Koniec reprywatyzacji?

24 czerwca Sejm przyjął nowelizację Kodeksu postępowania administracyjnego, która może zakończyć dziką – i nie tylko – reprywatyzację w Polsce. Odetchną lokatorzy, właściciele mieszkań i samorządy… o ile sprawa zostanie doprowadzona do końca.

Zmiany są niby proste i logiczne, a jednak rewolucyjne. Słowo „reprywatyzacja” nie padło, ale przecież wszyscy wiedzą, o co chodzi i czemu ma służyć zmiana art. 156 i 158 kodeksu postępowania administracyjnego i ustanowienie czasowej granicy ogłaszania nieważności decyzji administracyjnych. Sejm przypomniał zresztą o wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2015 r., gdzie jasno mówiono o niezbędnym, a nieobecnym wtedy w polskim prawie horyzoncie czasowym roszczeń.

Po zmianach decyzja administracyjna wydana bez podstawy prawnej lub z rażącym naruszeniem prawa będzie mogła zostać uznana za nieważną tylko w okresie 10 lat od doręczenia lub ogłoszenia. Stwierdzenie nieważności nie będzie też możliwe, gdy decyzja wywoła nieodwracalne skutki prawne. Natomiast w przypadku decyzji wydanych 30 lat temu lub wcześniej wszystkie sprawy o uznanie nieważności, będące obecnie w toku zostaną automatycznie umorzone. Nowe nie będą nawet wszczynane.

Nikt nie był przeciw

Za nowelizacją głosowało 309 posłów, 120 wstrzymało się od głosu. Przeciw nie był nikt, 31 osób nie było obecnych podczas głosowania.

Wszyscy obecni z klubu PiS byli za, za to zebrani na sali przedstawiciele KO wstrzymali się. Reprezentantów liberalnej opozycji – przynajmniej oficjalnie – skłonił do tego fakt, że zmiany w Kpa wpłynęłyby na już trwające postępowania. Po stronie PSL i koła Hołowni – poparcie dla projektu, tak jak i w Konfederacji, chociaż tutaj zaskoczenie: dwaj posłowie głośno krzyczący swojego czasu „stop 447” teraz wstrzymali się od głosu. Na Lewicy – również zdecydowana większość była za ustawą. Wstrzymali się tylko posłowie Andrzej Szejna i Andrzej Rozenek.

Odetchną samorządy

Lewica w ubiegłym roku zapowiedziała własny projekt ustawy reprywatyzacyjnej, również zakładający wygasanie roszczeń. Teraz większość jej przedstawicieli w Sejmie uważa, że zrobiono krok w dobrym kierunku. Magdalena Biejat w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” zauważyła, że wyznaczanie przez państwa terminów przedawnienia w sprawach administracyjnych nie jest niczym dziwnym. Przypomniała także, że niejasny status tysięcy nieruchomości w Polsce, perspektywa objęcia ich postępowaniami reprywatyzacyjnymi zniechęca samorządy do ich remontowania, co bezpośrednio przekłada się na warunki, w jakich żyją mieszkańcy. – Wiele mieszkań, także socjalnych, będzie miało wreszcie szansę na remont lub inne inwestycje i wielu ludzi zyska bezpieczny dach nad głową, a to dla nas najważniejsze – podsumowała.

Jeszcze mocniejszy komentarz zamieścił na Facebooku Jan Śpiewak, aktywista miejski, który ujawnił niejeden reprywatyzacyjny skandal.
– Unieważnianie decyzji było podstawą mechanizmu dzikiej reprywatyzacji. Chodziło przede wszystkim o nacjonalizację wielkich majątków ziemskich (reforma rolna), nacjonalizację przemysłu i nacjonalizację nieruchomości w Warszawie. Cwaniaki unieważniały w sądach administracyjnych decyzje wydane w latach pięćdziesiątych czy czterdziestych i żądały wydania nowych decyzji w oparciu o akty prawne wydane w okresie powojennym. W ten sposób Warszawa oddała 4 tysiące nieruchomości wartych dziesiątki miliardów na podstawie decyzji wydanych z mocy Dekretu Bieruta! Oczywiście w zupełnie innych warunkach prawnych i historycznych – napisał działacz.

Izraelskie oburzenie

Mało które głosowanie w polskim Sejmie wywołało tak ożywione reakcje zagranicznych dyplomacji. Do ofensywy przeciwko zmianom ruszył Izrael i jak można było się spodziewać – otrzymał wsparcie z ambasady amerykańskiej.

Tel Awiw, ustami ministra spraw zagranicznych Jaira Lapida, już sugeruje, że przyjęcie „niemoralnego prawa” doprowadzi do pogorszenia stosunków polsko-izraelskich. Izrael oskarża Polskę o próbę „uniemożliwienia zwrotu prawowitym właścicielom mienia zagrabionego w Europie Żydom przez nazistów i ich kolaborantów”. Lapid, który swojego czasu oskarżał wszystkich Polaków o antysemityzm, we wpisie na Twitterze posunął się nawet do twierdzenia, że „Polska po raz kolejny próbuje zaprzeczyć temu, co zrobiono w Polsce podczas Holokaustu”. Nieco spokojniej napisał do marszałek Elżbiety Witek najwyższy rangą dyplomata USA w Polsce Bix Aliu, ale sens wypowiedzi był ten sam: Ocaleni na zawsze stracą majątek.
– Przez 30 lat USA i Izraelowi nie przeszkadzały mafie reprywatyzacyjne, które rozkradały tysiące nieruchomości (przede wszystkim w Krakowie i Warszawie) należących przed wojną do polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Teraz ambasady protestują, bo przepisy zamykają drogę do przejmowania mienia bezspadkowego – czyli mienia pozostawionego najczęściej przez ofiary Holocaustu. Takie mienie na podstawie obowiązującego w Polsce od początku XIX wieku Kodeksu Napoleona przepada na własność skarbu państwa – komentuje Jan Śpiewak.

A polski rząd ustami marszałek Witek ripostuje: – Polacy, podobnie jak obywatele polscy każdej innej narodowości, pozbawiani byli życia, zdrowia i majątku przez nazistowskie Niemcy, by następnie, po wojnie, znaleźć się w sowieckiej strefie wpływów z wszystkimi tego konsekwencjami. I dodaje, że nowe przepisy mają chronić obywateli każdego pochodzenia przed nadużyciami dzikiej reprywatyzacji, a naciski Izraela i USA nie mieszczą się w granicach dobrych obyczajów.

Złota myśl Andrzeja Ważnego

Chciałem o powrocie Tuska, ale to jeszcze nic pewnego; pewnym jest za to, przynajmniej na tym etapie legislacji, że zgodnie z postanowieniem TK sprzed sześciu lat, Sejm znowelizował właśnie, głosami od lewa do prawa, bez Platformy, kodeks postępowania administracyjnego. I zaczęła się dyplomatyczna bryndza, albo bunc. 

Mój ojciec, człowiek prosty i porywczej natury, ma w swoim sztambuchu zasuszonych kilka złotych myśli, którymi otwiera sobie drzwi do zrozumienia świata. Na przykład, kiedy kogoś coś boli, albo na coś nie domaga, zwykle idzie do doktora. Tam, może się zdarzyć, że usłyszy bardzo złowrogą diagnozę, po której zapada się pod nim ziemia. Zgryzota i choroba toczą go wówczas w zdwojonym tempie, w efekcie czego człek schodzi przedwcześnie. – A mógł sobie jeszcze pożyć-wspomni nad trumną ten. – Ech, szkoda chłopa-doda ów. Mój ojciec w takich wypadkach zwykł był jednak mawiać: trzeba było nie ruszać. 

No i rzeczywiście, coś w tym jest. Gdyby nieboszczyk nazbyt nie zatroszczył się o pieprzyk pod łopatką albo zgrubienie na nodze, może by i dożył drugiej albo i trzeciej wiosny, a tak zabrał się na św. Marcin, bo zaczął szukać w sobie choroby. Ta oczywiście w nim siedziała, ale gdyby nie zaglądać za bardzo do środka, to może by się dało jakąś z nią żyć. Przynajmniej dłużej. A tak-jest jak jest. Wiadomo: trzeba było nie ruszać. 

Z nowelizacją kpa, jest trochę jak z Andrzejem Ważnym i jego złotymi myślami. Trzeba było nie ruszać, albo, trawestując nieco andrzejowy bon mot, można było nie próbować. My, jako Polska i jej posłowie, którzy podnieśli ręce za nowelizacją, jesteśmy kryci, bo wszak musieliśmy wykonać prawomocny wyrok. Wara więc wam, droga, izraelska młodzieży, co możemy sobie robić w swoim domku, i to akurat święta prawda. Forma, którą obrał szef izraelskiego MSZ-tu, była cokolwiek nie na miejscu. Lub może właśnie była dokładnie taka, jaką być powinna, żeby sprowokować zagraniczną reakcję, co się jej oczywiście udało. Nie od dziś wiadomo, że kto by tego nie czynił i jakich narzędzi by nie używał, gdy rzecz tyczy się Holocaustu i żydowskiego mienia, pewnym może być, że po reakcji Izraela zareaguje też administracja prezydencka w USA, bez względu na stronę polityczną, którą reprezentuje amerykański przywódca. To pewien światowy aksjomat polityczno-dyplomatyczny, o którym wie nawet mój tata. Jeśli więc ktoś próbuje otwarcie postawić sprawę i nazwać rzeczy po imieniu, pewnym może być, że Ameryka i Izrael tupną nóżką. Naturalnie, można wówczas wyrażać oburzenie, że jakże to tak, w wewnętrzne interesy kraju na P. wtrąca się kraj na I., jeno niewiele to w tym wszystkim zmieni. 

