I tylko esemesy popiskują

Bura codzienność, która jednak wciąga

Szacunek dla pisarza, który mogąc bujać w obłokach swojej wyobraźni, kreować barwne i intrygujące światy, popisywać się erudycją, rozsnuwać wdzięk stylu lub ukazywać światy rzeczywiste, a efektowne, zdecydował się na zatrzymanie się w rzeczywistości najokropniejszej, w sferze fizjologii, bólu, cierpienia, upokorzenia, zamknięcia, smutku, bezradności, samotności, beznadziei, śmierci, jakby w „anusie” życia.
Dom opieki, starość i całą tę szarą codzienność oddziału szpitalnego pokazuje Grzegorz Uzdański (rocznik 1979) oczyma młodego wolontariusza. Materia tej lektury jest okropna: stare ciała, niesprawność, zanieczyszczone pieluchy, smród, wszystko to pokazane fragmentami z naturalistyczną dokładnością. Są też echa świat zewnętrznego, monotonia i banalność codzienności, jakieś problemy rodzinne, małżeńskie, emocjonalne. I choć przestrzeń, którą ukazuje Uzdański nie tak bardzo różni się od podobnej w podobnych miejscach pół wieku temu dajmy na to, to w tle pojawiają się detale charakterystyczne dla naszej współczesności: znane tytuły gazet, seriale i reklamy „lecące” z telewizora, sygnały esemesów. Ale oto w mojej percepcji czytelniczej dzieje się coś dziwnego. Cała ta nieprzyjemna, nieefektowna, bura, może nawet z definicji nudna materia (nomen omen – materia, trafne słowo) faktograficzna, materia „świata przedstawionego”, która powinna odstręczać – wciąga. A to za sprawą pisarskiego talentu. Uzdański ma pisarską spostrzegawczość na detal, wyostrzone zmysły, wrażliwość na „mikrochwile”, dar delikatnej, prawie niedostrzegalnej ironii i mimowolnego komizmu oraz dar wolności od egzaltacji, bo ta powieść nie jest ani trochę czułostkowa.
Ot, siła literatury – materię odpychającą, aż proszącą się o to, by się od niej odwrócić, nie myśleć o niej, nie mieć jej pod powiekami i w tyle głowy, skierować się ku przyjemniejszej strefie egzystencji, ukazać tak, by chciało się czytać. I tak jest w przypadku prozy Uznańskiego.

Grzegorz Uzdański – „Zaraz będzie po wszystkim”, wyd. WAB (gwfoksal), Warszawa 2019, str.223, ISBN 978-83-280-7095-0.

Groszowi emeryci

Problem groszowych emerytur jest realny i poważny. Jednak pomysł ZUS, by wprowadzić minimum 10-letni staż pracy jako warunek, aby w ogóle otrzymywać co miesiąc jakiekolwiek świadczenia, nie jest rozwiązaniem.

 

Co pewien czas – za obecnej władzy – wraca pomysł wprowadzenia minimalnego stażu pracy jako warunku uzyskania comiesięcznych świadczeń emerytalnych. Ostatnio – jak mogliśmy przeczytać w „Dzienniku Gazecie Prawnej” – ZUS i MRPiPS proponują dolną cezurę przepracowanego i uzusowionego okresu pracy na poziomie 10 lat, zaś ci, którzy nie spełnią tego warunku mieliby dostać jednorazowy zwrot tego co uzbierali, ale dopiero po 70 roku życia. W zaproponowanym kształcie ów pomysł budzi niepokój.

