Maski historii i polityki

20 lat temu, 3 maja 1999 roku zmarł Władysław Lech Terlecki (1933-1999).

„Uważam się za pisarza politycznego, którego interesuje kształtowanie się procesu politycznego” – powiedział kiedyś Władysław Lech Terlecki. I rzeczywiście, najwybitniejsze dokonania tego pisarza koncentrują się w prozie, która właśnie fermenty natury politycznej, bo tak należy rozumieć sens użytego przez niego słowa „proces”, niekoniecznie najściślej rozumiane, ma za temat politykę. Wypada więc uznać Terleckiego raczej za pisarza politycznego właśnie, a nie historycznego, bo jak sam zauważył w innym miejscu, historię traktuje „pretekstowo”. Nie wszyscy się z tym zgadzali. Jacek Łukasiewicz dostrzegał u Terleckiego także fascynację historią jako taką. Jego książki – zwłaszcza w latach 70-tych – towarzyszyły gorącym dyskusjom na temat polskich postaw ideowych (spór między romantyzmem a pragmatyzmem), nakłaniały do prawdziwego, a nie legendarnego poznania skomplikowanych dziejów Polski.
Jak to często bywało w tamtych czasach, ten polonista-erudyta, mózgowiec, skłonny do spekulatywnych rozważań urodzony intelektualista, został posłany do reportażu, który był wtedy niemal doktrynalnie traktowany jako niezbędny życiowy chrzest początkującego literata czy dziennikarza. Jego wydawniczym debiutem reporterskim był tom „Kocie łby” (1956), a dwa lata później ukazał się tom jego opowiadań „Podróż na wierzchołku nocy” (1958) nasycony dość zadziwiającą w jego wieku (25 lat) fascynacją motywami śmierci, starości, winy, kary, zabójstw, samobójstw, udręk moralnych i tak dalej, czyli motywami, które przeniósł do dojrzałej prozy późniejszej. Dopełnieniem tej początkowej fazy jego twórczości i jej tematyki był tom opowiadań „Pożar” (1962).

„Spisek”. Początek cyklu „styczniowego”

W 1966 roku ukazała się niewielka powieść „Spisek”, która otworzyła wielki cykl „styczniowy 1863” Terleckiego i w której w dość już rozwiniętej formie wyraziły się najważniejsze cechy jego późniejszej, najznakomitszej prozy. Jej tematem jest tzw. sprawa Stefana Bobrowskiego, pierwszego przywódcy „czerwonych” w Powstaniu Styczniowym, zastrzelonego w sprowokowanym pojedynku, w którym nie miał żadnych szans jako człowiek prawie niewidomy i bez umiejętności strzelania.
W tej bezsensownej śmierci wybitnie utalentowanego działacza wyraża się charakterystyczna dla tych czasów antynomia. Antyromantyczny, sceptyczny chłodny, rzeczowy, logiczny intelektualista Bobrowski, jeden z przywódców romantycznego zrywu, biernie ulega fatalizmowi prowadzącemu go ku bezsensownej śmierci w pojedynku, absurdalnym wytworze chorej, ekstremalnej kultury opartej na „etyce honoru” i dopełnia udziału w nonsensie śmiercionośnej konwencji.
W „Spisku” objawia się też charakterystyczna dla Terleckiego forma literacka, psychodrama (tak ją określił Jan Błoński), solipsystyczne „dzianie się w głowie”, rozmyślania Bobrowskiego w czasie jazdy pociągiem, które zastępują „klasyczną” akcję. Michał Sprusiński określił prozę Terleckiego jako „prozę atmosfery desperacji i samotności”. Także w „Spisku” po raz pierwszy objawia się „letargiczność” narracji charakterystycznej dla Terleckiego, jej usytuowanie na granicy jawy i snu. Objawiły się też w „Spisku”, na co zwrócił uwagę Błoński, inne znamienne motywy, Krytyk zwracał też uwagę na inne obsesyjne motywy w prozie Terleckiego: zamknięcia, osaczenia, daremnego oczekiwania, bezsilności, fatalizmu.
Historia dramatycznie ciemna
Terlecki „wybudował świat prozy bardzo gęstej, o rozległych odniesieniach duchowych, a także pełnej tajemnicy. Uważał bowiem, że „historia nie jest jasna, jest dramatycznie ciemna”. Z tym wiąże się pewien aspekt jego formy pisarskiej. Jak pisał o nim we wspomnieniu pośmiertnym Stanisław Stanuch, Terlecki „nie ułatwiał czytelnikom zadania”. Lektura jego powieści wymaga szczególnej uwagi i „czujności”, choćby tylko dlatego, że jej „lita”, zgęszczona struktura narracyjna sprawia, iż nie zawsze łatwo jest oddzielić od siebie kwestie dialogujących postaci, a także poszczególne sekwencje, epizody, wątki.
To był jeden z powodów, dla których proza Terleckiego „nie miała za grosz pierwiastka komercyjnego czy koniunkturalnego” (St. Stanuch). „Mówiono o nim, że jest nudny – istotnie, fabuła jest tu zawsze czymś w gruncie rzeczy drugorzędnym, a przecież od jego letargicznych książek trudno się oderwać”.
Pomiędzy „Spiskiem” a kolejną odsłoną cyklu „styczniowego” Terlecki „odskoczył” tematycznie w inne rejestry. Najpierw w eklektyczny tematycznie zbiór opowiadań „Sezon w pełni” (1967), a następnie w powieść „Gwiazda Piołun” (1968) o ostatnich dniach życia Witkacego, choć nie jest on wymieniony z nazwiska. Jego wrześniowa ucieczka w nieznane pośród dokonującej się wokół Apokalipsy, tej którą przewidział i poniekąd sobie wywróżył, była tylko inną, późniejszą historycznie odsłoną tragicznego fatalizmu losu polskiego. Jednak pisarz – na co zwróciła uwagę Helena Zaworska – podejmuje też fenomen niedostosowania wyobrażeń intelektualisty do rzeczywistości, rozbieżności między Apokalipsą wyobrażoną i realną.

Śledztwo jako czynność
psycho-filozoficzna

W 1970 roku ukazała się powieść „Dwie głowy ptaka”. Jej głównym protagonistą jest inny wybitny działacz Powstania Styczniowego, naczelnik Warszawy Aleksander Waszkowski, osadzony w Cytadeli. Temat tworzą jego przesłuchania, prowadzone w ramach śledztwa przez pułkownika Tuchołko, postać która przewija się przez „styczniową” prozę. Obszerne sekwencje przesłuchań stanowią w prozie Terleckiego bardzo istotny składnik. Są to właściwie, głównie po stronie śledczego, filozoficzne dywagacje na pograniczu filozofii państwa i władzy oraz historiozofii, połączone z introspekcją psychologiczną.
Postaci śledczego-filozofa towarzyszy w powieściach figura, którą sam pisarz nazwał „szpiclem-filozofem”. Głównym motywem jest tu zdrada i jej względność. Waszkowski zwątpił w sens i szanse Powstania, więc pragnie przyczynić się do położenia kresu daremnej ofierze powstańczej. Czyni to ułatwiając władzom rosyjskim odzyskanie skarbu Królestwa, co przekreśli możliwość kontynuowania konspiracji. Z jednej strony jest to zdrada, z drugiej, w pojęciu Waszkowskiego, „błogosławiona wina”, która położy kres dalszemu upływowi polskiej krwi. Jednak ani Terlecki, ani jego bohater nie dokonują tu moralnego rozstrzygnięcia. Bohater nie doznaje komfortu „błogosławionej winy”. Wszystko zawieszone jest we względności i wieloznaczności.
Powroty do „stycznia” i wędrówki w nowe rejony
I znów Terlecki czyni tematyczne interludium w postaci powieści „Pielgrzymi” (1972). Rzecz o pielgrzymce do Częstochowy, mieście urodzenia pisarza, można potraktować jako satyrę na trywialne profanum pustoszące religijność, ale jest to też rodzaj antyewangelicznej przypowieści, pełnego groteski i szyderstwa moralitetu.
W 1973 roku ukazał się „Powrót z Carskiego Sioła”, rodzaj powieści spojonej z odrębnych całości. Pojawiają się takie postacie jak Romuald Traugutt, Eliza Orzeszkowa, Aleksander Wielopolski, namiestnik Lüders, Oskar Awejde. Tu też dotyka pisarz problemu zdrady, ale też nietzscheańskiego kultu siły, antynomii między politycznym realizmem a daremną ofiarą.
O rok późniejszy „Czarny romans” (1974), zbudowany jest w konwencji powieści kryminalnej, w której sprawcę znamy w punkcie wyjścia, a tropiona jest jedynie motywacja mordercy. Historia oparta na autentycznym romansie polskiej aktorki Marii Wisnowskiej i rosyjskiego kadeta Barteniewa dotyka tyleż kulturowego konfliktu i wzajemnej obcości polsko-rosyjskiej, ile motywów panującego w kulturze i nastroju elit modernizmu, z nietzscheańską ideą „woli mocy”. To jednocześnie portret Polaków tej epoki w optyce Rosjanina i nie jest to portret pochlebny.
Piętno epoki modernistycznej zaznacza się też w najbardziej chyba dojrzałej prozie tego okresu twórczości Terleckiego, jaką jest powieść „Odpocznij po biegu”, osnuta na kryminalnej kanwie słynnej sprawy Macocha (w powieści nosi imię Sykstus), jasnogórskiego paulina, który zamordował męża swej kochanki. Właściwym bohaterem tej powieści jest jednak przysłany z Petersburga do Częstochowy (kolejny powrót rodzinnego miasta pisarza do jego prozy) sędzia śledczy, który dostrzega w tej sprawie szansę na uderzenie w Kościół katolicki, uważany za istotną przeszkodę na drodze „zruszczenia” Polaków. Ta śledcza psychodrama jest też dla Terleckiego pretekstem do pokazania potęgi miłości i pożądania cielesnego, jako sił nadrzędnych nad wszystkim.

