Legia pod nadzorem

Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN objęła nadzorem finansowym Legię Warszawa, najbogatszy klub naszej ekstraklasy. Powód? „Istotne odchylenia względem złożonej we wniosku licencyjnym prognozy finansowej”.

 

Budżet Legii od kilku lat jest księgową zagadką, bo z roku na rok rośnie, chociaż na arenie międzynarodowej „Wojskowi” już drugi sezon z rzędu nie zarabiają takich pieniędzy, jak zarobili za udział w fazie grupowej Ligi Mistrzów w edycji 2015-2016. A już w tym roku legioniści zawiedli właściciela klubu Dariusz Mioduskiego szczególnie, bo nie załapali się nawet do Ligi Europy.

Ale w prognozach finansowych do wniosku licencyjnego w budżecie uwzględniono potencjalne wpływy z zakładanego optymistycznie występu w europejskich pucharach, więc po klęsce w owym budżecie zrobiła się potężna dziura. Właściciel klubu dyskretnie rozpuścił w mediach, że będzie musiał z własnej kieszeni dołożyć najmarniej z 20 milionów złotych. Jeśli liczył na jakieś współczucie, to się przeliczył, bo nikt nie użala się na milionerami, którym nie idzie w interesach.

A jemu w Legii idzie jak po grudzie. Przypomnijmy, w tym sezonie legioniści nie tylko nie zakwalifikowali się do Ligi Mistrzów, przegrywając ze słowackim Spartakiem Trnawa, lecz także do Ligi Europy, choć za przeciwnika mieli luksemburski Dudelange. Komisja ukarała też niewielkimi grzywnami Wisłę Płock, Zagłębie Sosnowiec i Lechię Gdańsk. Kluby na odwołanie od tych kar mają pięć dni.

 

Zestaw par 14. kolejki:

Piątek: Arka Gdynia – Pogoń Szczecin, godz. 18:00; Piast Gliwice – Wisła Kraków, godz. 20:30.
Sobota: Cracovia – Miedź Legnica, godz. 15:30; Śląsk Wrocław – Wisła Płock, godz. 18:00; Legia – Górnik Zabrze, godz. 20:30.
Niedziela: Lech Poznań – Lechia Gdańsk, godz. 18:00; Zagłębie Lubin – Korona Kielce, godz. 15:30..
Poniedziałek: Zagłębie Sosnowiec – Jagiellonia Białystok, godz. 18:00.

Blamaż polskich klubów

Piłkarze Górnika Zabrze, Jagiellonii Białystok, Lecha Poznań i Legii Warszawa pobili niechlubny rekord. Jeszcze nigdy występy polskich zespołów klubowych w eliminacjach europejskich pucharów nie zakończyła się tak wcześnie.

 

Górnik odpadł z eliminacji Ligi Europy już w II rundzie, ulegając słowackiemu AS Trencin 0:1 i 1:4. Porażka zabrzan nie jest jednak jakoś przesadnie wstydliwa, bowiem ich pogromcy w kolejnej rundzie równie dotkliwie rozjechali znacznie wyżej notowany Feyenoord Rotterdam, pokonując holenderską ekipę u siebie 4:0 i remisując z nią na wyjeździe 1:1. Jeśli jednak zważymy, że inny ze słowackich zespołów, Spartak Trnava, wyeliminował Legię Warszawa w II rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów, te porażki budzą pytanie, jakim cudem dysponujące znacznie niższymi budżetami kluby naszych południowych sąsiadów przejechały się po naszych z taką łatwością?