 

Rzeczywiste wyzwanie, dyskusyjne remedium

Zacznijmy od status quo. W dotychczasowym systemie emerytalnym nie ma dolnej granicy liczby lat, które trzeba przepracować, aby otrzymać emeryturę, a liczy się kwota wpłacona w formie składek. Odpowiedni minimalny staż pracy, czyli 20 lat dla kobiet i 25 lat dla mężczyzn, jest natomiast brany pod uwagę jako kryterium warunkujące uzyskanie najniższej emerytury. Od marca 2018 jest to 1029 złotych brutto. Część osób jednak nie spełnia tego warunku, a wobec tego otrzymują oni świadczenia poniżej wskazanej wyżej kwoty. W skrajnym przypadku są osoby, które w życiu wpłaciły jedną składkę. Ich emerytury są dosłownie groszowe. Rekordzistka otrzymuje jedynie 4 grosze co miesiąc – z drugiej strony najwyższe emerytury mogą sięgać ponad 21 tys. Tak niskie świadczenia – jak słusznie zauważają decydenci – nie zabezpieczają socjalnie emerytów i emerytek, za to w skali kraju generują nieproporcjonalne do korzyści koszty administracyjne.
Dlatego warto istniejące zasady zmienić. Pytanie jednak, w jaki sposób miałyby być przeprowadzone zmiany i jaki ma być ich sens. Propozycje ZUS, o jakich dowiadujemy się z prasy, budzą moje obawy. Tym większe, że sam mogę znaleźć się (podobnie jak wiele osób pracujących w warunkach prekaryjnych) w sytuacji, w której ta kwestia będzie mnie dotyczyć, jeśli tylko dożyję starości.
Na czym polega pomysł ZUS i MRPiPS? Osoby, które nie będą miały co najmniej 10 lat oskładkowanych lat pracy od poziomu minimalnego wynagrodzenia, nie będą uprawnione po osiągnięciu wieku emerytalnego do comiesięcznych emerytur. W zamian za to kwoty jakie udało im się odłożyć przez lata aktywności zawodowej, wypłacono by im jednorazowo, gdy osiągną 70. rok życia. Jak wyjaśnia prezes ZUS prof. Gertruda Uścińska „ do tego wieku podejmujemy aktywność zawodową, istnieje więc szansa, że niektórym ludziom uda się jednak wypracować niezbędny staż”.

 

W takich momentach zawsze mam ochotę zapytać przedstawicieli tej czy innej władzy – a co, jeśli nie podejmujemy? Co z tymi, którym nie uda się pracować do siedemdziesiątki?

Z tymi, których zdrowie i charakter wykonywanego zajęcia (np. ciężkiej pracy fizycznej) nie pozwoli dalej pracować? Czy mają przez pierwsze lata starości zostać bez jakiegokolwiek zabezpieczenia emerytalnego i to nawet jeśli byli przynajmniej przez pewien czas aktywni zawodowo i odprowadzali składki? Ktoś mógł przecież przez 9 lat co miesiąc odprowadzać do ZUS niemałe kwoty.
Nie mówimy tylko o osobach, które np. dwa czy trzy razy w życiu odprowadziły składkę. Sprawa dotyczy także tych, które pracowały przez lata, ale nie spełnią kryterium 10-letniego stażu oskładkowanej pracy na poziomie przynamniej minimalnego wynagrodzenia. Zawsze w takich momentach warto uruchomić wyobraźnię i pomyśleć, jak dane rozwiązanie ogólne mogłoby zadziałać w konkretnym przypadku.
Wyobraźmy sobie taką oto sytuację, na hipotetycznym przykładzie życia pewnej kobiety. Przez pierwsze parę lat życia zawodowego pracowała na umowy o dzieło, później w związku z urodzeniem i wychowaniem dziecka weszła w stan tzw. bierności zawodowej (tj. ani nie pracowała zarobkowo ani pracy nie szukała). Po pewnym czasie próbowała wrócić na rynek pracy, ale po latach oddalenia od rynku trudno było nań od razu wrócić. Gdy to się po pewnym czasie w końcu udało, udało się załapać na pół etatu, ale za wynagrodzenie niższe niż minimalna pensja. Aktywna zawodowo mogła być nawet kilkanaście lat (a poza tym pełniła również ważną społecznie rolę rodzinno-wychowawczą), ale jej staż składkowy mógł być niższy niż wymagany. Załóżmy, że wyniósł „jedynie” 9 lat. Do 70. roku życia nie należy jej się z ZUS żadna kwota. Wariantów scenariusza, w którym ktoś mimo podejmowanych wysiłków, także na rynku pracy, nie spełni wymogów do uzyskania świadczeń emerytalnych, możemy sobie wyobrazić więcej.

