Jedenastka Lewicy

Zamiast gadać o bzdurach i cieszyć się, że paru ludzi z Lewicy ma sejmowe posadki, może warto pomyśleć, co zrobić żeby za 3 lata nie być trzecią, czy czwartą siłą w polskim parlamencie, ale wygrać.

Żeby jednak tego dokonać trzeba mieć kilka punktów, które nieustannie trzeba wymuszać na władzy i gadać o nich w każdej telewizji. To taki sam sposób w jaki wygrało PiS. Najpierw powtarzało kilka postulatów, a potem dodało do tego 500 plus. W wyborach rok temu już niczego wymyślać nie musiało. Ponieważ warto się ponoć uczyć nawet od diabła, to spróbujmy na Konwencji zamiast bić pianę nad bzdurami i lać łzy nad Polską dotkniętą nieszczęściem rządów PiS, podyskutować o takich kilku sprawach, które za 35 miesięcy przysporzą Lewicy milionów głosów.

1 Emerytura obywatelska. 500 zł na rękę dla każdego obywatela Polski w wieku emerytalnym – jako wyrównanie niesprawiedliwej reformy emerytalnej Buzka. Jako wyrównanie ludziom,którzy nie mogli mieć składek emerytalnych, bo musieli pracować na śmieciówkach lub na czarno.

2. Miejsca dla wszystkich potrzebujących w domach spokojnej starości, w zryczałtowanej cenie połowy, otrzymywanych przez te osoby emerytur.

3. ZUS dla osób prowadzących działalność gospodarczą taki jak dla osób zarabiających najniższą krajową. Bo potem za odprowadzona przez nich składkę i tak dostają najniższą emeryturę.

4. Budowanie 30 tysięcy mieszkań rocznie na wynajem za 66 proc. ceny w danym mieście. Do zrobienia, ale z wykluczeniem podnoszących koszty beneficjentów takich akcji, czyli banków i samorządów z ich TBS-ami.

5. Likwidacja WOT i przekazanie miliardów złotych dla prawdziwego wojska. Oczywiście wraz z takim jego przeorganizowaniem, aby w przypadku klęsk żywiołowych pomagało błyskawicznie.

6. Ziemia chłopom! Czyli skończenie, z łapówkami, dla urzędników za to, żeby łaskawie zgodzili się gdy właściciel pola chce je komuś sprzedać. Własność bowiem to własność.

7. Koniec z nielegalnym finansowaniem przez obywateli widzimisię władzy! Zakaz istnienia fundacji spółek skarbu państwa, które wydaja miliony dla krewnych i znajomych. No i oczywiście zakaz wydawania pieniędzy na reklamę dla państwowych firm zbrojeniowych oraz tych które mają pozycję monopolistyczną.

8. Likwidacja Funduszu Kościelnego i ustawowy zakaz finansowania z pieniędzy publicznych etatów dla katechetów. Odebranie klerowi przychodów z tzw Łączek pamięci na cmentarzach przez ustawowe przyzwolenie do rozsypywania skremowanych prochów, gdzie się komu podoba.

9. Praca w niedziele dla wszystkich dobrowolna, ale z płacą w wysokości 250 proc. „zwykłej dniówki”.

10. Finansowane przez państwo zabiegi in vitro, pigułka „dzień po” bez recepty, recepty na środki antykoncepcyjne dla osób uczących się, dofinansowywane w 70 proc.

11. Bezpłatne kursy na prawo jazdy dla każdego ucznia szkoły średniej w ramach programu nauczania. Oczywiście wraz z egzaminem. Skończy się kupowanie prawka i podniesie się bezpieczeństwo na drogach i chodnikach po których jeżdżą rowerami ludzie nie mający pojęcia o zasadach ruchu – bo przecież nie muszą.

Spółki skarbu państwa – sponsorzy propagandy rządowej

PiS-owska polityka w spółkach skarbu państwa jest bezczelna i bezwstydna. Partia rządząca zatrudnia na stanowiskach kierowniczych swoich nominatów, krewnych, znajomych, traktuje największe firmy jako swoje prywatne folwarki.

