Jak SPD niespodziewanie wygrała

Gdy po wyborach zapytano jednego z czołowych polityków chadecji o przyczyny porażki CDU w wyborach do Bundestagu, odpowiedział krótko trzema słowami: „koncepcja, kampania, kandydat”.
Te „3K” opisują też dość dokładnie przyczyny zaskakującego sukcesu SPD w wyborach 26 września: dobra koncepcja, dobry kandydat i dobra kampania.
Koncepcja: Twórcy kandydatury Olafa Scholza na kanclerza mieli długofalowy plan, który konsekwentnie realizowali i z którego nie zrezygnowali nawet wtedy, gdy sondaże przez długi czas utrzymywały się na niskim poziomie. Koncepcja ta miała na celu całkowite skupienie kampanii wyborczej na Olafie Scholzu. Wyborcy poważnie zastanawiają się nad wyborami dopiero na kilka tygodni przed ich terminem. I dopiero wtedy zaczynają poważnie rozważać fakt, że urzędująca kanclerz Angela Merkel po czterech kadencjach nie będzie ubiegać się o reelekcję. Wyborcy przygladają się wtedy kandydatom różnych partii i wybiorą osobę, która ich zdaniem najlepiej nadaje się do stabilnego prowadzenia kraju. Wieloletnie doświadczenie Scholza jako wicekanclerza, ministra i burmistrza, jego solidna praca jako ministra finansów i wysoki poziom kompetencji przechylą wówczas szalę. Koncepcja ta była żelaznie podtrzymywana, nawet w czasach, gdy pretendowanie Olafa Scholza do urzędu kanclerza wydawały się bardzo nierealne z powodu notowań sondażowych na poziomie 14-17 proc. , a dziennikarze zastanawiali się, czy w ogóle należy zapraszać Scholza do telewizyjnych pojedynków kandydatów na kanclerza. Przesłanie „Chcę służyć krajowi jako kanclerz” powtarzane było niemal jak mantra przez Scholza w wywiadach przez cały rok 2021 – przypuszczalnie również w celu stabilnego zakotwiczenia w świadomości wyborców idei kanclerza z partii, która przez długi czas zajmowała dopiero trzecie miejsce w sondażach (za CDU i Zielonymi).
Ważnym składnikiem tej koncepcji było również centralne przesłanie, które Scholz starał się przedstawić bardzo wcześnie w swojej kandydaturze: przesłanie to skupiało się wokół pojęcia „szacunek”: SPD i jej kandydat opowiadają się za uznaniem i szacunkiem dla wszystkich koncepcji życia i osiągnięć życiowych, szczególnie dla „normalnych ludzi” i ciężko pracującej części społeczeństwa w zawodach nieakademickich. Przekaz ten został świadomie wypracowany jako kontrpropozycja wobec postawy pogardy klasowej ze strony lewicowo-liberalnego establishmentu, przejawiającej się w określeniu przez Hilary Clinton w 2016 roku wyborców Trumpa wywodzących się z klasy niższej mianem „ludzi godnych pożałowania” (basket of deplorables). . Porażka ta została dokładnie przeanalizowana w środowisku kandydata.
Kandydat: Olaf Scholz był najlepszym możliwym kandydatem SPD na kanclerza. Jako wicekanclerz i minister finansów rozsądnie zarządzał finansową stroną koronakryzysu i zadbał o to, by gospodarcze i społeczne koszty pandemii pozostały w przejrzystych i rozsądnych proporcjach. Jako wieloletni członek rządu federalnego, posiada on wielkie doświadczenie polityczne – niemały atut w sytuacji, gdy nastroje międzynarodowe cechują narastające konflikty i problemy. Jako przedstawiciel centrystycznej „rządowej SPD” był wybieralny także przez bardziej konserwatywnych wyborców, poszukujących następcy Merkel. Z perspektywy czasu okazało się nawet, że zaletą było to, że Scholz w 2019 roku nie został wybrany na lidera przez członków partii. Oznaczało to, że nie mógł on odpowiadać za każde stanowisko partii i mógł tym samym kształtować swój własny profil. A Scholz w całej kampanii nie popełnił żadnych poważnych błędów – w przeciwieństwie do czołowych kandydatów CDU i Zielonych.
Kampania: Kampania wyborcza została przygotowana długoterminowo – Scholz został nominowany jako kandydat na kanclerza już w sierpniu 2020 roku – i dokładnie dopasowana do kandydata. Nie miało to miejsca w poprzednich kampaniach, gdzie musiały one być stosunkowo późno dostosowane do kandydatów, którzy zostali nominowani w ostatniej chwili, a kampania i kandydat nie pasowali do siebie. Inaczej niż w wyborach w 2017 i 2013 roku, nie było też opozycji między aparatem partyjnym SPD w Willy-Brandt-Haus (siedziba SPD) a najbliższym zespołem kandydata. Osobista świta Scholza – który sam przez kilka lat był sekretarzem generalnym SPD – jest niezwykle profesjonalna i dobrze zna aparat partyjny, bo po części w nim pracowała. Dzięki temu kampania była prowadzona jako jednolita całość, bez dysonansów i konfliktów między zespołami.
Przekazy wizualne kampanii (plakaty itp.) niemal w całości koncentrowały się na kandydacie i jego „cechach sprawczych”. SPD wyraźnie prowadziła kampanię wyborczą jako „wybory kanclerza”, a nie jako partyjną rywalizację o większość w Bundestagu (o co tak naprawdę chodzi w wyborach parlamentarnych). Istotą kampanii była osoba kandydata i jego zdolność do spokojnego i zdecydowanego kierowania krajem w następstwie pani Merkel. Scholz zaprezentował się jako logiczny następca Merkel, aż po nieco ironiczne zdjęcie kandydata SPD na kanclerza, na którym naśladuje dłońmi „romb Merkel”. „Mutti” nie było już w ofercie, więc SPD zaproponowało „Vati”.
Strategia ta obejmowała również merytoryczne priorytety kampanii Scholza. SPD była na tyle sprytna, że nie podążała za swoimi lewicowo-liberalnymi instynktami, lecz skupiła się na kwestiach o wyraźnie tradycyjnym profilu socjaldemokratycznym: płaca minimalna w wysokości 12 euro za godzinę, zabezpieczenie poziomu emerytur, budowa 400 000 nowych mieszkań rocznie i „szacunku” dla ludzi. Zagadnienie walki ze zmianami klimatycznymi była częścią głównego przesłania, ale jako kwestia, która po prostu musi uwzględniać aspekty społeczne. Inne postulaty SPD zostały jednak odłożone na dalszy plan. Kwestie społeczno-kulturowe i społeczno-polityczne, które od dziesięcioleci rozdzierają koalicję wyborczą SPD – migracja, wielokulturowość, kwestie polityki tożsamości, polityka genderowa – nie odegrały żadnej roli w kampanii wyborczej. Lewicowe, większościowe skrzydło partii również trzymało się tej linii i powstrzymywało się od zgłaszania własnych uwag w kampanii wyborczej. Liderzy partii odsunęli się na dalszy plan i nie odgrywali aktywnej roli.
W wyniku 3K SPD zdołała wyprzedzić na ostatnich metrach nie tylko Zielonych, ale także CDU, która w pewnym momencie miała 15 proc. przewagę w sondażach. SPD przejęła od CDU 2 miliony byłych wyborców Merkel i stała się najsilniejszą siłą zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu stała się też najsilniejszą partią wśród wyborców z klasy robotniczej.