Zanim się zacznie płakać nad swoim podłym losem pariasa, należałoby się jednak uzbroić na arenie międzynarodowej w mocną, miękką dyplomację i zyskać poparcie kręgów: biznesowych, politycznych, rodowych, słowem-establishmentu, który, czy się nam to podoba czy nie, oplata swoimi kanałami strefy wpływów. A gdy się już posiądzie ten stan wtajemniczenia masońskiej loży, można by Wielkiemu Kreatorowi wygrażać i próbować robić politykę po swojemu. Do tego momentu jednak, winna działać doktryna Andrzeja Ważnego: nie ruszać. Przeczekać. Zaczekać. Zostawić. Żeby nie śmierdziało. Jak się zacznie tykać palcem wrzodu, ten się rozleje i będzie brzydko. 

My postąpiliśmy jak zwykle. Czepiliśmy się ropnia, umiejscowionego na dodatek w bardzo przykrym miejscu, i wydusiliśmy go na oczach świata, tłumacząc to niezbędną koniecznością, zaordynowaną przez starego doktora. A co by się stało, gdybyśmy tak przetrzymali jeszcze trochę ten stan, do momentu, gdy organizm napasałby się na salonach i utył w oczach możnych. Grubemu i bogatemu wiele można: tak wybaczyć jak i uczynić. Np. wycisnąć śmierdzący pryszcz na salonie, tłumacząc to stanem wyższej konieczności. Wtedy to idzie jakoś przetrzymać. Kiedy jednak czyni to biedak bez szkoły i poparcia, jest li tylko zwykłym chamem i wichrzycielem, który chce się wzbogacić na krwawicy ofiar, jak chłopy z Jedwabnego, co spaliły stodołę. 

Co dalej? Może być niebanalnie. Przypomina mi się historia Szwajcarów, którzy swego czasu przyznali się, że mają w swoich bankach parę groszy żydowskiej gotówki i złota, pozostałych po ofiarach Nazistów. Wyliczyli to na kilkaset milionów dolarów. Ale izraelskie lobby miało zupełnie inne wyliczenia, idące w miliardy USD. Kiedy Szwajcarzy raczyli się nie zgodzić co do sumy, w Ameryce rozpętała się kampania sekowania szwajcarskich produktów i Szwajcarii jako takiej, która ostatecznie pogrzebała szwajcarski sen o sprawiedliwym kasjerze, chodzącym jak szwajcarski zegarek. Zastanawiam się, czym moglibyśmy zubożyć Amerykę, gdyby przestano nas tam na nowo lubić. Brakiem wódki i szynki konserwowej w Wallmarcie? A może Papieża Polaka i Wałęsy na pocztówkach? Chyba możemy sobie jeszcze pozwolić na taki scenariusz. 

W rocznicę tragedii polskich rodzin z Paulinowa

Mija 78. rocznica akcji pacyfikacyjnej przeprowadzonej przez Niemców 24 lutego 1943 r. we wsi Paulinów w gminie Sterdyń. Jej ofiarą padło 11 Polaków udzielających pomocy Żydom oraz trzech uciekinierów korzystających z ich wsparcia. Publikujemy felieton Wacława Kruszewskiego, który nawiązuje do tamtych wydarzeń.

Dzwonią do mnie koledzy Janusz z Warszawy i Waldek z Wrocławia, Heniek z Białegostoku i czasem dyskutujemy o karaniu za rozpowszechnianie kłamstw o udziale Polaków w mordowaniu Żydów przez Niemców.

Każdy z nas mógłby podać jednostkowe przykłady nagannego stosunku Polaków do Żydów. Heniek pamięta tragiczne losy fryzjera Abramka ze Sterdyni, szukającego schronienia w Białobrzegach. Janusz pamięta tragiczny los Żydów szukających schronienia w Dziegietni – szczęśliwym, że udało się im z pomocą innych Polaków uciec z sokołowskiego getta. Ale też znane są losy Żydów z Korczewa, ocalonych przez św. pamięci Kazimierza Miłobędzkiego. – Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, Kiedy jeszcze pan Kazio żył pokazywał mi listy dziękczynne mieszkanki Nowego Yorku, której w czasie okupacji wyrobił polskie papiery i wysłał na roboty do Niemiec. Tam bezpieczniej było przeżyć Żydówce niż w okupowanej przez Niemców Polsce. Niewiarygodne, ale prawdziwe.

Tak, jak prawdziwa jest tragedia kilku polskich rodzin z Paulinowa, wydanych Niemcom przez dwójkę Żydów, za pomoc i schronienie, jaką otrzymali od tych rodzin kilka dni wcześniej, którą pamięta Waldek. Kto nie doświadczył życia w okupowanej przez Niemców Polsce, ten nie powinien, bezrefleksyjnie oceniać zachowania ludzi zagrożonych represjami władz. Historii nie da się pisać ustawami, a jej świadków zastraszać. Tu potrzebna jest edukacja i upowszechnienie prawdy. Dobrej, wynikającej z chrześcijańskich zasad i złej, którą kształtowała chciwość i zazdrość prowadząca do zdrady i zbrodni. W każdym narodzie można znaleźć jednych i drugich. ”Rzecz w proporcjom mocium panie”, jak mawiał Onufry Zagłoba. I o zachowanie tych proporcji trzeba walczyć. Stale z każdym, ale argumentami opartymi na prawdzie, a nie ideologicznej propagandzie. Dlatego potrzebny nam dziś PROGRAM wielkiej edukacji społecznej. Sam chciałbym wiedzieć i przekazać swojemu wnuczkowi, ilu Rosjan, Ukraińców Litwinów czy Francuzów, ma godność Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

W 1985 roku Minister Kultury i Sztuki, prof. Aleksander Krawczuk, wysłał mnie do Francji, bym poznał organizacje i finansowanie domów kultury i teatrów amatorskich. Gościnni gospodarze zaproponowali zwiedzanie paryskiego Centrum Kultury im J. Pompidou. Super nowoczesny gmach z zewnętrznymi przeszklonymi windami w starej rybackiej dzielnicy Paryża robił wrażenie. W jednej z sal multimedialne muzeum z wielkim telebimem, na którym z dostępnej listy można sobie wyświetlić filmy dokumentalne z całego świata w tym i z Polski. Wybrałem polską kulturę ludową. Na ekranie wycinankarki z Myszyńca a z głośników przyśpiewki kurpiowskie z Kadzidła. Fajnie jest, pomyślałem sobie widząc żywą reakcję mojej tłumaczki i grupki dzieci podziwiającej kunszt ludowych artystek wycinających kolorowe koguciki nożycami do strzyżenia owiec. No to jeszcze sięgnijmy po historię. Wcisnąłem guzik z napisem powstanie warszawskie. Chciałem pokazać Francuzom, jak walczyła Warszawa, gdy oni szykowali kolejne transporty swoich żydowskich obywateli do Treblinki. Na ekranie sceny z powstania z getta warszawskiego ze sławną karuzelą i harmonistą grającym skoczne oberki. Za murami giną ostatni obrońcy honoru Żydów, a po aryjskiej stronie kręci się karuzela i gra muzyka. Zwróciłem uwagę tłumaczce, że to nie to powstanie, że chcę zobaczyć powstanie warszawskie z 1 sierpnia 1944 roku. Odpowiedziała, po konsultacji z kierownikiem sali, że w Warszawie było tylko jedno powstanie przeciwko Niemcom, w getcie 19 kwietnia 1943 roku. Miliony ludzi zwiedzało Centrum Kultury i Sztuki im. J .Pompidou w Paryżu i tysiącom z nich taką ciemnotę przez lata wciskali Francuzi. Czy ktoś interweniował w tej sprawie np. polska Ambasada? Nie wiem, ale wiem, że powinna. Czy do takiej interwencji potrzebne były ustawy? Nie sądzę. Na pewno potrzebna była aktywność i kompetencje polskich dyplomatów. Dawniej i dziś. Kto interesuje się historią wie, że z dyplomacją od wieków mamy poważne problemy, przez co ponosimy nie tylko wizerunkowe straty. Ograli nas w Jałcie i Teheranie, oszukali w należnych reparacjach wojennych. Teraz wykorzystują każdy błąd, by zrobić z nas antysemitów. To, dlaczego sami dajemy argumenty tym, którzy z różnych powodów nie lubią Polaków. Boleję nad tym, że jest ich coraz więcej. Przede wszystkim dzięki nam samym i naszym liderom.

Nasz elegancki Premier jedną wypowiedzią w Monachium dolał oliwy do ognia i jakby tego było za mało, uhonorował pomnik brygady świętokrzyskiej, jedynej formacji zbrojnej w okupowanej Polsce współpracującej z Niemcami, m.in. w mordowaniu Żydów. Natychmiast pojawiły się obraźliwe i nie do końca obiektywne wypowiedzi polityków i żurnalistów przeciwko Polsce i polskim władzom. A przecież nasz premier powiedział prawdę.