 

Sam też nie mogę wykluczyć, że znalazłbym się w takich okolicznościach.

By móc wykonywać prace, choć trochę zbliżone do mojej wyuczonej profesji, przez większość czasu dotychczasowego zawodowego życia skazany jestem umowy o dzieło, a te nie liczą się do okresu składkowego i nie odprowadzane są od nich składki emerytalno-rentowe. W minionej dekadzie moja praca była oskładkowana mniej więcej przez 1/4 tego okresu. Gdyby tak dalej poszło, nie wiem, czy do osiągnięcia wieku emerytalnego udałoby się uzbierać te 10 wymaganych lat oskładkowanych. W podobnej, często znacznie trudniejszej, sytuacji jest duża część mojego pokolenia.
Do tego dochodzą jeszcze szczególne okoliczności w życiu człowieka. Gdy ktoś w kwiecie wieku zawodowego musi zająć się niesamodzielną osobą starszą i tymczasowo opuścić rynek pracy, przy niekorzystnym zbiegu okoliczności (jeśli nie załapie się na jedno ze świadczeń z tytułu opieki), przez okres ten w ogóle nie będą odprowadzane za nią (dużo rzadziej za niego) składki emerytalne. Do siedemdziesiątki nie wszyscy dożyją. Poza tym już wcześniej pojawia się potrzeba zabezpieczenia, nie każdy może pracować do późnego wieku.
Ciekawe, że rząd z jednej strony obniża wiek emerytalny, a z drugiej niefrasobliwie podchodzi do zabezpieczenia części ludzi dobiegających siedemdziesiątki. Ale cóż, osób, które otrzymują dziś niższe świadczenie emerytalne od minimalnego jest dziś około 3 proc., odsetek ten rośnie, a politycznie nie jest to grupa wpływowa. Jeśli już koniecznie mielibyśmy pozostać przy niekorzystnej propozycji podsuwanej przez ZUS i MRPiPS, należałoby istotnie zmniejszyć wymagany staż pracy (np. do 5 lat), a możliwość jednorazowej wypłaty dla tych, którzy go nie osiągną, dać ludziom natychmiast po osiągnięciu wieku emerytalnego. I taka propozycja nie rozwiązuje jednak problemu. To nie zabezpieczy przecież na starość, bo zabezpieczenie powinno mieć charakter ciągły i być wypłacane systematycznie, a nie jednorazowo.
Warto jednak zaznaczyć, że niewprowadzanie proponowanych przez ZUS zapisów też nie jest rozwiązaniem problemu, który występuje także przy obecnych zasadach. Nie tylko emerytury literalnie groszowe, ale też te nieco większe, ale niepozwalające na przetrwanie, to realny problem systemowy. Nie tylko ze względu na kosztowność wypłacania niskich świadczeń przez ZUS i tym samym wysokie koszty obsługi. Dlatego rozwiązań zdecydowanie należy szukać. Powinno się przy tym pamiętać o tym, żeby rozwiązywać problem nie kosztem najsłabszych, a po drugie, by przy rozwiązywaniu go, uwzględniać różne okoliczności w cyklu życia jednostek i grup społecznych, rzutujące na zagrożenie bardzo niskimi emeryturami.

 

Zacznijmy rozmawiać o gwarancjach minimalnej emerytury bez względu na staż.