Rotacja kadr jest duża i często nawet zarządy przedsiębiorstw nie ukrywają, że w doborze pracowników na najwyższe stanowiska liczy się lojalność wobec partii. Prezesi spółek nadzorowanych przez państwo często też faworyzują posłuszne władzy związki zawodowe i brutalnie atakują nieposłusznych związkowców. Tę sztukę do perfekcji doprowadził chociażby prezes Państwowych Portów Lotniczych, Mariusz Szpikowski. Niedawno stało się też głośno o zażyłości zarządu i części organizacji związkowych w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, gdzie przynależność do Solidarności przydaje się na drodze awansu zawodowego.

Okazuje się jednak, że spółki skarbu państwa nie tylko są miejscem spłacania politycznych długów i obdarowywania przyjaciół partii rządzącej dobrze płatnymi stanowiskami. Największe firmy są też wykorzystywane do finansowania rządowej propagandy. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę, reklamy spółek skarbu państwa pojawiają się przede wszystkim w prawicowych pismach posłusznych władzy. Nie ma tu znaczenia zasięg czy opiniotwórczość PiS-owskich mediów – prezesi państwowych spółek muszą je finansować, bo najwyraźniej jest to jeden z warunków sprawowania przez nich funkcji.

Bezczelność PiS-owskiej władzy przekracza jednak kolejne granice. Największe firmy z udziałem skarbu państwa nie tylko bowiem wykupują reklamy w mediach zaprzyjaźnionych z rządem, ale też finansują otwarcie pro-PiS-owskie imprezy. Kilka dni temu odbyła się gala „Gazety Polskiej”, na której tytuł Człowieka Roku po raz czwarty dostał Jarosław Kaczyński. Sama w sobie gala była dość groteskowa, bo trudno poważnie traktować medium, którego działalność sprowadza się do bezmyślnej adoracji rządu. Znacznie mniej zabawne, a wręcz bulwersujące było to, że hucznie zorganizowaną galę sponsorowały firmy nadzorowane przez państwo. Podczas uroczystej gali „Gazety Polskiej” prowadzący imprezę Jan Pospieszalski i Sylwia Krasnodębska z dumą odczytywali biznesowych partnerów. Agencja Rozwoju Przemysłu SA, Bank Pekao SA, Energa, Polska Grupa Górnicza czy Przedsiębiorstwo Państwowe Porty Lotnicze – to niektórzy z nich.

Z jakiej racji strategiczne firmy nadzorowane przez państwo mają finansować marną propagandę rządową? Co ma wspólnego działanie Energi z promowaniem marnej gazety o niskiej sprzedaży? Dlaczego Polska Grupa Górnicza, która twierdzi, że nie ma pieniędzy na podwyżki dla pracowników, dofinansowuje huczną galę na cześć Jarosława Kaczyńskiego? Z jakich powodów prezes PPL, Mariusz Szpikowski obejmuje patronatem wygłupy Tomasza Sakiewicza? Nie ma żadnego uzasadnienia dla tego typu działań. Najwyraźniej prezesi strategicznych firm spłacają polityczne długi i chcą utrzymać się w łaskach swoich politycznych guru. Tego typu działania pokazują fatalną jakość nadzoru nad firmami z udziałem skarbu państwa i odgórne przyzwolenie na marnotrawienie ich środków. Ale trudno się temu dziwić. Wszak najwyżej cenioną cnotą PiS-owskich prezesów jest posłuszeństwo wobec aparatu partyjnego. Dostali najwyższe stanowiska właśnie po to, aby hojnie obdarowywać władzę i zaprzyjaźnione z nią media.

Jacek Sasin, minister bezradny

Jedną z przyczyn utrzymującego się poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości jest sprawczość partii rządzącej. Nawet jeżeli PiS popełnia błędy, to części elektoratu podoba się, że władza bierze odpowiedzialność za funkcjonowanie kluczowych wymiarów życia społecznego.

Okazuje się jednak, że gdy chodzi o przestrzeganie praw pracowniczych, mamy do czynienia z całkowitą bezradnością najwyższych urzędników partii rządzącej. Gdy kilka tygodni temu napisałem do ministra infrastruktury, Andrzeja Adamczyka o patologiach w Państwowych Portach Lotniczych, otrzymałem odpowiedź, że „PPL jest samodzielną i samofinansującą się jednostką organizacyjną”. Minister z rozbrajającą szczerością oznajmił, że nie jest władny, aby interweniować odnośnie nadużywania uprawnień przez prezesa firmy Mariusza Szpikowskiego, wykorzystywania przez niego CBA dla własnych korzyści czy masowych zwolnień wysokiej klasy specjalistów. Nie było to dla mnie zaskoczenie, gdyż Adamczyk nie jest politykiem o silnej pozycji. W partii rządzącej uchodzi raczej za osobę wykonującą polecenia zwierzchników. Trudno więc było się spodziewać, aby podjął stanowcze kroki wobec szefa dużej firmy państwowej, który objął stanowisko z nadania partyjnego.

