Moje teatralne olśnienia ‘2019

To nie jest ranking, ale po prostu noty o spektaklach mijającego roku, które wywarły na mnie największe wrażenie. Na szczęście teatr wciąż ma do zaoferowania takie olśnienia.

AKTORZY KOSZALIŃSCY,

czyli Komedia prowincjonalna Piotra Rowickiego, reż. Piotr Ratajczak, Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie; twórcy spektaklu ukazują bez upiększeń losy aktorów, którzy związali się z koszalińską sceną. Nawiązując do głośnego filmu Agnieszki Holland „Aktorzy prowincjonalni” docierają do autentycznych źródeł sukcesów i porażek artystów pracujących na prowincji, ich tęsknot marzeń i zaniechań.

BORYS GODUNOW,

Teatr Polski w Warszawie; spektakl Petera Steina o rzadkiej urodzie plastycznej, z bujną scenografią (kilkanaście zmian miejsca akcji), wielką obsadą (gra niemal pół setki aktorów) i wysmakowanymi kostiumami w stylu epoki. Przez scenę przetaczają się wszystkie klasy społeczne, a całość ilustruje morderczą (dosłownie) walkę o władzę, której towarzyszą wyrzuty sumienia wygranych i przegranych. Przede wszystkim chodzi Godunowa (wielka rola Andrzeja Seweryna)

CAPRI,

Wyspa uciekinierów, Teatr Powszechny w Warszawie; Krystian Lupa, odwołując się do „Kaputt” Malapartego, ukazuje upadek cywilizacji europejskiej. „Dwa tysiące lat stracone”, taka pada diagnoza, a spektakl potwierdza niebezpieczny stan zmierzchania, znaczony zbrodniami nazistów i moralnym upadkiem przegranych i zwycięzców. Poruszająca wizja świata w głębokim kryzysie.

DIABŁY,

Teatr Powszechny w Warszawie; to nie jest adaptacja Matki Joanny od Aniołów, choć korzysta z opowiadania Iwaszkiewicza, ale sugestywna, interaktywna gra Agnieszki Błońskiej o trwającej od wieków opresji kobiet, której patronuje Kościół katolicki. Teatr wydaje walkę potępieniu cielesności i próbom zaniechania edukacji seksualnej.

DZIADY Adama Mickiewicza,

Teatr Polski w Warszawie; Janusz Wiśniewski rezygnuje z atrybutów swego teatru autorskiego i oddaje głos słowu, dzięki czemu poezja Mickiewicza olśniewa swoim pięknem. Zachwycające role Wiesława Komasy (ksiądz Piotr) i Krzysztofa Kwiatkowskiego (Senator), udany debiut Jakuba Kordasa (Konrad).

HEDDA GABLER Henryka Ibsena,

Teatr Narodowy, scena na Wierzbowej; spektakl Kuby Kowalskiego unika łatwych kategoryzacji, kto jest kim. Ucieka od jednoznacznego ujęcia akcji w konwencji realistycznej, ale choć rzeczywistość teatralna przekracza ramy realizmu psychologicznego, Wiktoria Gorodeckaja jako Hedda nie pozwala widzowi nawet na chwilę nieuwagi, trzyma go wciąż w napięciu.

INNI LUDZIE,

Doroty Masłowskiej w reż. Grzegorza Jarzyny, TR Warszawa; wędrówka Kamila Janika (Yacine Zmit), drobnego kombinatora z blokowiska, niespełnionego autora rapowej płyty, który niczym antyOdys krąży po Warszawie w poszukiwaniu jakiejś szansy, odsłania świat skarlałych pragnień, zwichniętych relacji i pogorzeliska idei. Hip-hopowy poemat-musical o Warszawie końca drugiej dekady XXI wieku w okowach neokapitalizmu, smogu i zatruwającej umysły ksenofobii.

IRONBOUND,

Za torami, za mostem Martyny Majok, reż. Grzegorz Chrapkiewicz, Teatr Narodowy, scena Studio; dramat polskiej imigrantki w USA (poruszająca rola Ewy Bułhak), w sugestywnie skomponowanej przestrzeni, gęstej atmosferze, z silnym akcentem społecznego wykluczenia.

JAK BYĆ KOCHANĄ,

Kazimierza Brandysa, reż. Lena Frankiewicz, Teatr Narodowy, scena na Wierzbowej; Felicja, przejmująco grana przez Gabrielę Muskałę, wraca do okupacyjnych przeżyć. Ogląda samą siebie niemal jak kogoś obcego. Spektakl maluje jej życie ascetycznie i przekonująco. Piękny powrót do Brandysa.

JUTRO ZAWSZE BĘDZIE JUTRO,

spektakl dyplomowy Wydział Aktorskiego we Wrocławiu w reż. Wojciecha Kościelniaka; studenci z songów Bertolta Brechta tworzą emocjonalne widowisko o tym wszystkim, co dla człowieka najważniejsze, dowodząc jak aktualnie brzmią te wspaniale utwory.

KINO MORALNEGO NIEPOKOJU

wg eseju Walden Henry’ego Davida Thoreau, reż. Michał Borczuch, Nowy Teatr; reżyser bada (na pozór) skromne możliwości teatru, który posługując się metaforą, skrótem, umownością, może wywoływać wielkie emocje i poważne refleksje.

KSIĘŻNICZKA TURANDOT,

komedia dell’arte Carla Gozziego (1762). reż. Ondrej Spišák, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy; wszystko polega tu na aktorskiej robocie, która nie zawodzi włącznie z intermediami dopisanymi przez Tadeusza Słobodzianka, dowcipnymi komentarzami naszej współczesności. Zabawa przednia a pożyteczna, bajecznie kolorowe kostiumy, świetna stylizowana muzyka, a przede wszystkim ćwiczenie wyobraźni.

MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW,

wg noweli Jarosława Iwaszkiewicza, reż, Jan Klata, Nowy Teatr; historia rzekomego opętania, które próbuje nieporadnie okiełznać ksiądz Suryn (Bartosz Bielenia) jest dla reżysera zaczynem opowieści o kryzysie wiary i urzeczowieniu kobiet, wciąż pozostających pod patriarchalnym nadzorem. Nie brak tu chwil metafizycznego uniesienia.

MEIN KAMPF,

słowa: Adolf Hitler, reż. Janusz Skrzywanek, dramaturgia Grzegorz Niziołek, Teatr Powszechny w Warszawie; spektakl odważnie stawia pytania nie tyle o to, czym był hitleryzm i jego źródła, ile o to, jak głęboko idee nazistowskie tkwią w społecznej świadomości. Zdarzenie, które wpisuje się w logiczny ciąg „teatru po Klątwie”.