Potwierdzeniem, że wśród społeczności Żydowskiej też byli szubrawcy, jest historia jaka wydarzyła się w 24 lutego 1943 w Paulinowie k. Sterdyni. Przed laty pisał o niej dr Edward Kopówka – dyrektor Muzem Walki i Męczeństwa w Treblince. „Pacyfikacje mieszkańców folwarku Paulinów poprzedziło rozpoznanie. Niemcy posłużyli się tu prowokacją. Rozpoznania dokonał szpieg podający się za francuskiego Żyda – uciekiniera z transportu do Treblinki. W pobliskim lesie i zabudowaniach folwarcznych ukrywali się Żydzi, uciekinierzy z getta sterdyńskiego. Kierowany przez Niemców prowokator nawiązał kontakt z Szymelem ze Sterdyni, który był szkolnym kolegą Czesława Kotowskiego z Paulinowa. Teraz już uwiarygodniona para prowokatorów chodziła od domu do domu, prosząc o żywność i informacje. Wiedzieli, że nikt im nie odmówi pomocy. Świadek tej tragedii, pani Janina Piwko-Stalewska, widziała egzekucje swojego ojca i matki „Niemiec wyprowadził z domu ojca i strzelił w oczy, tato jeszcze się rzucał, oprawca poprawił następną kulą. Wpadłam do domu – Mamusiu kochana, tatusia zabili – krzyczałam. Niemiec odepchnął mnie. Mamę wziął za kark i wyprowadził do sieni. Usłyszałam strzał. I z tego wszystkiego padłam na kolana przed obrazem Matki Najświętszej i prosiłam Ją o ocalenie. Niemiec wszedł, popatrzył na mnie i wyszedł. Tak przeżyłam. – Moi rodzice wychowali do dorosłości ośmioro dzieci, pięciu synów i trzy córki. Wszyscy byli nauczeni w domu, że nikogo nie można opuszczać w potrzebie. Przyszedł Żyd, dali mu chleba. Za dobre serce zginęli rodzice”.

W sześćdziesiątą rocznicę śmierci mieszkańców Paulinowa, z inicjatywy Andrzeja Sarny i Jana Rominkiewicza z Towarzystwa Miłośników Ziemi Sterdyńskiej, ustawiono skromną ludową kapliczkę z Jezusem Frasobliwym autorstwa twórców ludowych Józefa i Franciszka Pytlów. Zginęli za miłość okazywaną bliźnim. Chcemy zachować ich w pamięci ofiarowując im tę kapliczkę. Od tej chwili stanie się ona symbolem cierpienia i miłości symbolem naszej z nim solidarności – mówił Jan Rominkiewicz, nauczyciel sterdyńskiej szkoły i Zasłużony Działacz Kultury. Na wyblakłej blaszanej tabliczce można jeszcze odczytać nazwiska i wiek pomordowanych mieszkańców wsi.

Za artykułem Edwarda Kopówki przywołajmy je tutaj, bo kto wie czy za parę lat prawdy o tragedii w Paulinowie nie zamieni się w szmalcowników, jak powstanie w getcie – na powstanie warszawskie w Centrum Kultury im J. Pompidou w Paryżu.

„Wczesnym rankiem 24 lutego 1943 roku do folwarku Paulinów przyjechało z Ostrowi Mazowieckiej, w 60 samochodach, około 2 tysięcy niemieckich żołnierzy i policjantów. Agenci żydowscy prowadzeni przez gestapo wskazywali tych, którzy pomagali ich pobratymcom. Na początku zastrzelono stajennego Franciszka Kierylaka lat 50, potem Józefa Kotowskiego lat 56, jego 54-letnią żonę Ewę Kotowską, syna Stanisława Kotowskiego lat 25. Aresztowano także Jana Siwińskiego lat 50, Franciszka Augustyniaka lat 25 (zięcia Siwińskiego), Mariana Nowickiego lat 36 i Ludwika Uziębło lat 45 (pochodzili z kolonii Ratyniec Stary), Zygmunta Drgasa lat 25 (przesiedleńca z poznańskiego mieszkającego u Uziębły), Stanisława Piwko lat 31 i Aleksandra Wiktorzaka lat 50. Wszystkich aresztowanych odprowadzono do lasu i rozstrzelano. Po wojnie rodziny ekshumowały ciała i przeniosły je na cmentarz w Sterdyni.

W ubiegłym roku w ramach projektu Instytutu Pileckiego „Zawołani po imieniu”, w Sterdyni został odsłonięty kamień z tablicą pamiątkową poświęconą mieszkańcom Paulinowa i Starego Ratyńca, którzy stracili życie w czasie niemieckiej obławy. Na tablicy znalazły się nazwiska jedenastu ofiar.

W cieniu upiorów przeszłości

– Dla większości polskiego społeczeństwa tragedia getta była czymś obojętnym. Często jednak wyrażano opinie, że problem żydowski zostanie w Polsce rozwiązany przez Hitlera, z korzyścią dla Polaków – mówi dr hab. August Grabski z Żydowskiego Instytutu Historycznego w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Jaki były główne przesłanki do wybuchu powstania w getcie?

Pierwszym impulsem była wielka deportacji, w wyniku której w lipcu 1942 roku wywieziono trzysta tysięcy Żydów z warszawskiego getta. Wtedy ci, którzy przetrwali, oficjalnie trzydzieści tysięcy nieoficjalnie sześćdziesiąt tysięcy mogli zacząć myśleć o oporze z różnych powodów, choćby z tego że przestali być w swojej masie bardzo głodni.

Skąd ta zmiana?

Stąd, że ci którzy ocaleli, to byli w większości ludzie 20-25-letni, a więc młodzi, nie obciążeni rodziną. Mogli też myśleć o oporze, ponieważ nie istniał już Judenrat, który przez duża część mieszkańców getta był postrzegany jako pragmatyczna grupa starająca się chronić społeczność żydowską przed wyniszczeniem. Poza tym wiosna 1943 roku zaczęła się druga fala deportacyjna z getta, tym razem na Lubelszczyznę, do Trawnik i Poniatowej. Młodzi ludzie z getta mieli świadomość, że tam nie będą mieli możliwości przygotowania zbrojnego wystąpienia.

Przy okazji jednej z rocznic wybuchu powstania dwukrotnie natrafiłem na sformułowanie Władysława Bartoszewskiego, że to powstanie mogło wybuchnąć tylko w Polsce, gdzie także Żydzi podlegali aurze romantycznej i powstańczej. Co Pan myśli o takiej „polonizacji” powstania w getcie?
Wielu Żydów, którzy chodzili do polskich szkół powszechnych, gimnazjów, liceów, którzy studiowali stykali się z polskim wzorcem powstańczym czy z wzorcem czynu niepodległościowego legionów Piłsudskiego. Jest to co prawda czynnik godny uwzględnienia, natomiast z całą pewnością był wtórny wobec sytuacji obiektywnej.

Czy i jak można w syntetycznym skrócie pokazać stosunek ludności polskiej, w tym przypadku głównie warszawskiej do faktu wybuchu powstania, jak i do jego trwania?

Ta sfera od dziesięcioleci jest obszarem walki ideologicznej, obszarem największych konfrontacji i manipulacji między historykami i publicystami, którzy są związani z różnymi opcjami politycznymi.

W tym miejscu trzeba odwołać się do historycznego podłoża, jakim była Polska międzywojenna, II Rzeczpospolita. Był to kraj bardzo silnie zainfekowany antysemityzmem i przemocą antysemicką. W latach 1935-1937 maja miejsce antysemickie wystąpienia o charakterze pogromowym w około stu pięćdziesięciu miejscowościach w całym kraju. Raniono i poturbowano w nich dwa tysiące Żydów. Zabito między piętnastoma a trzydziestoma Żydami. Reakcja władz państwowych jest bardzo pasywna, maja miejsce inicjatywy ustawodawcze o charakterze antyżydowskim. Każde z wpływowych obozów politycznych, rządząca od 1926 roku sanacja, endecja będąca realną alternatywą w przypadku dekompozycji obozu sanacyjnego, chadecja, wpływowe PSL opowiadały się co najmniej za masowym exodusem Żydów z Polski. Stronnictwo narodowe bezpośrednio odpowiadało za większość aktów przemocy wobec Żydów, sanacja tolerowała wystąpienia antysemickie.

Jedynymi rzecznikami równouprawnienia Żydów były słabe ugrupowania polskiej lewicy, PPS, KPP i niewiele znaczące Stronnictwo Demokratyczne. Po wybuchu wojny w 1939 roku sytuacja pogorszyła się z uwagi na wyobrażenia o przychylnej postawie Żydów w stosunku do wkraczającej na kresy wschodnie RP Armii Czerwonej. Stąd postawy antysemickie były silnie obecne w polskich ugrupowaniach politycznych działających w podziemi w kraju i na emigracji. Zajmująca się pomocą Żydom organizacja „Żegota” było liczbowo bardzo nieliczna. To było około dwustu aktywistów, którzy udzielili pomocy kilku tysiącom ukrywających się Żydów. Natomiast często były nieszlachetne zachowania, także w wykonaniu przedstawicieli polskiego państwa podziemnego.

