Wyjść z cienia

Tygodnik „Białogardzianin” (Białogard, Karlino, Tychowo)… Cóż my tu mamy? – „Święto latawca”, „Usługi dźwigowo-podnośnikowe”, „Modernizacja ścieżki poetów”…

 

To pierwsza strona. W środku: „Białogardzki budżet obywatelski. Realizacja”, spotkanie w Klubie Dyskusyjnym czytelni im. Aleksandra Kwaśniewskiego, zapowiedź retransmisji koncertu Andre Rieu… „Oferty pracy” – bite dwie kolumny… Ach – i jeszcze, na pierwszej stronie, krótki anons: „Konwencja inauguracyjno-wyborcza KKW SLD Lewica Razem. Centrum Kultury i Spotkań Europejskich. Gościem będzie prof. Bogusław Liberadzki. Zapraszamy mieszkańców”… Gdy kilka dni wcześniej do Białogardu zjeżdżał szef rządu, pan Mateusz Morawiecki, prawie do ostatniej chwili nikt o tym nie wiedział. Nawet w Urzędzie Miasta, choć przecież wydawałoby się, że grzeczność każe zawiadomić gospodarzy o takiej wizycie. Tymczasem burmistrz i wiceburmistrz byli zaskoczeni, jak wszyscy. Dowiedzieli się owszem, ale w ostatniej chwili i z fejsbuka jednego z pisowskich działaczy.
Premiera zawieziono na budowę komisariatu, a potem boczkiem, boczkiem, omijając całe miasto, do Centrum Kultury i Spotkań Europejskich, zwanego potocznie Domem Kultury. Białogardu właściwie więc nie widział. Ale, jak to on – nie miał żadnych oporów, żeby klepać, co mu ślina na język przyniesie: że właściwie dopiero teraz, od budowy nowego komisariatu, który PiS darowuje miastu ze szczerego serca, zacznie ono szczęśliwe życie. Do tej pory, nic tu nie było – brud, smród i ubóstwo.
– Potraktował nas, jakby na pustynię przyjechał…
Ale to niesprawiedliwa ocena pana premiera. Moim zdaniem nadto emocjonalna. Wyrywna. Panu premierowi tylko się trochę pomyliło, nie specjalnie przecież. Mówiło się kiedyś: czym się różniły zabory? Ano tym, że w rosyjskim rozbudowę miasta rozpoczynano od budowy więzienia, w pruskim od sądu, a w austriackim od urzędu. No i w panu premierze na chwileczkę górę wzięła rosyjska mentalność… Nie ma się czemu dziwić – pan premier sam wzrastał przecież w cieniu Legnicy, na owe czasy „Fortu Breżniewa” bez mała… Ludzie jednak, jak to ludzie – oburzeni są, że aż ich trzęsie.
– Co innego, gdy się go ogląda i słucha w telewizorze, gdy mówi o kimś innym. A co innego, gdy nam kłamie prosto w twarz. On myśli, że tu same prymitywy jakieś mieszkają.
– No, ale w telewizji mówili, że spotkał się z mieszkańcami, wtrącam nieśmiało… – To mogli mieszkańcy mu powiedzieć, jak tu jest…
– Z jakimi mieszkańcami?! Może połowa pierwszego rzędu, to byli ludzie stąd, kandydaci PiS w wyborach samorządowych, a i tak stłamszeni, bo przecież na półtorej godziny przed wejściem premiera ich zgonili. Ustawiali na scenie, jak dekorację. Oglądali ich, przestawiali, w końcu kazali zejść wszystkim starszym twarzom. Młode tylko zostawili. Starsze – gdzieniegdzie, dla proporcji. A na widowni, poza ta połową pierwszego rzędu, sami dworzanie. Urzędnicy partyjni, prezesi spółek skarbu państwa, no i kandydaci zwiezieni z okolic. To, kto mu miał co powiedzieć?…
Faktycznie, trauma po wizycie premiera snuła się po Białogardzie przez kilka dni. Miastem rządzi burmistrz bezpartyjny, który swoją przygodę z prawicą już przeżył. Wiceburmistrz jest kobietą. Z SLD. Rządzą dwie kadencje, startują do kolejnej. W tym czasie bezrobocie spadło z 42-43 proc. do 7. Jakie ono jest jednak naprawdę – tak do końca nie wiadomo. W tygodniku „Białogardzianin” ogłoszenia o pracy nie mieszczą się na jednej kolumnie.