NEXT TO NORMAL,

Toma Kitta (muzyka), Briana Yorkey (libretto), tłum. i reż. Jacek Mikołajczyk, Teatr Syrena; opowieść o wysokich kosztach psychicznych, jakie ponosi nie tylko osoba cierpiąca na chorobę dwubiegunową, ale i jej najbliżsi. Poetyka musicalu, kojarząca się z rozrywkowym, lekkim charakterem, nie przyćmiewa poważnej tematyki.

NIEPODLEGLI,

Piotra Rowickiego, reż. Piotr Ratajczak, Akademia Teatralna w Warszawie; wśród postaci tworzących korowód „niepodległych” są ludzie wielkiej idei, marzyciele i wizjonerzy, ludzie mądrzy i szlachetni, ale są też potwory, są pasjonaci i obsesjoniści, upiory przeszłości. Rozpiętość postaw ogromna: od Gorgonowej do Krzywickiej, od Piaseckiego po Boya. Studenci AT grają jak z nut.

PRÓBY,

Bogusława Schaeffera, reż. Mikołaj Grabowski, Teatr Polonia; aktorzy grają i bawią się świetnie razem z widzami, a opowieść o teatrze jako świecie okazuje się zabawą serio. Niby to wolność aktora bez granic, ale wolność na uwięzi reżysera i autora. Błyszczą w tym spektaklu: Iwona Bielska (monolog z krzyżówką niezrównany), Delfina Wilkońska, Andrzej Konopka, Michał Wanio i Mikołaj Grabowski, mistrz ceremonii i czarodziej sceny.

STAFF ONLY,

w reżyserii Katarzyny Kalwat, Biennale Warszawa; na spektakl składają się cztery opowieści aktorów wywodzących się z Argentyny, Nigerii, Szkocji i USA, którzy próbują odnaleźć się na polskiej scenie. Niełatwa to dla nich droga i teatr o tym opowiada, ale jednocześnie tę obecność ukazuje w pełnym urody przedstawieniu, dowodzącym, że odmienność może być jednoczącą siłą, katalizatorem scenicznych odkryć.

ŚPIEWAK JAZZBANDU,

Wojciecha Kościelniaka wg sztuki Samsona Raphaelsona, reż. Wojciech Kościelniak, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich; czy syn kantora może zostać tylko kantorem? Czy jeśli ciągnie go w inną (muzycznie) stronę i ulegnie pokusie, to popełni zdradę? Powstał spektakl pełen energii, znakomitych partii wokalnych i brawurowych scen zbiorowych (porywająca choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk) do oryginalnej muzyki Mariusza Obijalskiego.

TURNUS MIJA A JA NICZYJA,

operetka sanatoryjna Igi Gańcarczyk i Darii Kubisiak w reż. Cezarego Tomaszewskiego, Teatr im J. Słowackiego w Krakowie; spektakl muzyczny, parodiujący typowe życie sanatoryjne z jego umownym reżymem, przelotnymi romansami i nadzieją na lepsze jutro. Bardzo dowcipne przedstawienie, zagrane z wdziękiem, z brawurową rolą Lidii Bogaczówny jako nienasyconej kuracjuszki.

WOJNA POLSKO-RUSKA POD FLAGĄ BIAŁO-CZERWONĄ,

Doroty Masłowskiej, reż. Paweł Świątek, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie; błyskotliwy debiut Masłowskiej sprzed 17 lat zaskakuje świeżością za sprawą pomysłu adaptatora (Mateusz Pakuła), który rozpisał tekst wyłącznie na postaci kobiece. Spektakl dowodzi, jak niebezpieczne wzorce rodzi w Polsce populizm i ksenofobia.

WSTYD,

Marka Modzelewskiego, reż. i oprac. muz. Wojciech Malajkat, Teatr Współczesny, Scena w Baraku; świetnie napisana tragikomedia. Kluczem otwierającym szafy z trupami staje się zerwane wesele, do którego w ostatniej chwili nie dochodzi. Autor i reżyser grzebią bohaterom w duszach i w pamięci, wywlekają na wierzch brudy. Koncert czworga aktorów: Izy Kuny, Agnieszki, Suchory, Jacka Braciaka i Mariusza Jakusa.

WYZWOLENIA,

Magdaleny Drab, reż. Piotr Cieplak, Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy; intrygujące wariacje na temat „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego i problematyki polskości, czyli dramat o naszych przeklętych pytaniach. Zespołowa kreacja aktorów z Legnicy.

ŹLI ŻYDZI,

Joshua Harmona, reż. Maciej Kowalewski, Ateneum; opłakujący dziadka żałobnicy toczą zawzięty spór, kto jest prawdziwym Żydem, komu należy się najcenniejsza pamiątka po dziadku, czyje na wierzchu, jak to w rodzinie, niekoniecznie żydowskiej. Olga Szarzyńska święci triumf w roli samozwańczej nadzorczyni wartości. Niesłychanie śmieszne i mądre przedstawienie – przestroga przed ukąszeniem fanatyzmu.

Nie lubię tego świata

Z ADAMEM FERENCYM, aktorem Teatru Dramatycznego w Warszawie im. Gustawa Holoubka, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pana mistrzem był Tadeusz Łomnicki i to nie tylko w ogólnym sensie, jak dla wielu roczników aktorskich, ale także w relacji indywidualnej. Docenił Pana, absolwenta warszawskiej PWST, w której był rektorem i zaraz po studiach zaangażował Pana do swojego Teatru na Woli. Czy 27 lat po jego śmierci jest to postać dla Pana ważna, do jakiegoś stopnia aktualna? Ma Pan poczucie, że realizuje Pan jego artystyczny testament?