Jako związkowcy mieliśmy jednak nadzieję, że sytuacja się zmieni, gdy tekę Ministra Aktywów Państwowych obejmie Jacek Sasin. Sasin to PiS-owska pierwsza liga, człowiek od zadań specjalnych, zaufany Jarosława Kaczyńskiego. Trudno go lubić, ale wydawało się, że to człowiek, który będzie umiał podejmować stanowcze decyzje. Dlatego Związkowa Alternatywa zwróciła się do niego z wnioskiem o interwencję w sprawie zwolnienia dyscyplinarnego lidera Wolnego Związków Pracowników Poczty Piotra Moniuszki, którego sprawę opisywaliśmy m.in. na łamach „Dziennika Trybuna”. Pisaliśmy: „Liczymy też na Pana pilną interwencję w Poczcie Polskiej, której prezes, Przemysław Sypniewski zwolnił dyscyplinarne lidera związkowego, a zarazem ojca samotnie wychowującego dziecko, Piotra Moniuszkę, za wyrażone przez niego podejrzenie, że firma może ogłosić upadłość. Zapewne Pan wie, że kilka tygodni temu swój niepokój o kondycję Poczty wyraziło Centrum Analiz Strategicznych. CAS przyznało, że firmie grozi utrata płynności, a tymczasem Moniuszko wciąż nie został przywrócony do pracy”. Nie tylko więc chodziło o zwolnienie dyscyplinarne związkowca, ale też o to, że powodem zwolnienia była wygłoszona przez niego opinia pokrywająca się ze stanowiskiem instytucji… rządowej.

Na naszą skargę odnośnie bezzasadnego zwolnienia dyscyplinarnego związkowca otrzymaliśmy odpowiedź: „Ingerencja w relacje Zarządu Poczty Polskiej S.A. z pracownikami Spółki, w tym rozstrzyganie sporów pracowniczych, wykracza poza uprawnienia Ministra Aktywów Państwowych”. Okazało się, że potężny, bliski premierowi i prezesowi minister powołany do sprawowania nadzoru nad spółkami skarbu państwa bezradnie rozkłada ręce, gdy dowiaduje się o patologiach w konkretnej spółce skarbu państwa! Nie odnosi się nawet do diagnozy, którą wyraziło rządowe Centrum Analiz Strategicznych! Na dodatek minister, tradycyjnie już, odesłał nas do pogardzanych przez partię rządzącą sądów. „W sprawach spornych dotyczących stosunków pracowniczych należy zwrócić się do Państwowej Inspekcji Pracy lub właściwego sądu pracy” – czytamy w odpowiedzi ministerstwa. Okazuje się więc, że rząd jest sprawczy tylko wtedy, gdy w grę wchodzi zawłaszczanie kluczowych instytucji wymiaru sprawiedliwości. Gdy trzeba pomóc pracownikowi albo zmierzyć się z niewygodnymi faktami odnośnie spółek skarbu państwa, okazuje się, że państwo pozostaje całkowicie bezradne.

Państwo z kartonu

Polskie państwo za rządów Prawa i Sprawiedliwości na wielu ważnych obszarach istnieje tylko w teorii. Najlepszym dowodem słabości władzy publicznej są patologie w firmach właśnie przez państwo nadzorowanych.

Władza lekceważy je, bezradnie rozkłada ręce, gdy o nich słyszy, a niekiedy też je firmuje i umacnia. Od wielu miesięcy wychodzi na jaw coraz więcej bulwersujących nieprawidłowości w funkcjonowaniu Państwowych Portów Lotniczych. Informowały o nich tamtejsze związki zawodowe, informowały media, informowali przedstawiciele władz PPL-u, którzy zostali wyrzuceni z firmy przez prezesa, Mariusza Szpikowskiego.