Autor jest doktorem nauk o polityce, dyrektorem warszawskiego biura Fundacji im. Friedricha Eberta, członkiem SPD

Zwycięstwo SPD, koniec stabilności

Wyniki niemieckich wyborów federalnych z 26 września wskazują na postępujący proces polaryzacji w Niemczech. Opinia publiczna nigdy nie była tak niestabilna, wyborcy nigdy nie byli tak niezdecydowani, a parlament nigdy nie był tak rozdrobniony.

Największymi przegranymi tych wyborów są konserwatywni chadecy (CDU/CSU) i ich kandydat na kanclerza Armin Laschet. CDU osiągnęła swój najgorszy wynik w wyborach federalnych w historii. Uzyskała zaledwie 18,9 proc. głosów. CSU z wynikiem 5,2 proc. z ledwością przekroczyła pięcioprocentowy próg. Razem CDU/CSU uzyskały 24,1 proc. głosów, co oznacza spadek o 8,9 punktów procentowych.
Socjaldemokracji (SPD) udało się zwiększyć swój udział o 5,2 proc. w porównaniu z poprzednimi wyborami, ale i tak jest to jej trzeci najgorszy wynik w wyborach federalnych w historii.
SPD może teraz po czterech kadencjach ponownie nominować kanclerza. Również liberalna Partia Zielonych odnotowała silny wzrost, choć nie zbliżyła się do swojego chwilowego szczytu 28 proc. w sondażach opinii publicznej. Z wynikiem 14,8 proc. (+5,8) głosów stała się trzecią siłą. Nieco silniejsza stała się też liberalna Wolna Partia Demokratyczna (FDP) z wynikiem 11,5 proc.
Obok CDU głosy straciły przede wszystkim rasistowska Alternatywa dla Niemiec (AfD) i lewicowa partia Die Linke (Lewica). AfD uzyskała 10,3 proc. (-2,3), ale zdołała ustabilizować swoją bazę wyborczą. Die Linke z wynikiem 4,9 proc. nie udało się osiągnąć progu. W porównaniu z ostatnimi wyborami parlamentarnymi jej wynik spadł prawie o połowę. Tylko dzięki zdobyciu trzech mandatów bezpośrednich mogła ona ponownie wejść do Bundestagu jako frakcja parlamentarna.
8,7 proc. wyborców głosowało na inne partie, które nie weszły do Bundestagu. Frekwencja wyborcza wyniosła 76,6 proc. – tyle samo, co w poprzednich wyborach. Prawie 15 milionów uprawnionych nie wzięło udziału w głosowaniu. Niegłosujący stanowią więc największą „partię”. Do tego dochodzi 9,5 mln osób w wieku uprawniającym do głosowania z obcym obywatelstwem lub bezpaństwowców w Niemczech, którzy nie mogli głosować.
Chwiejne zwycięstwo SPD
Ta kampania wyborcza była bardziej apolityczna niż kiedykolwiek wcześniej. A przecież nie brakowało tematów, o których należało rozmawiać, np. o zmianach klimatycznych, zwłaszcza po katastrofalnych lipcowych powodziach, pandemii Covid-19, kryzysie gospodarczym itd. Zamiast tego skupiono się na rywalizacji osobowościowej między partiami, ponieważ żadna z nich nie była w stanie zaproponować społeczeństwu prawdziwego rozwiązania. Ich programy różniły się od siebie tylko w niewielkim stopniu. O wynikach partii decydowały więc osobiste wskaźniki poparcia dla kandydatów na kanclerza.
Przez długi czas wydawało się, że wybory te rozstrzygną się jako wyścig między Zielonymi a CDU/CSU, przy czym różne frakcje kapitału opowiedziały się za tymi partiami. Wywiązała się brudna medialna walka o pierwsze miejsce. W mediach dyskutowano na przykład o takich nieistotnych kwestiach, jak błędy w życiorysach kandydatów, książka Annaleny Baerbock, kandydatki Zielonych, czy sposób, w jaki Laschet śmiał się, gdy prezydent federalny Steinmeier z SPD wygłaszał przemówienie po katastrofalnej lipcowej powodzi. Jednak burżuazyjni stratedzy najwyraźniej przecenili stabilność poparcia dla Zielonych i CDU/CSU. Ta kampania medialna spotkała się z ogólną niechęcią i nieufnością społeczeństwa wobec partii i polityków, podsycaną przez lata fałszywych obietnic. Zarówno Laschet, jak i Baerbock zostali przez media, jak to się mówi, spaleni.
W tym samym czasie kandydat na kanclerza, Olaf Scholz (SPD), mógł zyskać na popularności, wzmacniając tym samym SPD. Skorzystał na tym, że po prostu nie był jednym z dwóch pozostałych kandydatów, a także na tym, że po czterech kadencjach legislacyjnych z CDU u steru, powszechny nastrój był taki, aby nie dopuścić do kolejnego rządu pod kierownictwem CDU. Scholz był mniejszym złem z największymi szansami na zwycięstwo.
Wzrost SPD w wyborach nie oznacza jednak odwrócenia kryzysu, w którym tkwi ona od dziesięcioleci. Scholz nie wygrał z powodu programu SPD.
Nie było żadnego ruchu w kierunku SPD w postaci wzrostu liczby członków. Nie było nastroju entuzjazmu, jak to miało miejsce np. w kampanii Martina Schulza (SPD) w 2017 r., kiedy na pierwszy plan wysunęły się kwestie społeczne. SPD będzie cieszyć się tylko krótkim wytchnieniem w kryzysie wewnętrznym, jaki nadal trwa w tej partii.
Prawdopodobnie na stworzenie rządu przyjdzie nam zaczekać długo. Obie partie liberalne, Zieloni i FDP, chcą „wstępnie negocjować” po tym, jak brak porozumienia w 2017 roku uniemożliwił im kawałek tortu rządowego. Partie określają teraz swoje zasadnicze stanowiska do negocjacji o stanowiska ministerialne. Scholz liczy na „koalicję świateł drogowych” (od barw partyjnych SPD, FDP i Zielonych). SPD jako zwycięzca wyborów ma formalnie prawo do objęcia kanclerstwa. Teoretycznie nie można jednak wykluczyć koalicji Zielonych i FDP z CDU/CSU. Zieloni i FDP mają więc silną pozycję negocjacyjną.
Ze swojej strony CDU/CSU nie wyklucza możliwości kierowania rządem. Flirtuje z tzw. koalicją jamajską (CDU/CSU-FDP-Zieloni). W rzeczywistości rząd kierowany przez CDU jest bardzo mało prawdopodobny. Kolejny okres legislacyjny, w którym wprowadzi ona niepopularne rozwiązania, pogrążyłby CDU/CSU w znacznie głębszym kryzysie. Z punktu widzenia kapitału lepiej byłoby, gdyby partia ta dostała czas na „odbudowę” w opozycji. Ponadto „koalicji jamajskiej” nie udałoby się stworzyć wrażenia, że postęp społeczny jest na porządku dziennym. Utrudniłoby to zarówno zaangażowanym partiom, jak i klasie kapitalistycznej uzyskanie poparcia społecznego, którego potrzebują dla przyszłych działań na rzecz klasy rządzącej. Taka koalicja już od pierwszego dnia byłaby bardzo niepopularna i niegodna zaufania robotników i młodzieży.
Najprawdopodobniej zobaczymy więc nowy rząd utworzony przez „koalicję świateł drogowych”. W oczach opinii publicznej będzie się on sprzedawał jako blok „socjalno-ekologiczno-liberalny”, którego celem jest rozwiązanie palących problemów społecznych. W rzeczywistości rząd ten będzie sięgał po niepopularne środki, podobnie jak to czynił czerwono-zielony rząd na początku XXI wieku. Na początek jednak łatwiej byłoby tej koalicji utrzymać iluzję, że będzie to rząd, który zapewni ochronę klimatu, reformy społeczne i postęp technologiczny. Rząd, w którym większość społeczeństwa ma złudzenia, jest dokładnie tym, czego potrzebuje klasa rządząca, dlatego też przedstawiciele niemieckiego wielkiego biznesu, tacy jak szef koncernu tekstylnego Trigema, Wolfgang Grupp, chcą oddać prowadzenie SPD i zakładają, że będzie ona działać „odpowiedzialnie”, tzn. w ich interesie. Zwłaszcza włączenie FDP, jako partii najbardziej bezpośrednio reprezentującej interesy kapitału, zapewniłoby, że z programu takiej „koalicji świateł drogowych” wykreślona zostałaby istotna poprawa warunków życia klasy robotniczej.