Aż testament to nie, ale pamięć Tadeusza Łomnickiego mam stale w tyle głowy, często się zastanawiam, jak funkcjonowałby w dzisiejszym teatrze, gdyby dożył, zadaję sobie pytanie jak odbieraliby go koledzy aktorzy i reżyserzy, którzy urodzili się po jego śmierci albo byli dziećmi lub młodzieżą, gdy zmarł. I obawiam się, że jego życie jako człowieka teatru w latach 90-tych, 2000-nych byłoby bardzo trudne, bo on żył innym teatrem i innym stosunkiem publiczności do teatru. Podejrzewam, a nieźle go znałem, że byłby nową formułą teatru bardzo sfrustrowany, czułby się zmarginalizowany. Bardzo by cierpiał i się frustrował.
W kontekście Pana emploi aktorskiego niejednokrotnie mówiono i pisano, że często powierzane są Panu role czarnych charakterów. Często też mówiono, że czarne charaktery są ciekawsze i dla aktorów i dla widzów niż postacie pozytywne. Typ postaci zwany „szwarccharakterem” zawsze był elementem występującym w teatrze, czy jednak w dzisiejszym świecie, w którym dokonuje się jakby szczególna inwazja zła, nie trzeba o graniu tego typu postaci myśleć jakoś inaczej, w innej perspektywie?
Przed chwilą uczestniczyliśmy w spotkaniu poświęconym książce reportażowej, która opowiada o nieprzeciętnym stężeniu zła, bardzo konkretnego i okrutnego, które dokonuje się w Kambodży, a którego ofiarami padają ludzie chorzy psychicznie. Cały świat opiera się na złu, ale ja bym jednak tych dwóch kwestii nie wiązał. Zło jest złem a aktorstwo jest aktorstwem. Oczywiście, każdy aktor może mieć jakieś swoje refleksje na temat świata, także na temat zła jakie nas otacza i być może w jego mózgu to się jakoś przetwarza i ma wpływ na jego sposób gry, ale to są procesy zewnętrznie nieuchwytne. Poza tym, ja generalnie nie bardzo się zgadzam z tą obiegową opinią, że tylko „szwarccharaktery” są ciekawe i do grania i do oglądania. Moim zdaniem dobry aktor potrafi ciekawie zagrać także postać dobrą, pozytywną.

W „Poczcie aktorów polskich” wydanym w 1998 roku, jego autor, Witold Filler napisał w poświęconej Panu sylwetce: „To aktor ścigany utopijną tęsknotą do doskonałości”. Czy to zdanie było trafne w stosunku do Pana sprzed przeszło dwudziestu lat, a jeśli tak, to czy nadal jest aktualne?

Nie znam tego zdania o sobie i nawet mnie zaskoczyło, że pan Filler coś takiego dostrzegł we mnie tak dawno, gdy byłem znacznie młodszym człowiekiem. Myślę jednak, że – paradoksalnie – dziś byłoby ono bardziej trafne w stosunku do mnie niż wtedy, kiedy było we mnie więcej z „cynicznego młodzieńca” Jest coś z prawdy w tym zdaniu o moim „dążeniu do doskonałości”, coś takiego chyba istotnie we mnie jest. Może ten krytyk, a wcześniej także aktor, czyli starszy kolega po fachu, dostrzegł we mnie wtedy coś, czego ja nie dostrzegałem? Gdyby pan Filler żył, pogratulowałbym mu przenikliwości. Z drugiej jednak strony ta kategoria doskonałości w ogóle, a w odniesieniu do aktorstwa w szczególe, wydaje mi się podejrzana, bo co to znaczy być „doskonałym”, w tym „doskonałym” aktorem? Takiego zwierzęcia nie ma. Ja po prostu żyję w świecie, którego nie lubię i staram się brać to życie poważnie i sensownie prowadzić w nim swój los.

Zanim wspomniany wcześniej Tadeusz Łomnicki zaangażował Pana do Teatru na Woli, zadebiutował Pan w Teatrze Dramatycznym rolą w „Karykaturach” Jana Augusta Kisielewskiego w reżyserii Gustawa Holoubka w 1976 roku. Po wielu latach wrócił Pan do Dramatycznego, ale do tego jeszcze nawiążę, ale po drodze był wspomniany Na Woli i Współczesny. Które role zagrane u Łomnickiego ceni Pan sobie najwyżej?

Trudno mi oceniać swoje role, natomiast dobrze wspominam zawsze udział w tych przedstawieniach, które były interesujące z uwagi na ciekawe teksty, inspirujących reżyserów, oryginalne koncepcje. Pierwszy mój reżyser Na Woli to akurat nie Łomnicki, ale Krzysztof Zaleski, z którym szereg razy pracowałem i bardzo go ceniłem. I u niego tam zacząłem, w 1976 roku, rolą w „Leone i Lenie” Bűchnera. Później zagrałem u Kazia Kutza w „Przedstawieniu „Hamleta” we wsi Głucha Dolna”. Obaj ci wybitni ludzie teatru już niestety nie żyją. Georg Bűchner się mnie trzymał, bo dwa lata po „Leonce i Lenie” zagrałem tytułowego „Woyzecka”, tyle że gościnnie w Olsztynie, w reżyserii Agnieszki Holland i Laco Adamika. Łomnicki reżyserował mnie dopiero trzy lata po moim przyjściu na Wolę, w „Do piachu” Różewicza. Rok 1981 jest niezapomniany głównie z uwagi na „Amadeusza” w reżyserii Romana Polańskiego, w którym to spektaklu zagrałem skromny epizod. Graliśmy to z burzą polityczną przetaczającą się przez kraj w tle. Do tego zagrałem wtedy w spektaklu „Niebezpieczne panie Mochnacki” w reżyserii Jerzego Krasowskiego, który też współgrał z nastrojami w Polsce.

W 1982 roku znalazł się Pan w zespole Teatru Współczesnego. Skąd ta zmiana?

Po stanie wojennym Łomnicki wystąpił z partii i odszedł z funkcji dyrektora „Na Woli”, więc po odejściu mistrza straciłem podstawową motywację bycia na tej scenie, zwłaszcza w nowych warunkach politycznych. Miejscem bardziej impregnowanym na politykę wydał mi się właśnie Teatr Współczesny, scena ukształtowana przez dziesięciolecia dyrekcji Erwina Axera jako kameralna scena artystyczna, opierająca swoją misję na dobrej literaturze. Tu zacząłem od roli w „Pastorałce” Leona Schillera w reżyserii Macieja Englerta, który wtedy świeżo objął dyrekcję sceny przy Mokotowskiej 13. W tym samym 1982 roku zagrałem Jacoba Smitha w głośnym wtedy w słowno-muzycznym spektaklu „Mahagonny” według Brechta i Weila w reżyserii Krzysia Zaleskiego. U niego też zagrałem Pijaka w „Ślubie” Gombrowicza. Ciekawie wspominam pracę z tak ekscentrycznym artystycznie twórcą jak Janusz Wiśniewski, w jego „Walce karnawału z postem”. Później znów z Maciejem Englertem jako Prozorow w „Trzech siostrach” Czechowa i znów u Krzysia Zaleskiego w jego „Lorenzacciu” Musseta w roli Aleksandra Medici. Lata osiemdziesiąte uwieńczyłem rolą Asasella w głośnym przedstawieniu „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, także w reżyserii
Maćka Englerta.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych zaczął się Pan pojawiać także na innych scenach, m.in. gościnie w Dramatycznym jako Trigorin w „Mewie” Czechowa…