W wydanej w latach osiemdziesiątych książce „Nierówne ofiary” autorstwa Izraela Guttmana i Szmula (Stefana) Krakowskiego jest mowa o znanych historykom ponad stu dwudziestu akcjach przeciwko ukrywającym się Żydom, przeprowadzonych przez formacje Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Dwadzieścia dziewięć takich akcji dwaj historycy opisali. Te zdarzenia są świadomie bądź nieświadomie wypierane przez sporą część polskiego społeczeństwa, jako bardzo niewygodne dla świadomości. Pokazały to wszystkie wielkie debaty z początku tego wieku, choćby nad książkami Jana Tomasza Grossa.

Jak na powstanie w getcie zareagowały Armia Krajowa i konkurencyjna Gwardia Ludowa?

Polskie społeczeństwo zareagowało na wybuch 19 kwietnia 1943 roku na pewno żywiej niż podczas wielkiej akcji likwidacyjnej sprzed niespełna roku. Wtedy jedynie Polska Partia Socjalistyczna zareagowała natychmiast odezwą pod wszystko mówiącym tytułem „Nie dajcie się”. Pozostałe siły polityczne zareagowały całkowitą biernością.

Tym razem Żydowskiej organizacji Bojowej i Żydowskiemu Związkowi Wojskowemu udało się nawiązać kontakty z polskim podziemiem, niezbędne w warunkach ogromne słabości w uzbrojeniu strony żydowskiej. Powstała pod koniec lipca 1942 roku powstała Żydowska Organizacja Bojowa dysponowała na początku jednym rewolwerem. Miesiąc później, za pośrednictwem Gwardii Ludowej udało się nabyć osiem pistoletów, które jednak po dwóch tygodniach wpadły w ręce Niemców. Nie było więc możliwości przeciwstawienia się wielkiej akcji deportacyjnej, zwłaszcza, że masy żydowskie pozostały bierne. Jedynie Haszomer Hacair, marksistowska partia młodzieży żydowskiej kolportowała ulotki wzywała do oporu. Jednak większość Żydów potraktowała to jako niemiecką prowokację, mająca dodatkowo uzasadnić brutalność Niemców.
Pod koniec grudnia 1942 komendant Główny Armii Krajowej, generał Rowecki „Grot” nakazał przekazać Żydowskiej Organizacji Bojowej dziesięć rewolwerów, a pod koniec stycznia 1943 przekazano kolejne pięćdziesiąt rewolwerów, w tym kilkanaście niesprawnych. To jedyne liczby jeśli chodzi o broń przekazaną Żydom z ŻOB przez AK. Co prawda sama AK dysponował skromnym uzbrojeniem, jednak te sześćdziesiąt rewolwerów można określić jako jeden procent jej zasobów.

Znacznie lepiej układały się stosunki żydowskich konspiratorów z komunistami, które jedna musiały być ukrywane ze względu na kontakty z rządem londyńskim. Bardzo silnie działał tu stereotyp „żydokomuny”. Miał on silny wpływ na bierność Polaków wobec powstania. Drugi czynnik tej bierności wynikał stąd, że pewna część Polaków, nie zawsze intencjonalnie, stała się profitentami stłoczenia Żydów w getcie, przejmując żydowskie warsztaty, domy, majątki. Ogromna różnica w stosunku do Żydów ze strony AK i ze strony GL, potem AL. Wyraziła się także w fakcie, że GL przyjmowała w swoje szeregi partyzanckie uciekinierów z getta, natomiast AK nie robiła tego programowo. W ramach GL było aż trzydzieści oddziałów żydowskich, a w ramach AK ani jednego.

Po upadku powstania około osiemdziesięciu bojowników ŻOB, którzy przedostali się na stronę aryjską, w okolicy ulicy prostej, zostało 10 maja uratowanych przez PPR. Miały natomiast miejsce liczne akty przemocy wobec Żydów-uciekinierów błąkających się po lasach. Większość tych aktów dokonała się w cieniu rozkazu generała Bora-Komorowskiego rozkazu 116 z 1943 roku, który mówił o zwalczaniu bandytyzmu. W praktyce było to kierowane przeciwko żydowskim grupom błąkającym się po wsiach i z desperacji głodowej zmuszonych nieraz do kradzieży chłopom żywności. Natomiast część ocalałych z getta walczyła w powstaniu warszawskim w szeregach Armii Ludowej.

Czy podjęcie powstania było wyłącznie aktem walki o godność, bez nadziei na zwycięstwo, czy też była jakaś szczypta nadziei, że powstanie, nawet gdy poniesie klęskę przyniesie Żydom jakąś korzyść, pozwoli część ocalić i zwrócić uwagę świat na ich sytuacji? I czy wywieszenie w getcie flagi polskiej obok żydowskiej mogło być wynikiem kalkulacji na znacząca pomoc polską?

W żadnym porządku strategii militarnej powstanie nie miało szans ze względu na dysproporcje między siłami żydowskimi a niemieckimi. Nie tylko broni i amunicji była ilość poniżej wszelkiego minimum, ale i liczebność bojowców ŻOB nie przekraczała około pięciuset. Trochę lepiej uzbrojonych, dzięki kontaktom z Polską Ludową Akcją Niepodległościową, było około dwustu pięćdziesięciu żołnierzy Żydowskiego Związku Wojskowego. Oni jednak ponieśli większe straty i zniknęli na dziesięciolecia z historiografii gettowej. Żadna z tych organizacji nie prowadziła szerokiego werbunku, bo nie miał odpowiedniej liczby broni, a poza tym nie chciał wprowadzić w swoje szeregi osób nie sprawdzonych politycznie. Bojowcy mieli świadomość represji przerażających odwetowych ze strony niemieckiej. Kiedy w marcu 1943 roku żołnierze ŻOB zabili dwóch Niemców, ci w odwecie zabili dwustu Żydów. „Zginęli, żeby ratować godność” – to fraza, która setki razy pojawiała się we wspomnieniach żydowskich konspiratorów.

Czy ustalono ostatecznie prawdę o słynnej karuzeli przy placu Krasińskich. Czy Polacy rzeczywiście bawili się na niej wesoło o kilkadziesiąt metrów od muru ginącego getta?

Społeczeństwo było generalnie bierne. Polskie organizacje konspiracyjne zorganizowały kilkanaście akcji pomocowych pod murami getta. Jednak Jűrgen Stroop wśród dwóch liczących każdego dnia dwa tysiące sił ludzkich, to było wśród nich trzystu sześćdziesięciu polskich granatowych policjantów i czterech oficerów tejże policji. W zasadzie nie brali oni udziału w walkach, ale zajmowali się pilnowaniem murów getta. Niemcy uznali ich znajomość języka i realiów polskich za bardzo przydatną. Dla większości polskiego społeczeństwa tragedia getta była czymś obojętnym. Często jednak wyrażano opinie, że problem żydowski zostanie w Polsce rozwiązany przez Hitlera, z korzyścią dla Polaków. Miał na te postawy wpływ także Kościół katolicki, który opowiadał się przeciw przemocy, ale za izolacją Żydów w Polsce. Takim głosem był m.in. list pasterski prymasa Augusta Hlonda z 1936 roku. Kościół bronił tylko Żydów ochrzczonych.

Jaka była recepcja powstania po 1945 roku, po zakończeniu II wojny światowej?

Warto odnotować, że choć dziesiątki tysięcy Żydów służyło w szeregach sil alianckich, w Armii Czerwonej i na Zachodzie, to symbolem oporu żydowskiego stało się powstanie kilkuset bojowników. W Polskę władza ludowa, komunistyczna, uznała rocznice wybuchu powstania w getcie za święto ważne dla niej ze względów ideowych. Pierwsze obchody odbyły się już w 1945 roku, a w 1948 odsłonięto pomnik Bohaterów Getta projektu Rapaporta przy placu Bohaterów Getta, a ocalałych żydowskich bojowników odznaczono wysokimi odznaczeniami państwowymi. Przyczyną był fakt, że większość bojowców należała do formacji syjonistycznych o zabarwieniu lewicowym. To korespondowało z nowym modelem ustrojowym w Polsce. Poza tym po wojnie przez wiele lat państwo Izrael rządzone było przez socjaldemokrację, która za swoją emanację uznała ŻOB, którym poświęcone były najważniejsze publikacje. Niestety inżynieria pamięci, manipulacje wypchnęły z pamięci i tradycji żołnierzy wspomnianego Żydowskiego Związku Wojskowego. To jeden z przykładów deformacji obrazu powstania w getcie.

Czy jest jakaś wiedza o ewolucji opinii publicznej w Polsce w stosunku do powstania?

Uważam, że niezależnie od różnych deformacji propagandowych w jednolitej narodowościowo Polsce Ludowej, te obchody miały doniosłe znaczenia, bo przypominały o społeczności żydowskiej w Polsce i funkcjonującej w PRL mniejszości żydowskiej. Monopol obchodów państwowych od lat sześćdziesiątych przełamywał nielegalnymi obchodami Marek Edelman. Jednak zdecydowana większość społeczności żydowskiej brała udział w obchodach oficjalnych, bo nie uważała Edelmana za swojego przedstawiciela. Był on związany z opozycją antysystemową, podczas gdy społeczność żydowska doceniła to, że władze PRL po 1981 roku zrewidowały swój dawny do niej stosunek, w szczególności to co zdarzyło się w marcu 1968 roku. W Izraelu miano też Edelmanowi za złe poparcie walki Palestyńczyków.

