Jest drogo, ale taniej nie będzie

Tylko w styczniu bieżącego roku ceny żywności wzrosły ponad dwukrotnie szybciej niż w ciągu całego 2020 r.
Nie ma co liczyć na spadek cen żywności i napojów alkoholowych w drugim półroczu 2021 r. – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych w pierwszym półroczu tego roku rosły niespotykanie szybko. Po wzrostach cen w tej kategorii produktów w 2020 r., w okresie styczeń – czerwiec bieżącego roku gwałtownie rosły ceny mięsa drobiowego, warzyw, wody mineralnej lub źródlanej, owoców i wieprzowiny. W drugim półroczu 2021 r. ceny większości produktów żywnościowych nie będą spadały. Wyjątek mogą stanowić owoce i warzywa.
Ewolucja cen żywności i napojów bezalkoholowych w znaczącym stopniu przebiega w rytmie sezonowej produkcji roślinnej (w Polsce to okres od lipca do czerwca następnego roku). Z tego właśnie powodu analiza roku 2021, powinna uwzględniać ewolucję cen w 2020 r. Zmiany cen na rynkach żywności i napojów bezalkoholowych, mierzone tzw. wskaźnikiem ŻiNB (żywność i napoje bezalkoholowe – średnia ważona zmian cen detalicznych 62 grup artykułów spożywczych) przebiegały w 2020 r. w sposób nietypowy. W okresie pomiędzy grudniem 2020 i 2019 wskaźnik ten wzrósł jedynie o 0,8 proc. i jego wysokość była trzykrotnie niższa niż wskaźnik inflacji CPI (czyli wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych).
Tymczasem, w okresie 2005 – 2020 wskaźnik cen żywności i napojów bezalkoholowych tylko cztery razy był niższy od wskaźnika CPI. Długookresowy wskaźnik cen żywności i napojów bezalkoholowych w 2020 r. wyniósł 151,7 a wskaźnik CPI 136,9 (2004 = 100,0). Niemal 15 punktów procentowych różnicy świadczy o tym, że ceny żywności i napojów bezalkoholowych w okresie 2004 – 2020 wyraźnie „nakręcały” inflację – zauważa TEP.
O niewielkim rocznym (grudzień 2020 do grudnia 2019) wzroście wskaźnika cen żywności i napojów bezalkoholowych zadecydował spadek cen detalicznych czterech grup produktów: mięsa wieprzowego (- 11,7 proc.), mięsa drobiowego (- 8,5 proc.), warzyw (- 4,7 proc.) i tłuszczy zwierzęcych (- 0,7 proc.). Równocześnie ze spadkiem cen detalicznych następowały systematyczne obniżki cen płaconych producentom trzody chlewnej i drobiu mięsnego, znacznie wyższe niż obniżki cen detalicznych.
Sytuacja uległa radykalnej zmianie w 2021 roku. W styczniu ceny żywności w ciągu jednego miesiąca wzrosły ponad dwukrotnie szybciej niż w ciągu całego 2020 roku. W pierwszym półroczu 2021 r. wskaźnik cen żywności i napojów bezalkoholowych wyniósł aż 5,0 proc. . Najwyższy wzrost cen wystąpił w tym okresie w przypadku: mięsa drobiowego (+ 28,8 proc.), a następnie kolejno: warzyw (+ 9,2 proc.), wody mineralnej (+ 8,0 proc.), owoców (+ 7,6 proc.) i wieprzowiny (+ 5,9 proc.). – zwraca uwagę TEP.
Jeśli chodzi o ceny detaliczne owoców, to po ich dużym wzroście w pierwszych pięciu miesiącach bieżącego roku, w czerwcu nastąpił ich spadek (aż o 3,7 proc. w porównaniu z majem). Skala spadku cen owoców w kolejnych miesiącach zależeć będzie od możliwości eksportu jabłek do tych państw europejskich, między innymi Francji, Włoch i Hiszpanii, w których zbiory jabłek będą znacznie niższe niż zwykle (w Polsce według prognoz będą bardzo wysokie – 3,6 mln ton).
Styczeń 2021 r. okazał się miesiącem przełomowym na rynkach wieprzowiny i mięsa drobiowego. Po ośmiu miesiącach spadku cen detalicznych wieprzowiny nastąpił w styczniu ich wzrost o 0,9 proc. W czerwcu były o 6 proc. wyższe niż w grudniu, lecz o 3,2 proc. niższe niż w czerwcu 2020 roku. W okresie styczeń – czerwiec, znacznie szybszy (37 proc.) był wzrost cen skupu. Nastąpił więc powrót do opłacalności chowu trzody chlewnej, natomiast zmniejszyły się zyski przemysłu mięsnego i być może również handlu.
Ceny detaliczne mięsa drobiowego po systematycznym spadku od kwietnia 2020 r. wzrosły w styczniu 2021 r. aż o 8,2 proc. w porównaniu z grudniem 2020 roku. Tempo wzrostu cen nieco spadło w następnych miesiącach, ale nadal było bardzo wysokie. W rezultacie ceny detaliczne mięsa drobiowego były w czerwcu 2021 r. aż o 28,8 proc. wyższe niż w grudniu 2020 r. i o 21,1 proc. w porównaniu z czerwcem 2020 roku. Jeszcze szybszy w pierwszym półroczu 2021 r. był wzrost cen skupu (o 33,2 proc.). Zatem – i podobnie jak w przypadku trzody chlewnej – również chów drobiu mięsnego stał się dochodową gałęzią produkcji zwierzęcej mimo że wzrosły również koszty chowu. Ceny pasz, które stanowią około 70 proc. kosztów ogółem, wzrosły bowiem w porównaniu z majem i czerwcem 2020 roku o co najmniej 15 proc..
Prognozując poziom wskaźnika cen w drugim półroczu 2021 r. nie można ograniczyć się do charakterystyki rynków tych produktów, których ceny w pierwszym półroczu wzrosły ponadprzeciętnie. Należy uwzględnić również pozostałe grupy (jest ich 19), objęte przez Główny Urząd Statystyczny badaniem miesięcznych cen produktów żywnościowych. Ze względu na oczekiwany wzrost cen zbóż w drugim półroczu 2021 r. możliwy jest dalszy, stosunkowo wysoki wzrost cen produktów zbożowych – pieczywa, mąki, makaronów. Wprawdzie na północnej półkuli nie skończyły się jeszcze zbiory i nowe ceny dopiero się „ścierają”, ale notowania lipcowe świadczą, że ceny mogą być o kilkanaście procent wyższe niż w poprzednim roku. Nie jest zatem wykluczony wzrost cen produktów zbożowych w drugim półroczu bieżącego roku. Wobec wzrostu o 15 proc. cen skupu mleka w okresie czerwiec 2020 – czerwiec 2021, możliwy jest również „wyrównujący” wzrost cen detalicznych mleka i artykułów mleczarskich.
Poza owocami i warzywami, nie ma prawdopodobnie ani jednej grupy produktów żywnościowych, której ceny detaliczne w drugim półroczu będą niższe niż w pierwszym półroczu tego roku. Sytuacja nie jest do końca jasna, gdyż nie wiadomo, czy wyrównawcze korekty cen skupu drobiu mięsnego, trzody chlewnej oraz będące ich konsekwencją ceny detaliczne wieprzowiny i mięsa drobiu zakończyły się w pierwszym półroczu. Jeśli będą kontynuowane w drugim półroczu, to należy spodziewać się umiarkowanego wzrostu cen miesięcznych, który może spowodować, że ceny w grudniu 2021 r. będą wyższe od czerwcowych o 1,0 – 2,0 punkty procentowe, a roczny wskaźnik (grudzień 2021 – grudzień 2020) osiągnie poziom 106,0 – 107,0.