U Andrzeja Domalika, specjalizującego się w dramacie rosyjskim, zwłaszcza w Czechowie. Ciekawym doświadczeniem była typowa rola wcieleniowa w postać historyczną, Hitlera w przedstawieniu „Hitler-Stalin” Stanisława Brejdyganta, w krakowskim Teatrze Stu. Na zaproszenie Bogdana Augustyniaka zagrałem znów na Woli Tezeusza w „Fedrze” Racina. W 1993 roku w Współczesnym zagrałem rolę Padrona w „Awanturze w Chiggi” Goldoniego w reżyserii Maćka Englerta, a w 1994 roku godnie pożegnałem się z tą sceną rolą Rudolfa w „Miłości na Krymie” Mrożka w reżyserii samego Erwina Axera

Dlaczego odszedł Pan z prestiżowego Teatru Współczesnego?

W świetle tego o czym była mowa wcześniej, dążę do doskonałości i uznałem, że we Współczesnym już nic doskonalszego nie dokonam (uśmiech). Uznałem, że mogę to dalej próbować w Teatrze Dramatycznym, na scenie mojego debiutu.
Zaczął Pan tam czterema rolami w jednym spektaklu, „Historyi o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” w reżyserii Piotra Cieślaka.
Sypnęły się same wielkie teksty: Becketta i Szekspira. U Antoniego Libery, reżysera niezawodowego zagrałem Pozza w „Czekając na Godota” i Hamma w „Końcówce”. A Szekspir, to był książę Fryderyk w „Jak wam się podoba” u Cieślaka i Petruccio w „Poskromieniu złośnicy” u Krzysztofa Warlikowskiego. Na rok 1999 przypadł mi Odys w „Powrocie Odysa” Wyspiańskiego w reżyserii Krystiana Lupy, a rok później, w 2000, wystąpiłem raz w życiu, gościnnie, w Narodowym, zaproszony przez Jerzego Grzegorzewskiego do roli Dziennikarza w „Weselu”. Tak zakończyły mi się lata 90-te.

Lata 2000 zaczął Pan rolą Ojca w „Wymazywaniu” Thomasa Bernharda w reżyserii Lupy w 2001….

To była ciężka praca w wielogodzinnym spektaklu, ale doświadczenie teatralne niebywałe. Do roli Prospera w „Burzy” Szekspira zaprosił mnie Warlikowski do Rozmaitości. Z kolei w 2006 poznałem Teatr Polski, gdzie Paweł Passini zaangażował mnie do roli Wielkiego Księcia w „Kordianie”. Od tamtego momentu działam teatralnie już tylko w Dramatycznym, gdzie zagrałem m.in. tytułowego „Peer Gynta” Ibsena w reżyserii Pawła Miśkiewicza, tytułowego „Borysa Godunowa” Puszkina w reżyserii Rosjanina Moguczija, Kreona w „Antygonie” Sofoklesa, a ostatnio Pigwę w „Śnie nocy letniej” i, w tym roku, Starego Aktora w „Hamlecie” wystawionym przez Tadeusza Bradeckiego.
Film też Pana nie omija, bo zagrał Pan dziesiątki ról, że wspomnę debiut w „Zdjęciach próbnych” w w 1976 roku.
Zebrało się tego sporo, choćby „Akcja pod Arsenałem” Jana Łomnickiego czy „Gorączka” Agnieszki Holland, „Przypadek” Kieślowskiego, „Matka Królów” Zaorskiego…

No i rola ubeka w głośnym „Przesłuchaniu” Bugajskiego, która „ustawiła” Panu „brutalne” emploi…

Ale nie w każdym przypadku, bo nie zostałem zaszufladkowany, widocznie mam w sobie także przestrzeń dobra. N.p. Kieślowski obsadził mnie w „Bez końca” w roli dobrego działacza podziemia solidarnościowego, ale już Robert Gliński jako złego „Śmiecha” w „Roślinach trujących”..

A Kutz w roli demonicznego oficera UB w „Pułkowniku Kwiatkowskim”.

Tak. Niewielki epizod chana tatarskiego zagrałem u Jurka Hoffmana w „Ogniem i mieczem”. Cenię sobie rolę manipulatora Witolda w „Pornografii” Kolskiego. Ostatnimi czasy, im jestem starszy, tym częściej dostaję role dygnitarzy. W „80 milionach” Krzystka zagrałem kardynała Gulbinowicza, w „1920 Bitwie Warszawskiej” Hoffmana złego, demonicznego czekistę Bykowskiego, a w „Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego jakiegoś ministra.

Czy wie Pan, że zagrał Pan na przestrzeni 40 lat w 37 serialach?

Nie liczyłem, ale wierzę Panu.

Zaczął Pan od epizodu milicjanta w „07 zgłoś się” i w „Polskich drogach”, poprzez „Zmienników”, „Królewskie sny”, „Dom”, „Bożą podszewkę”, „Złotopolskich”, „Ekstradycję”, „Kryminalnych”, po „Na dobre i na złe”, „Na Wspólnej”, „Ojca Mateusza”, „M jak miłość”.

Niech Pan nie zapomni o kamerdynerze Konradzie w „Niani” (uśmiech).