 

Wstyd, a w kasie tylko drobne

Odpowiedź przyniosła konfrontacja Legii w III rundzie kwalifikacji Ligi Europy z mistrzem Luksemburga F91 Dudelange. Warszawski zespół najpierw w kompromitującym stylu przegrał u siebie 1:2, a w rewanżu rozegranym na więcej niż przaśnym stadioniku w Luksemburgu już pod wodzą nowego trenera Ricardo Sa Pinto zdołał jedynie zremisować 2:2.
Jagiellonia i Lech trafiły na belgijskie zespoły i zaraz po losowaniu było wiadomo, że będą miały niewielkie szanse na wywalczenie awansu do następnej rundy rozgrywek. Te przewidywania się potwierdziły – białostocczanie nie poradzili sobie z KAA Gent i przegrali oba spotkania – 0:1 u siebie i 1:3 na wyjeździe. Ekipa „Kolejorza” też się nie popisała ulegając dwukrotnie KRC Genk – na boisku rywali 0:2, a w Poznaniu 1:2.

Mimo tak wczesnego zakończenia udziału w rozgrywkach o europejskie puchary, na otarcie łez na konta naszych czterech klubów UEFA przeleje trochę „drobnych”. Najwięcej wpadnie do kasy Legii – 1,2 mln euro, Lech otrzyma 780 tys. euro, Jagiellonia 540 tys. euro, a Górnik równe pół miliona euro. Każdy pieniądz się liczy, ale prawda jest taka, że awansując do kolejnych faz rozgrywek nasze eksportowe zespoły mogły zarobić znacznie, ale to znacznie więcej. Nie jest to jednak jedyna strata, jaka nasz klubowy futbol poniesie z powodu tego kompromitującego występu.

 

Ranking prawdę ci powie

Po czwartkowych porażkach Legii, Lecha i Jagiellonii nasza rodzima Lotto Ekstraklasa w ligowym rankingu UEFA znajdzie się na 21. miejscu. Tegoroczne wyniki naszych drużyn w europucharach przyniosły ledwie 2,250 pkt do tego zestawienia. To najgorszy wynik od sezonu 2009-2010, gdy polskie zespoły zdobyły 2,125 pkt. Jeszcze gorzej pod tym względem było w sezonie 2007-2008 (tylko 1,666 pkt). Teraz Lotto Ekstraklasa ma w sumie 19,25 pkt i tego dorobku już nie powiększy jako jedyna liga narodowa z pierwszej trzydziestki rankingu. Tracąc wszystkie zespoły tak wcześnie nasza piłkarska ekstraklasa znalazła się w towarzystwie krajowych lig San Marino, Liechtensteinu, Malty, Estonii, Gibraltaru i Kosowa, podczas gdy zespoły z Mołdawii, Macedonii, Gruzji, Walii i rzecz jasna Luksemburga pozostają nadal w grze. Mogą nasi piłkarscy działacze pleść co chcą, ale ta sytuacja dla jest po prostu upokarzająca. A to jeszcze nie musi być koniec upadku. W najbardziej pesymistycznych prognozach Lotto Ekstraklasa w rankingu UEFA może zjechać po tym sezonie na 26. lokatę, a nawet na 29. A jeszcze niedawno snuto plany awansu na 15. miejsce w rankingu, dające dwie drużyny w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, a trzy w Lidze Europy. O takim wariancie na razie trzeba zapomnieć.

 

Polscy piłkarze są w mniejszości

Oceniając ten wybitnie niedany występ polskich zespołów w europejskich pucharach nie powinno się jednak używać myślowego skrótu, że był to blamaż polskich piłkarzy. Dla zobrazowania kadrowej sytuacji dla uproszczenia podajemy wyliczenie oparte na składach w ostatnich meczach naszego pucharowego kwartetu. W zespołach Legii, Lecha, Jagiellonii i Górnika wystąpiło w sumie 56 zawodników – tylko połowa z nich to byli Polacy, druga połowę tworzyło 28 graczy z 20 krajów. Do sromoty polskich klubów na europejskiej arenie dołożyło się czterech piłkarzy z Hiszpanii, trzech z Portugalii, po dwóch z Chorwacji, Czech i Słowenii oraz po jednym z Brazylii, Irlandii, Litwy, Słowacji, Bośni i Hercegowiny, Norwegii, Czarnogóry, Szwajcarii, Argentyny, Węgier, Danii, Luksemburga, Finlandii i Gwinei. A także Ukrainy, bo chociaż pomocnik Jagiellonii Taras Romanczuk zdobył polski paszport i nawet zagrał w reprezentacji Polski, to jako piłkarz został ukształtowany w swoim rodzinnym kraju i nie ma co odbierać tej zasługi Ukrainie.