Pandemia nie wywołała rewolucji handlowej

Spowodowała jednak zakłócenia. Gdy pod koniec 2020 r. zabrakło mikroprocesorów na potrzeby motoryzacji, to w pierwszym półroczu tego roku produkcja aut spadła o ok. 1 mln sztuk.
W ubiegłym roku wielkość światowego handlu towarami wprawdzie zmniejszyła się o 5,5 proc. w porównaniu z 2019 r., odnotowano jednak duży wzrost zapotrzebowania na elektronikę, a dostawy komputerów zwiększyły się o 13,1 proc.
Rewolucji handlowej nie było, zaś pandemia COVID-19 nie okazała się, jak dotychczas, czynnikiem fundamentalnie zmieniającym światowy ład ekonomiczny. Globalne łańcuchy dostaw zostały zakłócone, ale nie trwale zerwane – podkreśla Polski Instytut Ekonomiczny.
Co istotne, udział Chin w światowym eksporcie zwiększył się w tym samym czasie o 1,6 pkt. proc, a z kolei udział Polski wzrósł o 0,14 pkt. proc. Jednocześnie, spośród badanych przez PIE polskich przedsiębiorstw tylko 6 proc. zadeklarowało Głównemu Urzędowi Statystycznemu, że już bierze udział w przenoszeniu łańcuchów dostaw z Chin do innych państw – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Globalizacja w czasie pandemii”. Bo nie bardzo jest dokąd je przenosić.
Oprócz tych 6 proc. polskich firm informujących, że uczestniczy w procesie przenoszenia łańcuchów dostaw z Państwa Środka, są też przedsiębiorstwa nie uczestniczące ale prezentujące pozytywne nastawienie do tego zjawiska (7,7 proc.). 3,9 proc. respondentów stwierdziło, że zamierza się w nie włączyć, 2,3 proc. rozważa swój udział, zaś 1,5 proc. deklaruje, że włączyłoby się w przenoszenie dostaw, ale przy dofinansowaniu ze środków publicznych. 41 proc. respondentów uważa, iż zjawisko relokacji produkcji z Chin przez korporacje międzynarodowe ich nie dotyczy.
Chińska gospodarka dzięki sprawnemu ograniczeniu pandemii COVID-19 szybko zaczęła odbudowywać produkcję. W trzecim kwartale 2020 r. z recesji zaczęła wychodzić też reszta świata. Pod koniec 2020 r. zabrakło mikroprocesorów na potrzeby motoryzacji. Według różnych szacunków niedobory mikroprocesorów mogły spowodować w pierwszym półroczu 2021 r. mniejszą produkcję samochodów nawet o ponad 1 mln sztuk.
Restrykcje mające ograniczyć rozprzestrzenianie pandemii sprawiły, że pojawił się problem z rozładunkiem kontenerowców, w efekcie czego ceny frachtu morskiego wzrosły między początkiem 2020 a początkiem 2021 r. aż o 309 proc. Zakłócenia łańcuchów dostaw spowodowane pandemią COVID-19 skłoniły szereg krajów na świecie do ingerencji w handel międzynarodowy. Najczęstszą formą były subsydia eksportowe. Wiele napięć dotyczyło handlu sprzętem medycznym, lekami i szczepionkami.
„Przeprowadzona przez nas analiza potwierdza, że na kierunki zmian w światowej gospodarce mają wpływ nie tylko czynniki ekonomiczne spowodowane pandemią. Bardzo istotna jest bowiem przybierająca na sile rywalizacja systemowo-polityczna” – podkreśla PIE. – Konsekwencje pandemii mogą zmienić kalkulacje koncernów dotyczące ryzyka i kosztów w obrębie łańcuchów dostaw, gdyż krótkim okresie wciąż będą zauważalne wyższe koszty transportu oraz odczuwalne niedobory niektórych komponentów. Jednak istotniejszym czynnikiem modelującym sytuację długoterminową będą działania USA i Unii Europejskiej nakierowane na zmniejszenie zależności od Chin. Mowa tu przede wszystkim o wywieraniu długookresowej presji na przenoszenie produkcji z Chin oraz o aktywnej polityce przemysłowej mającej na celu wzmocnienie konkurencyjności Ameryki i Europy – mówi Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
W rzeczywistości jednak Chiny pozostają największym gospodarczym beneficjentem pandemii COVID-19 w zakresie handlu towarami. Udział Państwa Środka w światowym eksporcie na koniec 2020 r. osiągnął 14,7 proc. Było to możliwe dzięki sprawnemu opanowaniu pandemii oraz szybkiemu dostosowaniu produkcji do rosnącego światowego popytu na niektóre wyroby, przede wszystkim produkty związane ze zwalczaniem pandemii oraz urządzenia elektroniczne i elektryczne.
Wbrew licznym zapowiedziom przeniesienia produkcji z Chin, składanych przez firmy wiosną 2020 r., niewiele jest przykładów takiej faktycznie przeprowadzonej relokacji. Nie dało się tego zrobić zwłaszcza w obliczu pandemicznych zakłóceń po stronie popytu i podaży oraz narastających problemów związanych z transportem morskim. Szczególnie było to widoczne w sektorze motoryzacyjnym, który opierał się na systemie produkcji just-in-time (czyli praktycznie bez składów i magazynów), więc nie był przygotowany ani na braki komponentów w pierwszej fazie pandemii, ani na wspomniane opóźnienia w dostawach mikroprocesorów pod koniec 2020 r. Brakuje także przesłanek wskazujących, że rozpoczął się proces masowego przenoszenia produkcji do nowych państw członkowskich UE, w tym do naszego kraju.
Od początku pandemii koronawirusa Polska na tle innych państw radziła sobie stosunkowo dobrze w eksporcie. W całym 2020 r. wartość polskiego eksportu (wyrażona w euro) była niższa, ale zaledwie o 0,3 proc. niż rok wcześniej. Był to trzeci najlepszy wynik w całej Unii Europejskiej. Wolniejsze nadrabianie zaległości w imporcie, niż w eksporcie spowodowało blisko pięcioprocentowy spadek jego wartości w 2020 r. W efekcie ubiegłoroczna nadwyżka w polskim handlu towarami była rekordowo wysoka – jej wartość osiągnęła 12 mld euro.
Na relatywnie dobre wyniki polskiego eksportu wpłynęło kilka czynników. Po pierwsze, zadecydował o tym większy stopień zróżnicowania krajowego eksportu w porównaniu z większością państw UE. Przykładem mogą być wyroby przemysłu motoryzacyjnego, które w strukturze polskiego eksportu miały wyraźnie mniejszy udział niż w wielu państwach UE, a to właśnie ta branża najmocniej ucierpiała podczas wiosennego lockdownu.
Po drugie, do złagodzenia spadku polskiego eksportu przyczyniło się dość duże znaczenie sprzedaży produktów, na które popyt zagraniczny zmalał mniej niż na samochody bądź nawet wzrósł. W okresie marzec – maj 2020 r. wyraźnie wzrósł na przykład polski eksport leków i produktów farmaceutycznych (o 23 proc.), wyrobów tytoniowych (o 14 proc.) oraz odzieży, napojów i artykułów spożywczych. Wzrost dotyczył zatem blisko 18 proc. polskich dostaw za granicę. – Polscy eksporterzy stali się beneficjentami zwiększonego światowego popytu na dobra konsumpcyjne trwałego użytku, które miały relatywnie duże znaczenie w polskim eksporcie. Można tu wymienić sprzęt AGD, RTV, elektronikę oraz meble. Ponadto Polska aktywnie włączyła się w globalne łańcuchy dostaw związane z elektromobilnością, która podczas pandemii zyskała na znaczeniu, umacniając swoją pozycję nie tylko jako producent i eksporter autobusów elektrycznych, ale również stała się największym eksporterem baterii litowo-jonowych – wskazuje Łukasz Ambroziak, analityk zespołu handlu zagranicznego PIE. Czas pokaże, czy uda się utrzymać te pozytywne tendencje.