Kryzys we wszystkich partiach
Tymczasem w CDU/CSU konflikt, który już przed kilkoma miesiącami osiągnął punkt kulminacyjny w walce o władzę między Laschetem (CDU) a Söderem (CSU) o kandydaturę na kanclerza, ponownie nabiera tempa. Pojawiają się różne pogłoski. Pojawia się np. pomysł, aby Söder poprowadził negocjacje koalicyjne i starał się o stanowisko kanclerza. Premier Saksonii, Kretschmer (CDU), ponownie wypowiedział się przeciwko pretendowaniu CDU do rządu. Natomiast Norbert Röttgen (CDU) wspomniał o możliwości odnowienia składu personalnego partii. Jak długo Laschet utrzyma się na stanowisku federalnego lidera CDU? To, jak długo potrwa ukryta walka o władzę, zależy od tego, jak długo będą się przeciągać negocjacje koalicyjne i na ile realistyczna jest koalicja z udziałem CDU. W każdym razie szykuje się pogłębienie kryzysu w tej formacji.
AfD zdołała się umocnić i zgromadzić wokół siebie grupę wyborców, którzy popierają demagogiczny i rasistowski kierunek partii. W Turyngii, Saksonii i Saksonii-Anhalt zdobyła w sumie 16 bezpośrednich mandatów. Ale poniosła też straty, co zaostrza konflikt między jej różnymi skrzydłami. Konflikt o kurs partii będzie trwał i osłabiał ją. Jörg Meuthen wyraził już krytykę polityki partii podczas konferencji prasowej z duetem głównych kandydatów, Alice Weidel i Tino Chrupallą. Ponadto wynik AfD pokazuje, że nie ma ona do zaoferowania nic poza demagogią i rasizmem, a tym samym nie może obecnie odnieść sukcesu porównywalnego z FPÖ w Austrii czy Zgromadzeniem Narodowym (dawny Front Narodowy) we Francji.
To FDP i Zieloni zdołali wygrać wśród młodych i nowych wyborców. Dla dużej części młodzieży kryzys klimatyczny jest kwestią krytyczną w kontekście wyborów. Wielu z nich ma jeszcze nadzieję i złudzenia co do Zielonych. Ale swoim programem Zieloni nie są w stanie powstrzymać kryzysu klimatycznego. Z drugiej strony FDP, stawiająca na „wolność”, „cyfryzację” i „innowacje”, mogła zdobyć punkty u wielu nowych wyborców. Pandemia Covid-19 obnażyła problemy, które istnieją tylko w szkołach i na uniwersytetach. FDP nie jest w stanie tego zmienić, ponieważ stawia na ulgi podatkowe dla bogatych, jednocześnie opowiadając się za redukcją długu publicznego. Nie przyczyni się do inwestycji na taką skalę, jaka jest konieczna w szkolnictwie czy gdziekolwiek indziej. Złudzenia młodych w tych dwóch partiach nie będą trwały długo. Razem z ich upadkiem upadną też ich wyniki wyborcze.
Centrum wzmocnione?
Parlament jest jeszcze bardziej rozdrobniony niż po ostatnich wyborach. Jeśli spojrzymy na migrację wyborców między partiami, to baza socjalna CDU/CSU i SPD kurczy się. Dużą część głosów SPD stanowią wyborcy, którzy przeszli z innych partii. Z drugiej strony CDU/CSU wciąż posiada nieco większy udział podstawowych wyborców, podczas gdy mocno straciła na rzecz innych partii. Obie partie mają również starzejący się elektorat, co dodatkowo osłabia ich bazę społeczną.
Do lat 90-tych CDU/CSU i SPD były w stanie razem zebrać ponad 80 proc. głosów. Koalicje zawierane były głównie z FDP – przez jedną lub drugą partię. Dopiero podczas wyborów federalnych w 1998 roku doszło do koalicji pomiędzy SPD i Zielonymi. Proces fragmentacji tzw. politycznego „centrum” rozpoczął się w Niemczech na dobre w latach 2000.
Rosnąca migracja wyborców pokazuje, że społeczeństwo upolitycznia się, a CDU/CSU i SPD nie są już jedynymi punktami odniesienia dla osób szukających odpowiedzi na problemy społeczne. Partie, które obecnie zyskują – Zieloni i FDP – nie będą odpowiedzią na kryzys kapitalizmu i jako takie napotkają na ogromne problemy w budowaniu silnej bazy społecznej. Równocześnie zarówno prawicowa AfD, jak i lewicowa DIE LINKE nie były w stanie udowodnić, że są alternatywą dla status quo. A mimo to centrum rozpada. Podczas gdy SPD i CDU/CSU chylą się ku upadkowi, FDP i Zieloni są jedynie stacjami pośrednimi w procesie upolitycznienia i polaryzacji.
Dlaczego tak się dzieje?
Podstawą kryzysu systemu politycznego jest ogólny światowy kryzys kapitalizmu i jego społeczne konsekwencje. Kryzys ten rozpoczął się w latach 70. i powoli postępuje. Począwszy od lat 70. w Niemczech bezrobocie zaczęło rosnąć i w 2005 roku osiągnęło 11 proc., co było najwyższą stopą bezrobocia w historii. Równocześnie spadał udział inwestycji w produkcie krajowym brutto. Klasa kapitalistyczna w Niemczech i jej aparat państwowy nastawiły się na politykę cięć, aby chronić swoje interesy, zdławić kryzys nadprodukcji i zwiększyć zyski.
Decydującym punktem zwrotnym była tak zwana „Agenda 2010” i inne kontrreformy z początku XXI wieku, które zostały przeforsowane przez czerwono-zielony rząd Gerharda Schrödera (SPD). Ataki te miały drastyczne konsekwencje dla warunków życia i pracy klasy robotniczej, a przede wszystkim doprowadziły do zwiększenia wyzysku.
W rezultacie rozrósł się sektor niskich płac, który od 2011 r. dotyczył 24 proc. ubezpieczonych pracowników. Zwiększyło się zatrudnienie nietypowe: ponad 8 milionów pracowników pracuje w niepełnym wymiarze godzin. Kolejne 7 milionów jest zatrudnionych na ułamki etatu. Praca tymczasowa, fikcyjne samozatrudnienie, kontrakty na zero godzin i zatrudnienie na czas określony bardzo wzrosły. Ponad 60 proc. pracowników poniżej 35 roku życia jest zatrudnionych na czas określony. Ekspansja tych form zatrudnienia zmniejszyła bezrobocie – w 2019 r. odnotowano rekordowe zatrudnienie na poziomie 45 mln osób – ale jednocześnie udział płac stał na tym samym poziomie co w 2000 r. Oznacza to, że płace jako część PKB nie były w 2019 roku większe niż na początku tysiąclecia, mimo znacznego wzrostu liczby osób zatrudnionych. Wyzysk drastycznie się zwiększył.
Konsekwencją tego są rosnące nierówności. W Niemczech nierówność, mierzona współczynnikiem Giniego, wzrosła w latach 2010-2019 o 19,3 punktów procentowych. Według szóstego rządowego raportu o ubóstwie i bogactwie wynosi już 0,81.
Niemcy są więc jednym z najbardziej nierównych krajów na świecie.
Ta polaryzacja klasowa pomiędzy klasą robotniczą, która ma coraz mniej, mimo że pracuje i produkuje coraz więcej, a klasą kapitalistów, która staje się coraz bogatsza, ponieważ wyzysk tak bardzo wzrasta, jest podstawą niestabilności społecznej i politycznej, która w końcu dotarła do Niemiec. Polaryzacja klasowa prowadzi również do polaryzacji politycznej, ponieważ ludzie zaczynają kwestionować istniejący porządek i szukają rozwiązania dla swoich osobistych i społecznych problemów.
W latach 2000-nych doszło do wielu kryzysów, choć erę Merkel, począwszy od objęcia przez nią urzędu kanclerskiego w 2005 roku, przedstawia się zazwyczaj jako okres stabilności. Największe kryzysy to kryzys finansowy, kryzys euro, kryzys uchodźczy i pandemia Covid-19. Była w stanie je przetrwać tylko dzięki temu, że bardzo sprawnie dostosowywała swoje stanowiska w różnych kwestiach do okoliczności, a przede wszystkim do interesów i potrzeb kapitalistów.