Proza „gęsta”

Na przykładzie tej powieści Andrzej Mencwel wnikliwie analizował właściwości formalne prozy Terleckiego, której naczelną cechę określał jako „gęstość”, lecz nie gęstość anegdoty (ta była raczej skromna), lecz gęstość faktury narracyjnej: „W prozie autora „Czarnego romansu” rzuca się w oczy to, że każda wypowiedź uzyskuje swój dialogowy charakter przez pojawienie się wewnątrz świadomości drugiej postaci (…) Terlecki nie opowiada rozmowy Iwana Fiodorowicza z ojcem Sykstusem, lecz przypomnienie i refleksję wewnętrzną Iwana Fiodorowicza na temat tej rozmowy (…) Niektóre złożenia tych wewnętrznych refleksji są jeszcze bardziej skomplikowane, niekiedy wielostopniowe, stąd też nakładanie się na siebie poszczególnych perspektyw narracyjnych, ich dialogizacja stają się wybitnie złożone. A ponieważ narratorem jest ktoś wobec Iwana Fiodorowicza jako postaci głównej zewnętrzny, kto jakby przypomina sobie tegoż sędziego i całą związaną z nim oraz ojcem Sykstusem sprawę – każda wielostopniowa tkanina opowieści o procesach psychicznych pojawia się właściwie wewnątrz zasadniczego dla nich wszystkich wspomnienia jakiegoś nieokreślonego, ale obecnego stale narratora. W świadomości zaś, w przypomnieniu, kształty rzeczy się zacierają (…) Ponieważ z kolei każdy szczegół niejako pojawia się tutaj nie poprzez jedno wspomnienie, lecz poprzez wiele nałożonych na siebie takich przebiegów wewnętrznych, każda wypowiedź staje się gęsta wielością nałożonych na siebie perspektyw wewnętrznych, każda wypowiedź staje się gęsta wielością nałożonych na siebie perspektyw wewnętrznych, w każdej z nich współobecnych. To ta właściwość prozy Terleckiego, od dawna już cyzelowana, a w „Odpocznij po biegu” doprowadzona do doskonałości, nadaje ową, tak narzucającą się w lekturze gęstość atmosferze Częstochowy początku wieku (…)”

W głąb pisarskiego sezamu. Od Wielopolskiego do Szpicbródki

W 1977 wraca pisarz do tematyki okołopowstańczej. W zbiorze czterech opowiadań „Rośnie las”, obok Mickiewicza w Lozannie, pojawia się margrabia Wielopolski na drezdeńskim wygnaniu, jako duchowa i fizyczna ruina własnych planów, zniszczonych przez nierozumny naród. Ta nowela, zatytułowana „Drezno”, została później rozwinięta przez Terleckiego w znakomitą sztukę „Cyklop”, podobnie jak formę sceniczną nadał też „Odpocznij po biegu” i „Dwom głowom ptaka” – wszystkie doczekały się interesujących inscenizacji teatralnych. I znów pojawia się interludium tematyczne w postaci współczesnej powieści „Wczesny powrót” (1978), ale nie ma ono tej siły, co kolejne odsłony cyklu „styczniowego”. A po nim, „Zwierzęta zostały opłacone” (1980), powieść osnuta wokół sprawy Stanisława Brzozowskiego. Tu ponownie pojawia się obsesyjny motyw winy i jej względności, kary, odpowiedzialności.
Terleckiego bardzo pociągała forma powieści kryminalnej czy sensacyjnej, także tej stosowanej wprost, nie jako parabola, stąd w tym samym roku 1980 ukazały się „Trzy etiudy kryminalne”, ale niedługo po nich powieść „Cień karła, cień olbrzyma”, o Lwie Tołstoju, o geniuszu opętanym przez otaczającą go nicość ludzką, ale też ze współczesnym planem dotykającym aspektu politycznego lat siedemdziesiątych, z postacią „Ślepego”, partyjnego dygnitarza, w której Piotr Kuncewicz dopatrywał się pierwowzoru w osobie Władysława Gomułki.
W roku 1984 ukazały się dwie ważne powieści Terleckiego. „Pismak” jest bardziej nieokreślony w przesłaniu artystycznym. Ta powieść ma coś z autotematycznej gry literackiej, ponieważ bohaterem jest dziennikarz pragnący zostać pisarzem i odzwierciedlić w pisanej powieści pobyt w więzieniu. Pojawia się też znany z „Odpocznij po biegu” eks-zakonnik Macoch, tu jako współwięzień głównego bohatera i – także jako towarzysz z więziennej celi – słynny kasiarz Szpicbródka, w tym przypadku bardziej jako postać ówczesnej literatury rozrywkowej, bohater groszowej prasy, niż jako postać z krwi i kości. Do tego jest motyw ateizmu i bluźnierstwa jako starego zjawiska przybierającego nowy kształt w epoce narodzin masowej prasy.
„Lament” (1984), to ostatnia, wieńcząca powieść cyklu „styczniowego”. Jest to obraz kresu Powstania, jego dogorywania i degrengolady w ponurej, elegijnej atmosferze krańcowego pesymizmu, intryg i szerzącej zdrady. W 1988 roku ukazała się „Drabina Jakubowa”, pierwsza literacka podróż Terleckiego w wiek XVIII, w czasy stanisławowskie. To napisana w formie wolterowskiej powiastki filozoficznej historia misji arystokraty-agenta, wysłanego z listem od króla Stanisława Augusta do carycy Katarzyny. Terlecki wprowadza tu nietypowe dla siebie dziwaczne figury i sytuacje, w konwencji powieści łotrzykowskiej. Jest m.in. sługa-karzeł, militarny maniak, klasztor opanowany przez szatana, i oczywiście mnóstwo szpicli i agentów. A jednak ta na pozór atrakcyjna galeria osobliwości niezbyt posłużyła prozie Terleckiego. W odróżnieniu od ascetycznej surowości powieści styczniowych, „barok” postaci i motywów z „Drabiny Jakubowej” wybrzmiał mocno sztucznie. Jakby pisarz niezbyt dobrze się czuł w łotrzykowskiej konwencji nadmiernego „bogactwa”, malowniczości, przesady narracyjnej i nazbyt wymyślnej narracji, jakby jego żywiołem była raczej powaga, oszczędność, asceza, pewna surowość i letargiczność, niż literackie „cuda na kiju”.
Jednak już w tym samym roku 1988 ukazał się także „Wieniec dla sprawiedliwego”, znów ascetyczne studium śledztwa i jaźni sędziego śledczego. W roku 1989 ukazała się powieść „Laur i cierń”, osnuta wokół postaci i roli Józefa Ignacego Kraszewskiego, przy czym postać sławnego polihistora polskiej literatury XIX wieku i jednego z najważniejszych ówcześnie depozytariuszy polskiej pamięci, nie jest tu pretekstem do opowieści biograficznej o autorze „Starej baśni”, lecz ogniskuje w sobie istotne zagadnienia, dylematy i sprzeczności polskie XIX wieku z problemami europejskimi w tle. Bohaterem ostatniej powieści Terleckiego, która ukazała się w roku jego śmierci, „Wyspy kata” (1999), jest Walerian Łukasiński.