Kilka lat temu dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego bardzo ostro postawiła kwestię polskich win w stosunku do Żydów. Było to efektem jednej z najbardziej burzliwych dyskusji, w rezultacie sporów wokół głośnego artykułu Jana Błońskiego „Biedny Polak patrzy na getto” z 1987 roku, a po latach wokół książek Jana Tomasza Grossa, zwłaszcza „Sąsiadów”. Jakie jest Pana stanowisko w tej kwestii?

Pani Alina Cała przeprowadziła rozlegle badania nad polskim antysemityzmem. Zauważyła n.p. że w latach trzydziestych skala antysemickiej przemocy pogromowej była w Polsce większa niż skala takiej przemocy w Niemczech Hitlera. Co prawda polski antysemityzm nie zawierał w zasadzie komponentu eksterminacyjnego, a eksterminacji dokonali kilka lat później Niemcy, nie mniej badania pani Całej są niezmiernie cenne i miarodajnie.

I jeszcze jedno. Czy odpowiada Panu powszechnie używany od lat termin „stosunki polsko-żydowskie” na określenie współistnienia obu narodów w państwie polskim?

Nie odpowiada mi, jest zgrzytliwy. Bo kim mieliby być Polacy, endekami, chadekami, ludowcami? Czy kimś jeszcze? Polskie społeczeństwo było i jest zróżnicowane podobnie jak społeczność żydowska. Katalog postaw po obu stronach jest zbyt bogaty, by tak go uogólniać, sugerować konfrontację postaw i nastroje oblężonej twierdzy po obu stronach. Brzmi niczym hasło: „Zewrzyjmy szeregi”. Ta formuła nie ułatwia, lecz utrudnia dialog.
Podobnie nie odpowiada mi formuła „dialog polsko-żydowski”, bo po obu stronach są grupy nim zainteresowane i niezainteresowane. Dziś mamy w Polsce trzydzieści procent społeczeństwa odnoszące się przychylnie do społeczności żydowskiej, jest współpraca kulturalna obu społeczności, kilkanaście tysięcy Żydów odzyskało polskie obywatelstwo, dorosły nowe pokolenia wolne od najgorszej pamięci. Mam nadzieję, że to wszystko złoży się na przepędzenie upiorów przeszłości.

Dziękuję za rozmowę.

Czego Polacy nie rozumieją?

Z prof. Pawłem Śpiewakiem, dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki? Tak twierdzi Isarel Katz, pełniący obowiązki szefa izraelskiego MSZ.
PAWEŁ ŚPIEWAK: To jest prymitywne uogólnienie, tak jakby powiedzieć, że wszyscy Żydzi szachrują. Nie ulega wątpliwości, że takie sformułowania są obraźliwe. Ciekawe byłoby pytanie, na ile przed wojną, w jej trakcie i po wojnie rozpowszechniane były postawy antysemickie i jak ulegał zmianie stosunek do Żydów przez ostatnie ponad 70 lat.

Przed wojną antysemityzm był postawą właściwie powszechną?
Możemy z całą pewnością powiedzieć, że przedwojenna Polska była bardzo silnie nasycona antysemickim językiem. Na początku był silnie związany z Narodową Demokracją, z czasem stał się powszechny także w obozach popiłsudczykowskich, aż w końcu lat trzydziestych zaczął przenikać do lewicy. W okresie międzywojennym miały miejsce rządowe szykany wobec Żydów: zakaz zatrudniania na stanowiskach administracyjnych, wykluczanie Żydów z wojska i policji, getta na terenie uniwersytetów. To było coś odczuwalnego. Jak czytam prasę końca lat 30. XX wieku, to mam wrażenie, że w polskiej prasie panowała obsesja antysemicka.

A konkretnie?
Na przykład publikowane karykatury są nieprawdopodobnie zjadliwe i ostre, podobnie jak program polityczny. Żydom chciano odbierać prawa obywatelskie i tworzono programy usuwania z Polski różnymi metodami. Nie ulega wątpliwości, że to samo trwało podczas wojny, antysemityzm był bardzo silnie obecny. Nie oznacza to morderczych zachowań, ale Żydzi, którzy chcieli schronić się po stronie polskiej, nie mieli łatwego zadania, napotykali na mur co najmniej obojętności, a nawet wrogości. Liczba uratowanych Żydów po stronie nieżydowskiej była mała – mówimy o kilkunastu tysiącach uratowanych osób, w stosunku do trzymilionowego narodu żydowskiego. Nie może być mowy o masowym ratowaniu Żydów. Lata powojenne także obarczone były ogromnym antysemityzmem, z dużą ilością pogromów i jawną niechęcią, którą znajdziemy nawet wśród wykształconych osób. Tym bardziej, że Żydzi zaczęli obejmować ważne stanowiska rządowe, a Polacy nie byli na to przygotowani. Trzy fale emigracji spowodowały, że antysemityzm pozbawił Polskę ostatnich Żydów. W tym sensie ciągłość kultury przestała istnieć.

Ale antysemityzm pozostał.
Jest o wiele mniejszy, niż przed wojną, ale jest. Pojawiła się też nowa grupa ludzi, tak zwanych anty-antysemitów, którzy świadomie walczą z antysemityzmem i są zaciekawieni kulturą żydowską. Ale i tak antysemityzm werbalny jest bardzo silny. W Internecie jest tego zdecydowanie za dużo.

Dlatego, że jest przyzwolenie ze strony rządzących na takie zachowania?
Do pewnego stopnia jest. Po pierwsze, żaden przedstawiciel ruchów nacjonalistycznych nie został skazany za głoszenie otwarcie antysemickich haseł. Polskie prawo karne nie jest po prostu stosowane. Po drugie, szereg prawicowych dziennikarzy i środowisk prasowych używa mniej lub bardziej ukrytej antysemickiej retoryki. Wiedziała pani, że gazeta „Do Rzeczy” chce przeliczyć ilość trupów w Jedwabnem? Jakby to miało rozstrzygnąć o sprawie. Takie zachowanie, nawet jeżeli nie jest szerzeniem antysemityzmu, to przynajmniej blokuje jakiekolwiek rozumienie stosunków polsko-żydowskich.

Prezes PiS na tzw. taśmach Kaczyńskiego mówi o panu „ostry żydowski profesor”. Zabolało to pana?
Nie, właściwie to mogę się tylko uśmiechnąć. Ale jednocześnie myślę, jakie skojarzenia idą za takim stwierdzeniem.
Przecież nikt nie powie ostry ormiański albo ostry polski profesor. To jest rodzaj rodzimych skojarzeń, które wpadają w ucho. Ale i tak jestem optymistą.

Naprawdę?
Przez ostatnie 30 lat dużo się zmieniło. Zaczęliśmy otwarcie mówić o problemie antysemityzmu w Polsce i odkrywać nowe wymiary prawdy historycznej. Powstały raporty na podstawie tzw. sierpniówek, czyli dekretów dotyczących kolaboracji z Niemcami, gdzie mowa jest o przejawach antysemityzmu i morderstwach na Żydach w czasie wojny; głośno mówi i pisze się o pogromach w Krakowie, Chełmie, Rzeszowie, Kielcach czy Dobrem; odkrywa się coraz więcej zorganizowanych mordów w miejscowościach wokół Jedwabnego, czyli w dawnym województwie łomżyńskim. To jest bardzo ważna zmiana, bo nie można już udawać, że tego nie było.

Niektórzy jednak udają albo zaprzeczają. Nie chcą dopuścić do siebie myśli, że byli też źli Polacy. To się nie zmieni?
To jest trochę mitomania, bo na co dzień ci sami ludzie będą bardzo źle mówili o swoich polskich sąsiadach. Z badań socjologicznych wynika, że żaden naród tak bardzo siebie nie lubi jak Polacy. Stereotyp Polaka jest bardzo negatywny. Jeżeli chodzi o poziom wzajemnej nieufności, to Polacy wyprzedzają wszystkie kraje europejskie, a nawet Rosję. Na co dzień mamy o sobie bardzo złe zdanie, ale nie potrafimy przyznać, że skoro tacy jesteśmy dzisiaj, to byliśmy też w przeszłości.

W Izraelu widoczne i odczuwalne są nastroje antypolskie?
Oczywiście, ale bez przesady. Jak jeżdżę do Izraela czy spotykam się ze środowiskami żydowskimi, to widzę, że też coś się zmienia. Coraz mniej ludzi pamięta czasy wojenne, więc w przestrzeni funkcjonują przede wszystkim mity przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie wiemy, ilu Żydów zginęło z rąk Polaków, ale to nie była mała liczba. Dużo jest historii o szmalcownikach, którzy wykorzystywali strach Żydów. Czasami mam wrażenie, że część Żydów ma więcej złości w stosunku do Polaków niż do Niemców. Oczekiwania wobec współobywateli były bowiem większe, niż wobec jawnych wrogów.

Nie da się tak po prostu odciąć od przeszłości. Ale jak sobie z nią radzić?
Żydzi przyjeżdżają do Polski nie tylko w celach historycznych. Silna więź z Polską pozostała, zwłaszcza wśród ocalonych albo ich dzieci. Poza Ameryką to Polska była krajem, gdzie przed wojną było najwięcej Żydów, krajem ważnym dla kształtowania żydowskiej tożsamości, literatury, teatru, polityki i nagle stał się pustynią. To jest też problem psychologiczny dla nich samych. Polska mimo wszystko pozostała ważna i chcę, aby nie była tylko nabzdyczona poczuciem dumy.