Trzeba jednak podkreślić, że tę w miarę wyrównaną statystykę psuje trochę Górnik, który wyraźnie stawia na polskich piłkarzy. W zespołach Legii, Lecha i Jagiellonii proporcje kadrowe są wyraźnie na korzyść obcokrajowców. W miniony czwartek na 42 wystawionych w sumie do gry zawodników tych trzech klubów, polskich piłkarzy było 17, zaś cudzoziemców aż 25, zaś ich trenerami byli Polak, Serb i Portugalczyk. Na papierze wygląda to nieźle, ale na boisku tragicznie.

 

Polska liga gorsza od luksemburskiej

Porażki Lecha z KRC Genk (0:2) i Jagiellonii z KAA Gent (0:1) w kw. Ligi Europy szokiem nie są, bo to belgijskie kluby. Ale klęska Legii z zespołem z Luksemburga to kompromitacja.

 

Legioniści w pierwszym meczu przegrali przed własną publicznością z F91 Dudelange 1:2. Był to chyba najgorszy występ stołecznej drużyny w całej jej historii. Kibice byli na nich wściekli i może dobrze się stało, że Komisja Dyscyplinarna UEFA za użycie przez fanów warszawskiej drużyny środków pirotechnicznych podczas wcześniejszego wyjazdowego meczu w eliminacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava nałożyła na nich zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców w jednym meczu europejskich pucharów rozgrywanym poza Warszawą i ta kara przypadnie właśnie na rewanżowe spotkanie z F91 Dudelange. Na Legię nałożono też karę finansową w wysokości 60 tys. euro. Ekipa mistrzów Polski jest w głębokim kryzysie, ale mimo porażki u siebie, z trzech polskich drużyn grających w kwalifikacjach Ligi Europy ma chyba największe szanse na wywalczenie awansu do IV rundy. Półamatorski zespół z Luksemburga dla normalnie grających legionistów to jest przeciwnik, z którym nawet na jego boisku powinni wygrać różnicą kilku goli.

W dużo gorszej sytuacji znalazł się Lech Poznań, który na wyjeździe przegrał z KRC Genk 0:2. Ten wynik jest jednak mylący, bo belgijski zespół miał miażdżącą przewagę i tylko przez brak skuteczności nie wygrał wyżej. Podobnie rzecz się ma z Jagiellonią, która u siebie uległa KAA Gent 0:1 i w rewanżu tej straty na pewno nie odrobi.
A Legia, Lech i Jagiellonia to przecież trzy najlepsze zespoły Lotto Ekstraklasy. Wstyd przyznać, ale miarą ich poziomu nie są już ligi słowacka, czeska czy belgijska, lecz półamatorska ekstraklasa Luksemburga. A skoro tak, to może pora i w naszej lidze urealnić płace piłkarzy?

Wyniki 4. kolejki Lotto Ekstraklasy: Lechia Gdańsk – Miedź Legnica 2:0;  Wisła Kraków – Wisła Płock 1:1; Pogoń Szczecin – Cracovia 1:1;  Arka Gdynia – Górnik Zabrze 1:1;

 

Legia Warszawa: Pieniądze to jeszcze nie wszystko

Piłkarze Legii po raz drugi z rzędu odpadli w kwalifikacjach Ligi Mistrzów w kompromitującym stylu. Pomysł właściciela klubu Dariusza Mioduskiego, żeby sprawy sportowe oddać w ręce chorwackich trenerów, zakończył się wielką klapą. Nie wypalił też jego plan zastąpienia Chorwatów zwolnioną przez PZPN ekipą Adama Nawałki.