Z dala od patriotycznego schematyzmu

To co uderzało w jego prozie, to daleki od patriotycznego schematyzmu rysunek postaci zaborców. Mówił o tym sam Terlecki: „Literatura polska powstająca w warunkach niewoli przekazała nam obraz zaborcy w jaskrawym skrzywieniu. Jest to zwykle patologiczne, głupie bydlę. Robiła tak ze zrozumiałych powodów, aby nie demonizować zła, z którym podejmowała wtedy totalną walkę. Ale też bardzo odbiegała od prawdy. Myśmy przegrywali z ludźmi, którzy posiadali dużą inteligencję, którzy przerastali nas nie tylko środkami represji, jakie pozostawały w ich rękach, ale również przenikliwością, zwykłą mądrością”.
Co znamienne, proza Terleckiego , choć tak wątła w klasyczną fabułę, tak intelektualna, spekulatywna, wzbudziła zainteresowanie także wybitnych filmowców. „Zwierzęta zostały opłacone” zaadaptował na film „W biały dzień” Edward Żebrowski (1981), Wojciech Jerzy Has zekranizował „Pismaka” (1985), a Henryk Kluba – „Gwiazdę Piołun” (1989). Terlecki był też autorem wielu słuchowisk radiowych, których tematyka skoncentrowana była na współczesnych problemach psychologicznych i moralnych. Jednak drugim co do znaczenia segmentem jego twórczości była dramaturgia. Jego utwory pisane dla sceny były przeważnie dramaturgicznymi wersjami jego utworów prozatorskich, choć napisał też kilka dramatów „samoistnych”, o tematyce współczesnej.
Dramat „Dwie głowy ptaka” nosi ten sam tytuł, co powieść o ostatnim powstańczym naczelniku Warszawy Aleksandrze Waszkowskim. „Cyklop” to dramaturgiczne przetworzenie noweli „Drezno”, w której czas emigracyjnego dogorywania upadłego Aleksandra Wielopolskiego stanowi ramę retrospekcji poświęconej jego roli, jaką odegrał w Królestwie Polskim w latach 1862-1863. „Krótka noc”, to dramaturgiczny „sequel” tematu podjętego w „Spisku”. „Dragon”, to dalece przetworzona historia z „Czarnego romansu”. Na formę sceniczną przerobił też Terlecki powieść „Odpocznij po biegu”.
Dramaty Terleckiego są wysokiej próby, ale naznaczone pewną słabością, którą wyłożyła badaczka jego twórczości Anna Błaszkiewicz: „powieść Terleckiego rozpisana na głosy traci – i to dużo. (…) Może się to wydać paradoksem, skoro wszystkie skonstruowane są dialogowo. Ale dialog ten przynależy do wewnętrznego świata utworu i nie nadaje się do głośnej artykulacji. Rozpisany na role, wyrwany z tkanki powieściowej – traci swój dynamizm i staje się sztucznym narzędziem autorskiego wywodu. W powieści „Spisek” istotę stanowi napięcie między wewnętrznymi rozterkami, dramatem zwątpienia Bobrowskiego, powstańczego naczelnika Warszawy, a zewnętrzną rolą, którą wciąż wypełnia, wbrew wszystkiemu, z powodów moralnych. W wersji dramaturgicznej ten podskórny nurt procesu myślowego i duchowego jest skryty, co zmienia pierwotny sens utworu. Naoczność przedstawienia scenicznego utrudnia też uwypuklenie tego, czemu sprzyja forma powieściowa, na przykład demaskacji mitów, stanowiącej ideową istotę antyheroicznej, choć nie szyderczej postawy pisarza.
Alina Sordyl, napisała w szkicu o „Bohaterze” sztuk Władysława Terleckiego” (na przykładzie „Dwóch głów ptaka”, nazwanych dramatem wyboru i „Cyklopa” określonego jako tragedia rozpoznania) o „mało dramatycznym dialogu nadmiernie obciążonym funkcją informacyjną w związku z dostarczeniem wiedzy o okolicznościach wydarzeń i kulisach polityki (…), który „przyczynił się do zniszczenia potencjalnego napięcia wielu sytuacji i scen. Pozbawiony przeważnie naturalnego toku, pointowany ogólnikami i operujący współczesną, zużytą frazeologią polityczną, zniweczył w dużej mierze wrażenie indywidualnie doświadczanej przez postacie historii. Odebrał tekstowi walor artystycznej prawdy”.

Aktualność tej prozy
– podziały polskie

Czy 20 lat po śmierci Terleckiego, jego utwory zanurzone w historii (choćby i traktowanej jako maska współczesności) zachowały ową specyficzną aktualność sprzed lat (bo walory kunsztownej literackiej formy jego prozy nie zwietrzały)? Jako odpowiedź na to pytanie mogą posłużyć słowa samego pisarza podczas przeprowadzonej w 1985 r. przez Magdalenę Bajer dla „Tygodnika Powszechnego” rozmowy z udziałem także Marii Janion, Andrzeja Wajdy i Witolda Zalewskiego: „A dlaczego Powstanie Styczniowe? Bo jest to epoka, w której formuje się pewien typ myślenia bliski współczesności. (…) Bo wtedy przecież pojawia się inteligent polski i wszystkie jego rozterki. Bo wyłaniają się wówczas podziały, które do dziś nie straciły swego znaczenia”. I to jest częściowa odpowiedź na powyższe pytanie, bo przecież 34 lata po tamtej rozmowie, wspomniane podziały nadal nie straciły na znaczeniu.

Co będzie z Ameryką, kiedy spisku brak?

Upadek Russiagate i gnicie kapitalizmu

W USA trwa burza wokół końcowego raportu komisji Roberta Muellera. Całości tekstu jeszcze nie ujawniono. Wiadomo tylko, że etatowi tropiciele „agentów Putina” mają dobre powody, by niejedną noc przepłakać do poduszki. Oczywiście kochają Amerykę. Tylko czym ta Ameryka dla nich jest?
– Właśnie przegraliśmy wojnę z Rosją, bez żadnej bitwy. Nie jesteśmy już wolnym narodem, nie jesteśmy już demokracją. Jesteśmy ofiarami bezkrwawego przewrotu – na razie bezkrwawego – zorganizowanego przez Rosję, przy w najlepszym razie zdradzieckim zobojętnieniu ze strony Republikanów i Donalda Johna Trumpa (…) Rosjanie chcieli, by ten człowiek rządził naszym krajem i dopięli swego!
Tak w listopadzie 2016 r. grzmiał Keith Olbermann, gwiazda telewizji MSNBC, nazywając Donalda Trumpa “ruską swołoczą” i ostrzegając Amerykanów, że jeżeli żadna z państwowych instytucji nie przeszkodzi mu w objęciu urzędu prezydenta, to wolnych wyborów w Stanach Zjednoczonych już nie będzie. Od tamtej pory głośna afera ochrzczona – całkiem nieironicznie – mianem Russiagate stała się oczkiem w głowie Partii Demokratycznej i sympatyzujących z nią liberalnych mediów. Były to dzienniki New York Times i Washington Post, kanał CNN i wspomniany MSNBC, gdzie oprócz Olbermanna w tropieniu zdrady stanu przodowała Rachel Maddow, niekwestionowana królowa telewizyjnego “ruchu oporu przeciwko Moskwie” w Waszyngtonie, otwarcie nazywająca Trumpa “rosyjskim agentem”.
Biorąc pod uwagę dwuletnie patriotyczne wzmożenie w środowisku, które samo się uważa za światłe, trudno od razu pojąć, czemu Rachel Maddow wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać, kiedy 22 marca informowała widzów o tym, że końcowy raport głównej komisji niezmordowanie tropiącej najdrobniejsze ślady spisku między Trumpem i Putinem, wedle dostępnych danych uwalnia prezydenta od podejrzeń o zdradę kraju. Ameryka jest wolna. Skąd więc gorycz? Cóż, liberalno-lewicujące media włożyły tyle serca i pasji w nakręcanie antyrosyjskiej histerii w imię “wolności i demokracji”, że gdy nagle pękł balonik Russiagate, ich gwiazdy mają prawo czuć się, jakby straciły ponad dwa lata życia. Kraj owszem, uratowany, “najmojsza racja” – przeciwnie. Powód do łez, jak widać, jest. Do wstydu… niekoniecznie. Dziś wiadomo, że opowieść o “przejęciu USA przez Rosję” była wyłącznie bajką. Nie warto jednak liczyć na to, że ci, którzy rozpuścili ten fake news, choć przez chwilę pomyślą o sobie jako o kłamcach.