W kryzysie euro rząd niemiecki szczególnie chciał zrobić przykład z Grecji, aby umocnić polityczną dominację Niemiec i utrzymać UE razem. W kryzysie uchodźczym nagle przybrała humanistyczny ton i opowiedziała się za ratowaniem części uchodźców. Było to konieczne po pierwsze ze względu na solidarność, jaką ogromna większość społeczeństwa odczuwała wobec tych ludzi. Napływ uchodźców był również bardzo wygodny dla kapitalistów jako potencjalny czynnik obniżający płace w czasach względnego wzrostu gospodarczego. Do tego momentu Merkel stała na stanowisku, że „społeczeństwo wielokulturowe zawiodło”, że muzułmanie nie chcą się integrować i że należy wprowadzić obowiązkową integrację z niemiecką kulturą dla imigrantów. Po tymczasowym rozwiązaniu kryzysu uchodźczego powróciła do prowadzenia ksenofobicznej polityki.
W obliczu nadchodzących wielkich wstrząsów w polityce międzynarodowej: konfliktu gospodarczego między USA, Chinami i UE, konkurencji o cyfryzację przemysłu, rosnących napięć w UE, kryzysu klimatycznego, a także gospodarczych skutków polityki pandemicznej, przyszły rząd federalny znajdzie się w sytuacji, w której będzie miał znacznie mniej stabilnych filarów, na których będzie mógł się oprzeć. Zniszczy to wszelkie istniejące w nim złudzenia, a masy pozostaną z gorzkim poczuciem, że wszystkie partie są tak samo złe jak każda inna. To tylko pogłębi kryzys wszystkich partii i całego systemu politycznego.
Dopóki nie dojdzie do zerwania z kapitalizmem, bieg wydarzeń będzie determinowany przez kryzys kapitalizmu i interesy klasy rządzącej. Nasilą się ataki na klasę robotniczą i młodzież. Polityka realizowana przez ustępujący rząd w czasie pandemii tylko wzmocniła ten rozwój wydarzeń. Większość pieniędzy rozdawanych przez banki centralne i rząd trafiła do wielkich korporacji, aby ratować ich zyski. Środki te wyniosły do tej pory 39 proc. PKB. Klasa robotnicza będzie musiała w pewnym momencie za to zapłacić, nie wspominając już o kosztach kryzysu klimatycznego.
Kryzys związków zawodowych
Problemy te można rozwiązać jedynie poprzez obalenie kapitalizmu. Ale masowe organizacje ruchu pracowniczego nie są tym zainteresowane. Kierownictwo wielkich związków zawodowych – Deutscher Gewerkschaftsbund (DGB) – pomagało w zarządzaniu kryzysem przez ostatnie dziesięciolecia. W Niemczech prawie nie ma strajków. Redukcje zatrudnienia, zamykanie fabryk, uchylanie się od układów zbiorowych i inne ataki klasy kapitalistycznej i rządów prawie nie są odpierane.
W czasie pandemii Covid-19 ta słabość związków zawodowych stała się szczególnie widoczna. Kierownictwo związków zawodowych nie wyraziło prawie żadnej zauważalnej krytyki działań rządu i nie przedstawiło żadnej alternatywy w interesie klasy robotniczej, która mogłaby przezwyciężyć podziały wśród pracowników. W kampanii wyborczej nie zadeklarowały one swojej lojalności wobec żadnej partii, ani nie wyjaśniły, w jaki sposób będą realizować żądania, które wysuwają wobec nadchodzącego rządu. Tak więc związki zawodowe DGB również ponoszą część odpowiedzialności za ten wynik wyborów.
Lewica odegrała podobną rolę i tym samym sprowadziła na siebie katastrofalny wynik. Współprzewodnicząca partii, Susanne Hennig-Wellsow skomentowała, że wynik partii jest konsekwencją jej błędów z przeszłości. Z pewnością możemy zgodzić się z tą oceną. Porażka Die Linke jest wynikiem poważnego osłabienia jej zakorzenienia w ruchu robotniczym, a zwłaszcza w związkach zawodowych. Towarzyszyło temu konsekwentne flirtowanie partii z SPD i Zielonymi oraz wynikające z tego przesunięcie programu partii na prawo. Widać to szczególnie wyraźnie w programie dwóch czołowych kandydatów, Dietmara Bartscha i Janine Wissler. W programie tym usunięto wszelkie cechy wyróżniające Die Linke, mając nadzieję na wejście w skład czerwono-czerwono-zielonej koalicji. Rezygnacja partii z jakiegokolwiek programu rzeczywistych reform społecznych w interesie klasy robotniczej w trakcie tej kampanii wyborczej była decydującym czynnikiem, który doprowadził do takiej porażki partii.
Pytanie brzmi teraz: w jaki sposób ta porażka wyborcza będzie omawiana i oceniana u podstaw? Kryzys Die Linke następuje po tej klęsce wyborczej, a na razie nie istnieje żadna frakcja opozycyjna, która byłaby w stanie podjąć walkę o prawdziwie socjalistyczny program. Baza partii jest w dużej mierze nieaktywna i pozbawiona perspektyw. W kierownictwie i aparacie partyjnym istnieją nurty reformistyczne, o różnych odcieniach i barwach – i wszystkie one są odpowiedzialne za wynik wyborów i ogólną trajektorię partii. Lewicowa partia, która powstrzymuje się od przedstawiania siebie jako poważnej, radykalnej alternatywy i która programowo dostosowuje się do większej partii socjaldemokratycznej, jest zbędna i z konieczności nieprzekonująca.
Potrzebny jest program socjalistyczny – zdecydowana orientacja na klasę robotniczą i jej walkę oraz budowanie realnych struktur w zakładach pracy, związkach zawodowych i dzielnicach. Krótko mówiąc, potrzebna jest partia, która naprawdę opowiada się za poprawą sytuacji społecznej, przeciwko polityce oszczędnościowej oraz atakom kapitału i rządu, czyli partia, która naprawdę stanowi alternatywę, która jest postrzegana jako taka i która może przekonać do swojego programu większość pracowników.
Przyszła walka klasowa
Jedną z najważniejszych walk, którą można łatwo połączyć z ogólnym programem socjalistycznym, jest zakończone sukcesem referendum „Deutsche Wohnen & Co. enteignen”, w którym mieszkańcy głosowali za wywłaszczeniem wielkich prywatnych firm zajmujących się nieruchomościami w Berlinie. Referendum to było budowane przez ponad dwa lata przez ruch oddolny i uzyskało 56 proc. głosów za wywłaszczeniem w porównaniu do 38 proc. głosów przeciw. Jest to przełomowe wyrażenie nastrojów w Berlinie. Ale jest to również wymowne dla nastrojów społecznych w ogóle. Większość jest otwarta na stanowisko klasy robotniczej w sprawie własności prywatnej i opowiada się za wywłaszczeniem właścicieli i mieszkaniowych tłustych kotów.
Zarówno konsekwencje kryzysu Covid-19, jak i zmiany klimatu wymagają rewolucyjnego rozwiązania. Ponad 40 procent ludności pragnie fundamentalnych zmian. Obawiają się oni zmian klimatycznych i obawiają się, że ich poziom życia jest zagrożony. Większość społeczeństwa uważa podział dóbr w Niemczech za niesprawiedliwy. Na bazie tych nastrojów należy zbudować prawdziwą alternatywę dla klasy robotniczej. Tylko program socjalistyczny może rozwiązać problemy, z którymi borykają się ludzie pracy i młodzież.
Następny rząd będzie rządem kryzysowym. Jego zadaniem jest zjednoczenie większości społeczeństwa za programem kryzysowym, który będzie sprzeczny z interesami klasy robotniczej. Partie już teraz są niepopularne lub cieszą się niewielkim zaufaniem wśród ludzi. Doprowadzi to do wybuchu protestów i podważenia rządu, partii i całego systemu politycznego.