Patologia goni patologię

Szpikowski zwolnił dyscyplinarnie około 50 osób, w tym wysokiej klasy specjalistów, i bez zgody związków zawodowych wręczył wypowiedzenia zmieniające ponad 90 proc. załogi, narażając Lotnisko im. Fryderyka Chopina na paraliż. Przede wszystkim jednak Szpikowski ukrywał patologie w firmie, które go obciążały.

Po badaniu Urzędu Lotnictwa Cywilnego, które wskazywało na nieprawidłowości stopnia pierwszego (ich stwierdzenie uruchamiało procedurę zamykania lotniska), Szpikowski zabrał obciążający go raport ULC z biura ówczesnego Kierownika Odpowiedzialnego, Andrzeja Ilkowa – odebranie materiału było wynikiem włamania do biura. Drugi egzemplarz raportu został odebrany Urzędowi Lotnictwa Cywilnego w wyniku włamania Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Zabrano wtedy wszystkie papiery obciążające Szpikowskiego, jak też laptopy pracowników. To bulwersujący przykład przekraczania uprawnień przez CBA i wykorzystywania służb przez prezesa spółki skarbu państwa.
W tej sprawie jako przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa napisałem pismo do premiera, Mateusza Morawieckiego. Odpowiedź jest bardzo pouczająca i reprezentatywna dla PiS-owskiego państwa. Okazuje się, że rząd nie chce brać odpowiedzialności za jakiekolwiek nieprawidłowości w firmie państwowej, a ministrowie nie czują się władni, by cokolwiek zrobić.

Ministerstwo nic nie może

W reakcji na list, w którym przedstawiłem długą listę zarzutów wobec prezesa Państwowych Portów Lotniczych, premier przekazał list do Ministra Infrastruktury, Andrzeja Adamczyka. W swojej obszernej odpowiedzi ministerstwo nie zaprzeczyło istnieniu patologii, tylko wskazało, że nie jest instancją władną do ich zwalczania.
Odpowiadając na zarzut, że Mariusz Szpikowski wręczył wypowiedzenia zmieniające 90 proc. pracowników, narażając Lotnisko im. Fryderyka Chopina na paraliż, ministerstwo pisze: „PPL jest samodzielną i samofinansującą się jednostką organizacyjną prowadzącą działalność w zakresie i na zasadach określonych w ustawie i statucie”. Innymi słowy nawet, gdyby prezes firmy swoimi działaniami doprowadził ją do upadku, ministerstwo by nie ingerowało. „Samodzielność” Portów Lotniczych jest dodatkowo interesująca, biorąc pod uwagę fakt, że PPL nie jest nawet spółką skarbu państwa, tylko jednym z nielicznych przedsiębiorstw w 100 proc. należących do państwa.

Porzuceni pracownicy

W kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość obiecywało nową jakość w dialogu społecznym. Pracownicy PPL od wielu miesięcy skarżą się, że dialog w firmie kuleje. Co na to ministerstwo? Konstatuje, że rozmowy prezesa firmy ze związkami zawodowymi „nie doprowadziły do zawarcia porozumienia dotyczącego zasad postępowania w sprawach dotyczących pracowników objętych zamiarem grupowego zwolnienia”. Sam „zamiar grupowego zwolnienia” nie wzbudził jakiejkolwiek reakcji rządu.
Jeszcze bardziej obojętne jest ministerstwo wobec patologii dotyczących stosunków pracy w PPL. Na zarzuty o łamanie praw pracowniczych, masowe zwolnienia, dyskryminację niewygodnych związków zawodowych ministerstwo odpisało: „W świetle obowiązujących przepisów prawa sprawy prawno-pracownicze, w tym kwestie stosunków pracowniczych oraz rozstrzyganie sporów, należą do właściwości sądów pracy oraz Państwowej Inspekcji Pracy”. Całkowita dezercja państwa! Gdy prezes firmy masowo zwalnia ludzi i zastrasza związkowców, minister twierdzi, że tego typu patologiami powinny zajmować się sądy i inspektorzy pracy. Rząd z boku się przygląda i nie widzi potrzeby, aby interweniować, gdy jego nominat łamie prawa pracownicze.

CBA może wszystko?