 

Mioduski odniósł sukces w biznesie jako prawa ręka Jana Kulczyka. W Legii już tak dobrze mu się nie powiodło, choć pojawił się w klubie w roli większościowego akcjonariusza (przejął 60 procent udziałów). Po jakimś czasie okazało się, że chociaż dwaj jego wspólnicy, Bogusław Leśnodorski i Maciej Wandzel, mieli razem jedynie 40 procent akcji, to w klubie de facto mieli więcej do powiedzenia od Mioduskiego i bez żenady z tej władzy korzystali.

Dzięki nadzwyczajnemu zbiegowi okoliczności i nieziemskiemu fartowi pod ich rządami Legia zdołała awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów i zarobić dzięki temu gigantyczne jak na realia naszego klubowego futbolu pieniądze, które pozwoliły uzyskać warszawskiemu klubowi finansową przewagę nad krajową konkurencją. Ta przewaga okazała się per saldo iluzoryczna, bo Leśnodorski jako prezes Legii miał nadzwyczaj lekką rękę do wydawania pieniędzy na transfery i pensje zawodników.

 

Słowacy biedniejsi, ale lepsi

Mioduski w końcu pozbył się obu wspólników odkupując ich udziały i stał się jedynym właścicielem Legii, ale w roli wszechwładnego szefa klubu jak na razie kompletnie sobie nie radzi. Na futbolu najwyraźniej się nie zna, a w każdym razie nie na tyle, żeby samemu ocenić czy jakiś trener czy piłkarz będzie wzmocnieniem Legii. Jednym z jego największych błędów było powierzenie zespołu trenerom z Chorwacji – Romeo Jozakowi, a po nim Deanowi Klafuriciowi, zaś rolę dyrektora sportowego ich rodakowi Ivanovi Kepcii.

Chorwackie rządy na beznadziejnie słabą polska ligę jeszcze wystarczyły, bo legioniści zdobyli mistrzostwo i puchar, ale w rywalizacji o awans do Ligi Mistrzów okazali się gorsi od słowackiego Spartaka Trnava, którego trenerem jest wyrzucony za słabe wyniki z Piasta Gliwice Radoslav Latal, a trzon zespołu tworzą zawodnicy, którzy nie przebili się do podstawowych składów drużyn naszej ekstraklasy. Najlepszym komentarzem do tej klęski jest przytaczane z lubością przez słowackie media wyliczenie, z którego wynika, że budżet Legii jest wyższy od budżetu całej słowackiej ligi. To oczywiście nie do końca jest prawdą, ale ładnie brzmi w tytułach.

Trudno jednak zakwestionować oczywiste fakty. Każdy z legionistów w Spartaku Trnava byłby zapewne niekwestionowaną gwiazdą, podczas gdy każdy z graczy zespołu trenera Latala miałby w Legii problem z załapaniem się nawet na ławkę rezerwowych.

 

Najważniejsza jest drużyna

Filarem linii defensywnej Legii jest uczestnik Euro 2016 i mistrzostw świata Michał Pazdan, zaś w Spartaku jego odpowiednikiem jest Boris Godal, który jako zawodnik Zagłębia Lubin zagrał w naszej ekstraklasie ledwie w sześciu meczach. W środku boiska w warszawskim zespole gra inny reprezentant Polski Krzysztof Mączyński, a w Spartaku Erik Grendel, który nie przebił się w Górniku Zabrze. No i wreszcie Legia miała w ataku pozyskanego latem z Wisły Kraków hiszpańskiego król strzelców Lotto Ekstraklasy Carlitosa, natomiast w słowackim zespole jego odpowiednikiem jest Jan Vlasko, odesłany do domu po nieudanym epizodzie Zagłębiu Lubin.