Tekst został pierwotnie opublikowany na portalu marxist.com. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Gratulacje wyborcze dla SPD

Szanowny Panie Scholz,

W imieniu własnym i Polskiej partii Socjalistycznej pragnę Panu i Socjaldemokratycznej partii Niemiec serdecznie pogratulować z okazji zwycięstwa w wyborach do Bundestagu.

SDP jako najstarsza niemiecka partia polityczna, a PPS jako najstarszą polska partia polityczna (od 1892 roku) łączy tradycja walki o prawa ludzi pracy.

Cieszymy się, że wiatry historii wiejące od zachodniej strony Polski powoli zawracają z czysto neoliberalnego kierunku w widzeniu świata w kierunku tworzenia warunków dla dobrobytu wszystkich ludzi.

Wojciech Konieczny
Przewodniczący Polskiej Partii Socjalistycznej
Senator Rzeczypospolitej Polskiej

SPD zrywa z chadecją?

Znajdująca się w najgłębszym kryzysie w powojennej historii niemiecka socjaldemokracja wybrała nowe władze. Przewodniczącymi będą Saskia Esken i Norbert Walter-Borjans. Elekcja wywołała niepokój w stolicy republiki federalnej, bowiem nowe szefostwo podczas kampanii wyrażało sceptycyzm wobec kontynuacji koalicji z CDU.