W Teatrze Telewizji zadebiutował Pan w 1979 roku w „Sułkowskim” Żeromskiego w reżyserii Tadeusza Junaka, a potem było ich aż kilkadziesiąt, n.p. Carbon w „Cyrano de Bergerac” w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego, Nothumberland w „Elzbiecie królowej Anglii” Brűcknera w reżyserii Laco Adamika, Horacy w „Hamlecie” u Jana Englerta, udział w „Teatrze czasów Nerona i Seneki” Radzińskiego w reżyserii Konstantego Ciciszwili…

Ja bym dodał jeszcze „Moskwę-Pietuszki” Wierofiejewa u Tomka Zygadło, Meira w „Dybuku” An-skiego u Agnieszki Holland, „Cudzą żonę i męża pod łóżkiem” Dostojewskiego u Izy Cywińskiej czy ponownie rolę w „Woyzecku”.
A ja dodam Julia w „Łaziku z Tormesu” u Piotra Trzaskalskiego i ostatnią jak do tej pory Pana rolę na telewizyjnej scenie, czyli tytułowego, fredrowskiego „Pana Jowialskiego” w reżyserii Artura Żmijewskiego w zeszłym roku. Pana głęboki, mocny, matowy głos bardzo przydaje się też w dubbingu, gdzie udzielił go Pan kilkudziesięciu postaciom, a ja wspomnę tylko głos udzielony angielskiemu aktorowi, który grał Brytannika w słynnym przeszło 40 lat temu serialu „Ja Klaudiusz”.
Z ról w Teatrze Telewizji dodałbym ważną dla mnie rolę Jana w tajemniczych „Skutkach ubocznych” Petra Zelenki w 2014 roku…

Miło mi, że wymienił Pan ten świetny spektakl w reżyserii Leszka Dawida, także dlatego, ze wystąpiłem w nim jako statysta w scenie castingowej sesji fotograficznej z udziałem Krzysztofa Stroińskiego. 

Adam Ferency – ur. 5 października 1951 roku w Warszawie, aktor i reżyser, zadeklarowany ateista. O swoim życiu prywatnym i zawodowym opowiada w niedawno wydanej książce „Nie i tak”, wywiadzie-rzece, który przeprowadziła z aktorem Maja Jaszewska.

Pan od monodramów

Stanisław Miedziewski praktycznie nie ma w Polsce konkurencji. Żaden profesjonalny reżyser nie może się poszczycić realizacją prawie 50 monodramów, z których lwia część zapisała się w kronikach krajowych i międzynarodowych festiwali za sprawą licznych nagród i wyróżnień.

 