Najbardziej zdumiewająca jest jednak odpowiedź ministra na zarzuty o wykorzystywanie służb specjalnych przez Mariusza Szpikowskiego. Jak rząd odnosi się do doniesień, że CBA włamało się do Urzędu Lotnictwa Cywilnego, aby wynieść papiery obciążające prezesa? „Wobec zarzutów sformułowanych w przedmiocie Centralnego Biura Antykorupcyjnego podkreślenia wymaga, że zakres i metody pracy służby pozostają poza właściwością ministra właściwego do spraw transportu” – czytamy w piśmie przesłanym przez Ministerstwo Infrastruktury. Innymi słowy rząd nie komentuje zarzutów o ukrywanie patologii obciążających prezesa i wykorzystywanie przez niego służb, tylko uznaje, że to nie jego sprawa!

Podsumowując, premier lekceważy doniesienia o gigantycznych patologiach w firmie państwowej i ceduje na ministra obowiązek zajęcia się nimi, zaś minister bezradnie rozkłada ręce. Przestrzeganie praw pracowniczych w firmie jest poza jego kompetencjami, organizacja pracy w firmie poza jego kompetencjami, interwencje CBA w celu ukrycia nieprawidłowości w firmie – też. Oto PiS-owskie państwo z kartonu.

PiS-owskie spółki wstydu

Jeżeli komuś ciągle się wydaje, że Prawo i Sprawiedliwość jest partią propracowniczą, niech spojrzy na to, co partia rządząca wyczynia w spółkach skarbu państwa. Mobbing, dyskryminacja, walka z nieposłusznymi wobec władzy związkami zawodowymi, arbitralne dodatki dla przyjaciół prezesów, traktowanie firm jako folwarków
PiS-owskich nominatów. Przykłady można mnożyć.

W Polskich Liniach Lotniczych LOT – zwolnienie dyscyplinarne 67 osób, zastraszanie pozwami sądowymi związków zawodowych, umowy śmieciowe, dyskryminacja niewygodnych związków. W Państwowych Portach Lotniczych również masowe zwolnienia dyscyplinarne, autorytarne narzucanie antypracowniczych rozwiązań i brak jakiegokolwiek dialogu, a do tego wykorzystywanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego dla osobistych interesów prezesa firmy (była o tym niedawno mowa w „Superwizjerze”). W Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej – olbrzymie nierówności płacowe i zwalnianie pracowników, którzy zwrócili się o pomoc do komisji antymobbingowej. Na Poczcie Polskiej – gigantyczne rozpiętości płacowe między pracownikami na tych samych stanowiskach, niskie wynagrodzenia, a ostatnio zwolnienie dyscyplinarne lidera związku zawodowego, który odważnie działał na rzecz praw pracowniczych.
Do tego w większości firm nadzorowanych przez państwo gigantyczna rotacja kadr, zwolnienie setek członków załóg i całej dotychczasowej kadry zarządzającej i zatrudnienie na jej miejsce PiS-owskich nominatów, ich rodzin, znajomych, współpracowników. Wbrew deklaracjom prezesa Kaczyńskiego, w wielu spółkach skarbu państwa znacznie podniesiono zarobki kadrze zarządzającej. Zamiast skromności i kompetencji mamy potężne i bogate dwory ludzi oddanych partii. Nie ma żadnych kryteriów merytorycznych , żadnych zasad odpowiedzialnego biznesu, żadnych procedur ograniczających samowolę zarządów państwowych firm i spółek skarbu państwa. Na dodatek na wszelkie skargi dotyczące patologii w stosunkach pracy w przedsiębiorstwach nadzorowanych przez państwo, ministrowie odpowiadają, że to nie ich kompetencje i nie ich zadanie. Innymi słowy zarządzanie strategicznymi polskimi firmami polega na instalowaniu przez partię rządzącą ludzi jej oddanych, a następnie unikaniu odpowiedzialności za jakiekolwiek patologie.
Premier Mateusz Morawiecki bardzo często wyraża dumę z największych polskich firm, wskazując, że są naszym narodowym skarbem, z którego powinniśmy być dumni. Być może ma rację, ale w takim razie na partii rządzącej spoczywa odpowiedzialność za zdezawuowanie i pozbawienie blasku narodowego skarbu.

Walka z kominami

Żadna władza w Polsce nie zrezygnowała i nie zrezygnuje z zaprzęgania szefów spółek z udziałem Skarbu Państwa do realizowania różnych, niekoniecznie gospodarczych zadań, na których zależy rządzącym.