Kto jest nabzdyczony? Premier, który bojkotuje spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie po słowach ministra obrony narodowej Izraela, a wcześniej premiera tego kraju?
Mateusz Morawiecki powinien moim zdaniem potraktować taką sytuację z większym zrozumieniem, nie ulegać tak łatwo emocjom i antysemickim tendencjom w Polsce. Zrobił to między innymi po to, aby pokazać, że jest twardy, nie pozwoli wodzić się za nos i mówić źle o Polakach. Powinien tam pojechać, porozmawiać i wytłumaczyć, że to słowa Katza są głupie i szerzą mowę nienawiści. Najłatwiej jest się obrazić. Lepiej jednak zachować podstawowe zrozumienie dla poczucia ludzkiej krzywdy. To jest naród bardzo skrzywdzony i jeszcze długo będzie żył z tym poczuciem.
Powinniśmy zrozumieć i wybaczyć słowa o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”?
Wiele razy już słyszałem takie stwierdzenia. Jak pierwszy raz pojechałem do Nowego Jorku i trafiłem do dzielnicy żydowskiej, to jak mówiłem, że jestem Polakiem, słyszałem, że to Polacy zabijali Żydów.

Jak pan reagował?
Spokojnie. Obrażanie się nie jest rozwiązaniem. Jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić, to tłumaczyć, że to nie Polacy, a Niemcy. Niektórzy Polacy korzystali z okazji, ale trudno mówić o zbiorowej winie całego narodu.

Nie oczekiwałby pan przeprosin za takie słowa?
To jest tak kompromitujące dla ministra Israela Katza, ale niczego bym od niego nie oczekiwał. Takie rzeczy może mówić w domu, ale nie publicznie jako polityczne stwierdzenie.
Premier Izraela Benjamin Netanjahu też miał powiedzieć podczas wizyty w Warszawie, że „Polacy kolaborowali z Niemcami”. Co prawda te słowa zostały zdementowane, ale nie przez samego premiera.

Niesmak pozostał?
Premier Izraela powiedział tylko, że nie zadziałały przepisy nowej ustawy o IPN. I to jest przecież prawda. Ta ustawa jest okropna, jest najgorszym rodzajem produktu, jaki w ogóle można sobie wyobrazić.

Dlaczego?
To jest produkt konfliktu, który nic nie załatwia. Wprowadzone przez władzę zapisy miały służyć ochronie dobrego imienia Polaków, a dzięki tej ustawie nagle cały świat dowiedział się o „polskich obozach śmierci”. Trzeba być kompletnym politycznym niezdarą, żeby coś takiego wykombinować. Próby nałożenia jakiegokolwiek kagańca prowadzą donikąd, w cywilizowanym świecie tak się nie robi. Dobrze, że przynajmniej z zapisów o penalizacji za oskarżanie narodu polskiego rząd się wycofał.
Po awanturze związanej z wypowiedzią Benjamina Netanjahu PiS zapowiedział, że będzie chciał przyjąć w Sejmie uchwałę dotyczącą odpowiedzialności za Holocaust.

Ostatecznie się z tego wycofał. Dobra decyzja?
Tak, bo to byłaby próba załatwienia problemów historycznych metodami politycznymi. Taka uchwała i tak nie byłaby nic warta.

Jak skutecznie walczyć o prawdę?
Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego.

Co ma pan na myśli?
Są trzy etapy stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny: od września 1939 roku do zamykania Żydów w gettach, gdzie Polacy i Żydzi jeszcze żyli razem, ale już stosowana była wobec nich przemoc, między innymi ze strony polskich chuliganów; potem ok. 2 lat funkcjonowania gett w większych miastach, totalna izolacja Żydów i oglądanie śmierci – 90 proc. zginęło w całkowitej obojętności albo przy niewiedzy Polaków, co się tak naprawdę działo; ostatni etap to koniec 1942 i początek 1943 roku, czyli likwidacja gett i czas ucieczek, ale wtedy już Żydów w Polsce właściwie nie było. Dlaczego Polacy nie udzielali Żydom tak szeroko pomocy? Zapewne dlatego, że nie chcieli, że się bali, inni może nie wiedzieli, jak pomóc. Musimy o tym wszystkim myśleć w całkowitej złożoności, nie możemy upraszczać.

Czyli chodzi panu o samotność Żydów w obliczu śmierci?
Żydzi jak patrzyli na Warszawę po drugiej stronie murów, to mieli poczucie, że to jest wolny kraj. Z ich perspektywy tam toczyło się w miarę normalne życie. A okazało się, że w środku tego miasta można było zamordować 300 tysięcy ludzi. Ktoś w Warszawie o tym myślał?

Ma pan pretensję o taką obojętność?
Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty.

Jak teraz reagować na przejawy antysemityzmu?
To jest zasadniczo problem mowy nienawiści, którą traktuję jako przejaw prostactwa. Dlatego można tylko robić swoje. Są różne warsztaty, szkolenia i taka droga jest bardzo ważna. Rządzący niestety przyzwalają na taki język, co najmniej nie reagują, ale także produkują. Jacek Kurski ze swoją fabryką nienawiści jest liderem propagandy. Odpowiedzialność moralna i polityczna za to jest po stronie partii rządzącej.

W czym taka propaganda nienawiści ma rządzącym pomóc?
To jest język skierowany do własnego elektoratu, tworzenie obozu, który broni się przed czyhającym na świecie złem. Chodzi o ugruntowywanie pozycji własnej formacji politycznej, która staje się także formacją duchową i światopoglądową. Ja to określam jak połączenie zideologizowanego katolicyzmu z nietolerancyjną postawą. To jest żywienie się prostactwem i jego uszlachetnianie. Im głupiej, tym lepiej, dlatego zależy wielu propagandzistom na ogłupianiu ludzi. I to jest największa zbrodnia np. Jacka Kurskiego. To jest człowiek, który za to, co robi, powinien stanąć kiedyś przed sądem. Wszystko zaczęło się już wcześniej, od „dziadka z Wehrmachtu”, którego wypominał Tuskowi. Obrzydliwiec! Potomek Gaona z Wilna powinien inaczej się zachowywać.
Obawia się pan o przyszłość Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN? Przypomnę, minister kultury nie przedłużył kontraktu obecnemu dyrektorowi.
Na razie nie panikuję. Ten konflikt nie jest dla władz dobry, bo to jest sprawa międzynarodowa. Muzeum powstało między innymi dzięki olbrzymim dotacjom amerykańskich Żydów. Narzucanie swojego nominata wbrew wszystkim zakończy się straszną awanturą.

Minister chce narzucić swojego nominata?
To, że obecna władza nie lubi dyrektora Stoli, nie ma żadnej wątpliwości. Władze zgodziły się na konkurs na stanowisko dyrektora POLIN, który w ciągu dwóch miesięcy będzie rozstrzygnięty. Jest nieźle.

Dlaczego jest na cenzurowanym? Naraził się wystawą dotyczącą Marca ’68?
Ta wystawa była bardzo skromna i prosta, ale niestety trafiła akurat na zły czas, czyli dyskusję wokół zmian w ustawie o IPN. Wtedy wiele głosów w propagandzie pisowskiej zabrzmiało znajomo. Okazało się, że te same słowa i pojęcia pojawiały się wtedy i dzisiaj. Dlatego pojawiły się na niej wypowiedzi nabzdyczonych prawicowych dziennikarzy.

Próba przejęcia Muzeum POLIN napotka społeczny opór?
Ta ekipa władzy stara się zbudować nową elitę muzealniczą, kulturalną, filmową, wspiera prawicowe pisma i prawicowych twórców. Jak to robią? Wymieniają dyrektorów placówek i wprowadzają nowych ludzi. Dotuje się chętniej środowiska katolickie, konserwatywne, a nie lewicowe czy liberalne. Pozostają ci, którzy są ostrożniejsi w wypowiadaniu się w różnych kwestiach. Większy i mniejszy oportunizm szybko się rozpowszechnia.

Dlaczego władzy tak bardzo zależy na przejmowaniu instytucji kultury?
Kto panuje nad duszami, ten panuje nad krajem. Wie pani, że w podręcznikach do szkół podstawowych w ogóle nie ma słowa Żyd? Naprawdę. W taki sposób chcą kształtować pewną mentalność, tworzyć alternatywną wizję historii, świadomie budować nowego Polaka. Mają w swoim ręku telewizję publiczną, oświatę. Mają liczne narzędzia, by realizować swoją kontrofensywę antyliberalną i antymodernistyczną.

Marian Stępień o Czesławie Miłoszu Recenzja

Jedną z najbardziej interesujących publikacji jakie ukazały się w roku 2018 jest książka prof. Mariana Stępnia Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki (wyd. Studio Emka).

 

Zawiera ona istotne uzupełnienie biografii noblisty dotyczące jego pracy w służbie Polski Ludowej w latach 1945-1950. Autor poddał wnikliwej analizie opublikowane w roku 2013 Raporty dyplomatyczne Miłosza. Wbrew temu, co czasami twierdził sam Miłosz, jego wejście do służby dyplomatycznej nie było dziełem przypadku.