To oczywiście nie oznacza, że słowacki zespół został zbudowany z odrzutów z polskiej ekstraklasy, ale zderzenie tych kilku nazwisk powinno dać do myślenia prezesom i właścicielom polskich klubów, czy na pewno zatrudniani przez za duże pieniądze trenerzy i dyrektorzy sportowi znają się na swoim fachu. Klafurić najwyraźniej zna się słabo, skoro nie potrafił przygotować odpowiednio zespołu do rywalizacji o awans do finansowego raju jakim jest Liga Mistrzów. Jego niekompetencji dowodzi też decyzja o wystawieniu do gry w rewanżu Marko Vesovicia i Domagoja Antolicia, którzy w tym arcyważnym meczu osłabli zespół wylatując z boiska za podejrzanie kretyńskie faule.

Nie ulega wątpliwości, że Legia odpadła w starciu ze Spartakiem tylko dlatego, że Klafurić nie potrafił z grupy piłkarzy jakich miał do dyspozycji stworzyć drużyny. I przegrał, bo jego odpowiednik w słowackim klubie, Radoslav Latal, z przeciętnych graczy taką drużynę zbudował. Europy z nią raczej nie podbije, ale na wyeliminowanie mistrzów Polski sił jej w zupełności starczyło.

 

Koniec tematu Nawałki

Tuż po meczu ze Spartakiem Dariusz Mioduski przed telewizyjnymi kamerami uciął medialne spekulacje na temat zatrudnienia w Legii Adama Nawałki. Wkrótce potem obie strony lekko odsłoniły zaprzyjaźnionym żurnalistom kulisy prowadzonych negocjacji, ale teraz nie ma już w zasadzie żadnego znaczenia, czy to Nawałka odrzucił propozycje właściciela Legii, czy też właściciel Legii uznał oczekiwania byłego selekcjonera za zbyt wygórowane i postanowił poszukać tańszego trenera.
Obojętnie kto ostatecznie przejmie stery na Łazienkowskiej, Legia i tak będzie najpoważniejszym kandydatem do mistrzowskiego tytułu. Cóż jednak z tego, skoro wynika to nie z rosnącej siły stołecznego klubu, lecz wyłącznie ze słabości konkurentów.

Dariusz Mioduski na razie nie ma dobrego pomysłu na zarządzanie klubem i nie ma też dość własnych pieniędzy, żeby na dłuższą metę finansować popełniane błędy. Będzie więc musiał albo sprzedać swoje udziały, albo podzielić się władzą. Inaczej zmuszą go do tego stołeczni kibice…

 

W Legii czekają na Nawałkę?

Trener Legii Dean Klafurić przeżywa trudne dni. Chociaż zespół fatalnie wystartował, to na razie tak naprawdę przegrał tylko walkę o mało ważny Superpuchar. Mimo to media spekulują, że już w środę 1 sierpnia zastąpi go na Łazienkowskiej Adam Nawałka.

 

Niezależnie od wyniku rewanżowego meczu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava, Klafurić zostanie w środę zdymisjonowany, a jego miejsce zajmie były selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze sportowi „Super Expressu”. Wedle ich relacji prezes stołecznego klubu Dariusz Mioduski chciał zatrudnić Nawałkę zaraz po nieudanych dla naszej reprezentacji mistrzostwach świata, lecz on odmówił zasłaniając się koniecznością wypełnienia do końca kontraktu z PZPN, wygasającego jak się okazało dopiero z końcem lipca tego roku. A środa 1 sierpnia będzie pierwszym dniem, w którym były selekcjoner będzie mógł podjąć pracę w nowym miejscu. Tak się jednak złożyło, że dzień wcześniej legioniści stoczą rewanżowy bój ze słowackim Spartakiem Trnava. W pierwszym meczu u siebie przegrali w fatalnym stylu 0:2 i mało kto daje im szanse na odrobienie strat w rewanżu. Tej opinii nie zmieniło znacząco nawet sobotnie zwycięstwo Legii w Kielcach z Koroną (2:1).

