne źródła, ZEA przekazać miały ponad 700 mln dolarów różnym organizacjom i klanom sprzeciwiającym się zjednoczeniu Somalii. Wszystkie działania na razie idą w kierunku wywołania kryzysu konstytucyjnego, rozwiązania parlamentu oraz upadku rządu w Mogadiszu. Pełzająca wojna hybrydowa, jaką toczą niektóre klany w Somalii i Dżibuti ze swoimi rządami może spowodować powrót chaosu i autentycznych walk zagrażających pokojowi i podkopujących rodzącą się stabilizację w regionie. Trzeba oczekiwać, iż ujawni ponownie swą okrutną twarz Asz-Szabab.
Dżibuti ze skomplikowaną strukturą społeczno-narodową – dwie zbiorowości pozostające od zawsze w stanie wrogości: Issowie i Afarowie (coś na podobieństwo Hutu i Tutsich w Rwandzie) – było świadkami rebelii i wojen domowych. Jest więc łatwym terenem dla wywołania chaosu i niepokojów. W lutym 2018 r. rząd Dżibuti znacjonalizował kontenerowy port Doraleh, będący we władaniu spółki DP World z siedzibą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Umowa zakładała, że port powinien działać na maksymalnych obrotach. DP World jednak ograniczał działalność nadbrzeży tak, iż wykorzystywane były w mniej niż 50 proc. choć zapotrzebowanie na usługi jest zdecydowanie większe (na co wracali uwagę inwestorzy z Chiny). Rząd stwierdził, nacjonalizując port, iż jest to sprzeczne z interesem narodowym. Wojsko i policja Dżibuti zajęły go eliminując (jak na razie) działalność DP World.
Zjednoczone Emiraty Arabskie nie szanują Somalii i Dżibuti i traktują swoje interesy priorytetowo, nawet jeśli są one sprzeczne z suwerennością tych krajów. Równocześnie rządy Somalii i Dżibuti nie są zadowolone z portów i baz wojskowych sponsorowanych przez ZEA, głównie ze względu na ich długoterminowy negatywny wpływ na te kraje. Na ten aspekt nakłada się rosnąca aktywność Turcji na Bliskim Wschodzie. Jest to pochodna długofalowego planu prezydenta Erdogana mającego na celu odtworzenie – w jakimś sensie – Imperium Osmańskiego (oczywiście w wymiarze i wg wyzwań XXI wieku). Tu wchodzi w grę stary konflikt Turków i Arabów.
Strategiczny z racji położenia oraz znaczenia dla światowego transportu morskiego region stał się miejscem zainteresowania Chin i ich ekspansji na teren Afryki. Dżibuti doskonale do tej roli się nadaje, Somalia zresztą również. A niejako w tle, nad Morzem Czerwonym w Sudanie, instaluje się flota rosyjska. Dotychczasowi rozgrywający w tym regionie – Francuzi, Saudyjczycy i Amerykanie – muszą się więc posunąć. Zjednoczone Emiraty Arabskie i ich sponsorzy winni mieć świadomość, że bawią się ogniem. Zakłócenie kruchego stanu rodzącej się stabilności do którego po 30 latach chaosu Somalia powoli dąży, leży w interesie geopolitycznych i geostrategicznych zamierzeń wielu krajów. USA przede wszystkim. Pokój w Somalii, kiedy rosnące interesy w regionie skłaniają Chiny, Rosję i Turcję do pośredniczenia w ustanowieniu pokoju i zjednoczenia kraju, nie wszystkim jest więc na rękę. Róg Afryki jest kolejnym, potencjalnym miejscem na Ziemi gdzie szykuje się starcie globalne mające zadecydować o nowym podziale na strefy wpływów i osłabieniu hegemoni USA. To kolejny region zagrożony militarnym starciem o niewyobrażalnych konsekwencjach.
To tylko jedno potencjalne pole konfliktu w Rogu Afryki. Ogromne reperkusje międzynarodowe może mieć wzmagające się napięcie między Egiptem a Etiopią, na tle projektu budowy wielkiej zapory wodnej na Nilu. Tama Wielkiego Odrodzenia na Nilu Błękitnym, który niesie kolosalne ilości wody z Wyżyny Abisyńskiej do Nilu spiętrzy wody na długości 246 km i objętości 74 mld m 3 tuż przy granicy z Sudanem . Przy okazji wybudowana elektrownia wodna o mocy 6000 MW pozwoli Etiopii zaspokoić swoje potrzeby energetyczne i spowoduje, iż stanie się ona eksporterem energii elektrycznej. Projekt ten może przynieść szereg niszczycielskich skutków dla pobliskich regionów, głównie w Egipcie i Sudanie: unicestwieniu podlegać mogą tradycyjne systemy rolne z racji ograniczenia dostępu do wody płynącej Nilem do Morza Śródziemnego.