Gospodarka 48 godzin

Słabiej na giełdzie
W lipcu 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na głównym rynku stołecznej giełdy papierów wartościowych wyniosła 19,0 mld zł, czyli o 19,7 proc. mniej niż w tym samym okresie roku ubiegłego. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami wyniosła 842,2 mln zł, o 17,3 proc. mniej niż rok wcześniej. Na rynku NewConnect w lipcu odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami aż o 88,4 proc. rok do roku, do poziomu 272,0 mln zł. Za to wartość głównego indeksu WIG na koniec lipca wyniosła 67 637,95 pkt i była o 34,0 proc. wyższa niż w sparaliżowanym przez pandemię roku 2020. Łączne obroty instrumentami pochodnymi w lipcu były o 8,8 proc. mniejsze niż rok wcześniej. Tu najbardziej spadł wolumen obrotu kontraktami na akcje – o 25,3 proc. Łączne obroty energią elektryczną wyniosły w lipcu 21,4 terawatogodzin, co oznacza wzrost o 12,6 proc. Łączne obroty gazem ziemnym wzrosły zaś o 32,9 proc., do 16,8 TWh. W lipcu 2021 r. na głównym parkiecie było notowanych 429 spółek krajowych i zagranicznych, o łącznej wartości 1 239 mld zł (271 mld EUR). Wśród nich były 382 spółki krajowe o wartości 648,5 mld zł (141,8 mld EUR). Jak widać, spółek zagranicznych jest mniej niż polskich, ale mają większą wartość. W lipcu 2021 r. na warszawskiej giełdzie odbyły się 22 sesje giełdowe, w porównaniu do 23 sesji rok wcześniej.

Wciąż w czołówce
Bezrobocie w Polsce nie jest oczywiście najniższe w Europie, ale z pewnością jest niewielkie – chociaż nieco rośnie. Na koniec czerwca bieżącego roku, stopa bezrobocia liczona według metodologii unijnej, wynosiła 3,6 proc. Teoretycznie ten wskaźnik jest bardzo mały – ale zarazem oznacza on, że w czerwcu w urzędach pracy było aż 995 tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych. Obecne 3,6 proc. to lekki wzrost w porównaniu z czerwcem 2020 r., gdy bezrobocie w Polsce osiągnęło 3,3 proc. Nie zajmujemy pierwszego miejsca w Unii Europejskiej pod względem pełnego zatrudnienia. Najniższe bezrobocie na koniec czerwca bieżącego roku miały Czechy – tylko 2,8 proc. Drugie miejsce przypadło Holandii (3,2 proc.). Takie samo bezrobocie jak w Polsce, czyli 3,6 proc., istniało jeszcze na Malcie. Zaraz za tymi państwami znalazły się Niemcy (3,7 proc.). Natomiast najwyższe bezrobocie tradycyjnie panowało na południu Europy: w Grecji i Hiszpanii, po 15,1 proc.