Pod wodzą Klafuricia legioniści w tym sezonie wygrali jeszcze tylko dwa mecze w kwalifikacjach Ligi Mistrzów z półamatorskim Cork City, a trzy spotkania z silniejszymi rywalami przegrali – z Arką Gdynia o Superpuchar, z Zagłębiem Lubin w 1. kolejce ekstraklasy i u siebie ze Spartakiem. I ponoć właśnie ta ostatni porażka miała przesądzić o losie Klafuricia. „SE” podaje, że Nawałka ma zarabiać jako trener Legii co najmniej 350 tysięcy euro rocznie. Jeśli to prawda, w nowej pracy będzie miał lepiej pod tym względem niż w poprzedniej. PZPN wyceniał pracę Nawałki w ostatnich dwóch latach na ćwierć miliona euro rocznie plus premie za wyniki.

Wygrana w Kielcach może jednak tym misternym planie namieszać, bo Spartak nie jest mocniejszą drużyną od Korony, a skoro Klafuriciowi udało się wygrać, to przecież ta sztuka może mu się udać też Trnavie. I co wtedy? Zmienienie trenera, który w końcówce poprzedniego sezonu opanował kryzys w zespole i zdobył z nim podwójną koronę, a teraz mimo słabego początku znów wstąpił na zwycięską ścieżkę, zostanie uznane za błąd. Nawałka może go rzecz jasna szybko przykryć lepszymi wynikami i radykalna poprawą stylu gry zespołu Legii, tylko czy naprawdę jest w stanie tego dokonać?
To jest już jednak zmartwienie Legii. Jej rywale walczą o swoje, a po dwóch pierwszych kolejkach można wnosić, że w tym sezonie o najwyższe laury będzie się bić prowadzone przez Mariusza Lewandowskiego Zagłębie Lubin.

 

Ekstra jest kasa, nie klasa

Ciekawe, czy po wtorkowej kompromitacji Legii Warszawa w meczu II rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava szefowie PKO BP nadal uważają, że zrobili dobry interes podpisując umowę sponsorską z Ekstraklasą SA.

 

Zapowiada się kolejna klęska polskich zespołów klubowych w europejskich pucharach i tym razem nie zdoła jej przykryć propagandowym całunem nawet PZPN, bo po mundialowej klęsce drużyny Adama Nawałki sam musi teraz fastrygować swój zszargany wizerunek. Wybór Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera biało-czerwonych wbrew oczekiwaniom nie okazał się czynnikiem osłabiającym niezadowolenie kibiców. Tylko wygrana lub ostatecznie remis z Włochami w pierwszym meczu Ligi Narodów może poprawić nastroje.

Całkiem niewykluczone, że to w sumie niezbyt istotne spotkanie może nabrać znaczenia, jeśli po trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy w europejskich pucharach nie będzie już ani jednej polskiej drużyny. Z naszego kwartetu w tej fazie kwalifikacji na pewno wystąpi Legia Warszawa, ale dla mistrzów Polski to żaden powód do chwały, tylko konsekwencja odpadnięcia w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów. A po pierwszym meczu ze Spartakiem Trnava, przegranym przez legionistów na własnym stadionie 0:2, chyba nikt już nie zakłada, że w rewanżu stołeczny zespół zdoła odrobić te straty i awansować do kolejnej rundy.

 

Infekcja albo trenerskie błędy

Ostatnie półtora roku w polskim futbolu trudno uznać za pasmo sukcesów. W czerwcu 2017 roku w rozgrywanych w naszym kraju młodzieżowych mistrzostwach Europy skompromitowała się reprezentacja do lat 21. Po niej w lipcu i sierpniu to samo zrobiły nasze zespoły klubowe w kwalifikacjach europejskich pucharów. To wszystko poszło jednak na bok, bo kibice cieszyli się awansem reprezentacji na mundial w Rosji. W tym roku sytuacja się jednak powtórzyła, tylko że zamiast klęski kadry U-21 w czerwcu przeżyliśmy klęskę pierwszej reprezentacji. Zabolała na tyle mocno, że teraz każda dotknięcie niezagojonej jeszcze rany doprowadza nas do szału.