 

Rozterki lewicowego poety

W latach 1930-tych Czesław Miłosz był poetą lewicowym, wrażliwym na niesprawiedliwość społeczną i niepokojące przenikanie elementów faszyzmu do polskiej rzeczywistości. Wrażliwość ta znajdowała wyraz w jego poezji i publicystyce. Jednakże, w odróżnieniu od innych poetów, takich jak Lucjan Szenwald, nie był skłonny do całkowitego podporządkowania swej twórczości wymogom walki klasowej. Ważne było dlań poszanowanie indywidualnych, twórczych aspiracji oraz realizacji wynikającego z talentu potencjału twórczego.

Obawy poety budziła sytuacja Polski zagrożonej przez agresywną III Rzeszę. Po rocznym pobycie w Paryżu Miłosz nie miał złudzeń co do pomocy ze strony Francji. Przebieg wydarzeń we wrześniu 1939 roku, a zwłaszcza ucieczka z walczącego kraju jego przywódców do Rumunii, przekonała Miłosza o słuszności jego krytycznej oceny Polski międzywojennej. Okres wojny i okupacji poeta przetrwał w Warszawie. Do Armii Krajowej odnosił się z rezerwą, gdyż jej przywódcy nie zastanawiali się nad zmianami ustrojowymi w powojennej Polsce. Ich celem był powrót do prawicowo-chadeckiego modelu politycznego. W prasie podziemnej raziła go niechęć do rzetelnej dyskusji uzasadniana potrzebą walki zbrojnej z okupantem. Walka ta – zdaniem Miłosza – powodowała osłabienie i wyniszczenie społeczeństwa polskiego.

Ocalenie zbliżało się ze Wschodu. Czesław Miłosz wiedział o stalinowskich represjach, masowych deportacjach i o Katyniu. Wynik wojny skłaniał go jednak do wniosku, że Polska może istnieć „w kształcie nadanym jej i gwarantowanym przez Związek Sowiecki, albo przestać istnieć. […] Żaden rząd pochodzący z wolnych wyborów nie dostałby Ziem Zachodnich w podarunku od Wielkiego Brata”.

 

Pisarze-dyplomaci

Po zakończeniu wojny wielu pisarzy związanych w okresie międzywojennym z lewicą podjęło pracę w służbie zagranicznej Polski Ludowej. Jerzy Putrament został posłem w Szwajcarii. Później stanowisko to objął Julian Przyboś a Putrament został ambasadorem w Paryżu. Antoni Słonimski był dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Z kolei Mirosław Żuławski był dyplomatą w Pradze, a później w Paryżu. Był też stałym delegatem Polski do UNESCO, a później ambasadorem w Republice Mali. Stanisław Jerzy Lec pracował jako attaché prasowy Misji Polskiej w Wiedniu. Jerzy Zagórski przez krótki czas pełnił obowiązki attaché kulturalnego w Paryżu Andrzej Kuśniewicz przed wojną pracował na placówkach w Czechosłowacji i we Francji. Po wojnie był konsulem w Lille i radcą Ambasady w Paryżu. Inny przedwojenny dyplomata, Tadeusz Breza, powrócił do służby zagranicznej w roku 1955 i był radcą ds. kultury w Rzymie i w Paryżu.

Czesław Miłosz dzięki doskonałej znajomości angielskiego i francuskiego był znakomitym kandydatem do pracy w USA i Francji. W latach 1946-1949 był attaché kulturalnym w Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku, a następnie II sekretarzem Ambasady w Waszyngtonie. W roku 1950 został przeniesiony do Ambasady w Paryżu.

 

W obronie polskiej racji stanu

Sytuacja Czesława Miłosza w Nowym Jorku była trudna. Konsulat Generalny był bojkotowany przez wrogo usposobione do przemian w Polsce organizacje polonijne. W Bibliotece Publicznej nie było w ogóle publikacji polskich ukazujących się w kraju. Tragedia kielecka wywołała nastroje antypolskie. Częściej mówiono o antysemitach-Polakach, niż o zbrodniach popełnionych na narodzie żydowskim przez III Rzeszę. W postawie wobec pokonanych Niemców były liczne przejawy współczucia. Ważnym, szkodliwym dla sprawy polskiej wydarzeniem było przemówienie sekretarza stanu Jamesa F. Byrnesa wygłoszone w Stuttgarcie 6 września 1946 roku. Polityk amerykański kwestionował trwały i ostateczny charakter polskiej granicy zachodniej To podejście musiało budzić niepokój polskich władz oraz mieszkańców Wrocławia i Szczecina. Dla Stalina było ono korzystne gdyż potwierdzało jego pozycję jako jedynego gwaranta tej granicy.

Czesław Miłosz wykorzystywał swe osobiste znajomości z pisarzami polskimi mieszkającymi w Nowym Jorku, osłabiając tym samym izolację Konsulatu Generalnego. Niektórzy spośród pisarzy – często nastawionych krytycznie wobec nowego kierownictwa państwa polskiego – pozytywnie oceniali przemiany społeczne w Kraju, a zwłaszcza rewolucję kulturalną – walkę z analfabetyzmem, wzrost czytelnictwa, wysokie nakłady książek oraz rozwój sieci szkół i bibliotek. Rozmowy z Miłoszem sprzyjały podejmowaniu decyzji o powrocie lub odwiedzeniu Kraju czy też rozpoczęciu współpracy z czasopismami krajowymi.

Czesław Miłosz przywiązywał wagę do kontaktów z amerykańską społecznością żydowską.

Jak pisze prof. Stępień „w kwietniu 1946 roku, w trzecią rocznicę powstania w getcie warszawskim, na zaproszenie Jewish Congress, Miłosz Miał odczyt w Bostonie, mimo sprzeciwu działaczy Bundu, którzy nie chcieli dopuścić do wystąpienia „komunisty”. A było ono bardzo udane, szeroko reklamowane, zebrało się 1500 osób”.

Na terenie Konsulatu od kwietnia do czerwca odbywały się spotkania poświęcone trzeciej rocznicy walk w Getcie Warszawskim urządzane przez American Jewish Congress. Do tego rodzaju spotkań przywiązywał Miłosz wielką wagę, gdyż widział, i informował o tym polskie władze, że sprawa antysemityzmu w Polsce jest nadal jedną z największych przeszkód na terenie międzynarodowym, a przełamywanie wrogości społeczeństwa żydowskiego jest jednym z najważniejszych zadań w Ameryce, „podstawowym zagadnieniem dla naszych stosunków z USA, w pierwszym rzędzie, jeżeli chodzi o pomoc ekonomiczną i naukową”.

Czesław Miłosz podejmował starania na rzecz osiągalności polskich książek w USA i amerykańskich w Polsce.

„Niewątpliwie dużym sukcesem Miłosza – podkreśla prof. Stępień – było doprowadzenie do urządzenia w New York Public Library wystawy polskiej książki powojennej. Otwarta 3 maja (!) 1947 roku w głównym budynku biblioteki przy Piątej Alei, pod nazwą „Post-war Poland, 1945-47, an Exhibition of Polish Books and Photographs”, czynna była do końca czerwca. Odwiedziło ją około 20 000 osób”.

Biuro Wymiany przy Bibliotece Narodowej w Warszawie otrzymało 374 skrzynie książek od American Book Center, co było rezultatem dobrych stosunków Miłosza z dyrektorem Center. Później niepokoił go fakt, że skrzynie przez długi czas leżały nierozpakowane.

Sukcesem Czesława Miłosza było również nawiązanie kontaktu z założycielem i ówczesnym dyrektorem Fundacji Kościuszkowskiej Stefanem Mierzwą, który następnie był piętnowany przez prasę polonijną za „współpracę z komunistami”. Mimo tej presji – jak podkreśla prof. Stępień – Fundacja rozpoczęła akcję pomocy dla Kraju, zaopatrywania polskich uniwersytetów w książki naukowe, zapraszania polskich studentów na studia w Ameryce, polskich profesorów z odczytami, co Polonia przyjmowała „ze zdumieniem i z wyraźnym niesmakiem”.

Zdumiewające było zacietrzewienie Polonii wobec projektu utworzenia na Uniwersytecie Columbia-pierwszej w USA – katedry literatury polskiej. Projekt ten został zrealizowany, mimo iż kosztował rocznie 10 000 dolarów. Kwotę tą udało się uzyskać dzięki staraniom Miłosza i poparciu ówczesnego ministra spraw zagranicznych Zygmunta Modzelewskiego Wbrew protestom Kongresu Polonii Amerykańskiej, prezydent Uniwersytetu – a później prezydent USA – Dwight Eisenhower projekt ten zaakceptował. Powstała Katedra im. Adama Mickiewicza posiadająca prawo nadawania doktoratów. Zdaniem działaczy i dziennikarzy polonijnych, Katedra była „przybudówką komunistycznego rządu polskiego”. Kierownik Katedry, wybitny uczony, prof. Manfred Kridl był nazywany „bolszewikiem nr 1”.