Rząd przyjął projekt ustawy, zmieniający zasady wynagradzania członków zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa, a także jednostek samorządu terytorialnego oraz innych państwowych i komunalnych osób prawnych.

Wobec wszystkich tych osób nie będą stosowane przepisy dotychczasowej „ustawy kominowej”.

Przejrzystość tylko pozorna

Rada Ministrów chwali się, że „nowe rozwiązania zapewnią przejrzyste, jednolite i sprawiedliwe zasady wynagradzania członków zarządów i rad nadzorczych we wszystkich spółkach oraz przyczynią się do profesjonalizacji kadr menedżerskich”. Chodzi tu przede wszystkim o zmiany sposobu ustalania wysokości zarobków kadry zarządzającej.

Wspomniana przejrzystość ma zostać zapewniona w ten sposób, że zasady kształtowania wynagrodzeń członków zarządów będą określane w uchwale walnego zgromadzenia danej spółki i będą jawne (aczkolwiek jest to zmiana o tyle pozorna, że jawność zasad kształtowania wynagrodzeń nie oznacza oczywiście jawności samych wynagrodzeń).

Zarobki kadry zarządzającej zależeć będą od wielkości spółki i skali prowadzonej działalności, a tym samym ponoszonej odpowiedzialności. Nie jest to jednak żadna nowość, bo w wielkich spółkach płace kierownictwa zawsze są wyższe niż w mniejszych.

„Przewidziano motywacyjny charakter wynagradzania, zakładający premiowanie menedżerów aktywnych, skutecznie budujących wartość spółki” – stwierdza Rada Ministrów. To także jest oczywista oczywistość, bo i dziś szefowie aktywni, podwyższający wartość firm otrzymują z reguły wyższe premie.

Część stała i zmienna

Nowością jest natomiast przyjęcie przez projekt generalnej zasady, że wynagrodzenie całkowite członka zarządu będzie składało się z określonej części stałej, stanowiącej miesięczną płacę podstawową, oraz z części zmiennej, stanowiącej wynagrodzenie uzupełniające za rok obrotowy spółki.

Część stała miesięcznej pensji członka zarządu będzie zależeć od wartości aktywów firmy, osiąganych przez nią przychodów i wielkości zatrudnienia.

Część zmienna – od poziomu realizacji tak zwanych celów zarządczych. Mogą to być np. osiągnięcie odpowiedniej wielkości produkcji albo sprzedaży; zmniejszenie strat, obniżenie kosztów prowadzonej działalności; stopień spełniania przez spółkę misji lub zadań publicznych; dobra realizacja planu restrukturyzacji czy inwestycji, ze szczególnym uwzględnieniem skali działania, stopy zwrotu, poziomu innowacyjności, przestrzegania terminów.

Wynagrodzenie uzupełniające, mogące stanowić od 50 do 100 proc części stałej, ma przysługiwać dopiero po zatwierdzeniu sprawozdania zarządu z działalności spółki oraz sprawozdania finansowego za ubiegły rok obrotowy oraz udzieleniu absolutorium przez walne zgromadzenie.

Zapora dla oszustów

Projekt zakłada, że wysokość odprawy dla członków zarządu nie będzie mogła być wyższa niż trzykrotność części stałej wynagrodzenia, i to pod warunkiem pełnienia przez członka zarządu funkcji przez okres co najmniej dwunastu miesięcy. To ważne ograniczenie mogące zapobiec powszechnemu dziś wyprowadzaniu pieniędzy ze spółek przez członków zarządu pod postacią gigantycznych odpraw.

Innym sposobem drenowania spółek są ogromne pieniądze pobierane z tytułu odszkodowania za zakaz konkurencji. To jest już w Polsce ewidentna, wieloletnia lipa prawna, służąca jedynie nieuzasadnionemu napychaniu kieszeni menadżerów. Projekt zamierza ograniczyć ten proceder, wprowadzając przepis, iż zakaz konkurencji może być ustanowiony jedynie na okres maksymalnie sześciu miesięcy, pod warunkiem, że członek zarządu pełnił swoją funkcję przez co najmniej trzy miesiące. Nie będzie możliwe zawarcie umowy o zakazie konkurencji już po rozwiązaniu lub wypowiedzeniu umowy o pełnienie funkcji członka zarządu (co dziś się jeszcze zdarza).