Znika szczepionka przeciw dezinformacji

Pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości kończy się wolność prasy w Polsce. Od 2015 r., gdy PiS zdobyło władzę, w Indeksie Wolności Prasy nasz kraj spadł aż o 49 miejsc.
Światowy Indeks Wolności Prasy, opracowywany i publikowany od 2002 roku, obejmuje obecnie swymi badaniami 180 krajów. Wartości indeksu wahają się od 0 (najlepszy możliwy wynik) do 100 (najgorszy wynik). Indeks jest rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych gromadzonych przez specjalistów organizacji Reporterzy Bez Granic (Reporters Without Borders – RSF).
Dane te zbierają zespoły specjalistów, z których każdy przydzielony jest do innego regionu geograficznego. Prowadzą oni także szczegółowe przeglądy nadużyć i przemocy wobec dziennikarzy i mediów. Analitycy ci opierają się również na informacjach i opiniach sieci korespondentów w poszczególnych krajach.
Światowy Indeks Wolności Prasy 2021 pokazuje według jego autorów, że dziennikarstwo, jako główna szczepionka przeciwko dezinformacji, jest całkowicie blokowane lub poważnie utrudniane przez czynniki polityczne i ekonomiczne, a czasami nawet kulturowe, w 73 krajach, zaś ograniczone w 59 innych – spośród 180 wszystkich, sklasyfikowanych przez organizację Reporterzy Bez Granic .
Ponieważ indeks ten jest dobrze znany w świecie, jego wpływ na rządy rośnie. Zdaniem autorów raportu, wielu szefów państw i rządów obawia się corocznej jego publikacji . Wyrażają także oni nadzieję, że Indeks Wolności Prasy jest ważnym punktem odniesienia cytowanym przez media na całym świecie i wykorzystywanym przez dyplomację oraz organizacje międzynarodowe, takie jak ONZ czy Bank Światowy. Autorzy zastrzegają się, że indeks nie klasyfikuje polityk publicznych . Nie jest on także wskaźnikiem jakości dziennikarstwa w każdym kraju lub regionie.
Wskaźnik ilościowy nadużyć i przemocy wobec dziennikarzy, dla każdego kraju oblicza się na podstawie danych o nasileniu tych nadużyć i przemocy w badanym okresie. Z kolei, ten wskaźnik ilościowy jest następnie wykorzystywany do ważenia (w sensie statystycznym) wyników jakościowej analizy sytuacji w danym kraju, na podstawie odpowiedzi na kwestionariusze.
Kryteria oceniane w kwestionariuszu (przetłumaczonym na 20 języków) to: pluralizm, niezależność mediów, środowisko medialne i autocenzura, ramy prawne, przejrzystość oraz jakość infrastruktury, która wspiera wytwarzanie wiadomości o informacji. Kwestionariusz liczy 87 pytań i opiera się na tych właśnie kryteriach.
Według załącznika metodologicznego do raportu, pluralizm mierzy stopień reprezentacji opinii w mediach. Niezależność medialna mierzy zaś stopień w jakim media są w stanie funkcjonować niezależnie od źródeł władzy i wpływów politycznych, rządowych, biznesowych oraz religijnych. Jeśli chodzi o środowisko i autocenzurę, to analiza dotyczy warunków w jakich działają dostawcy wiadomości i informacji. Oceniając ramy prawne mierzy się ich wpływ na działania informacyjne. Przejrzystość dotyczy instytucji i procedur, które wpływają na produkcję wiadomości i informacji. Natomiast infrastruktura – mierzy właśnie jakość infrastruktury, która wspiera wytwarzanie wiadomości i informacji.
W obliczeniach Indeksu Wolności Prasy brany pod uwagę jest również wskaźnik nadużyć i przemocy wobec dziennikarzy (nie tylko zawodowych). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.rsf.org/en/world-press-freedom-index
Wskaźniki przypisywane poszczególnym kryteriom jak i całemu indeksowi, wahają się jak wspomniano, w przedziale 0 – 100 – przy czym skalę 0 – 15 ocenia się jako dobrą sytuację, od 15,01 do 25 jako satysfakcjonującą, od 25,01 do 35 jako problematyczną, od 35,01 do 55 jako trudną oraz od 55,01 do 100 jako sytuację bardzo poważną.
Indeks globalny, dla całego świata, poprawił się w porównaniu z rokiem poprzednim o 0,9 proc., jednakże pogorszył się w stosunku do roku 2013 aż o 12 proc.
Europa jest nadal najbardziej sprzyjającym kontynentem dla wolności prasy, pomimo represyjnej względem mediów polityki w niektórych krajach Unii Europejskiej i na Bałkanach. Region Azji i Pacyfiku odnotował natomiast najwyższy wzrost (jednak tylko o 1,7 proc.) naruszeń wolności prasy. Wymienia się tu Hong Kong, Singapur i Australię.
Polska zajęła w Indeksie Wolności Prasy 2021 dopiero 64. miejsce, z wartością indeksu 28,84. Zakwalifikowano nas zatem do grupy krajów w których jest „sytuacja problematyczna”. Oznacza to spadek w porównaniu z Indeksem 2015 (gdy jeszcze rządziła Platforma Obywatelska) aż o 49 miejsc!!! W tymże 2015 r. zajmowaliśmy bowiem 18. miejsce. Spośród 24 publikowanych na łamach Trybuny różnych indeksów, właśnie w tym nastąpił spadek najgłębszy. To również spadek w stosunku do 2020 roku gdy zajmowaliśmy, także bardzo odległe, 62 miejsce.
Czołówkę rankingu wolności prasy stanowią Norwegia (piąty rok z rzędu), Finlandia, Szwecja, Kostaryka i Holandia. Wartość indeksu dla Norwegii wynosi 6,72 a dla Polski – 28,84 Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych w tej dziedzinie.
W tym roku tylko 12 krajów (czyli 7 proc. ze 180) może twierdzić, że oferuje sprzyjające warunki dla dziennikarzy. W ubiegłym roku takich krajów było o 1 jeden więcej. To Niemcy, które straciły tę pozycję (spadając o dwa miejsca) w 2021 r. Dziesiątki dziennikarzy zostało w tym kraju zaatakowanych przez zwolenników rozmaitych ekstremistów oraz wyznawców teorii spiskowych, podczas protestów przeciwko ograniczeniom pandemicznym.
Także Stany Zjednoczone (stanowiące tu wzór wzorów zdaniem niektórych środowisk) pogorszyły i tak już słabe miejsce w rankingu (spadek na 44 pozycję). W ubiegłym roku odnotowano tam aż 400 przypadków napaści na dziennikarzy a liczba aresztowanych sięgnęła 130 przypadków.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy 22. miejsce. Spośród nowych krajów UE jesteśmy na 9. miejscu a przed nami są: Estonia (15 miejsce), Łotwa, Litwa, Słowenia, Słowacja, Czechy, Rumunia i Chorwacja (49). Za Polską tylko Węgry (92) i Bułgaria (112).
Niemcy zajmują w rankingu 13 miejsce. USA – 44, Chiny – dopiero 177, a Rosja 150. Spośród naszych sąsiadów Białoruś ma 158 miejsce, a Ukraina 96. Ostatnie miejsca w Indeksie Wolności Prasy 2021 zajmują: Erytrea, Turkmenistan i Korea Północna.
Indeks Wolności Prasy 2021

1   Norwegia            6,72                    
2   Finlandia           6,99                    
3   Szwecja              7,24                    
4   Dania                8,57                    
5   Niderlandy           9,67                    

62  Malawi                28,80                   
63  Armenia                28,83                   
64  Polska                  28,84                   
65  Bhutan                  28,78                   
66  Wybrzeże Kości Słoniowej 28,80                   