Po wtorkowym meczu nie ma żadnych podstaw do optymizmu. Słowacki zespół był po prostu wyraźnie lepszy i mógł zdobyć więcej bramek, na szczęście bramkarzowi Legii Arkadiuszowi Malarzowi rzekoma infekcja wirusowa, która zdaniem trenera Deana Klafuricia dopadła jego piłkarzy w przeddzień meczu, nie osłabiła refleksu. Co miał wpuścić, to wpuścił, bo przy obu straconych golach nie miał żadnych szans na udaną interwencję, lecz w kilku sytuacja podbramkowych spisał się bez zarzutu. Niestety, nie da się tego powiedzieć o jego kolegach z pola.

Im być może owa „infekcja” faktycznie spętała nogi, bo na tle graczy słowackiej drużyny, z których znaczna część nie poradziła sobie wcześniej w naszych klubowych zespołach (w tym obaj strzelcy goli dla Spartaka), legioniści wyglądali jak nowicjusze, którzy nie wiedzą jak mają grać. A to już jest działka trenera i wygląda na to, że Klafurić wyleci z Legii już po rewanżowym meczu w Trnavie. No, chyba że go wygra 3:0, ale to nie jest możliwe do wykonania.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, co takiego powoduje, że już drugi sezon z rzędu Legia rozpoczyna w tak fatalnym stylu. Najbogatszy i przez to najsilniejszy polski zespół klubowy w letnim oknie transferowym ściągnął z Wisły Kraków Carlitosa, króla strzelców ekstraklasy w poprzednim sezonie. Na razie Hiszpan na Łazienkowskiej nie zachwyca, co oznacza, że podczas wakacji mocno się zaniedbał. Wróci zapewne do dawnej formy gdzieś na przełomie sierpnia i września, tylko że jego nie ściągnięto na Łazienkowską żeby strzelał gole tylko w Lotto Ekstraklasie. Miał pomóc Legii w europejskich pucharach, nikt jednak nie zapytał hiszpańskiego piłkarza, jakie są jego sportowe cele.

A co jeśli szczytem aspiracji Carlitosa jest tylko gra w naszej ekstraklasie? Miał oferty z drugoligowych klubów hiszpańskich, ale je odrzucił. Nie oferowały mu większych zarobków niż ma w Legii, a skoro tak, to lepiej grać w niezbyt wymagającej polskiej ekstraklasie i być w niej gwiazdą, niż pałętać się na oczach rodaków na zapleczu Primera Division.

 

Pieniądze to nie wszystko

Co jest przyczyną kiepskich wyników naszych klubowych zespołów, trafnie zdiagnozował serbski piłkarz Legii Miroslav Radović. „Naszym największym problemem jest brak zgrania. W zeszłym roku też mieliśmy problem, ponieważ późno zostały zrobione transfery i może to było przyczyną porażek. W tym sezonie było z tym lepiej, bo transfery dokonane zostały we właściwym czasie. Rzecz w tym, że w Legii co sezon dochodzi do wymiany siedmiu-ośmiu graczy z podstawowego składu. Mam na to inny przykład – Victorii Pilzno. Ten klub ma budżet 2-3 razy mniejszy od Legii, ale praktycznie ci sami piłkarze grają tam od pięciu lat. A u nas już niewielu zawodników z obecnego składu pamięta występ w Lidze Mistrzów. Za porażkę ze Spartakiem zasłużyliśmy na surową krytykę. Mimo wszystko nawet w myślach nie rozważam, że w rewanżu ich nie wyeliminujemy. Latem solidnie trenowaliśmy i jesteśmy dobrze przygotowani do sezonu. Może z taktyka jest coś nie tak, ale to są rzeczy stosunkowo łatwe do poprawienia” – przekonywał Radović.

Problemy klubów nie są na szczęście problemami kibiców. Fani przy braku wyników po prostu przestają chodzić na mecze.