Russiagate: racja najmojsza

22 miesiące działania osławionej komisji Roberta Muellera zakończyły się sporządzeniem przez przewodniczącego sprawozdania i przekazania go jego zwierzchnikowi, prokuratorowi generalnemu Williamowi Barrowi. Raport nadal nie został upubliczniony. Wszystko, co do tej pory wiadomo o zawartości dokumentu, wiadomo z pisma na ten temat, jakie Barr skierował do Kongresu. W swoim memorandum streszcza on wyniki śledztwa Muellera, sprowadzając rezultaty do dwóch zasadniczych tez. Po pierwsze, komisarz nadzwyczajny “nie znalazł dowodów na to, że sztab wyborczy Donalda Trumpa lub ktokolwiek z nim związany, spiskował lub współpracował z rządem Rosji” w próbach wpłynięcia na wynik wyborów prezydenckich w 2016 r. Po drugie, Mueller nie udzielił rozstrzygającej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent dopuścił się “obstrukcji wymiaru sprawiedliwości” w trakcie pełnienia czynności śledczych przez komisję.
Wynik śledztwa jest miażdżącym ciosem dla Demokratów i sprzyjających im dziennikarzy, którzy w okresie ostatnich dwóch lat postawili wszystko na jedną kartę: Russiagate. Ewentualność, że Trump kolaborował z rosyjskimi służbami, by w zamian za odpowiadającą Moskwie politykę zausznicy Władimira Putina zmanipulowali na jego korzyść wybory, nie występowała w narracji mediów i polityków jako hipoteza, a jako fakt – jako realny, stwierdzony w zasadzie naocznie stan zagrożenia kraju: opanowanie Białego Domu przez wysłanników Moskwy.
Ktoś, kto przez dwa i pół roku wyraża się w tonie pewności ma zazwyczaj problem ze zmianą zdania w zetknięciu z faktami. Demokraci więc, co zrozumiałe, reagują histerycznie. Próbują podważać wiarygodność opinii prokuratora Barra, zarzucając mu stronniczość, tak jakby wierzyli w to, że w sytuacji, gdyby Barr kłamał na temat treści raportu, sam Mueller, któremu ufają bezgranicznie, siedziałby cicho i nie wychylał się. Korzystając z faktu, że raport nadal nie został upubliczniony, Jerrold Nadler, członek demokratów przewodniczący komisji sprawiedliwości Izby Reprezentantów otwarcie oskarżył prokuratora generalnego o stronniczość i naciąganie ustaleń Muellera w interesie Trumpa.
Od kiedy tylko Donald Trump objął urząd, partia Nadlera robiła wszystko, by oskarżenia pod jego adresem potraktować jako sposobność do wszczęcia impeachmentu. Teraz działa u nich mechanizm utopionych kosztów: czują że muszą dalej jeść tę żabę, nawet jeśli dalszy ciąg Russiagate musiałby przerodzić się w walkę z samym departamentem sprawiedliwości. W tej sytuacji nie tylko oni żądają jak najszybszego ujawnienia pełnej treści sprawozdania. Apelują o to również Republikanie, świadomi, że bez tego nie rozstrzygnie się ostatni etap rozgrywki. Rzeczywiście będzie musiało do tego dojść. Bez upublicznienia wyników postępowania w sprawie o takiej randze, po wsze czasy pozostanie ona tak przedmiotem jak i motorem samonapędzającej się irracjonalnej jatki politycznej. Z drugiej strony, już w tej chwili wydaje się to sednem amerykańskiej polityki.
Liberalne media, które rozkręciły całą aferę, również nie stanęły na wysokości w reakcji na memorandum Barra. New York Times przykładowo, relacjonując wnioski prokuratora generalnego, nie do końca chyba przyjął do wiadomości, że “Trump nie współpracował”. Doniesienia na ten temat opatrzono w dzienniku kuriozalnym komentarzem pt. “Nie potrzebujemy czytać raportu Muellera”, nie pozostawiającym wątpliwości, że Donald Trump jest urodzonym kłamcą, że dochodzenie dowiodło, iż jego ludzie kłamali, a zatem i specjalny komisarz dał się okłamać. Czołowy tytuł stojący na straży “wartości demokratycznych” swoje zatem wie i żadnych komisji mu nie potrzeba. W przekonaniu redakcji Trump jest winny z założenia i kropka. To kwestia nie wymagająca dyskusji.
Część komentatorów podkreśla, że powodzenie śledztwa Muellera doprowadziło do postawienia wielu zarzutów ludziom z otoczenia Trumpa, dlatego pogoń za “agentami Putina” należy uznać za owocną. Nic podobnego. Postawione zarzuty dotyczą nie współpracy z Rosjanami, a oszustw i krętactw, którymi nabrzmiały biznesy Donalda Trumpa, a które wyszły “w praniu”. Najbardziej wpływowa z osób, które w ten sposób wpadły, Paul Manafort, szef kampanii prezydenckiej Trumpa w 2016 r., został skazany za ujawnione w trakcie śledztwa przekręty podatkowe. Komisja została powołana w jednym celu: ustalenia, czy Trump dopuścił się współpracy z Rosjanami, zagrażającej suwerenności USA. I z nadzieją na potwierdzenie tej tezy liberalne media kibicowały Muellerowi. Dzisiaj jest pewne: przegrali z kretesem.
Egzamin zdały z kolei niewielkie lewicowe media antyestablishmentowe, takie jak The Intercept, The Real News, Truthdig, Democracy Now! czy Counterpunch, które mimo że pałają odrazą do Trumpa, w narracji o “agenturze Putina” widziały od początku przede wszystkim polityczną nagonkę, grę pozorów i niesmaczny spektakl w interesie elit wycierających sobie usta “patriotyzmem” i “dobrem kraju” i korzystających z okazji, by odwrócić uwagę ludzi od stanu, w jakim zostawiły USA po upływie kadencji Baracka Obamy. Znaleźli się niezależni i utytułowani dziennikarze, jak Glenn Greenwald, którzy w ciągu dwóch i pół roku bicia piany przez mainstream, potrafili jednak trzeźwo oddzielić suche fakty od fikcji.
To polowanie na czarownice, gdzie oskarżenia starczyły za dowody, przyprawiło wielu o skojarzenia z ponurymi czasami maccarthyzmu w latach 50. XX w – na szczęście jednak objęło prawie wyłącznie bogaczy z otoczenia Trumpa, nie ludzi kultury, nauki i działaczy społecznych. Po raz kolejny sprawdziła się zasada: “Jeśli mówią o patriotyzmie, to znaczy że znowu coś ukradli”. Skorzystać z tej mądrości potrafiła przede wszystkim konsekwentna lewica – zawsze sceptyczna wobec sloganów o “ojczyźnie” i “kraju wolnych ludzi”, z zażenowaniem patrząca na straszenie Amerykanów Rosją w zimnowojennym duchu. Na tle Russiagate doszło wszak do zalewu amerykańskiej opinii publicznej falą żenujących i niebezpiecznych fake newsów, łącznie z sensacją, którą upowszechniał m.in. Washington Post, że Rosjanie zhakowali sieć energetyczną w USA i są o krok o wyłączenia Amerykanom prądu na zimę.