Dolar pod ostrzałem

Co się stało, że kurs dolara wobec złotego w krótkim czasie zjechał z 4,23 zł do 3,90 zł?
Amerykańska waluta traciła zresztą nie tylko w relacji z naszym pieniądzem – a wskaźnik siły dolara spadał przez ponad pięć dni z rzędu. -Słabość dolara zdaje się iść w parze z wyprzedażą amerykańskich obligacji. Perspektywy zwiększenia stymulacji gospodarki ze strony rządów i ultraluźna polityka monetarna wraz z perspektywą globalnego ożywienia gospodarczego zdają się pchać inwestorów do zwiększenia zaangażowania w bardziej ryzykowne aktywa i do porzucenia m.in. amerykańskich obligacji skarbowych oraz USD – podkreśla Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia Ltd.
Warto zwrócić uwagę również na to, że dolar australijski w pierwszej dekadzie czerwca wzrósł do pięciomiesięcznego maksimum w stosunku do dolara amerykańskiego. Wiele wskazuje na to, że inwestorzy skierowali się w stronę gospodarek, które najszybciej odzyskują formę po pandemii koronawirusa i wydają się wracać na właściwe tory wzrostu.
Podobnie może być z polskim złotym, który także zaczął się umacniać i nie przeszkodziła w tym niespodziewana obniżka stóp procentowych. Kurs EUR/PLN w krótkim czasie spadł z 4,56 do 4,37, a USD/PLN z 4,23 do 3,90 zł (obecnie wynosi 3,95 zł).
Z kolei euro w relacji do dolara umocniło się w początkach czerwca do najwyższego poziomu od prawie trzech miesięcy w nadziei, że Europejski Bank Centralny będzie wspierać najsłabsze gospodarki strefy euro zakupami obligacji, aby utrzymać ich niskie rentowności. Rynek spodziewa się, że EBC zwiększy program skupu o wartości 750 mld euro o ok. 500 mld euro. 3 czerwca kurs EUR/USD urósł powyżej 1,12, czyli do najwyższego poziomu od połowy marca.
Istnieje związek zamieszek w USA z notowaniami walut. W pierwszych dniach czerwca dolar nieznacznie osłabił się dziś również w stosunku do bezpiecznych walut, jak frank szwajcarski czy jen, ze względu na obawy związane z rosnącym wpływem na gospodarkę protestów w Stanach Zjednoczonych. Departament Obrony USA przeniósł ok. 1600 żołnierzy armii amerykańskiej w rejon Waszyngtonu po kilku nocach gwałtownych protestów. Prezydent Donald Trump groził, że użyje wojska, aby stłumić protesty przeciwko rasizmowi i brutalności policji.
Co więc dalej z dolarem? Jak wskazuje Daniel Kostecki, z punktu widzenia długoterminowego, na kontrakcie terminowym na indeks USD obserwowaliśmy systematyczną redukcję zaangażowania w pozycje, które mogłyby zyskiwać wraz ze wzrostem ceny.
Może to oznaczać, że inwestorzy już od kilku miesięcy szykowali się na kursu dolara, który w konsekwencji może trwać znacznie dłużej i być głębszy niż to, co do tej pory obserwowaliśmy.

Gospodarka 48 godzin

Chiny przyspieszą?
Spadek produktu krajowego brutto Chin wyniósł 6,8 proc. na koniec pierwszego kwartału 2020 r. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Natomiast w czwartym kwartale 2019 r. wzrost wyniósł 6,0 proc. Marcowy wynik to pierwszy zanotowany spadek kwartalny chińskiego PKB od niemal trzydziestu lat. Dane z chińskiej gospodarki sugerują, że przyśpieszanie działalności postępuje, ale może być nieco trudniejsze dla firm bezpośrednio powiązanych z konsumentami i handlem. Natomiast chińska produkcja przemysłowa zaskoczyła pozytywnie wszystkich ekspertów, bo w okresie styczeń – luty 2020 r. jej spadek wyniósł aż 13,5 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku, ale w marcu już tylko 1,1 proc. rok do roku. Stosunkowo mało ucierpiały również inwestycje, spadając w marcu bieżącego roku o 16,1 proc. Natomiast sprzedaż detaliczna w Chinach zmniejszyła się w marcu o 15,8 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. W okresie styczeń – luty 2020 r. spadek sprzedaży detalicznej był większy i wyniósł 20,5 proc. rok do roku. Jeśli wystąpi druga fala zakażeń koronawirusem, to może to oczywiście odwlec dalsze ożywienie, choć notuje się bardzo małą liczbę nowych potwierdzonych przypadków COVID-19 (ryzyko pochodzi głównie od przypadków importowanych). Eksperci Allianz i Euler Hermes spodziewają się, że pełne wznowienie chińskiej gospodarki nastąpi w czerwcu. Ostatnio produkcja nadal plasowała się poniżej zwykłych poziomów. Ożywienie chińskiej gospodarki może jednak ulec zatrzymaniu w wyniku niższego popytu zewnętrznego, ze względu na ograniczenia wprowadzone u partnerów handlowych Chin – a to z kolei może ograniczyć konsumpcję prywatną w Państwie Środka.

Dłuższe uziemienie
Co najmniej do 23 maja włącznie będzie obowiązywać zakaz regularnych lotów międzynarodowych i krajowych w Polsce, wprowadzony na mocy rozporządzenia Rady Ministrów. Pierwotnie miał zostać zniesiony już 10 maja, ale klimatyzacja w samolotach to niebezpieczne źródło zakażeń koronawirusem. Polskie Linie Lotnicze LOT już postanowiły, że nie będą latać jeszcze dłużej, bo co najmniej do 31 maja 2020 r. Zakaz lotów w Polsce zawiera jednak szereg ważnych wyjątków, a najważniejszym z nich jest z pewnością umożliwienie lotów czarterowych na zlecenie organizatorów turystyki (które siłą rzeczy nie mają regularnego, rozkładowego charakteru). Nie ma też ograniczeń dla lotów ratunkowych, repatriacyjnych, towarowych i policyjnych (dla ochrony porządku publicznego). Oczywiście bez żadnych przeszkód mogą latać notable z PIS-owskiego nadania (samolotami do 15 miejsc).

Rządy PiS wpędzają Polaków w biedę

Panowanie Prawa i Sprawiedliwości doprowadziło nie tylko do tego, że w Polsce wzrosła liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie. Spowodowało także i to, że generalnie biedniejemy.