Zasadnicze pytanie systemowe, przed jakim stoimy, brzmi: jak zapewnić bezpieczeństwo emerytalno-rentowe osobom, które nie były w stanie z różnych powodów odłożyć kwot na tyle dużych, by pozwalały one na godziwe świadczenia? Prawdopodobnie trzeba szukać i na poziomie systemu emerytalnego i poza nim. Zmiany powinny zajść także w regulacjach stosunków pracy, także tych pozakodeksowych. Trzeba pomyśleć o zabezpieczeniu emerytalno-rentowym osób, które przez dużą część życia zawodowego pracują na umowach dotąd nieoskładkowanych, tj. umowach o dzieło.
Czy nie należałoby przemyśleć o oskładkowaniu umów cywilnoprawnych? Zdaję sobie sprawę, że z prawnego punktu widzenia i późniejszej egzekucji tego prawa byłoby to trudne. Hasło likwidacji śmieciówek, choć samo w sobie słuszne i potrzebne, też nie wystarcza. Z używaniem umów pozakodeksowych tam, gdzie charakter pracy wymaga zatrudnienia na umowę o pracę, należy walczyć, ale co zrobić z tymi, których charakter pracy uzasadnia zastosowanie umowy o dzieło? Konieczny jest dalszy rozwój instytucji opieki nad osobami zależnymi, by konieczność wychowania, opieki, wsparcia wobec bliskich w jak najmniejszym stopniu przekładał się na konieczność długotrwałej dezaktywizacji zawodowej. Niedobory w tym zakresie to właśnie jeden w ważnych powodów, dlaczego część osób, najczęściej kobiet, gdy przychodzi starość, nie otrzymuje emerytur nawet na minimalnie godziwym poziomie.
Wreszcie warto przemyśleć samą konstrukcję systemu emerytalnego i być może rozważyć wprowadzenie dodatkowego segmentu, tzw. minimalnych gwarantowanych emerytur, która zabezpieczałaby osoby w starszym wieku, które nie mają odłożonego odpowiedniego kapitału i/lub odpowiedniego stażu pracy pozwalające na świadczenie na odpowiednim poziomie, pozwalającym na minimalne bezpieczeństwo socjalne. Taki instrument funkcjonuje już w pewnych krajach, np. w socjaldemokratycznej Szwecji, gdzie mieszkańcy, którzy mieszkają już pewien czas w tym kraju i osiągną wiek starości, otrzymują zagwarantowane minimalne świadczenie w wieku emerytalnym. Wysokość tego świadczenia jest zależna od sytuacji materialnej emeryta, ale maksymalnie w 2016 było to 94 788 koron rocznie. Nawet biorąc pod uwagę inną siłę nabywczą pieniądza w Szwecji, jest to znaczna suma w porównaniu z wysokością emerytur w Polsce.
To na jakich zasadach miała być w Polsce taka emerytura przyznawana, w jakiej wysokości i w jakiej relacji do świadczeń dla osób, które wypracowały pewien emerytalny kapitał i mają większy staż pracy, jest kwestią otwartą. Ale dobrze byłoby, aby środowiska progresywne artykułowały w przestrzeni publicznej zarówno sam problem groszowych emerytur, wskazywały zarówno jego systemowe uwarunkowania, jak i możliwe odpowiedzi.

Jeszcze weselsze będzie życie staruszka

Rząd twierdzi, że Polacy żyją coraz dłużej. Tak się jednak składa, że od dwóch lat, pod rządami PiS, żyją coraz krócej, zaś liczba zgonów rośnie. Za to komfort krótkiego życia naszych seniorów ma się poprawić.

 

Rady Ministrów pochyliła się z troską nad losem seniorów w Polsce. W związku z tym jej Komitet Społeczny przyjął tak zwaną strategię polityki senioralnej.
– Żyjemy coraz dłużej, ale z czasem komfort życia się pogarsza. Rząd Prawa i Sprawiedliwości chce to zmienić – oświadczyła wicepremier Beata Szydło, szefowa KS Rady Ministrów.

 

Żyjmy dłużej!