Jako że Miedziewski pracuje przede wszystkim z amatorami, bez przesady można powiedzieć, że spod jego ręki wyszła wcale znacząca grupa aktorów teatru jednego aktora, przy czym wielu spośród nich to dzisiaj – w pełni tego słowa znaczeniu – zawodowcy. Mam na myśli Marcina Bortkiewicza (także reżysera filmowego), Wioletę Komar, Caryl Swift czy Mateusza Nowaka. Wszyscy oni wzięli udział w niecodziennym projekcie „Mikrokosmos Miedziewskiego”, czyli przeglądzie spektakli w jego reżyserii, które tego lata zaprezentował gdański Teatr w Oknie, dzięki staraniom Doroty Sentkowskiej-Sakowicz. Kuratorem tego wydarzenia, które obok samych spektakli objęło także warsztaty prowadzone przez Stanisława Miedziewskiego, spotkania z aktorami, projekcję filmu dokumentalnego o niezwykłym artyście ze Słupska „Stanisław Miedziewski – Portret wielokrotny” w reżyserii Piotra Ziębakowskiego, a wreszcie zamykającą całość debatę (którą prowadziłem razem z Wiesławem Gerasem), poświęconą skrycie odpowiedzi na pytanie: Czy w teatrze jednego aktora potrzebny jest reżyser?
Przegląd zamykał spektakl Krzysztofa Gordona „Fal/Staff” według Szekspira – to jeden z rzadkich owoców współpracy reżysera z aktorami profesjonalnymi. Miedziewski, jak wspomniałem, jest przecież reżyserem zawodowym, absolwentem łódzkiej filmówki, mającym za sobą staż w brechtowskiej Berliner Ensemble, kilkuletni związek z Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu, nim osiadł w roku 1976 w Słupsku i podjął współpracę z Teatrem Rondo. Wybrał pracę z amatorami (czyli entuzjastami), choć zdarzają się od tej zasady odstępstwa, jak w przypadku spektaklu Gordona.
To Andrzej Żurowski skomponował przed laty ten monodram o zdradzonej przyjaźni ze skrawków tekstu Szekspira, od razu mając na widoku Krzysztofa Gordona jako idealnego wykonawcę. Może to się wydawać nawet zaskakujące, zważywszy, że warunki fizyczne aktora nie kojarzą się z utrwalonym wyobrażeniem grubego a sprośnego Falstaffa, usłużnego przewodnika księcia Henryka, późniejszego monarchy, w jego młodzieńczych i niezbyt chlubnych eskapadach. Okazało się jednak, że decydujące znaczenie mają nie tyle warunki zewnętrzne, ile wewnętrzne – Żurowski nieomylnie dostrzegł je w Krzysztofie Gordonie.
Żurowski wymyślił nie tylko Gordona jako idealnego wykonawcę, ale także Miedziewskiego jako idealnego reżysera spektaklu. Pewnego dnia spotkał się z Miedziewskim i tonem nieznoszącym sprzeciwu zakomunikował mu, że będzie ten monodram reżyserować, a w obsadzie ma Gordona. Nie było więc wyjścia, Krzysztof Gordon przez kilka tygodni niemal codziennie dojeżdżał z Gdańska do Słupska na próby i przygotowywał się do premiery. Doszło do niej 7 października 2006 roku, a potem z pełnym sukcesem od kolejnych spektakli, w tym podczas Wrocławskich Spotkań Teatru Jednego Aktora, gdzie Gordon otrzymał liczące się Grand Prix Geras (2007).
Potem spektakl zakończył swój żywot, aktor odłożył rekwizyty i egzemplarz. Przez dziesięć lat już „Fal/Staffa” nie grał. I nagle telefon od Gerasa, który zaprasza aktora na „Mikrokosmos Miedziewskiego”. Najpierw Krzysztof Gordon wpadł w popłoch, czy uda się odtworzyć przedstawienie, które przestało już istnieć, potem nie mógł doszukać się rekwizytów (zwłaszcza nosa klowna, który podczas spektaklu sprawił niespodziankę – pękła przemęczona użytkowaniem gumka). Na koniec jednak pojawił się na malutkiej scence w Gdańsku i dał właściwie nową premierę, pod wieloma względami odmienną od tej przed laty – choćby ze względu na warunki przestrzeni i nader skromne wyposażenie techniczne. Zresztą z Miedziewskim podobno zawsze tak jest – praca nad spektaklem nigdy się nie kończy. Zdarza się, jak mówił Michał Studziński (prezentował monodram „Iwan Karamazow zwraca bilet”), że na godzinę przed premierą wprowadza głębokie zmiany.
Przed oczyma widzów pojawił się Falstaff zdruzgotany, pokonany, u kresu sił. Zmęczony, stary, z siatką na włosach i rozpaczą w sercu. W wojskowych polowych spodniach i oliwkowym T-shircie sprawia wrażenie zdemobilizowanego ciury. Takim jest w istocie: człowiekiem zbędnym, odtrąconym, zdanym na jałową wegetację, bez przyszłości. Choć, jak się okaże, kołacze się w nim jeszcze nadzieja na odmianę losu, wracają wspomnienia dawnych zawadiackich przygód, cynicznych zachowań i rozpasanych uczt. Wciąż marzy o świecie, który już bezpowrotnie przeminął, bo nie może uwierzyć w tak gwałtowną, negatywną odmianę swego losu, w katastrofę, jaką okazało się na koniec jego życie.
Przed spektaklem Miedziewski przypomniał artyście opinię, jaką wyraził po słupskiej premierze Andrzej Żurowski: „Dziękuję panu – miał powiedzieć – za to, co pan zrobił z Krzysztofem Gordonem. O takim spektaklu marzyłem”. To była właściwie jedyna uwaga reżyserska. Chodziło mu o to, żeby odtworzyć tamten klimat z premiery, uruchomić pamięć ciała i poruszyć wyobraźnię. Tak też się stało, widzowie przyjęli przedstawienie w wielkim napięciu, dzieląc z biednym Falstaffem ciężar zawodu, jaki sprawiło mu życie i najbliższy przyjaciel.
Wracam do pytania, czy reżyser jest w teatrze jednego aktora potrzebny. Sam Miedziewski użył swego czasu tej prowokacji, podając w wątpliwość obecność reżysera w teatrze jednoosobowym. Swoją wypowiedź zamieszczoną w książce „Czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim?” (2011) poprzedził wymownym mottem: „…w monodramie aktor nie potrzebuje reżysera: (Marek Cichucki, wypowiedź na Festiwalu Windowisko 2010 Gdańsk). Potem jednak nader oszczędnie dozując słowa, ale wyraźnie potwierdził sens tej obecności, dedykując taką dewizę reżyserowi w jednoosobowym spektaklu: „RYGOR, DOKŁADNOŚĆ, CZYTELNOŚĆ – to zasadnicze jakości budowanej na próbach BAZY, która pozwoli aktorowi na lot improwizacji”. Bazę tę pomaga aktorowi budować reżyser.
Nie każdy pewnie ma do specyfiki pracy „jeden na jeden” jest równie gotowy, jak Miedziewski. Pan na monodramach ze Słupska posiadł bowiem trzy cechy, które decydują o powodzeniu jego spolegliwej opieki nad próbującym swoich sił w monodramie aktorem. Po pierwsze ma gust literacki. Dość przyjrzeć się spisowi autorów tekstów, które stają się podstawą scenariuszy reżyserowanych przez niego spektakli, aby zauważyć, że to wysoka półka: Tomasz Mann, Witkacy, Dostojewski, Szekspir, Czechow – by wymienić tylko niektórych. Po drugie ma ucho, zdolne wychwycić każdy fałsz – Miedziewski jest wyczulony na sceniczną prawdę. Tak długo ingeruje, „męczy” aktora, aż pozbędzie się fałszywego tonu. Czasem niebywale długo trwają próby pierwszego zdania, aby złapać czysty ton, najbardziej odpowiedni, przylegający do tekstu. Po trzecie ma oko, czyli bezlitośnie trzebi wszelkie nadmiary. Na scenie nie ma prawa pojawić się nic, co zakłóca obraz. Zostają tylko rekwizyty niezbędne, ruch konieczny, słowem obraz niezakłócony przypadkowością. A do tego otwartość na improwizacje. Spektakl zawsze jest solidnie skonstruowany, ale ma swoje luzy, miejsca do wypełnienia, czasem nawet do zamiany. Tak właśnie jest w monodramie „Przyj dziewczyno, przyj do sukcesu” wedle Tadeusza Różewicza (premiera w roku 2007). Wioleta Komar, która występuje w tym spektaklu jako Nadzieja Tupalska uzupełnia tekst Różewicza o sygnały najnowszych wydarzeń i szumów informacyjnych, osadzając mocno spektakl w naszej współczesności. Podczas spektaklu W Oknie mogliśmy usłyszeć komunikat o Nagrodzie Neptuna. Właśnie wręczonej w Gdańsku Mai Ostaszewskiej i Janowi Klacie. Albo o wizycie papieża Franciszka w Irlandii. Taka inkrustacja daje efekt bliskości pulsu dnia, choć i bez niej tekst Różewicza w błyskotliwej interpretacji Wiolety Komar brzmi porażająco aktualnie, ukazując bezdroża myślowe, w których grzęźniemy po szyję.
Dzięki tak dobranym spektaklom pokazywanym na tym przeglądzie, mogliśmy się obejrzeć w lustrze przedstawień. Publiczność chłonęła te impulsy gorliwie. Bez irytujących prób snucia opowieści z kluczem czy jakiegoś natręctwa agitacyjnego, spektakle rymowały się z naszym czasem, wyczuwało się w nich zapach współczesności. Być może to właśnie tajemnica, dlaczego Stanisław Miedziewski, wielki Pan od monodramów cieszy się takim uznaniem wśród swoich uczniów i widzów. Czasem nazywany tyranem, wampirem, nawet złośnikiem, pozostaje kimś, kto nadaje poszukiwaniom aktorów przyspieszony rytm. Niekiedy się z nim spierają, ale zawsze bezgranicznie mu wierzą.

Sezon na klątwy i pytony

W Słupsku PiS rzuciło klątwę na „Klątwę”, która w tamtejszym teatrze ma być gościnnie pokazana pod koniec września. Żądają odwołania przedstawienia i podobno zebrali już tysiąc podpisów pod petycją.

 

Zakładam, że jeśli warszawski Teatr Powszechny w Warszawie powędruje z „Klątwą” Oliviera Frljicia – a powinien – po województwach, to będziemy świadkami 16 pisowskich klątw na „Klątwę”. Że też mnie nie przyszło nigdy dotąd do mózgownicy, żeby zebrać podpisy pod petycją z żądaniem odwołania ulicznych procesji Bożego Ciała. One cholernie obrażają moje uczucia niereligijne i drażnią mnie jak jasna cholera. Może odpowiedzieć PiS-owi pięknym za nadobne i podobnie potraktować ich uroszczenia?