Russiagate: historia szaleństwa

Tak bezpardonowy atak na Trumpa nie miałby miejsca, gdyby nie polityczne zaangażowanie służb wywiadowczych, których wierchuszka od początku wyborów w 2016 r. sprzyjała Hillary Clinton ze względu na jej jednoznacznie antyrosyjską i antyirańską politykę zagraniczną oraz personalne powiązania z obozem Demokratów. Po “szokującym” zwycięstwie Trumpa kierownictwo CIA i FBI chętnie podjęło temat podejrzeń wobec Trumpa o spisek z Rosjanami, “wrzucony” pierwotnie przez sztab Clinton po ujawnieniu jej kompromitujących maili przez Wikileaks. Demokraci zaczęli krzyczeć o rosyjskiej prowokacji. Służby zaczęły wydawać oświadczenia i analizy pisane językiem żądnej sensacji prasy, byle tylko dać mediom powód do drapieżnego ataku na prezydenta-elekta. Tytuły prasowe, które kilka lat wcześniej broniły Snowdena i Assange’a przed waszyngtońskimi służbami, w obliczu zagrożenia “wrogiem demokracji” Donaldem Trumpem, postanowiły bezkrytycznie polegać na każdym słowie CIA i FBI – do tego stopnia, że obydwu sygnalistów, hołubionych wcześniej jako ikony walki o demokrację, uznały w końcu za “agentów Putina”.
Nastawienia mediów nie zmieniło to, że pierwszy raport CIA, rzekomo dowodzący zhakowania przez Rosjan skrzynek mailowych Hillary Clinton i Johna Podesty, zostały wyśmiane przez środowisko ekspertów od cyberbezpieczeństwa. Nie zmienił go fakt, że raport połączonych służb opublikowany w styczniu 2017 r. powstał z naruszeniem reguł i składał się wyłącznie z ogólnikowych formułek sugerujących m.in., że już samo istnienie telewizji RT jest zamachem na suwerenność USA. Nie zmienił jej fakt, że FBI posunęło się nawet do opierania swych wniosków na absurdalnym “raporcie” Christophera Steela, którego czołowe media same wcześniej nie chciały publikować, bo uznały go za stek niepotwierdzonych plotek oczerniających Trumpa w celu szantażu. Wszystko to przestało się już wówczas liczyć. Czołowe media bezdyskusyjnie orzekły: Ameryka w szponach Putina. Bo CIA tak mówi.
Końcowe wnioski Muellera z prawie dwuletniego śledztwa przyznają – jak informuje William Barr – że działania Rosjan zmierzające do wyborczego wzmocnienia Trumpa faktycznie miały miejsce. Raport potwierdza zarzuty wobec osławionej Internet Research Agency, która miała prowadzić “dezinformację” w mediach społecznościowych, to jednak sprawa małego kalibru. Istotne jest to, że Mueller podtrzymał też tezę o ataku hakerskim Rosjan na serwery Demokratów, z których wykradziono materiały (faktycznie) kompromitujące Clinton i jej stronnictwo w partii, a następnie dostarczono je Wikileaks. Na tej podstawie Mueller już kilka miesięcy wcześniej sporządził akt oskarżenia wobec 12 obywateli Rosji.=
Trudno uznać to za dowód cyberagresji Rosjan, bo dowodów może dostarczyć tylko proces sądowy. Ten zaś prawdopodobnie w ogóle się nie odbędzie lub do niczego nie doprowadzi, ponieważ służby wywiadowcze – a tylko od nich mogą pochodzić przesłanki, na których oparł się Mueller – mają pełne prawo zasłonić się klauzulą tajności i odmówić ujawniania źródeł. Ukazały się poza tym co najmniej dwa amerykańskie raporty eksperckie kwestionujące sposób, w jaki zdaniem Muellera Rosjanie mieli wejść w posiadanie e-maili Hillary Clinton. Najbardziej wiarygodnym źródłem potwierdzającym jakkolwiek tezę o “rosyjskiej ingerencji” okazał się dotychczas syn samego prezydenta, Donald Trump Jr. Przesłuchiwany przez komisję Muellera, plącząc się w zeznaniach, przyznał on w końcu, że podczas głośnego spotkania w Trump Tower w czerwcu 2016 r. jako członek sztabu wyborczego swojego ojca otrzymał on pochodzącą od Rosjan ofertę pomocy w “załatwieniu” kandydatki Demokratów.
Oburzenie, jakie w świecie zachodnim wywołuje myśl o tym, że Rosjanie mogli skutecznie pomóc Trumpowi, a nawet że w ogóle tego próbowali, jest raczej wyrazem liberalnej pruderii i obłudnej zasady “amerykańskiego ekscepcjonalizmu”, niż szczerej wierności demokratycznym wartościom. Publika szkalująca Trumpa na zawołanie Rachel Maddows nie podnosiła tak epickiej wrzawy w związku z powtarzającymi się zbrodniczymi agresjami USA na suwerenne państwa, np. na Irak. Nie dostrzegają analogii z faktem, że “doradcy” z USA wygrali dla Borysa Jelcyna wybory w 1996 r., czym magazyn Times otwarcie się wówczas chwalił na okładce pisząc: “Usadziliśmy swojego człowieka na Kremlu”, a Zbigniew Brzeziński cieszył się wtedy, że “rosyjska gospodarka przejdzie na konto USA”.
Demokraci i ich wyborcy ze zrozumieniem obserwują obecne wysiłki Trumpa na rzecz obalenia rządu Nicolasa Maduro w Wenezueli – oczywiście pod hasłem “przywracania demokracji”. Bądźmy szczerzy: jeżeli doszło do próby wsparcia kampanii Trumpa przez Rosjan, to był przysłowiowy “mały Pikuś”. Straszenie Putinem ma przede wszystkim podłoże rusofobiczne, zakorzenione w mitach “cywilizowanego Zachodu” i “dzikiego, barbarzyńskiego Wschodu”. Jest to poza tym doskonała okazja do utwierdzenia samych siebie w przekonaniu o wielkości i unikalności amerykańskiej demokracji. Szkoda jednak, że coraz częściej w tę demokrację wątpią nawet amerykańscy politolodzy. O jakiej bowiem demokracji może być mowa, kiedy Kongres w połowie składa się z milionerów, a analizy statystyczne pokazują, że społeczne poparcie dla inicjatyw ustawodawczych ma zerowe przełożenie na szanse przyjęcia ich przez Izbę i Senat?