Bogactwo miasta mierzone budżetem wzrosło w tym czasie z 60 do 100 mln. zł. Wartość majątku miejskiego wzrosła o 70 mln. Nie ma problemów z miejscem w przedszkolu dla dziecka, z miejscem w żłobku, młode mamy dostają miejskie „becikowe”, młodzi ludzie z 80 proc. upustem mogą kupić działkę pod warunkiem, że w ciągu 4 lat się wybudują i zamieszkają na własnym. Powstaje dzięki temu kilkadziesiąt domków jednorodzinnych.
Inwestycje infrastrukturalne pochłonęły dziesiątki milionów złotych. To nie tylko odnowione ulice, nowe latarnie, parki, „orliki” (z samych tylko źródeł unijnych wydano na to 29 mln. złotych), ale także na przykład miejskie autobusy wymienione na ekologiczne, czy prawie 300 nowych komputerów dla szkół. Prywatna spółka energetyczna, z którą miasto współpracuje, stworzyła klaster energetyczny. Miasto czerpie więc ciepło z gazu ziemnego, fotowoltaiki, z prądu i pomp ciepła. Bez dymu, bez smrodu… Ponadto dziesiątki inicjatyw i pomysłów dla młodzieży, klub dyskusyjny w bibliotece im. Aleksandra Kwaśniewskiego, Centrum Kultury i Spotkań Europejskich… Gdzie nie spojrzeć zainwestowane miliony złotych i miliony euro, gdyż miasto szeroko czerpie z funduszy europejskich.
– Musimy odbudować polską własność, polski kapitał, polską gospodarkę, a to może zrobić tylko najlepszy gospodarz, PiS – przekonywał premier na spotkaniu z mieszkańcami Białogardu. W tym samym czasie jedna z zagranicznych, unijnych firm przetwórstwa rybnego, w swoim nowym zakładzie uruchamia nowe miejsca pracy. Jest ich już 200, a docelowo będzie 400. Ciekawe, czy on o tym wie? Pewnie jednak mu nie powiedzieli, bo chyba nie wygłupiałby się aż tak… Ciekawe również, jak się czuł w tym Centrum Kultury i Spotkań Europejskich zbudowanym z unijne dziesiątki milionów złotych? Czy to rzeczywiście „incydentalne” – jak mówi jego kolega prezydent – pieniądze i „incydentalny związek”, który daje nam wątpliwe korzyści?…
W ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwo Zachodniopomorskie, otrzymało od Unii Europejskiej 1,6 mld euro, z przeznaczeniem na rozwój regionu w latach 2014 – 2020, w trzech podstawowych obszarach: gospodarka, infrastruktura i społeczeństwo. Celem tego wsparcia jest wzrost zatrudnienia, rozwój przedsiębiorczości, rozbudowa infrastruktury, wzrost innowacyjności i konkurencyjności gospodarczej, ale też poprawa stanu środowiska naturalnego.
To wszystko dzieje się w także w Białogardzie. To całkowicie odmienione miasto, w niczym nie przypomina już garnizonowego miasta po-radzieckiego – dzięki niegłupiej władzy, dzięki miejscowej zaradności i dzięki unijnym milionom. Każdy to tu widzi, każdy w jakiejś formie z tych pieniędzy korzysta. To dlatego kac po wizycie premiera krążył po ulicach tak długo…
– Community, to wspólnota, mówił do kandydatów SLD w wyborach samorządowych prof. Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego. Spotkał się z nimi w Białogardzie, w Kołobrzegu, w Koszalinie.
– Unia Europejska jest wspólnotą. Wy jesteście częścią tej wspólnoty. Jesteśmy wielką europejską rodziną. A przez to wypełniamy testament kilku pokoleń Polaków, spełniamy ich marzenie – o Polsce bogatej, bezpiecznej i mądrej. Nie pozwólmy sobie tego odebrać. Wy też macie nie pozwalać. Za wami stoją fakty – setki kilometrów dróg, wodociągów, kanalizacji, ulic, chodników ośrodków kultury, setki nowych pracowni w szkołach, nowe miejsca pracy, nowe mieszkania – to każdy widzi, każdy może tego dotknąć. To jest nasza community, nasza wspólnota.
– Kandydaci w wyborach samorządowych reprezentujący SLD, to ekipa zdecydowanie i jednoznacznie pro-europejska. Nasz rząd – SLD-PSL-UP – wprowadzał Polskę do Unii Europejskiej i na nas spoczywa szczególny obwiązek strzec wartości unijnych, „wspólnotowych”. Nie dajcie sobie odebrać sukcesu, nie oddawajcie swojego dorobku.