 

PiS w teatrze czyli lis w kurniku

Tym razem – dokładnie mówiąc – w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Wicepremier Gliński przymierza się do rozpisania konkursu na stanowisko dyrektora, choć kierująca obecnie IT Dorota Buchwald cieszy się uznaniem środowisk teatralnych, nikt jej niczego nie zarzuca ani nie kończy się żadna kadencja. List protestacyjny podpisało ponad tysiąc ludzi teatru, ale tak naprawdę po raz ostatni listem protestacyjnym artystów, konkretnie pisarzy, przejął się w 1964 roku Władysław Gomułka. Może profesor Gliński ukłuje obecną dyrektorkę szpilką? A poza tym, PiS nie powinno pchać swoich brudnych łap do teatru.

 

„Jaka to melodia?” „Żeby Polska była Polską”

„Dobra zmiana” dotarła do studia Roberta Janowskiego. Szła powoli, ale doszła. Ktoś musiał rzucić na niego klątwę, bo wróciła sprawą zmiany formuły programu „Jaka to melodia?”. Nie gustuję w tej audycji, bo jest moim zdaniem jest badziewiasta, ale pomysł by do popowych tematów muzycznych eksploatowanych przez prowadzącego dodać piosenki patriotyczne, w tym „wyklętych”, był jak żywcem wzięty z Barei. Janowski poprzednio obstał przy swoim, formuła pozostała po staremu, ale ktoś wyraźnie napiera na przeforsowanie „dobrej zmiany”. Wygląda to na samego Kurskiego, bo w sprawie ostatecznie nie tak w końcu strategicznej raczej mu się nikt do menu nie wtrąca, a na pewno nie Prezes. Jeśli się i tym razem Janowski nie ugnie, to tym razem ryzyko odebrania mu audycji jest większe. Podobno miałby ja przejąć po nim Jan Pietrzak. Wtedy w każdej audycji odgadywany będzie jakiś fragment „Żeby Polska była Polską”, a do tego dojdą brodate antykomunistyczne dowcipy pana Jana o partyjnych kacykach powiatowych z lat 50-tych.

 

Czy wojsko polskie obroni Westerplatte?

Tym razem „dobra zmiana” sama została zaskoczona dobrą zmianą. Na ogół wilk niesie, ale zdarza się, że czasem poniosą i wilka, gdy refleks zawodzi. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, pomny tego, jak rok temu, 1 września na Westerplatte PiS ukradł mu imprezę, tym razem postanowił uprzedzić wydarzenie i zrezygnował, jako organizator, z reprezentacji Wojska Polskiego. Błaszczak z oburzenia aż zaskowyczał i zażądał zmiany decyzji. Tak jakby Adamowicz ukłuł jego figurkę szpilką. W odpowiedzi, Adamowicz oświadczył, że on, owszem, wojsko polskie zaprasza, ale tylko w roli gości na widowni. Honory domu będą więc pełnić harcerze, rok temu wykolegowani przez wojskowych na cacy, a właściwie przez pewną panią bodaj od Macierewicza, mistrzynię tej ceremonii rozpoczynanej o nieludzkiej porze 4.45. Tak czy inaczej, na półwyspie Westerplatte najwyraźniej ciąży klątwa od 1 września 1939. To tam sanacyjne wojsko Rydza po raz pierwszy wzięło manto od Niemiachów. Czy warto więc aż tak drzeć koty o ten pechowy skrawek ziemi?

 

Czarownice, wiedźmy i czarochy

Niedawno pisiorkowie oburzali się na Marię Nurowską, że przekłuwała szpilkami, w czarnoksięskim czy czarowniczym akcie, woskową figurkę Stanisława Piotrowicza, żeby go szlag trafił. Bez szpilek, ale jak czarownica postępuje Jadwiga Staniszkis w stosunku do Kaczora i jego Adriana. Po tym pierwszym, którego „Matka „Solidarności” rani regularnie, z wprawą sadystycznej pielęgniarki z horroru, zajęła się tym drugim. Dla niej Duda Andrzej, to jegomość „o błyszczących policzkach, bardzo z siebie zadowolony”. Duda to dla niej „karykatura prezydenta, aktor który gra prezydenta”. „Duda jest irytujący dla ludzi ceniących mocne kręgosłupy, nawet dla tych łamiących kręgosłupy innym” – dodaje Staniszkis. Przy Czarownicy Jadwidze, czarownica Maria ze swoimi szpilkami i woskową figurką, to prowincjonalna czaroszka, jak świętokrzyski Boruta przy Belzebubie, Władcy Wczechciemności. I z „Niezłomnego” została kupka nieszczęścia.

 

Koncert życzeń

W „New York Times” ukazał się artykuł, którego treścią były czarne spekulacje co do stanu zdrowia Najwyższego Prezesa. Jest tam między innymi wypowiedź politologa z Warszawy, dr Olgierda Anusewicza, który twierdzi, że ów stan jest bardzo zły i że „partia rządząca ukrywa prawdę bardziej niż ZSRR prawdę o stanie zdrowia Breżniewa”. Artykuł przywołał portal „Do Rzeczy”, na co ochoczo zareagowali jego czytelnicy. To co poniżej, to nie są bynajmniej wyłuskane wypowiedzi mniejszości. Podobny ton ma zdecydowana większość wypowiedzi. A oto niektóre z nich:
„PiS skończy na dnie bez Kaczyńskiego, tak jak wszystkie wodzowskie partie kończą. Przykład macie z PO, bez Tuska nie są w stanie zrobić niczego, ciągle przepychają się między sobą. A w PiS jest więcej chętnych do przejęcia władzy. To jedyne pocieszenie, że ta socjalistyczna rewolucja zaraz się skończy”.
„Dlaczego Jarosław Kaczyński trzyma w szafie truchło zdechłego w zeszłym roku kota?”
„Bez Kaczyńskiego to się rozsypie jak domek z kart. Żaden z wymienionych nie ma charyzmy. Imperium Hunów nie ma racji bytu bez Attyli”.
„Stasiek Bareja”: „O, oczko mu się odkleiło, temu pisiu”.
Gosposia: „Prezes umiera na naszych oczach. Nie pozostawił po sobie dzieci, żony, brata czy matki. Nigdy nie poznał ojca. Jego bratanica okazała się naiwną lafiryndą obracaną przez pechowych agentów obcych służb i płodzącą kolejne bękarty. Prezesowi trudno utrzymać koncentrację, logikę wypowiedzi czy jasność myśli. Przebąkuje tylko coś czasem do swojego kota: „To moja wina, moja. Nie musiałem go zabijać”. Życzę mu jak najszybszego spotkania z braciszkiem”.