Russiagate: kapitalizm

W 2019 r. trudno zachowując przytomność umysłu twierdzić jednocześnie, że Trump jest agentem Kremla w Waszyngtonie – i to zupełnie abstrahując od ustaleń komisji Muellera. Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych pozostaje całkowicie antyrosyjska, a stosunki między obydwoma krajami są gorsze niż pod koniec kadencji Obamy. Zaostrzenie sankcji to jeszcze nic. Odżywają najgorsze demony zimnej wojny: stoimy u progu nowego wyścigu zbrojeń i prężenia przez mocarstwa muskułów nuklearnych po tym, jak rząd Trumpa postanowił jednostronnie wycofać USA z układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej średniego zasięgu. Prezydent postanowił na dodatek otwarcie zbroić Ukrainę przeciwko Rosji, nawet w sytuacji, gdy Kongres zwątpił w sens dalszego popierania ukraińskiej skrajnej prawicy.
Donald Trump wbrew niedawnym deklaracjom nie zamierza wycofywać reszty wojsk z Syrii ani z Iraku, idąc w ten sposób na pogłębienie konfliktu z Rosją. Zarzewiem kolejnej wasni z Moskwą staje się Wenezuela. Jest również na prostej drodze do wojny z Iranem, która była odwiecznym marzeniem Hillary Clinton. Jeśli więc faktycznie w 2016 r. obiecywali sobie coś po Trumpie, bo na złość “Killary” głosił hasło polityki “nieinterwencji”, to postawili na złego konia. “Dobrego” zresztą być nie może, bo nawet Trump – chodzący pomnik megalomanii – nie jest w stanie rządzić wyłącznie według własnego widzimisię. Każdy prezydent USA jest zakładnikiem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, dla którego samo istnienie Rosji zawsze będzie pretekstem do wszczynania kolosalnie zyskownych wojen. A antyrosyjska panika “obrońców demokracji” w USA jest jak woda na młyn najagresywniejszych “jastrzębi” z CIA, Pentagonu i lobby zbrojeniowego.
Czym więc była Russiagate i czym może być w kolejnych swych odsłonach? Na pewno nie miała nic wspólnego z aferą Watergate – co najwyżej jako jej parodia. Siła i znacznie Watergate opierały się bowiem na wyrokach amerykańskich sądów, a nie na medialnej nagonce żywiącej się tym, co prasie podrzuci CIA. Pogoń za “agentami Putina” była bez wątpienia spektaklem, dzięki któremu Demokraci i ich media miały nadzieję zmieść przeciwnika bez konieczności rozliczania się z ich smutnym dorobkiem, który sprawił, że sfrustrowane masy wolały w 2016 r. zagłosować na politycznego klauna, jawnego rasistę, mizogina, mitomana, miliardera-chama, który kobiety “łapie za cipę” i obiecuje posłać do diabła wszystko co nieamerykańskie, niż na ich “damę”, reprezentującą podobno demokratyczne wartości i poprawność polityczną.
Wraz z upadkiem Russiagate Trump dostał wymarzone paliwo wyborcze na przyszłoroczne wybory. Ktokolwiek zechce rzucić mu poważne wyzwanie, będzie musiał przeciwstawić jego nienawistnemu show umiejętność i odwagę podjęcia palących problemów społecznych przygniatających większość Amerykanów w ich codziennym życiu. To nierówności sięgające poziomu absurdu; podporządkowanie państwa i gospodarki najbogatszemu jednemu procentowi; niekończąca się recesja; nieprzerwane bogacenie się bogatych i biednienie biednych; obozy namiotowe w metropoliach, gdzie koczują nędzarze, którzy potracili domy. To miażdżące koszty opieki zdrowotnej; konieczność chwytania się przez ludzi kilku prac, by przeżyć do pierwszego; “śmieciowe” zatrudnienie; deterioracja infrastruktury i usług publicznych; studencka spirala zadłużenia na opłacenie czesnego; rosnąca represyjność policji; pękające w szwach więzienia prowadzone jako intratny biznes…
Tak przedstawia się USA po ośmioletnich rządach Obamy, który osobiście chwalił się przed przedstawicielami Wall Street, że jego prezydentura uczyniła ich tak bogatymi, jak jeszcze nigdy nie byli. To jest porządek klasowy, który reprezentują Demokraci. Nie ma możliwości, by zmierzyli się z Trumpem na tym gruncie w sposób wiarygodny dla społeczeństwa coraz bardziej niechętnego oderwanym od rzeczywistości elitom. Są bowiem częścią elity na równi z Trumpem. On ma dla ludzi bajkę o “Wielkiej Ameryce” podlanej pobudzającym sosem ksenofobii. Tamci zaś myśleli, że opowiedzą lepszą bajkę, a “ciemny lud to kupi” – stąd “Ameryka w szponach Putina”. Część Demokratów pewnie sam w nią uwierzyła.
Wszystko, co najgorsze w polityce Donalda Trumpa: szczucie na imigrantów i zamykanie meksykańskich dzieci w obozach koncentracyjnych, lekceważenie zubożenia społeczeństwa i coraz wyższe koszty życia, ulgi podatkowe dla najbogatszych, policyjna przemoc dla najbiedniejszych, postępująca katastrofa ekologiczna, uwikłanie w niekończące się wojny pożerające już setki miliardów dolarów – to tylko nasilenie tendencji, które rozwijały się za Obamy. I to nie z powodu indywidualnej polityki głowy państwa. Rzecz w tym, że konsekwentna krytyka Trumpa nieuchronnie musi prowadzić do krytyki kapitalizmu w jego schyłkowej, gnijącej wersji, który trwa głównie dzięki sprzedaży ludziom fantazji lub napuszczaniu ich na siebie nawzajem. Trump robi to doskonale. Okazało się Amerykanom można z powodzeniem wciskać obrzydliwość, cynizm i przemoc kapitalizmu, jego wściekły darwinizm społeczny, bez żadnych upiększających pozorów, jedynie z rozbrajającym uśmiechem opalonego w solarium “Janusza biznesu”, urągającego bez ogródek kolorowym, “pedałom” i feministkom. Demokraci są po staroświecku przywiązani do pozorów demokracji, namiastki równości, która ma utrzymywać z ryzach porządek klasowy. Trump dowiódł, że to już nie działa. Po bladze straszenia Putinem kompletnemu wypaleniu uległ turbopatriotyzm w wydaniu “szlachtnym”. Nowej drogi politycznej na razie nie widać. Nie widać autentycznej siły społecznej. Nie widać nadziei dla Ameryki.

Mit rosyjskiej ręki

Czołowy brytyjski dziennik wypuścił taki bubel dziennikarski, że nawet pokrewne ideowo media
nie chcą w niego wierzyć. „The Guardian” nie udźwignął zmasowanej krytyki. Nawet część tych, którzy dotychczas wierzyli, że Trumpa do Białego Domu wprowadzili Rosjanie, nie była w stanie przełknąć andronów oczerniających twórcę WikiLeaks.

 

Niewykluczone, że krucjata anglojęzycznych w sprawie tzw. Russiagate będzie powoli zmierzać do śmierci naturalnej w wyniku znużenia tematem. Teoria spiskowa mówiąca, że w 2016 r. Federacja Rosyjska celowo i we współpracy ze sztabem Donalda Trumpa przyłożyła rękę do kompromitacji Hillary Clinton, żeby wprowadzić do Białego Domu „swojego człowieka”, zdecydowanie nie trzyma się kupy, a szyta jest nićmi tak grubymi, że jej polityczny charakter jest aż nadto dostrzegalny. Owszem, liberalna opinia publiczna żyje w przekonaniu, że wrogi spisek miał miejsce, bo jej faktografię tworzą sensacyjne tytuły w „New York Times”, „Washington Post”, „The Guardian” i ich pomniejszych klonach np. w „Gazecie Wyborczej”.
Tyle, że oprócz tytułów głoszących, że „Rosja się mieszała”, że „hakerzy Purina wykradli”, że „FBI ustaliło”, że „CIA ujawnia”, nigdy nie otrzymaliśmy cienia dowodów, ani chociażby przekonujących poszlak.

 

Bolszewika goń, goń, goń!

Niezwykłą jest furia, z jaką liberałowie i NATO-lewica, żywiąc zrozumiały sentyment wobec Clinton, powtarzają, że Ameryka tkwi w szponach Putina, a każdy, kto twierdzi inaczej, jest pionkiem Moskwy. Faktycznie jednak raporty służb wywiadowczych, które zresztą powstały z naruszeniem zasad, albo pozostawały na takim poziomie ogólności jak teksty w wymienionych mediach, albo zostały wyśmiane przez specjalistów od służb i cyberbezpieczeństwa. Wątpliwym pozostaje nawet twierdzenie, że serwery Demokratów zostały zhakowane – e-maile Clinton skopiował prawdopodobnie na pamięć zewnętrzną jakiś insider. Jeżeli dokumenty CIA mające czegokolwiek dowodzić opierają się na twierdzeniach, że wszechobecność rosyjskich agentów wpływu potwierdza samo istnienie telewizji RT, to jednoznacznie polityczna rola służb, mająca na celu urobienie opinii publicznej, jest tu rozbrajająco oczywista, choć jednocześnie całkiem skuteczna.
Nie ma lepszego dowodu braku dowodów niż prawie zupełny brak efektów pracy komisji Muellera, która jest oficjalnym organem prowadzącym postępowanie w sprawie Russiagate. Niedługo miną dwa lata, a nie nie poznaliśmy ani jednego uczestnika zdrady stanu. Paul Manafort, który w 2016 r. odpowiadał za kampanię Donalda Trumpa i który wcześniej był powiązany z rosyjskimi oligarchami, siedzi obecnie w areszcie, oskarżony o korupcję i przekręty podatkowe, nie o spisek mający na celu manipulację wyborczą. Jest to jedyny praktyczny rezultat działania słynnej komisji.
Ponieważ jednak Manafort pozostaje jedyną oficjalnie oficjalnie oskarżoną „szychą”, mającą „powiązania z Rosjanami”, media rozpaczliwie próbują coś z tej gliny ulepić i chętnie wykorzystują jego postać do pisania kolejnych rozdziałów swojej teorii spiskowej. Ale „paliwa” coraz bardziej brakuje…
Kompletną kompromitację zaliczył ostatnio „The Guardian”, który postanowił „udowodnić”, że Manafort w ramach „rosyjskiego spisku” spotykał się Julianem Assange’em, założycielem WikiLeaks i jedną z głównych postaci oskarżanych przez media o zmowę z Rosją przeciwko USA. Assange od 2010 r. ścigany jest przez CIA za ujawnienie tajnych dokumentów świadczących o zbrodniach USA w Afganistanie i Iraku. Od 2012 r. nie opuszcza ambasady Ekwadoru w Londynie, korzystając z azylu udzielonego mu tam przez lewicowy rząd Rafaela Correi.
27 listopada „Guardian” opublikował na swojej witrynie tekst autorstwa Luke’a Hardinga i Dana Collynsa, którzy twierdzili, że wiosną 2016 r. Manafort w tajemnicy odwiedzał Assange’a w londyńskiej ambasadzie i miało to związek z planami ujawnienia przez WikiLeaks materiału obciążającego Hillary Clinton. Wymowa artykułu była oczywista. Tym bardziej w kontekście faktu, że ten wiodący w UK „lewicowy” tytuł już kilkukrotnie obsmarowywał twórcę WL jako „agenta Putina”. Redakcja liczyła pewnie na to, że w obecnej atmosferze da radę opchnąć publiczności dowolną bzdurę łączącą Assange’a z Rosją. I tu się pomylili.