Etiopia
Egipt od dawna stara się nie dopuścić do postępów projektu za pomocą legalnych i pokojowych środków. Najpierw rozpoczęto trójstronne negocjacje między Egiptem, Sudanem i Etiopią. Negocjacje zakończyły się jednak niepowodzeniem, a władze w Kairze i Addis Abebie, główni antagoniści konfliktu, nie były w stanie osiągnąć kompromisu. Kolejnym krokiem podjętym przez rząd egipski było zwrócenie się do ONZ z żądaniem, aby wymusiła na Etiopii przerwanie prac. Jednak inercja Organizacji Narodów Zjednoczonych uniemożliwiła zawarcie międzynarodowego porozumienia w tej sprawie. Ostatnio Egipt, Sudan i Etiopia ponownie spotkały się, aby spróbować jednak rozwiązać problem w drodze wspólnego porozumienia. Próba się nie powiodła; Etiopia kontynuuje cały czas realizację tego projektu rozpoczętego w roku 2011. Dla jej władz to również racja stanu: mniej 45 proc. ludności tego ponad 100 milionowego kraju ma dostęp do energii elektrycznej. Projekt nie tylko rozwiązuje tę kwestię całkowicie, ale także pozwoliłby państwu etiopskiemu eksportować nadwyżki energii do innych krajów afrykańskich, gwarantując zyski do kasy publicznej. Wszystkie międzynarodowe plany Etiopii – tak regionalne, kontynentalne jak i globalne – zależą zasadniczo od budowy owej zapory wodnej. To też jest źródło dumy narodowej i zjednoczenia multikulturowej populacji. Krótko mówiąc – projekt jest fundamentalną częścią konsolidacji Etiopii jako suwerennego państwa narodowego we współczesnej Afryce i na świecie. Jednak w przypadku krajów sąsiednich sprawa wygląda dokładnie odwrotnie. W Egipcie – państwie z 90 milionową populacją – około 90 proc. mieszkańców żyje nad brzegiem Nilu, gdzie żyzne ziemie są od wieków (by nie rzec – tysiącleci) podstawą egzystencji milionów ludzi, ale także zasadniczym źródłem całej produkcji rolnej i wyżywienia tej masy ludności. Tradycyjne rolnictwo egipskie w obliczu triumfu projektu „Tamy Wielkiego Odrodzenia” jest skazane na zagładę. Przed Egiptem, i w mniejszym stopniu przed Sudanem, stoją poważne zagrożenia głodem i kolosalnymi stratami ekonomicznymi. Istnieje jeszcze jedno ryzyko: natychmiastowego uwolnienia wód Nilu Błękitnego. Jeśli tak by się stało, prądy wodne mogą zatopić ponad 70 proc. (!) całej populacji Egiptu. Tymczasem egipscy eksperci twierdzą, że nie można i takiego scenariusza wykluczyć, gdyż w projekcie tamy są błędy techniczne.
Etiopia i Egipt są członkami Unii Afrykańskiej, która jako organizacja międzynarodowa zaangażowana w integrację afrykańską powinna być po tylu latach istnienia wystarczająco silna, aby rozwiązać te problemy regionalne. Powinna, ale nie jest… Efektem jest śmiertelne zagrożenie dla milionów ludzi, tak z uwagi na możliwość katastrofy, jak z powodu prawdopodobieństwa wojny, bo Egipt i Sudan nie zamierzają pogodzić się z fiaskiem negocjacji. Teraz może być za późno na oświadczenia ONZ lub Unii Afrykańskiej. Etiopia już napełnia zbiornik, tama zacznie działać. Egipt próbuje obecnie powrócić do pozycji jednego z głównych rozgrywających w Afryce, co widać w przypadku ważnej roli tego kraju w libijskiej wojnie domowej.
Wniesienie tych kontrowersji na forum Rady Bezpieczeństwa spowoduje globalizację tego konfliktu. Wiadomo jest, że Afryka to pole ekspansji gospodarczej Chin. One też umacniają swoją pozycję w Rogu Afryki jako forpoczty do ekspansji na cały kontynent. Są mocno zaangażowane w różne przedsięwzięcia w Etiopii. USA starające się ograniczyć rosnące znaczenie Chin wszędzie na świecie skwapliwie by skorzystały by włączyć się czynnie w narastający konflikt w tym regionie świata.