Udział w tzw. Wielkiej Koalicji wykańcza SPD. Partia traci na wiarygodności jako alternatywa dla rządów prawicy, bo od 6 lat trwa z nią w sojuszu wymuszonym przez parlamentarny pat, pojawiający się po kolejnych wyborach. W efekcie partia jest postrzegana jako emanacja establishmentu i traciła swoich wyborców, głownie na rzecz Zielonych i Die Linke. W ostatnich sondażach SPD może liczyć na zaledwie 13-14 proc.
Wybór nowego kierownictwa był też głosowaniem za zmianą kursu. Esken powiedziała telewizji Phoenix, że 6 grudnia zjazd partii zadecyduje o kontynuacji koalicji z chadekami.
O koniecznych zmianach mówił też Walter-Borjans, który skupił się na pryncypiach programowych, stawiając akcent na takich sprawach jak ochrona klimatu. W tej dziedzinie jego zdaniem są potrzebne są bardziej ambitne postanowienia, niż te, które do tej pory zapadły na spotkaniach Wielkiej Koalicji. Reakcja Berlina była natychmiastowa. Politycy obu partii chadeckich – CDU i CSU – wezwali nowych przewodniczących SPD do podtrzymania umowy koalicyjnej. – Decydująca kwestia to dobrze rządzić – podkreślił sekretarz generalny CDU, Paul Ziemiak. – Do tego mamy dobrą podstawę, jest nią umowa koalicyjna zawarta między SPD a CDU/CSU. Pod tym względem nic się nie zmieniło – dodał.
Do grona zwolenników koalicji dołączyła też Niemiecka Konfederacja Związków Zawodowych (DGB) wezwała socjaldemokratów do kontynuacji rządów wielkiej koalicji. „Saskia Esken i Norbert Walter-Borjans powinni jak najlepiej wesprzeć rząd w drugiej połowie jego kadencji, aby zrealizować jeszcze resztę projektów zapisanych w umowie koalicyjnej” – powiedział szef DGB, Reiner Hoffmann, w wywiadzie dla „Bild am Sonntag”.
Die Linke apelowała z kolei do SPD, by w przyszłości zawierała mądrzejsze sojusze. – Nasz kraj potrzebuje zmiany społeczno-gospodarczej, a to jest możliwe tylko poprzez sojusze na lewo od chadecji – zaznaczyła przewodnicząca lewicowej partii Katja Kipping. – Do tego potrzeba energicznej SPD i silnej Die Linke.
Będąca deputowaną do Bundestagu Esken i były minister finansów Nadrenii Północnej-Westfalii Walter-Borjans otrzymali 53,06 procent głosów.

Bawarskie zaskoczenie

Główni rozgrywający niemieckiej sceny politycznej tracą na znaczeniu. Potwierdziły to niedzielne wybory do landtagu Bawarii. Dotychczasowy hegemon – partia CSU, będąca lokalnym odpowiednikiem ogólnokrajowej CDU zdobyła najwięcej głosów, lecz po raz pierwszy od 68 lat straciła większość w zgromadzeniu.

 

Według sondaży exit polls CSU zdobyła 35,3-35,4 proc, co oznacza, ze chadecy stracili co czwartego wyborcę. Jest to najgorszy wynik wyborczy potężnego regionalnego ugrupowania do 68 lat. Komentatorzy nie mają wątpliwości. – To trzęsienie ziemi w bawarskiej polityce – powiedział Adam Eberhardt z Ośrodka Studiów Wschodnich. Wstępne badania pokazują, że zwolennicy CSU przesunęli swoje sympatie w stronę ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec. Antyimigrancka formacja po raz pierwszy osiągnęła w Bawarii wynik dwucyfrowy – zagłosowało na nią ok. 11 proc. uczestników elekcji, co sprawi, że AfD wprowadzi swoich deputowanych do landtagu.

To jednak nie koniec sensacji. Jeśli wynik CSU jest ogromnym rozczarowaniem dla tego ugrupowania, to o prawdziwej katastrofie mogą mówić socjaldemokraci. SPD była dotychczas drugą siłą polityczną w Bawarii. W poprzednich wyborach otrzymała 20 proc. głosów, w obecnych – połowę mniej, spadając na piątej miejsce, co jest kolejny klarownym sygnałem – wyborcy mają dosyć wyniszczającego samodzielność partii sojuszu z chadekami. Najwięcej zwolenników socjaldemokracja straciła na rzecz Zielonych, którzy do wyborów poszli z odważnym programem, zakładającym budowę tanich mieszkań, ulepszenie transportu publicznego, walkę z erozją terenów zielonych oraz uruchomienie programów umożliwiających integracje uchodźców. W efekcie Zieloni zdobyli aż 18 proc. głosów, stając się drugą siłą w landstagu.

Dla głównych polityków CSU – premiera Markusa Södera i kontrowersyjnego szefa federalnego MSW Horsta Seehofera oznacza to prawdopodobnie konieczność usunięcia się w cień. W ciągu ośmiu lat poparcie społeczne dla ich partii skurczyło się z 60 do 33 proc. Tak spektakularnego upadku nie da się porównać z żadnym innym współczesnym procesem politycznym w RFN. Pokazuje to również, że elektorat nie godzi się na agresywny, antyimigrancki język, którym politycy bawarskiej chadecji próbowali konkurować z AfD. Teraz partie czeka konieczność zawarcia koalicji z Zielonymi, których 33-letnia liderka Katharina Schulze nie pozostawiła złudzeń – oczekuje zakończenia ksenofobicznej kampanii władz.

Bal w Operze

Socjaldemokratyczną Partię Niemiec utworzyli, czy raczej zorganizowali August Bebel nazywany ojcem niemieckiej socjaldemokracji i Wilhelm Liebknecht (ojciec Karola) w połowie lat iedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Hasła proste – parlamentaryzm, powszechne prawa wyborcze, swoboda działalności gospodarczej, ograniczenie władzy monarchy, godziwe wynagrodzenie itd., lekki akcent na stronę opiekuńczą.

Emerytury wprowadził Bismarck, więc wytrącił w tym zakresie karty z rąk. Mimo wszystko, jak na tamte czasy ot chłopaki rozrabiali sporo, bowiem już kilka lat po utworzeniu SPD żelazny kanclerz Otto B. zakazał jej działalności i trwało to do roku 1890. Ustawy specjalne przeciwko socjalistom były co pewien czas przedłużane, trwało to kilkanaście lat.

Do Augusta Bebla dołączył Karol Kautsky – filozof i ekonomista, i tak ciągnęli nowoczesny wózek na socjaldemokratycznych kołach. Syn Wilhelma – Karol Liebknecht wraz z Różą Luxemburg odbił w lewo i założył Związek Spartakusa, a gdy dołączył do nich Franio Mehring, to powstała z lewicowych socjaldemokratów Komunistyczna Partia Niemiec (KPD). August Bebel zmarł przed pierwszą wojna światową, Karol Kautsky w 1938 r. i mimo, że nazywano go „papieżem marksizmu” to bolszewików i stworzonego przez nich systemu nie darzył sympatią, tak eufemistycznie rzecz biorąc. Karl Liebknecht i Róża Luksemburg zostali zamordowani w Berlinie przez grupy nacjonalistycznych oficerów. Wszyscy czworo mają swoje ulice w Berlinie (tak jak i Marks i Engels), zmiany po wojnie dotyczyły tylko Adolfa H. i Hermanna G.

Weimarska socjaldemokracja

Po traktacie wersalskim to właśnie SPD zorganizowała rząd, a do 1932 r. z jej szeregów rekrutowali się kolejni kanclerze i większość ministrów. I to za sprawą SPD zatrzymany został ruch rewolucyjny, stłumione robotnicze rewolty w latach 1918 – 1923.

Prawicowe zresztą również. Ojcem i pierwszym kanclerzem Weimarskiej Republiki był jeden z czołowych działaczy SPD – a właściwie lider tej partii – Friedrich Ebert – na szczęście dla niego zmarł w 1925 r.