 

Kompromitacja

Harding i Collyns, powołując się na nieokreślone „źródła”, utrzymują w swojej publikacji, że Paul Manafort widział się z Julianem Assangem trzykrotnie: w 2013, 2015 i po raz ostatni w „okolicach marca 2016 r”., czyli w okresie, kiedy Manafort objął kierownictwo nad kampanią Trumpa. Publicyści „Guardiana” nie napisali wprost, że dwaj „spiskowcy” snuli plany przysłużenia się Rosji przez umyślną kompromitację Clinton, zasugerowali jednak, że zaszła zbieżność czasowa, która uprawdopodabnia taki scenariusz. Nie omieszkali przypomnieć, że WL od dawna podejrzewane jest o udział w rosyjskim zamachu na amerykańskie wybory i że nazwisko Assange’a pojawia się w tzw. Trump Dossier, autorstwa byłego brytyjskiego szpiega Christophera Steele’a, które stało się podstawą wielu sensacyjnych doniesień na temat Russiagate.
Harding i Collyns nie podali żadnych szczegółowych informacji dotyczących rzekomej wizyty Manaforta, z wyjątkiem tego, że trwała 40 minut. Twierdzą również, że widzieli listę gości odwiedzających Assange’a w jego azylu, udostępnioną im przez ekwadorską agencję wywiadowczą Senain. Odnotowali też, że oprócz Manaforta w spisie znajdowały się „znane osobistości” oraz – uwaga! – „Rosjanie”. Jakichkolwiek konkretów brak. Tekst jest nadzwyczaj ogólnikowy i spekulatywny, jednak redakcja najważniejszego brytyjskiego dziennika, kierowana najwidoczniej niezachwianą wiarą we własną markę, uznała, że będzie on hitem.
I był. Doniesienia Hardinga i Collynsa momentalnie rozniosły się po mediach społecznościowych, jednak wbrew oczekiwaniom autorów i redakcji, błyskawicznym rykoszetem uderzyły w nich samych. Tekst spotkał się taką falą krytyki podkreślającej bezpodstawność domysłów „Guardiana”, że nawet media tradycyjnie „pompujące” Russiagate podjęły temat bardzo nieśmiało i z dużą rezerwą. Wyjątkiem były CNN i MSNBC, które rewelacje Hardinga i Collynsa powtarzały entuzjastycznie.
WikiLeaks publikację wyśmiało, jako nierzetelną i amatorską. Ekipa outletu przeciekowego oświadczyła, że gotowi są założyć się o milion dolarów i „głowę naczelnej Guardiana”, że żadne spotkanie między Manafortem a ich „ojcem założycielem” nie miało miejsca. Niedługo potem WL oświadczyło, że rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na pozew cywilny przeciwko dziennikowi. Po stronie drużyny Assange’a opowiedzieli się nawet dziennikarze dający do tej pory wiarę wszelkim rewelacjom o spisku Trump-Putin-WL, a magazyn The Hill podsumował tę wymianę ciosów jednoznacznie: „WikiLeaks miażdży Guardiana”.
W wiarygodność Brytyjczyków powątpiewał Preet Bharara, którego Trump pozbawił stanowiska nowojorskiego prokuratora i który wcześniej wiernie kibicował komisji Muellera. Były brytyjski dyplomata, dzisiaj uznany aktywista na rzecz praw człowieka Craig Murray nie zostawił suchej nitki na rzeczonym „raporcie”, twierdząc wprost, że „Guardian” publikuje coraz bezczelniejsze kłamstwa podsuwane im przez wywiad. Przypuszcza również, że Harding i Collyns są kryci przez MI6, skoro nie pierwszy już raz wypuszczają bzdurę na temat Assange’a i nie ponoszą żadnych konsekwencji.
Eks-pracownik „Guardiana” Jonathan Cook uznał publikację za dziennikarski bubel, który mógł zostać „przyklepany” przez redakcję wyłącznie dzięki temu, że w „ciemno” przyjmują wszystko, czym nęcą ich służby. Najczęściej cytowaną krytykę przedstawił Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie innego słynnego sygnalisty Edwarda Snowdena („Jedynym powodem, by zakładać, że to prawda, bez żądania dowodów, jest fakt, że duża liczba ludzi chce, by to była prawda. I „Guardian” o tym wie”). News Sniffer, serwis monitorujący media, opublikował z kolei wykaz korekt, jakie w toku narastającej krytyki „Guardian” wprowadzał na bieżąco do problematycznego tekstu. Zmiany ewidentnie dążyły do osłabienia początkowego przekazu, a redakcja nie informowała o nich czytelników. Wszystko to wyglądało źle. Na tyle źle, że po kilku dniach „Washington Post”– dotychczas dumna awangarda pościgu za „agentami Putina” – przyznał, że twierdzenia brytyjskiego dziennika są nie do obrony.
Tekst Hardinga i Collynsa posiada w istocie tyle słabości, że bronić się nie ma czym. Po pierwsze: brak jakiejkolwiek próby sprecyzowania źródeł informacji. Powołanie się w jednym miejscu na Senain pozwala się domyślać, że są to źródła wywiadowcze. Jednak bezkrytyczne traktowanie otrzymanego przez nich materiału świadczy o niepoważnym traktowaniu zawodu dziennikarza. Jak przytomnie przypomniał Glenn Greenwald – w rządzie Ekwadoru toczy się ostry spór w sprawie stosunku do Assange’a. Azylu udzielił mu bezkompromisowy Rafael Correa, zaś Lenin Moreno, który przejął po nim ster kraju, znacznie bardziej ugodowy względem USA, nie jest wobec Australijczyka tak przychylny. Greenwald zauważa, że Senain od początku zaciekle zwalczał Assange’a. „Dowody” podsuwane przez tę agencję należało traktować z dużą dozą ostrożności, bo jasne było, że twórca WikiLeaks jest przedmiotem gry wywiadów. Służby realizują cele polityczne. Cóż, „The Guardian” najwidoczniej też.
New York Times doniósł poza tym ostatnio, że w maju 2017 r. Paul Manafort wybrał się do stolicy Ekwadoru Quito, gdzie proponował prezydentowi Moreno osobiste pośrednictwo w przekazaniu Assange’a Stanom Zjednoczonych. Czemu miałby zabiegać o sprowadzenie do swojego kraju (i jednocześnie postawienie przed sądem) człowieka, z którym miał rzekomo współpracować przy zdradzie stanu?
Po drugie, już w 2015 r. magazyn Wired ocenił, że Londyn jest najbardziej monitorowaną stolicą świata, utkaną kamerami do granic możliwości. Greenwald twierdzi, że wnętrze tamtejszej ambasady Ekwadoru znajduje się pod obserwacją absolutną, a potwierdza to ekwadorski dyplomata Fidel Narváez. Goście przechodzą bardzo rygorystyczną kontrolę i niemożliwe, żeby nie znaleźli się na zapisie z kamer. W tej sytuacji wydaje się więc skrajną nieodpowiedzialnością ze strony Hardinga – a zwłaszcza Collynsa, który jest korespondentem z Quito – żeby nie starać się sięgnąć po ewentualne nagrania, celem sprawdzenia wersji służb.
Co z oficjalnym spisem gości ambasady w 2016 r.? Manafort na niej nie figuruje i „Guardian” to przyznaje, ponieważ już wcześniej wszedł w jej posiadanie. Jeżeli człowiek Trumpa został z niej wykreślony, to w jakim celu? Żeby go kryć w ramach spisku? To niedorzeczne – wiosną 2016 r. ambasada reprezentowała rząd Correi, wroga twardej amerykańskiej prawicy, jaką uosabia Manafort.
Po trzecie wreszcie, napomknięcie niby to mimochodem, że na liście ludzi odwiedzających Assange’a znajdowali się tajemniczy „Rosjanie”, bez podania jakichkolwiek szczegółów, jest już chyba wyrazem autoironii, zagrywką, którą trudno nawet nazwać naiwną. W świetle antyrosyjskiej obsesji, jaką „Guardian” prezentuje co najmniej od 2014 r., w tym również ich wcześniejszych nieprawdziwych doniesień o rzekomej „przyjaźni” Assange’a z rządem Putina, nieokreśleni „Rosjanie” jawią się równie złowieszczo, co tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców z cudownej PRL-owskiej bajki „Porwanie Baltazara Gąbki”.
Okazało się jednak, że kompromitacja „Guardiana” to dla mainstreamu ciągle za mało. 28 listopada na portalu Politico ukazał się artykuł niejakiego Alexa Finleya, który cierpliwie tłumaczył opinii publicznej, że jeżeli publicyści „Guardiana” opublikowali nieprawdę, to tylko dlatego, że zostali wrobieni przez rosyjską agenturę. Tego już było zbyt wiele. O ile Greenwald swoje zarzuty pod adresem Hardinga i Collynsa ujął w kurtuazyjnej formie, to redakcję Politico na Twitterze uznał za idiotów, a ich tekst za fake news.
Niefalsyfikowalny charakter teorii odbiera jej wszelkie pozory racjonalności, zaś twierdzenie, że kiedy nie ma dowodów, to jest to dowód na istnienie spisku, zalicza się do podręcznikowych symptomów paranoi. A wszystko to w sytuacji, gdy Politico otwarcie napisało, że Finley to pseudonim byłego agenta CIA. Krótko mówiąc: amerykański szpieg tłumaczy czytelnikom, że wszystkiemu są z założenia winni szpiedzy Putina. To nie był prima aprilis. Opublikowali to na serio. Sprawa ma oczywiście wymiar całkiem poważny: Greenwald podlinkował artykuł Carla Bernsteina, laureata Pulitzera, napisany jeszcze w 1977 r. Jego tekst uzmysławia, że agenci podszywający się pod dziennikarzy zawsze byli sprawdzoną metodą urabiania opinii publicznej przez CIA.