 

„Alleluja”

„Ćwir, ćwir”: „My tu gadu gadu, a tam Błaszczak z Dudą rozmowy prowadzą, pociski w magazynach liczą”.
„Oby Jarosław K. doczekał procesu za zniszczenie Polski”
„PO-Bożny”: „Największy drań i szkodnik w dziejach Polski od upadku komuny od 1989 roku. Od 1989 roku pcha kij w szprychy, intryguję, mąci, uwstecznia, skłóca, szkodzi, niszczy. Niech zatem Pan dokończy dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym”.
„Kleryk”: „Prezes umiera na naszych oczach, jest coraz słabszy, ledwo może mówić. Każda najprostsza decyzja wymaga od niego niezwykłego wysiłku, do czego nie jest przyzwyczajony, wszystko zawsze otrzymywał od mamy na talerzu. Męczą go też koszmary. Nie rozstaje się ze swoim pistoletem, który dostał od SB w 1987 roku. Zalała go jego własna żółć”
„Godbye Coordoopel”: „Nie jest ważne, czy umrze za dzień, miesiąc czy kwartał. Kiedykolwiek to nastąpi, na drugi dzień PiS nie będzie. Rozerwą go wojny pretendentów. Tak sobie to zbudował, że wszystko wisi na nim i od tego padnie. Zatem, oby jak najszybciej. Modlę się o to każdego dnia”
„Niecierpliwy”: Oby jak najszybciej”.
„Im szybciej go nie będzie, tym lepiej dla Polski. Skończy się ten polski cyrk i może Polski nie wyrzucą z UE. Cały świat ma dosyć polskiego chamstwa”.
„Świadek historii”: „Znaczy się, tow. Jarosław jak Lonia Breżniew. Nadal przewodniczy obradom KCPiS, nie odzyskując przytomności. A co będzie jak USA wstrzymają dostawę części zamiennych?”
„Zniesmaczony”: „Wkrótce będzie się działo!!! Jasnowidz Jackowski przewidział gorący wrzesień. Oj, będzie się działo”
„Vox populi”: „To nie jest ścisła informacja, że z ch… na kaczych nogach nie jest dobrze. Z nim jest bardzo niedobrze. Oby jak najgorzej”.
„Horacy”: „Amerykanie wiedzą co piszą, maja dobry wywiad. Czołowi działacze PiS, pazerni na władzę i pieniądze niedługo skoczą sobie do gardeł”.
„Domowa pomoc” (treść usunięta)
Przypomina mi się oglądany w młodości francuski film kryminalny pod tytułem „Niech bestia zdycha” Claude Chabrola.
Niedawno pochowano na Powązkach powstańca warszawskiego, generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, ps. „Motyl”. Pisowska tłuszcza tym razem nie wyła, bo „Motyl” nie przemawiał, lecz milczał sproszkowany w urnie. Z tego samego powodu „Wiadomości” Holeckiej-Adamczyka-Ziemca nie lustrowały go i jakby nigdy nic unosiły się nad jego cnotami, choć pogrzebu nie zaszczycili ani Duda ani Morawiecki, ani nawet szef MON, choć generała chowali.

 

Powrót starego pytona?

Potwierdza się sygnalizowany przeze mnie charakter afery wokół odsunięcia prezesa Polskiego Radia Jacka Sobali. To wojna „sakiewiczowszczyny” (Kluby „Gazety Polskiej”) z „kurszczyzną”, która reprezentuje jakoby bardziej „liberalną” część elektoratu PiS, zblatowaną z cyniczną „karnowszczyzną”. Coś jest na rzeczy, bo te orgie libertyńskiej swobody obyczajowej, jakie odbywają się w „Pytaniu na śniadanie” (Dwójka TVP), z tym gadaniem jak gdyby nigdy nic o „partnerach życiowych” (niesakramentalnych!!!), z tym iście francuskim hedonizmem kulinarnym, z tym brakiem odwołań do Boga i patriotyzmu, muszą „sakiewiczowszczyznę” drażnić, choć przede wszystkim drażni ją brak jawnego, formalnego dostępu do TVP. No i ten ten niesakramentalny ślub cywilny rozwodnika Kurskiego (Jacka) pobłogosławiony obecnością przez Karnowskich (biznes is biznes) oraz wicemarszałków Sejmu, Beatę Mazurek i Ryszarda Terleckiego, (podobno kolejną niesakramentalną parę w PiS, jak donosi jeden z tabloidów). Jaki „Kura” daje przykład? „Sakiewszczyzna” by to zniosła, bo i sam Sakiewicz nie jest bez grzechu, gdyby ją dopuszczono do telewizyjnego tortu na stole. A tu nie dość że nie, to jeszcze jej wyrywają państwowe radio. Sakiewicz otwartym tekstem i publicznie zadeklarował, że nie daruje ludziom, którzy „wkradli się w szeregi dobrej zmiany”, żeby szkodzić jemu i jego Klubom „Gazety Polskiej”. Zagroził, że będzie ich ścigał. W tej sytuacji bardziej czytelny staje się sens dwóch faktów. Po pierwsze, MSZ popiera projekt Ordo Iuris mający zastąpić wrażą, „genderową” konwencję antyprzemocową. Po drugie, zasygnalizowano możliwość powrotu do gry „starego pytona”, idola „Klubów „Gazety Polskiej” czyli Antoniego Macierewicza. Ma on podobno robić jakiś audyt w MON czyli grzebać tam Błaszczakowi po szufladach. Oba te fakty wyglądają na próbę udobruchania radykalnych, wpływowych klubów „sakiewiczowszczyzny”, na której utratę nie może sobie przecież Prezes pozwolić.

 

„Kler” zbliża się czyli worek, korek i rozporek

Z braku parlamentarzystów po Warszawie i po kraju snują się pytony. Jednak niedługo już tego dobrego. Parlamentarzyści wrócą na Wiejską, a inauguracja nowego, wyborczego sezonu politycznego zbiegnie się z premierą filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, w którym polskie duchowieństwo katolickie, od skromnego księżula na wsi do biskupa-flaszki w wykonaniu dawnego Janka Kosa, jawi się jako ruja, poróbstwo, chciwość, sodoma, gomora i ścierwo ostatnie. Słowem, worek, korek i rozporek. Jak powiedział pewien uczeń referując treść „Monachomachii” biskupa Ignacego Krasickiego: „Obżarstwo duchowieństwo opanowało”. Oj, będzie się działo.