I tak sobie współrządziła SPD, a na ulicach przewalali się komuniści i nacjonaliści – i jedni i drudzy bardzo nie lubili socjaldemokratów, przy czym komuniści tylko ich lali – od czasu do czasu, za to nacjonaliści nierzadko mordowali – np. Walther Rathenau zamordowany w 1922 r. – minister spraw zagranicznych – wspierający asymilację niemieckich Żydów, sam zresztą Żyd niemiecki. Będący wtedy kanclerzem Joseph Wirth (PD) wypowiedział w Reichstagu słynne słowa – „Wróg jest na prawicy”. Karl Gareis, lider niemieckiej niezależnej SPD (lewicująca frakcja, ale oddzielnie zorganizowana), został zamordowany rok wcześniej, były minister finansów Matthias Erzberger – zamordowany w sierpniu 1921 r. (SPD) – pisarz, publicysta. Za wszystkimi mordami stali prawicowi nacjonaliści.

Zresztą, jeśli chodzi o nacjonalizm, to sama SPD w okresie Republiki Weimarskiej była jak najbardziej proniemiecka, ale nie nacjonalistyczna. Świadomość tożsamości narodowej wynikała z konieczności odniesienia się do skrajnego szowinizmu ukształtowanego po porządku traktatu wersalskiego – Niemcy straciły Śląsk, zabór Polski, Alzację i Lotaryngię, okupowane było Zagłębie Ruhry, w którym Francuzi poczynali sobie niezwykle brutalnie tłumiąc bezpardonowo wszystkie wystąpienia robotnicze.

Ale SPD trwała kierując państwem na tyle rozsądnie, że unikano spłat morderczych rat reparacji wojennych, przynajmniej o tyle, o ile można to było zrobić, rozbudowywano do kryzysu opiekę społeczną i medyczną, dbano o szkolnictwo. Wszystko to w atmosferze „pełnej swobody obywatelskich praw”, których poszanowanie prowadziło nierzadko do niezłego bajzlu, bo jeżeli już kogoś skazano za działalność wywrotową i terrorystyczną to na krótko, w dobrych warunkach, a do tego ogłaszano liczne amnestie. Programowa swoboda w połączeniu z niezachwianą wiarą w demokracje parlamentarną, jak się okazało w dobie kryzysu światowego, który szczególnie mocno dotknął Niemcy – doprowadziła do zgonu tak SPD, jak i Republiki Weimarskiej.

Dobra zmiana

Światowy kryzys to bezrobocie przekraczające 30 proc., hiperinflacja, głód, nędza. Dobra pożywka dla każdego, kto obieca, że będzie inaczej, to znaczy lepiej – dobra zmiana.
Na tym bliżej nieokreślonym dobrobycie, który miał się pojawić w przyszłości, zaprawionej mocno szowinizmem i obietnicą rozliczenia za przegraną wojnę oraz postanowienia wersalskiego traktatu oparł swój program, czy raczej polityczny bełkot Adolf Hitler. Ale jego partia – NSDAP – reaktywowana po nieudanym puczu Monachijskim – w 1925 r. liczyła tylko 125 członków. Siedem lat później blisko 700 tys., z czego ponad połowa w szeregach SA.

To wynik nie tylko nachalnej propagandy padającej na podatny grunt, bo Niemcy chcieli wierzyć w lepszą przyszłość, ale przede wszystkim finansowe wsparcie ze strony przemysłowych potentatów, których w NSDAP widzieli przeciwwagę dla silnej KPD. Trzeba tez pamiętać, że sami wielcy finansiści i przemysłowcy niemieccy byli przekonani, że Hitlerem da się sterować tak przez prezydenta Hindenburga, jak i strumień kierowanych do niego dotacji. Franz von Papen, któremu Hitler tak naprawdę zawdzięczał kanclerską nominację nazywał Adolfa „Pajacem”, nie traktował go poważnie. Hitler był wygodny dla tych, którzy decydowali o losach Niemiec.

Wyprzedzając nieco wypadki trzeba wskazać, że ocena była niewłaściwa. Von Papen doprowadził do tego, że w styczniu 1933 r. prezydent Paul von Hindenburg odwołał ze stanowiska kanclerza prawicowego polityka – byłego oficera kajzerowskiego Sztabu Genralnego – Kurta von Schleichera, którego miejsce zajął Hitler. Sam Schleicher sprzyjał ruchowi narodowosocjalistycznemu i oczyścił mu przedpole w Reichswehrze, usuwając pozostających w opozycji do Adolfa i jego ruchu generałów (przede wszystkim w 1932 r. pozbył się ministra obrony generała Hermanna Görnera).
Hitler zatem miał w 1933 r. dobrą pozycje przetargową – większość w Reichstagu (choć nie bezwzględną), szturmowców Röhma, którzy blisko czterokrotnie przekraczali liczebność Reichswery (wykorzystał to później, ograniczając rolę SA i zabijając jej szefa w zamian za poparcie armii, która czuła się już niezagrożona), zidentyfikowanych wrogów odpowiedzialnych za stan państwa – Żydzi, komuniści, socjaliści, Anglia i Francja – oraz pieniądze, które wydatkował tak, jak, chciał i na co chciał, a nie tak, jak planowali darczyńcy.

Narzędzie się usamodzielnia

W gruncie rzeczy nie stworzył ani systemu, ani też nie podjął zaplanowanych działań, wszystko to „wyszło” jakoś samoczynnie i intuicyjnie.

Rok 1932 przyniósł w wyborach od Reichstagu zwycięstwo NSDAP. Faszyści zdobyli 37 proc. SPD miała 22 proc., komuniści blisko 17 proc., Centrum (przede wszystkim chadecy, ale bardziej z nazwy niż z programu) 12 proc. W kolejnych wyborach przeprowadzonych w marcu 1933 r. Adolf nie popuścił, terror, bicie uczestników mityngów przedwyborczych innych partii, walka dosłownie „na noże” z komunistami i głaskanie centrystów. To miało dać mu zwycięstwo i to tym łatwiejsze, że po podpaleniu Reichstagu w nocy z 27 na 28 lutego 1933 r. już następnego dnia, na podstawie przepisów Konstytucji Republiki – Adolf „załatwił” wraz z von Papenem podpisanie przez prezydenta von Hindenburga dekretu o ochronie państwa i narodu w sytuacji stanu wyjątkowego. Teraz brunatne koszule lały wszystkich przeciwników politycznych i to pod ochroną Policji. Sama SA dostała status oficjalnej, państwowej Policji Pomocniczej, więc jak lała w mordę, to było to prawnie usankcjonowane. Mimo to zdobył tylko 44,5 proc. głosów. SPD, komuniści i centrum – 42,5 proc.

Przy okazji załatwiono się z wolna prasą, demolując redakcji kilkudziesięciu gazet i lejąc po gębach członków redakcyjnych zespołów. Narzędzia pracy wyrzucano przez okno, materiały redakcyjne palono. I słusznie, bo znaczna część prasy przestrzegała przed Adolfem.