W listopadzie 2019 r. wskaźnik dobrobytu, odzwierciedlający ekonomiczną kondycję polskiego społeczeństwa, spadł o 0,5 pkt. – podało Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych. Warto zauważyć, że spadek tego wskaźnika nastąpił po jego minimalnej poprawie w ubiegłym miesiącu. BIEC ocenia jednak, że jego niewielka poprawa w październiku była zdarzeniem jednorazowym i obecnie wskaźnik powrócił do tendencji spadkowej.
A ta tendencja spadkowa jest niestety trwała – i zaczęła uszczuplać dochody Polaków wkrótce po tym, jak PiS zaczął wprowadzać w życie swoje kolejne pomysły na rosnące wydatki państwa, czyli od 2016 r. Najwyższy historycznie – 112,4 pkt – wskaźnik dobrobytu był na przełomie 2008 i 2009 r, tuż przedtem, jak kryzys finansowy zawitał do Polski. Obecnie wynosi on 101,8 pkt/
Znaczący spadek wskaźnika dobrobytu – o 0,8 pkt – nastąpił w sierpniu ubiegłego roku – podało Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych. Był to największy jednorazowy spadek od blisko dwóch lat.
Są trzy główne przyczyny tego, że Polacy stają się generalnie coraz biedniejsi: coraz wolniej rosnące wynagrodzenia, słabszy przyrost zatrudnienia oraz wyższa inflacja.
BIEC nie jest żadną państwową placówką badawczą, lecz firmą prywatną świadczącą usługi w zakresie analiz makroekonomicznych. Dlatego badania BIEC są traktowane lekceważąco przez rządzących – i pomijane w oficjalnej propagandzie sukcesu. Ale sami rządzący doskonale wiedzą, że pospolitość skrzeczy i dobrobyt Polaków spada, co coraz więcej z nas coraz dotkliwiej odczuwa w swym portfelu.
Do spadku wskaźnika dobrobytu przyczyniły się problemy przedsiębiorców ze znalezieniem pracowników.Jak wskazuje BIEC, pracodawcy na próżno poszukują pracowników, oferując wyższe wynagrodzenia – ale w obecnej sytuacji gospodarczej na dalszy wzrost kosztów zatrudnienia już ich nie stać. W efekcie niedopasowań popytu na pracę do podaży, cena pracy wzrasta, a wydajność pracy w firmach spada.
Można krytykować przedsiębiorców, że nie podnoszą płac w takim tempie, jak oczekują tego zatrudnieni. Jednak pracodawcy funkcjonują stosownie do warunków, jakie tworzy rząd. A te, jak widać, są coraz bardziej niedogodne dla prowadzenia działalności gospodarczej.
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości, którzy konsekwentnie wdrażają metody działania stosowane „za komuny” w czasie ówczesnej propagandy sukcesu, tak samo jak PRL-owskie rządy chwalą się rozwojem gospodarki, która jakoby coraz bardziej zbliża się do światowych potęg.
Tyle, że celem gospodarki nie jest jej rozwój, lecz dobrobyt obywateli – który niestety stopniowo obniża się w czasie „dobrej zmiany.

Kryzys puka do drzwi

Hongkong zmierza w kierunku głębokiej recesji. Trwające tam od pięciu miesięcy protesty powodują, że gospodarka tego regionu skurczyła się o ponad 3 proc. zaledwie w ciągu jednego kwartału.

Protesty na szeroką skalę rozpoczęły się w Hongkongu w połowie bieżącego roku. Chociaż mają one głównie podłoże polityczne, to jednak demonstracje młodych ludzi są również związane z pogarszającym się standardem życia (nastąpił tam olbrzymi wzrost cen nieruchomości) oraz silnymi nierównościami dochodowymi panującymi w tym Specjalnym Regionie Administracyjnym.
Niepokoje społeczne zbiegły się też z niekorzystnymi warunkami ekonomicznymi w Azji. Wojna celna między USA i Chinami, jeszcze przed wyjściem milionów obywateli na ulicę tej byłej brytyjskiej kolonii, powodowała redukcję wymiany handlowej Hongkongu ze światem.
Zarówno eksport, jak i import zaczęły się kurczyć już pod koniec 2018 r. Sierpień i wrzesień bieżącego roku pokazują ogólny spadek wymiany handlowej już wynoszący około 8 proc. (w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku), co oznacza najgorszy wynik od kryzysu finansowego panującego ponad dekadę temu.

Konsumpcja w odwrocie

Nie tylko handel, ale i inwestycje idą ostro w dół. Redukcja wymiany handlowej i niepewność związana z kondycją globalnej gospodarki przyczyniły się do ich znacznego zmniejszenia.
Według urzędu statystycznego dla Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong, już w II kwartale bieżącego roku inwestycje skurczyły się o ponad 10 proc.
W kolejnym kwartale, według wstępnych danych opublikowanych niedawno, udział inwestycji w produkcie krajowym brutto spadł o 16,3 proc. w porównaniu z trzecim kwartałem ubiegłego roku.
Jak wskazuje Cinkciarz.pl, w ciągu ostatnich 45 lat tylko jeden raz inwestycje uległy tam silniejszemu spadkowi. Były to kwartały samego szczytu kryzysu azjatyckiego pod koniec ubiegłego stulecia.
Regionalny rząd starał się w ostatnich miesiącach ratować sytuację, zwiększając wydatki publiczne aż o 5,3 proc. (rok do roku) w III kwartale – najwięcej od 15 lat – ale i tak nie zapobiegło to załamaniu się całego wzrostu PKB.
Zamknięte ulice czy interwencje policji nie sprzyjają zakupom. Dotyczy to zwłaszcza towarów innych niż żywność i napoje. Sprzedaż zanurkowała o jedną czwartą. Turystów jest mniej o połowę
Ogólny poziom sprzedaży detalicznej obniżył się o 11,5 proc. w lipcu i 23 proc. w sierpniu (obie wartości w ujęciu do roku ubiegłego).
Sprzedaż dóbr trwałego użytku (elektronika, pojazdy, meble) spadła o 14,3 proc r/r w sierpniu, a ubrań o 32,1 proc r/r w tym samym miesiącu. O prawie jedną trzecią obniżyła się wartość sprzedaży w galeriach handlowych, a popyt generowany przez konsumentów na biżuterię, zegarki czy inne luksusowe towary spadł o 47,4 proc. w sierpniu – według oficjalnych danych tamtejszego urzędu statystycznego.
Ta ostatnia kategoria zakupów jest także dobrym miernikiem wydatków turystów, których ubywa.

Coraz rzadziej przyjeżdżają

Dane Rady Turystyki Hongkongu pokazują, że liczba odwiedzających Specjalny Region Administracyjny spadła we wrześniu o ponad 34 proc. – do 3,1 miliona. To drugi z rzędu po sierpniowym, ponad 30-procentowy spadek w ujęciu rok do roku.
Gros turystów odwiedzających Hongkong to obywatele Chin (70-80 proc.). Według Departamentu Handlu Hongkongu turysta wizytujący ten region wydaje średnio 6,6 tys. hongkońskich dolarów (ok. 3,3 tys. zł) na osobę podczas jednej wizyty (w 2018 r.), a w sumie ich wydatki sięgnęły w ubiegłym roku 328 mld dol. hongkońskich.
Na razie nie ma żadnych sygnałów, by sytuacja w turystyce ulegała poprawie. Bloomberg zacytował wypowiedź szefowej administracji Hongkongu Carrie Lam, mówiącej, że w pierwszej połowie października liczba osób odwiedzających region zmniejszyła się o około połowę w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Uwzględniając olbrzymi udział turystyki w sprzedaży detalicznej, można oczekiwać, że tempo jej spadku utrzyma się na poziomie ok. 25 proc. w kolejnych miesiącach. Szacunki ekonomistów Bloomberga pokazują, że we wrześniu sprzedaż mogła zanurkować o 28,5 proc rok do roku.
Nałożenie się na siebie trzech negatywnych czynników – dramatu w handlu zagranicznym, załamania się inwestycji i spektakularnego spadku sprzedaży detalicznej – sprawia, że w ciągu III kwartału bieżącego roku PKB obniżył się o 3,2 w porównaniu z drugim kwartałem i o 2,9 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.