Zakaz konkurencji ma być realny, a jeśli zostanie naruszony, to członek zarządu będzie musiał zapłacić karę umowną spółce z którą się pożegnał (nie mniejszą niż pełne odszkodowanie przysługujące za cały okres zakazu konkurencji).

Powinny skończyć się też dotychczasowe kokosy likwidatorów spółek. Ich wynagrodzenie będzie bowiem wynosić połowę zasadniczego wynagrodzenia członka zarządu. Dopiero jeśli zakończa likwidacja zgodnie z harmonogramem, przysługiwać im będzie premia.

Projekt ustawy wprowadza również mechanizm, który wiąże wynagrodzenie członków rad nadzorczych z wielkością spółki i skalą prowadzonej działalności. Ich zarobki mają „uwzględniać realny nakład pracy” – czyli zależeć będą od pełnienia określonych funkcji w radzie nadzorczej oraz uczestnictwa w jej komitetach.

Fikcja ustawy kominowej

Wszystkie te przepisy brzmią dosyć racjonalnie. Rzeczywiście, powinny one ograniczyć, rosnące dziś w najlepsze, kominy płacowe, których nie obcięła „ustawa kominowa”.

Jej fikcja polega na tym, że z jednej strony wyznaczała ona maksymalną wysokość wynagrodzeń prezesów spółek państwowych i samorządowych, a z drugiej, dopuszczała nieograniczone dorabianie w radach nadzorczych spółek zależnych oraz pozwalała na zawieranie kontraktów menedżerskich, do których nie stosowano limitów wynagradzania. W rezultacie brak było jakiejkolwiek kontroli nad składnikami wynagrodzenia członków zarządów i jego wysokością.

Istotną wadą „ustawy kominowej” jest też brak skutecznego powiązania zarobków kadry menedżerskiej z wynikami spółki. Projekt nowej ustawy to zmienia.

Business Centre Club, organizacja skupiająca przede wszystkim kadrę zarządzającą spółek, a więc osoby zainteresowane nowymi przepisami o kształtowaniu wynagrodzeń, przygotowała opinię na temat projektu ustawy o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami.

Opinia wskazuje, że projekt likwiduje problemy związane z osławioną „ustawą kominową”, która działa nieefektywnie i zachęca do omijania prawa. Według BCC atutem projektu jest przede wszystkim zaniechanie fikcji niskiego, regulowanego wynagrodzenia zarządów firm państwowych i samorządowych, polegającej na powierzaniu im dodatkowo dobrze płatnych stanowisk w spółkach podległych lub zatrudnianiu na kontraktach menadżerskich. „Bardzo dobrym, pobudzającym menadżerów do aktywności biznesowej jest również rozwiązanie polegające na obligatoryjnym podziale ich wynagrodzenia na część stałą i część zmienną, stanowiącą od 50 aż do 100 proc płacy stałej” – stwierdza BCC.

Kłopoty z misją

Jest jednak jeden zapis budzący sprzeciw BCC. Chodzi o to, że wśród czynników uzależniających wypłatę części zmiennej wynagrodzenia znalazł się stopień spełniania przez spółkę misji publicznej lub zadań publicznych.

Zdaniem BCC, jest to „całkowicie nieekonomiczna i niemierzalna przesłanka określania wysokości wynagrodzenia, umożliwiająca skierowanie wysiłków zarządów firm na realizację celów, które nie zawsze zgodne są z dobrem samej spółki, a służą celom politycznym”. Może to być również uczestniczenie w przedsięwzięciach nie dających stosownego zwrotu kapitału nawet w długim okresie, lub finansowanie różnych pomysłów rządu zupełnie nie związanych z działalnością spółek.

Wydaje się, że ta ocena BCC trafia w sedno problemu, bo rzeczywiście, zapis o misji i celach publicznych będzie najprawdopodobniej służył takim właśnie celom.

Ale po pierwsze, także i w przeszłości wielkie firmy z udziałem Skarbu Państwa ewidentnie spełniały rozmaite, nieopłacalne gospodarczo, cele polityczne ekip rządzących. Po drugie zaś – trudno sobie wyobrazić, by Prawo i Sprawiedliwość zechciało zrezygnować z uzależniania zarobków kierowników spółek państwowych od wypełniania przez nich misji i zadań publicznych, wyznaczonych im przez władzę.