Smutny bal

Podpalenie Reichstagu było hasłem do ogłoszenia obrony państwa przed komunistyczną rewolucją, bowiem Adolf stwierdził, że chcą oni przejąć siła władzę. Na drodze zbrojnego powstania. Pierwsza sesja nowego Reichstagu odbyła się w gmachu opery. Bal był raczej smutny, bo posłom towarzyszyła liczna liczba funkcjonariuszy SA i SS, a obrady zawierały jeden punkt – przyjęcie ustawy o pełnomocnictwach specjalnych zresztą i konstytuujących jednowładztwo Hitlera w zakresie stanowienia prawa. Ustawę przyjęto w dniu 24 marca 1934 r. – dawała ona wodzowi absolutna władze na cztery lata. Trzeba trafu, że jednym z haseł Adolfa w kampanii wyborczej było zdanie „Za cztery lata nie poznacie Niemiec”. Powtórzył to po przyjęciu ustawy powtórzył to z operowej mównicy. Jedynymi, którzy głosowali przeciw, mimo tego, że spodziewali się aresztowania (połączonego, co pewne w wypadku działania nazistów, z wcześniejszym pobiciem) ze strony szturmowców – byli deputowani z SPD. Otto Wels wygłosił ostre przemówienie, choć niewielu mogło go usłyszeć, bo zagłuszali go sa-mani.
kto dał zapałki?

Centrum – czyli w znacznym stopniu chadecy, katolicy, zostali przekupieni przez Hitlera obietnicą pozostawienia ich w spokoju i przyznania specjalnego statusu kościołowi katolickiemu.
Rzeczywiście Hitler podpisał później konkordat ze stolica apostolską, ale przed prześladowaniami działaczy Centrum, tak jak i niemieckich, katolickich księży to nie uchroniło. Joseph Ersing – ksiądz i lider Centrum wylądował w obozie koncentracyjnym, w 1945 r. Trybunał Ludowy wydał nań wyrok śmierci, na szczęście dla niego nie zdążono go wykonać. Heinrich Brüning zwiał i to szybko, podobnie jak ksiądz Ludwig Kaas, który chyba jakoś nie miał zaufania do Niemiec w ogóle, bo zmarł na początku lat pięćdziesiątych w Watykanie. Sam Otto Wels z SPD zmarł w 1939 r. w Paryżu.

Kurt Schleicher, przedostatni kanclerz Weimarskiej Republiki, został zamordowany na rozkaz Adolfa Hitlera w 1934 r. w „Noc Długich Noży”. Franz von Papen uniknął tego losu mimo, że już w czerwcu 1934 r. wygłosił na jednym z niemieckich uniwersytetów przemówienie, wzywając do powrotu do praworządności i swobody wypowiedzi w życiu publicznym Niemiec.
Jego współpracownicy nie mieli tyle szczęścia. Zostali zamordowani. Socjaldemokrata Otto Braun – drukarz z zawodu i premier Prus w czasach Republiki został przy okazji wyjazdu do chorej żony w Szwajcarii. Do ojczyzny nie wrócił. Można powiedzieć, że uszli z z życiem jedynie ci, którzy zdołali uciec. Cała reszta szybko stała się historią.
Co do podpalenia Reichstagu to oskarżono o to Holendra – Marinusa van der Lubbe. Skazany został na śmierć i wyrok wykonano. Na ławce oskarżonych posadzono wraz z nim komunistów – Niemca Ernsta Torglera i Bułgarów, w tym Georgija Dymitrowa.

Oni zostali uniewinnieni przez niemieckich sędziów wobec braku jakichkolwiek dowodów. Ale to byli sędziowie Sądu, a nie późniejszych Trybunałów Ludowych. Torgler od 1940 r. współpracował z nazistowskim Ministerstwem Propagandy. Po zamachu z lipca 1944 r. nie został aresztowany mimo wydanego nakazu, bo za jego lojalność wobec reżimu zagwarantował jego szef Joseph Goebbels.
Szef berlińskiej policji w 1933 r. – Rudolf Diels vel Diehls zrelacjonował po wojnie, że Reichstag jeszcze dymił, kiedy na jego schodach pojawił się Adolf Hitler wraz z najbliższymi współpracownikami: Göringiem, Goebbelsem, Himmlerem. Znane są relacje, jakoby już wtedy Adolf miał oświadczyć, że jest to koniec komunizmu i komunistów w Niemczech. Nie można zatem wykluczyć, że nawet jeżeli to van der Lubbe podpalił Reichstag, to ktoś dał mu do ręki zapałki.

Nieuchronny bieg wydarzeń?

Czy można było zwyciężyć Adolfa H. i jego partię w wyborach 1933 r.? Czy ktoś widział, jakie rzeczywiste zagrożenie niosą ze sobą rządy nazistów? Jak widać z powyżej przedstawionych faktów chyba nie, bowiem po pierwsze nierealnym był sojusz socjaldemokratów z komunistami. KPD szła na pasku Kominternu i wyzywała SPD od faszystów – takich. Politycy SPD zostali skutecznie wyleczeni z jakichkolwiek sympatii do komunizmu, patrząc na wydarzenia lat 30. w ZSRR.

Niezależnie od wyniku wyborów parlamentarnych tekst dekretu o ochronie państwa i narodu z 28 lutego 1933 r. był przygotowany wcześniej, gotowca podłożył prezydentowi Hindenburgowi nazistowski Minister Spraw Wewnętrznych – Wilhelm Frick. Jak widać z rozkładu głosów w Operze – normalni posłowie nie mieli szans na przeciwstawienie się temu, co najgorsze, ustawie o pełnomocnictwach. A to ona utorowała drogę do powstania nazistowskiej III Rzeszy. Ale zawsze kogoś można przekupić, albo zastraszyć. Mała dygresja. Hitler w wyborach w 1932 r. miał taka koalicję z ultranacjonalistami – DNVP – to byli tacy prawdziwi Indianie, ale ich interesowały tylko Wielkie Niemcy, niektórych restauracja monarchii, a do haseł nawet tylko w nazwie zahaczających o słowo „socjalizm” podchodzili z odrazą. Większość została podkupiona stanowiskami państwowymi tak, że w marcu 1933 r. liczba głosów oddanych na NVDP spadła o połowę.
Gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, co będzie wyprawiał Hitler, to by po prostu na niego nie głosowali. Poza koniunkturalistami i oszołomami. Interesy niemieckiej armii i kół finansowo – gospodarczych miał zabezpieczyć właśnie Hitler, który miał chodzić na uwięzi. Ale Adolf leczył zwycięstwem i władzą absolutną swoje kompleksy, więc ze sznurka się zerwał.

Hitler nie budował systemu, nie prowadził pracy organizacyjnej, nie interesowała go gospodarka – od tego miał ludzi (nawiasem mówić Albert Speer był gospodarczym i finansowym geniuszem), miał też szczęście do ludzi, bo niektórzy wierzyli w pokrętne hasła. Warto poczytać Wiliama Shirera, który w tych latach był korespondentem, prasowym w Berlinie. Wie, co pisał, bo widział to na własne oczy.