Raz już był tam kryzys

W ciągu ostatnich 30 lat Hongkong raz doświadczył głębszego spowolnienia – o 3,4 proc. na początku 2009 r. – ale kolejny kwartał to był już wzrost o 3,6 proc.
Biorąc pod uwagę, że dotychczasowe wstępne dane nie obejmują jeszcze wrześniowej sprzedaży detalicznej (publikacja na początku listopada), można oczekiwać, że zostaną one zrewidowane jeszcze w dół.
Nie ma też co liczyć na szybkie odbicie koniunktury w najbliższych tygodniach, tak jak to miało miejsce w 2009 r. Protesty trwają, inwestycję spadają, turyści wystrzegają się regionu. Obecna sytuacja może być zatem znacznie trudniejsza niż w szczycie kryzysu finansowego. Dane Banku Światowego z lat 1960-1990 pokazują, że Hongkong ani razu nie był wtedy w recesji. Również w latach 50. ze względu na niezwykle szybki rozwój i napływ siły roboczej, najprawdopodobniej także był to okres bez spadku PKB.
W rezultacie jest bardzo prawdopodobne, że obecny spadek aktywności gospodarczej będzie najsilniejszy od momentu okupacji Hongkongu przez Japonię i migracji ponad połowy ludności z tego regionu w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego stulecia.
Biorąc pod uwagę skalę słabnięcia eksportu, zmniejszające się inwestycje czy spadek liczby turystów, trudno oczekiwać szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostu produktu krajowego brutto.

Pesymizm był uzasadniony

Okazało się, że wskaźnik, sygnalizujący stopniowe pogarszanie sytuacji w polskim przemyśle, mówił prawdę.

W czerwcu 2019 r. produkcja sprzedana przemysłu spadła o 2,9 proc. w stosunku do czerwca 2018 r. W stosunku do maja br. spadek był już znacznie silniejszy, bo o 5,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Czerwiec to zawsze był bardzo dobry miesiąc dla produkcji sprzedanej przemysłu w Polsce. Od 2005 r. spadła ona w czerwcu jedynie w 2009 r., co nie dziwi, bo był to rok silnego osłabienia gospodarki w wyniku kryzysu na rynkach finansowych na świecie.
Teraz nie mamy kryzysu, wręcz przeciwnie – gospodarka rośnie w tempie ok. 4,5 proc. w skali roku. A mimo to produkcja sprzedana przemysłu zaczęła spadać.
Mało nowych zamówień
Pogarszanie się sytuacji w przemyśle od listopada 2018 r. sygnalizował wskaźnik koniunktury PMI.
Jest to wskaźnik menadżerów, tworzony w oparciu o odpowiedzi na kwestionariusze przesyłane kadrze kierowniczej w ponad 200 firmach produkcyjnych, dotyczące kształtowania się sytuacji gospodarczej. Grupa respondentów ustalana jest w oparciu o udział ich branży w tworzeniu naszego produktu krajowego brutto i wielkości zatrudnienia w tych firmach.
Tego osłabienia pokazywanego przez wskaźnik koniunktury nie było natomiast widać w realnych danych – czyli w dynamice produkcji sprzedanej przemysłu, która od listopada 2018 r. do maja 2019 r. pokazywała siłę tego sektora gospodarki (produkcja sprzedana przemysłu rosła średnio miesięcznie o ok. 6 proc.).
Zastanawiająca była tak duża i długo trwająca luka między niskimi ocenami bieżącej i najbliższej sytuacji w przemyśle, dokonywanymi przez menedżerów logistyki, a bardzo dobrymi realnymi wynikami produkcji sprzedanej przemysłu.
Dobre wyniki produkcji sprzedanej przemysłu pokazywane przez GUS były prawdopodobnie efektem finalizowania długoterminowych kontraktów przez przedsiębiorstwa przemysłowe. Słabe wskaźniki PMI sygnalizowały natomiast spadek nowych zamówień, przede wszystkim tych eksportowych, ale także krajowych.
Nietypowy, silny regres
Czerwcowe dane pokazują, że prawdopodobnie przemysł zakończył realizację starych kontraktów, a nowych nie przybywa na tyle, aby produkcja sprzedana rosła.
Na 34 działy przemysłu tylko w 14 odnotowano wzrost produkcji sprzedanej.
W grupie wykazującej spadki są branże eksportowe: produkcja pojazdów samochodowych (spadek o 8,5 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku), produkcja mebli (spadek o 6,2 proc.), produkcja metali, produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych.
Czerwiec to co prawda dopiero pierwszy miesiąc spadku produkcji sprzedanej przemysłu od kwietnia 2017 r., ale spadek ten był bardzo silny i nietypowy, bo nastąpił przy wysokim wzroście PKB, a także w miesiącu w którym spadków nie było, poza wspomnianym 2009 r.
To powinno niepokoić, bo przemysł generuje ok. 25 proc. wartości dodanej brutto i pracuje w nim 30 proc. pracowników w Polsce.
Niestety, nie mamy wpływu
Jak widać oceny menedżerów, wyrażane we wskaźniku PMI są budowane na solidnej wiedzy o tym, co dzieje się w ich branżach i w ich firmach. Uwzględniają nie tylko to, co już jest w portfelach zamówień, ale także to, co potencjalnie może do nich trafić. A tu oceny są pesymistyczne.
Polska gospodarka, w tym polski przemysł, nie są odporne na sytuację u naszych głównym partnerów biznesowych. Nie są też odporne na destabilizację sytuacji w polityce, przekładającą się na brak stabilności prawa, które jest podstawą działania firm.
Na sytuację u naszych zagranicznych partnerów biznesowych nie mamy wpływu, ale na stabilność polityczną i regulacyjną powinniśmy mieć. A tak nie jest.

Z dobrodziejstwem inwentarza

Warto się zainteresować, czy drogi zmarły nie miał przypadkiem potężnych długów, które mogłyby nas zrujnować (pogłębiając smutek po jego stracie).