Pani wicepremier jest zdecydowanie zbyt skromna. Rzecz w tym, że rząd Prawa i Sprawiedliwości już to skutecznie zmienił. To znaczy, zmienił to, że żyjemy znacznie dłużej. Teraz bowiem, pod rządami PiS żyjemy coraz krócej.
Pani wicepremier Szydło oczywiście doskonale o tym wie, bo jako szef KSRM zna (lub powinna znać) statystyki demograficzne. Woli jednak mówić, oszczędnie gospodarując prawdą, że nasze życie się wydłuża. Niestety, jest odwrotnie. W 2016 r. przeciętna dalsza długość życia w Polsce spadła o dwa miesiące. W roku ubiegłym – o kolejny miesiąc.
Liczba zgonów rośnie. W 2016 r. odnotowano w Polsce 388 tys. zgonów, podczas gdy w 2017 aż 403 tys. W rezultacie, Polska ma ujemny przyrost naturalny, bo w ubiegłym roku zarejestrowano tylko 402 tys. urodzeń żywych.
W dodatku, rośnie też liczba tragicznych wypadków przy pracy. Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. ogółem 88 330 osób padło ofiarą wypadków przy pracy, z czego wypadkom śmiertelnym uległo 269 osób.
To więcej niż w roku ubiegłym. W 2016 r. tylko 87 886 osób doznało wypadków przy pracy, a zginęło w nich 239 osób.

 

Oszczędności na zdrowiu

Przyczyny wymierania Polaków są dosyć znane i oczywiste. To nie tylko brak troski obecnej ekipy o dobro pracowników i zwykłych mieszkańców kraju.
To także coraz gorsze zarządzanie ochroną zdrowia przez PiS i coraz trudniejszy dostęp do świadczeń medycznych.
To czynienie oszczędności na leczeniu ludzi chorych, których w krajach cywilizowanych udaje się ratować. Dlatego Najwyższa Izba Kontroli stwierdza jednoznacznie: „Polski pacjent nie może korzystać z porównywalnego do mieszkańców innych krajów zachodniej Europy zakresu dostępnych opcji terapeutycznych w leczeniu nowotworów: ma ograniczony dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, w tym nowoczesnych leków”.
Będzie więc nas umierać coraz więcej.

 

Pozytywny obraz starości

Być może jednak coś się zmieni. Przecież na rządzie „stanęła” właśnie strategia polityki senioralnej. Ów ważny dokument z pewnością odnosi się do wszystkich bolączek skracających polskie życie i próbuje je naprawić. Z pewnością porusza bardzo ważne sprawy i proponuje mądre rozwiązania.
I rzeczywiście. Oto bowiem w rządowej strategi senioralnej można przeczytać, że rozwiązania zaplanowane wobec ogółu osób starszych uwzględniają siedem obszarów działań.
Pierwszym i najważniejszym z nich jest kształtowanie pozytywnego postrzegania starości w społeczeństwie. Trafione w sedno!
To rzeczywiście jest problem numer jeden polskich seniorów, którzy niczym tak się nie zamartwiają, jak tym, że ich starość nie ma pozytywnego wizerunku w oczach ogółu społeczeństwa.
Trzeba to zmienić, wykorzystując media i ludzi kultury. Już dawno przecież w Kabarecie Starszych Panów śpiewano: „Wesołe jest życie staruszka”. Należy więc kręcić filmy, tworzyć słuchowiska radiowe, sztuki i telenowele pokazujące pogodnych, zadbanych, zdrowych ludzi w starszym wieku. Zwłaszcza filmy, bo jak wiadomo, ze wszystkich sztuk, sztuka filmowa jest dla władzy najważniejsza.
I rząd właśnie to wszystko planuje. Jak stwierdza bowiem strategia polityki senioralnej, wkrótce zacznie się realizacja edukacyjnych kampanii społecznych. Najprawdopodobniej będą one pod hasłem: „Polska starość jest wspaniała”.
Wtedy zaś ogół społeczeństwa inaczej, bardzo pozytywnie, zacznie postrzegać podeszły wiek seniorów. Ba, nawet zacznie marzyć o tym, żeby jak najszybciej się zestarzeć – bo przecież nie ma po co trawić życia w młodości i średnim wieku, skoro starość w Polsce jest taka piękna.