 

Za każdym j…nym razem

Nie był to pierwszy raz, kiedy „Guardian” próbuje na siłę wmawiać czytelnikom konszachty Assange’a z Rosją. Pod koniec 2016 r. zaliczyli podobną wpadkę. Ben Jacobs napisał, że założyciel WL chwali Trumpa, a w wywiadzie udzielonym włoskiej La Repubblica promienieje miłością do Rosji. Miał rzekomo powiedzieć, że w Rosji nie trzeba WikiLeaks ani żadnych sygnalistów, bo wszystko jest w najlepszym porządku. Sęk w tym, że żadnej z tych rzeczy nie powiedział – dziennik wierutnie kłamał. Po zdemaskowaniu artykuł zniknął z witryny internetowej (czasowo).
Jeszcze we wrześniu tego roku Harding i Collyns wypuścili przez nikogo nie potwierdzoną „sensację”, że na początku 2017 r. istniał plan „przeszmuglowania” Assange’a do Rosji. Wspomniany już Fidel Narváez, którego dziennik oskarżył o udział w tym „spisku”, wytykał artykułowi bezpodstawność tych domniemywań, żądając jednocześnie publicznych przeprosin. Roztropnie przy tym zauważył, że wniosek o zapewnienie Australijczykowi ochrony dyplomatycznej ze strony UK po opuszczeniu ambasady Ekwadoru trudno uznać za dowód na próbę „przeszmuglowania” go w ramach kremlowskiego spisku.
Dodać do tego należy, że redaktorzy „Guardiana” brali udział w powielaniu w social mediach fake newsów o „rosyjskich botach”, a gdy ich fałszywość wyszła na jaw, szefowa działu politycznego Heather Stewart tłumaczyła się głupio, że”to nie była jej analiza, tylko rządu”.
Trudno wyjaśnić, dlaczego akurat teraz „poważne” media ośmieliły sie wątpić w doniesienia „Guardiana”, skoro wiele wcześniejszych było równie bezpodstawnych. Czy zbieżność czasowa z ogłoszeniem przez komisję Muellera, że Manafort dopuścił się przed nią krzywoprzysięstwa, została uznana za zbyt grubymi nićmi szytą? Czy media ogólnie poczuły, że temat Russiagate się wyczerpuje z powodu rozczarowującego braku dowodów i nie warto ciągnąć go w nieskończoność?
Uwagę na pewno zwracał fakt, że autorem lipnego artykułu był Luke Harding, autor książki pt. „Collusion” (Zmowa), bestsellera New York Timesa, w którym przedstawił swoją wizję spisku Trumpa z Rosją. Być może media oczekiwały po nim więcej profesjonalizmu. Że mu go brak, okazało się już wcześniej. W rozmowie wideo z Aaronem Maté z The Real News, gdy ten wytykał Hardingowi luki we wnioskowaniu zawartym w książce, autor plątał się bezradnie w odpowiedziach, aż w końcu się poddał i przerwał połączenie.

 

Championi neoliberalnego porządku

Pojawiły się w ostatnim czasie sygnały, że rząd Moreno rozważa możliwość wydania Assange’a Amerykanom. Toporna propaganda „Guardiana” mogła być zatem próbą skorzystania z sytuacji, by wywrzeć w tej sprawie nacisk na polityków. Zadufane w sobie medium zostało wyśmiane, jednak pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Z pomocą podobnych tekstów czołowe liberalne media świata zdołały faktycznie przekonać ludzi, że Zachód opanowali „Ruscy”. Do dziś brakuje wiarygodnych dowodów, ale spiętrzenie oskarżeń i spokojne lekceważenie kontrargumentów wystarczyło, by inżynieria umysłów zadziałała.
Tym bardziej warto nagłaśniać sprawy spektakularnych kompromitacji, podkopujących wiarygodność gigantów prasowych, które okazują się de facto tubami stronnictw politycznych. Skutek nie będzie natychmiastowy, ale kropla drąży skałę.
„Guardian” nie jest tym, czym był niegdyś i bardzo myli się polska lewica ślepo wierząc temu tytułowi. Gazeta bez skrupułów uczestniczy w nagonce na Jeremy’ego Corbyna, rozpętanej przez ekspozytury rządu Izraela. Ich narracja na temat Ameryki Łacińskiej, szczególnie Wenezueli, nie różni się od The Fox News. Publicyści o zapatrywaniach antyimperialistycznych zestarzeli się i odeszli, młodsi byli systematycznie „wycinani” przez redakcję. Dziennik w pełnej rozciągłości popiera dziś euroatlantycki imperializm, linię obozu Clinton i CIA, czyli „obronę demokracji” poprzez bombardowania i destabilizację odległych, uboższych krajów o słabych instytucjach.
Nie bez powodu Jonathan Cook, który przez lata pracował dla „Guardiana” określa dziś ten dziennik mianem „championów neoliberalnego porządku”. Nic dziwnego, że w sprawie Assange’a, człowieka niezwykle zasłużonego dla idei demokratycznych, twardo stoją po stronie zaprzysięgłych wrogów pokoju i równości.

Spisek w Bundeswehrze

Zachodni sąsiad Polski ma nie lada problem. Według dziennikarskiego śledztwa specjalna grupa żołnierzy służby czynnej Bundeswehry szykowała coś w rodzaju „komanda śmierci”.

 

Znany niemiecki tygodnik „Focus” powołując się na dostęp do materiałów śledztwa Bundeskriminalamt – Federalnej Policji Kryminalnej Niemiec twierdzi, że grupa czynnych i byłych żołnierzy niemieckich planowała skrytobójcze mordy na „niewygodnych politykach”. Grupa liczyła około 200 żołnierzy. Mieli przygotowane magazyny z amunicja i paliwem na „Dzień X”, w którym zgromadzonych na jednym miejscu polityków miano pozabijać. Dokładnego spisu nazwisk nie udało się dziennikarzom „Fokusa” dostać, ale wiadomo, że wśród nich jest Dietmar Bartsch, szef partii Die Linke, liderka partii Zielonych Claudia Roth i były prezydent Niemiec, pastor Joachim Gauck.

Śledztwo BKA, jak utrzymują dziennikarze niemieccy wykazało, że aktywny udział w tym spisku brała organizacja byłych współpracowników niemieckich służb specjalnych i policji Uniter. Jej kierownictwo stanowczo zaprzecza tym informacjom.

Dowodami na opisywany spisek mają być relacje z czatów uczestników i doniesienia operacyjne z rzeczywistych spotkań, na których omawiano szczegóły operacji. Na ślad spisku udało się wpaść policji przy okazji śledztwa przeciwko jednemu z niemieckich oficerów, podpułkownika kontrwywiadu, który został zatrzymany podczas przygotowywania aktów terrorystycznych.
Niemieccy politycy żądają, by śledztwo znalazło się pod kontrola niemieckiego parlamentu i obiecują wyjaśnić sprawę do końca.