– To ważne, mówił prof. Liberadzki, bo Unia jest na rozdrożu. Coraz częściej słyszę w Brukseli, czy w Strasburgu, od przedstawicieli tzw. starych państw Unii: po co przyjmowaliśmy tych z Europy środkowo-wschodniej? Po co nam to było? Następuje pewne znużenie Polską, postawą polskiego rządu wobec najistotniejszych ze względu na spójność Unii pryncypiów – państwa prawa, poszanowania demokracji, trójpodziału władzy. Nieznośne staje się to ciągle powtarzane – kasa nam się należy, a od tego jak się rządzimy, proszę się odczepić…
Ale to nie jest tylko specyfika rządu PiS. Takie postawy są częstsze, jest w Europie wiele nacjonalizmów. Trzeba się im zdecydowanie przeciwstawić. Trzeba bronić community! To jest także wasza rola, tu w lokalnych samorządach. Idźcie do ludzi – do rodziny, do znajomych, w sklepie, na bazarze, w przychodni – i rozmawiajcie. Tłumaczcie, pokazujcie, przypominajcie, jak było i jak jest. Jako lewica mamy w ręku potężne argumenty – te drogi, to wszystko, co powstało wokół nas, nie byłoby możliwe, gdybyśmy nie sfinalizowali naszego wejścia do Unii, gdybyśmy nie otworzyli innym siłom politycznym unijnych możliwości rozwoju. Nasz rząd nie mógł jeszcze z unijnych funduszy korzystać, ale następne korzystały i korzystają do dziś pełną garścią. Cieszymy się z tego, bo Polska, Polacy są bogatsi, żyją wreszcie jak ludzie. Powtarzajcie: my, lewica, dotrzymujemy słowa.
I ja, jako poseł do europarlamentu z tego regionu, też dotrzymuję słowa. Przecież pan premier Morawiecki nie mógłby asystować przy podpisywaniu umowy na budowę tunelu pod Świną, łączącego Świnoujście z resztą Polski, gdybym na unijnym forum nie doprowadził do uznania trasy S3 za fragment transeuropejskiego korytarza transportowego, co zapewniło tej inwestycji finansowanie. Podobnie z S6 wpisaną do innego programu unijnego. Obie drogi są w budowie, wystarczy wyjść i popatrzeć. S3 dużymi fragmentami jest już zresztą użytkowana.
– Unia, mówił profesor, to nie tylko bezcenne poczucie wspólnoty, ale również bezpieczeństwo i pokój, po prostu. I o tym musimy pamiętać. Tego także strzec. Również na poziomie lokalnym, gdzie nie zbuduje się niczego bez działania wspólnie, solidarnie i w pokojowym duchu. SLD takie jest. Sojusz jest partią nastawioną na kompromis, na działanie dla ludzi. Możemy to robić sami, możemy wspólnie. Mamy dobrych, przygotowanych merytorycznie, a jednocześnie wrażliwych społecznie kandydatów. Takim przykładem wspólnego działania jest wyborcza koalicja w Kołobrzegu. Sojusz popiera tam kandydatkę PO na prezydenta miasta, Annę Mieczkowską…
Towarzysząc prof. Liberadzkiemu rozmawiałem z wieloma SLD-owskimi kandydatami do sejmików, rad miast, powiatów, gmin, kandydatami na prezydentów, burmistrzów, sołtysów. Partyjnymi i bezpartyjnymi. Zjechali na te ziemie z różnych stron i w różnym czasie. Wielu już tu się urodziło. Sandra Kielnik-Kałużna, Danuta Pietrzak, Dariusz Wieczorek, Jacek Kuś, Jerzy Hamulski, Jacek Borkowski, Barbara Natken, Małgorzata Stachowiak, Stanisław Wziątek, Jerzy Kotlęga, Eugeniusz Jakubaszek, Włodzimierz Niemiec, Krzysztof Bagiński… Dziesiątki takich jak oni z Pomorza Zachodniego: nauczycieli, lekarzy, samorządowców, rolników, działaczy gospodarczych, społeczników… Mówią: naszym celem jest wynik wyborczy, który pozwoli koalicji SLD Lewica Razem stać się siłą polityczną, bez której nie da się rozwiązywać żywotnych dla lokalnych społeczności spraw. Po 21 października chcemy być realnym koalicjantem w gminach, miastach i w sejmiku województwa. Dziś jesteśmy w opozycji. Chcemy dzięki wyborcom odzyskać wpływy polityczne, a poprzez nie realne możliwości współdecydowania o rozwoju regionu…
No, ale, żeby im się udało, my – wyborcy – musimy się ruszyć z domu. Podnieść się sprzed telewizora i wybrać. Bo inni innych wybiorą za nas, ale dla nas, niestety.