Utrata bliskiej osoby to zawsze duży cios dla rodziny. Zostawia po sobie pustkę…, ale niestety czasami także i długi.
Niekiedy nawet najbliżsi krewni nie mają świadomości, że zmarły miał za życia kłopoty finansowe lub nie zdążył spłacić kredytu czy rat za drogie zakupy. Tym samym wraz z resztą majątku przekazał rodzinie w spadku także zobowiązania wobec banku czy firm pożyczkowych.
Nie każdy wie, co z tym fantem zrobić? Czy w takim przypadku mamy obowiązek przyjąć spadek? Czy możemy uniknąć spłaty nieswojego długu?
Jeżeli wiemy, że np. babcia zapisała nam w spadku mieszkanie, które jest zadłużone i chcemy świadomie przyjąć majątek wraz z długiem, bo lokum znajduje się w atrakcyjnej lokalizacji i mimo wszystko traktujemy je jako świetną lokalizację, to sprawa jest oczywista. To na nas spada wtedy obowiązek dalszej spłaty zobowiązania nieboszczki babci.
Ale co, jeżeli chcemy się uchronić przed długami, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy? O tym, co zrobić w takiej sytuacji podpowiadają zapisy zawarte w nowelizacji kodeksu cywilnego z 2015 r. dotyczące prawa spadkowego.

Gdy za dług zmarłego odpowiadamy

W świetle obowiązującego prawa, spadkobierca (niezależnie czy chodzi o spadkobiercę ustalonego przez testament, czy ustawowego, dziedziczącego przy braku testamentu z mocy prawa) ma 6 miesięcy, licząc od dowiedzenia się o śmierci członka rodziny, na złożenie oświadczenia o przyjęciu lub odrzuceniu spadku w całości.
Jeżeli tego nie zrobi w wyznaczonym terminie, dziedziczy spadek z dobrodziejstwem inwentarza, czyli także i z ewentualnymi, ciążącymi na nim długami.
Natomiast mając świadomość, że spadkodawca oprócz majątku pozostawił po sobie dług, możemy zrzec się spadku w całości.
Wtedy zostajemy wyłączeni z dziedziczenia, a prawo do spadku przechodzi na dzieci, wnuki, bądź innych członków rodziny, wedle kolejności dziedziczenia ustalonej w kodeksie cywilnym. Oni także mogą oczywiście zrzec się kłopotliwego spadku.
– Jeżeli jednak nie chcemy przerzucać odpowiedzialności za spłatę zobowiązania na bliskich, możemy przyjąć spadek na dwa sposoby: wprost lub z dobrodziejstwem inwentarza – wyjaśnia Małgorzata Śliżewska, ekspert Intrum.
W pierwszym przypadku chodzi o tzw. proste przyjęcie spadku. W takiej sytuacji przyjmujemy wszystkie zobowiązania spadkodawcy, nawet jeżeli wysokość długu przekracza wartość odziedziczonego majątku. Wtedy, niespłacone kredyty czy pożyczki musimy pokryć z własnych środków.
Drugie rozwiązanie, to przyjęcie spadku z dobrodziejstwem inwentarza, ale ograniczone do wielkości majątku zmarłego. To oczywiście wydaje się korzystniejsze dla spadkobiercy, ponieważ może on przyjąć spadek bez koniczności odpowiadania swoim mieniem za długi spadkodawcy . Wtedy będzie on musiał spłacać zobowiązania zmarłego jedynie z pozostawionych przezeń środków.
– W takich okolicznościach długi spadkodawcy zostaną pokryte tylko z majątku, który on zgromadził, co oznacza, że decydując się na przyjęcie spadku z dobrodziejstwem inwentarza, odpowiadamy za długi zmarłego członka rodziny tylko do wysokości dóbr, jakie po nim odziedziczyliśmy. Należy jednak być świadomym, że w takiej sytuacji, szczególnie jeżeli niespłacone zobowiązania opiewają na wysoką sumę, możemy otrzymać tylko skromną część majątku bliskiego, albo w ogóle żadnego spadku. Jednak także nic nie tracimy, to znaczy nie musimy martwić się o spłatę długu – dodaje ekspert Małgorzata Śliżewska.

Czas na przemyślenie

Na decyzję o tym, czy postanawiamy przyjąć spadek wprost lub z dobrodziejstwem inwentarza mamy wspomniane pół roku, od momentu, w którym staliśmy się spadkobiercami.
Należy jednak pamiętać o tym, że jeżeli zapomnimy o tym terminie lub nie dopełnimy formalności, decyzja zostaje niejako podjęta za nas – przyjmujemy spadek z dobrodziejstwem inwentarza, czyli i z jego zadłużeniem, za które wszelako nie będziemy odpowiadać własnym mieniem.
– To nie jest żadna kara, a przeciwnie, ukłon w stronę „zapominalskich”, który został wprowadzony w nowelizacji prawa spadkowego z 2015 r. Wcześniejsze prawo narzucało spadkobiercy przyjęcie spadku wprost i w konsekwencji wiele osób „nie ze swojej winy” zostawało z problemem spłaty długów – tłumaczy Małgorzata Śliżewska. Takie długi bywały zaś czasem bardzo wysokie.

Nie da się tego cofnąć

Przy ewentualnym zrzekaniu się spadku, który przypadł nam z dobrodziejstwem inwentarza, należy jeszcze pamiętać o formalnościach.
Aby zrezygnować z jego przyjęcia wraz z ciążącym na majątku zadłużeniem, należy w tym celu złożyć odpowiednie oświadczenie przed notariuszem lub w sądzie rejonowym (wydział cywilny), należącym do okręgu, w którym przed śmiercią mieszkał spadkodawca.
Warto jednak pamiętać, że takiej deklaracji nie da się już odwołać. Dlatego nie należy zrzekać się spadku bez dogłębnej analizy, czy rzeczywiście nie odniesiemy żadnej korzyści z jego przyjęcia.
Co się dzieje z takim „niechcianym” spadkiem, którego ktoś nie chce przyjąć?
Jeżeli krewny za życia nie podjął decyzji, w czyje ręce trafi majątek po jego śmierci, zachowana zostaje ustawowa kolejność dziedziczenia. A to zaś oznacza, że jeżeli np. rodzic zrzeka się spadku, to wraz z ewentualnym długiem trafia on do następnego spadkobiercy w kolejności, czyli do dziecka.
W takiej sytuacji również i dla dziecka termin sześciu miesięcy na podjęcie decyzji, co zrobić z tym fantem (czyli zadecydowanie o przyjęciu lub odrzuceniu spadku) zachowuje ważność.
Gdy zaś nikt nie chce spadku, przypadnie on gminie, na terenie której spadkodawca miał ostatnie miejsce zamieszkania. Jeśli nie wiadomo gdzie to było, lub miejsce to jest za granicą, spadek odziedziczy Skarb Państwa.