 

Przede wszystkim religia

Drugi obszar rządowej polityki senioralnej, także ważny, zakłada: „wspieranie wszelkich form aktywności – obywatelskiej, społecznej, kulturalnej, sportowej i religijnej osób starszych”.
Nie trzeba chyba dodawać, że w tym zestawieniu rządowi chodzi przede wszystkim o wspieranie aktywności religijnej.
Ona właśnie stanowi dla seniorów naturalną formę wyżycia się i ekspresji, a poza tym może im stworzyć wspaniałe i dalekosiężne perspektywy – bo w ich wieku czas już przecież pomyśleć o tym, jak będzie wyglądać życie wieczne. Również i dla obecnej władzy aktywność religijna seniorów jest wszak milsza, niż jakakolwiek inna.
A trzeba też przyznać, co z pewnością potwierdzi Kośćiół Rzymsko-Katolicki, że jest jeszcze wiele do zrobienia, by ułatwić seniorom wykazywanie aktywności religijnej. Zwłaszcza sieć kościołów w Polsce mogłaby być znacznie gęstsza, by ludzie starsi nie musieli chodzić do nich tak daleko jak dziś.
Trzeci obszar uwzględnia wykorzystanie potencjału osób starszych w życiu gospodarczym i na rynku pracy, by zapobiegać ich wykluczeniu ekonomicznemu, cyfrowemu i technologicznemu.
To również bardzo ważne dla rządu, bo seniorzy ochoczo poszli na przywrócone emerytury, więc trzeba znaleźć jakieś sposoby, aby ich skłonić do pracy, co mogłoby nieco odciążyć ZUS.

 

Rząd podniesie emerytury?

Wykluczeniu ekonomicznemu mogłyby ponadto najskuteczniej zapobiec znacznie podniesione emerytury. Można zatem mieć chyba pewność, że troszczący się o dobro seniorów rząd wkrótce wystąpi z jakąś satysfakconującą propozycją finansową.
Dopiero na czwartym miejscu znajdujemy jakiekolwiek odniesienie do fatalnego poziomu opieki medycznej w Polsce. Rządowa strategia senioralna stwierdza bowiem: „Czwarty obszar obejmuje działania z zakresu promocji zdrowia, profilaktyki chorób oraz dostępu do diagnostyki, leczenia i rehabilitacji poprzez np. rozwój telemedycyny i teleopieki oraz dostęp do udogodnień technicznych, wspierających samodzielność osób starszych”.
Jak widać, nic tu jednak nie ma o poprawie poziomu leczenia groźnych chorób, zwłaszcza nowotworowych. Dla rządu to nie jest ważne. Zamiast tego seniorom oferuje się telemedycynę, teleopiekę i profilaktykę – jak gdyby w wieku 65 lat i więcej profilaktyka chroniąca przed chorobami była ważniejsza, niż ich leczenie.

 

Poradnictwo zamiast policji

Piąty obszar ma polegać na przeciwdziałaniu przemocy i zaniedbaniom wobec osób starszych dzięki stworzeniu sieci poradnictwa na terenie kraju.
A może, zamiast sieci udzielania mądrych porad dla seniorów, rząd zająłby się poprawą skuteczność działań policji? To najlepiej zapobiegłoby przemocy i zaniedbaniom wobec osób starszych.
Mamy jeszcze dwa obszary – szósty, dotyczący wspierania integracji międzypokoleniowej m.in. poprzez realizację projektów edukacyjnych – czyli pokrewny wobec obszaru pierwszego; no i ostatni, siódmy, poświęcony „szeroko zakrojonym działaniom edukacyjnym na temat starości”.
I taka jest właśnie ta rządowa polityka senioralna. Jeśli zostanie w pełni zrealizowana i pójdą na nią pieniądze, które mogłyby trafić na przykład na ochronę zdrowia, to jej efekt z pewnością będzie porażający, chociaż nieco połowiczny.
Wzmiankowany przez rząd komfort życia seniorów wprawdzie się nie poprawi, ale za to będą się oni coraz krócej męczyć. To drugie zadanie na pewno się uda obecnej ekipie, bo już pokazała swoją skuteczność w jego realizowaniu.