 

Norwid w Minneapolis

Wiele lat temu student Politechniki Poznańskiej, dzięki wymianie stypendystów pomiędzy Zrzeszeniem Studentów Polskich (ZSP) a United States National Student Association (USNSA) znalazł się w University of Minnesota w Minneapolis. W trybie indywidualnym, pod kierunkiem tutora Roberta Albrechta doskonalił swą umiejętność pisania tekstów angielskich. Albrecht był zainteresowany historią i literaturą polską. Student wspomniał mu o Cyprianie Kamilu Norwidzie, który napisał dwa wiersze upamiętniające Johna Browna. Na następne spotkanie Albrecht przyniósł „Wybór poezji” Norwida wydany w Warszawie w 1947 roku. Student dokonał przekładu filologicznego obu wierszy. Zastanawiał się, w jaki sposób ta książka znalazła się w głębi Ameryki, w bibliotece uniwersytetu stanowego. Sądził, że ktoś musiał o to zadbać.

 

Decyzja człowieka „całkowicie ideologicznie obcego”

Czesław Miłosz był dyplomatą o wysokich kwalifikacjach, wykazywał zaangażowanie w pracę i – w trudnych warunkach – osiągał znakomite wyniki. Wysoko cenił go ambasador w Waszyngtonie Józef Winiewicz. Jednakże po roku 1948 wszystko to stawało się mało ważne. Nadszedł czas ślepego posłuszeństwa i wiernopoddańczych frazesów. I cynizmu.
Jak każdy pracownik służby zagranicznej Czesław Miłosz składał sprawozdania ze swej pracy.
Raporty dyplomatyczne Miłosza cechowała otwartość i szczerość. Są w nich krytyczne opinie o niektórych decyzjach polskich władz oraz o sytuacji międzynarodowej w której ważną rolę odgrywał Związek Radziecki. Po roku 1948 w Polsce tego rodzaju opinie były traktowane jako przejawy wrogości. Komisja ustalająca listę pracowników odwoływanych z placówek uznała, że Czesław Miłosz to „człowiek całkowicie ideologicznie obcy”, który „ujawnił w swoich wypowiedziach wrogi i szkalujący stosunek do wszelkich przejawów życia w kraju. Żona-zaciekły wróg Związku Radzieckiego”.
Kiedy w grudniu 1950 roku Miłosz przyjechał do Warszawy zabrano mu paszport. Wskutek interwencji ministra Modzelewskiego poeta paszport odzyskał i wyjechał do Paryża.
1 lutego 1951 roku wystąpił o azyl we Francji.

 

Marian Stępień – „Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki”, Wydawnictwo Studio Emka, 2018, str. 291, ISBN: 978-83-65068-96-5

Jak wrażliwego polskiego Polaka wrażliwi izraelscy Żydzi po rusku obsobaczyli

Dlaczego JE Ambasador Izraela w IV RP zachowuje się jak rosyjski w I Rzeczpospolitej?

 

Pan wicepremier i minister kultury Piotr Gliński poczuł się w Polsce Żydem, czyli Polakiem gorszego sorta. Bo taki wrażliwy jest. Zwłaszcza na wypowiadane słowa. Takie przewrażliwienie na słowa to taka nasza wspólna cecha polsko – żydowska. I żydowsko-polska też. Taki mamy tu klimat.

Listopad to niebezpieczna dla Polaków pora. Toteż nie zdziwiłem się, kiedy na dziennikarskie pytanie o trudności w budowaniu wspólnoty polsko – polskiej, przeczytałem w tygodniku „Wprost” gorzkie żale wrażliwego pana wicepremiera.

Rzekł on, że spór między wojującymi plemionami PO i PiS jest „szczególnie ostry, codziennie podsycany, w warstwie językowej i symbolicznej. Jeśli przewodniczący Rady Europejskiej przyjeżdża dzień przed świętem ,jednym na sto lat, i mówi o neobolszewikach, to znaczy, że mamy sytuację ekstraordynaryjną, nie do zaakceptowania z punktu widzenia polskiej racji stanu i dowodzącą, że druga strona, nie mając dla Polaków propozycji programowych, będzie każdą, nawet najświętsza okazję, wykorzystywać do szerzenia nienawiści. Gdy brakuje programu. Walka przenosi się w sferę emocji”.

I potem wypowiedział słowa, które wywołały niespodziewaną reakcję wrażliwego izraelskiego ministerstwa spraw zagranicznych i Ambasador Izraela w IV RP, Jej Ekscelencji Anny Azari.
Ale zanim on, wyżalając się pod adresem elit Platformy Obywatelskiej: „Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa. Ma wzbudzać do nas obrzydzenie. W opozycji byliśmy wykluczani, traktowani jak trędowaci/…/”.

I pewnie po kilku dniach zmarłyby medialnie te gorzkie żale pana wicepremiera. Świadczące jedynie jak wielkie są napięcia w wojnie plemiennej PiS – PO. I pewnie jako jeden z niewielu skomentowałbym słowa wicepremiera przypominając niedawną PiSowską mowę nienawiści traktujących „postkomuchów” też jak Żydów. I w propagandzie nazistowskiej i propagandzie ONR w końcówce II Rzeczpospolitej. Gdyby nie wyjątkowo przewrażliwiona reakcja izraelskiego MSZ i ambasady tego państwa w Warszawie.

Dzień po publikacji wywiadu JE Ambasador Anna Azari przesłała Polskiej Agencji Prasowej następujący komunikat: „Z niedowierzaniem i zdziwieniem przyjęliśmy wypowiedź Wicepremiera, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pana prof. Piotra Glińskiego dla tygodnika Wprost: „Mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa”. Świadczy ona o głębokiej niewiedzy i ignorancji oraz braku wrażliwości. Zalecalibyśmy Panu Premierowi wizytę w Instytucie Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie i bliższe zapoznanie się tą problematyką”.

Następnie JE Ambasador Izraela Anna Azari wyjaśniała w polskim mediach, zwłaszcza w Radiu TOK FM, powody tak niewspółmiernie gromkiej reakcji na publicystyczne porównanie pana wicepremiera Glińskiego. I tam JE Ambasador Azari oświadczyła, że takie porównanie losu plemienia PiS w IV RP do Żydów w III Rzeszy uwłacza Żydom. I najlepiej byłoby gdyby w polskich dyskusjach nie używać porównań „z czasów II wojny światowej”. Czyli zagłady Żydów.

Można dyskutować o stosowności używania historycznych porównań i wrażliwości ich czytelników. Zwłaszcza wśród narodów tak wrażliwych na Słowo, jak Polacy i Żydzi.
Ale nie jest rolą Ambasadora akredytowanego w zaprzyjaźnionym państwie publicznie, butnie i niewrażliwie na lokalną wrażliwość oceniać publicystyczne wypowiedzi ministrów tegoż państwa. Zwłaszcza w państwie tak wrażliwym na punkcie swojej suwerenności jak obecne państwo polskie.

Jeśli wrażliwy izraelski MSZ i równie wrażliwa na słowa JE ambasador Anna Azari poczuli się urażeni porównaniem pana wicepremiera PiSowców do Żydów, to JE Ambasador Azari ma wystarczająco wiele sposobów aby swoje uczucia urażenia panu wicepremierowi Glińskiemu w sposób dyskretny i jednocześnie skuteczny przekazać.

A nie strofować go publicznie i jak złego ucznia, rechotliwie, przy całej klasie politycznej, wysyłać na korepetycje do instytutu Yad Vashem.

Czy na zasadzie wzajemności mogę zaproponować JE Ambasador Azari lekcje dobrego wychowania, dobrych zwyczajów obowiązujących w Polsce?

Pan wicepremier Piotr Gliński nie należy do mojej rodziny politycznej, ale jest wicepremierem państwa polskiego. Mojego państwa.
Dlatego jako wrażliwy państwowiec nie zgadzam się, aby JE Ambasador izraelskiego państwa publicznie komentowała wypowiedzi polskiego wicepremiera z iście neokolonialną butą.

Polska jest suwerennym państwem, nie jest protektoratem.

Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem, że my Polscy nie mamy prawa do publicystycznych porównań „z czasów II wojny światowej”.

Tak jak niedawno protestowałem po uchwaleniu przez Sejm RP nowelizacji ustawy o IPN wprowadzającej cenzurę w debatach o relacjach polsko – żydowskich, tak teraz protestuję przeciwko wprowadzaniu przez Ambasadę Izraela cenzury dotyczącej publicystycznych porównań dotyczących najnowszej historii Żydów. Nawet z historii zagłady Żydów.

Bo to jest też nasza wspólna historia. Mieszkających tu Polaków, Żydów, Polaków z żydowskimi korzeniami i Żydów z polskimi. Nikt nam tej historii nie odbierze. Nikt nie zakaże czerpania z niej jakichkolwiek porównań.

Bo taką tu, w tej naszej części Europy, mamy wrażliwość na słowa.

Hara szel ha haim, jak mawiały moje żydowskie, przyszywane ciotki.

Głos prawicy

Dobra zmiana!

Piotr Skwieciński komentuje nowelizację ustawy o IPN na łamach wPolityce.pl::
Decyzja rządu, aby rozstać się z nieprzemyślanymi i szkodzącymi interesom naszego kraju zapisami ustawy antydefamacyjnej jest moim zdaniem w oczywisty sposób słuszna. Rozumiem też, co stoi za decyzją, by uczynić to w tak ekstraordynaryjnym trybie. W intencji pomysłodawców miałoby to służyć zminimalizowaniu nieuniknionych w tych okolicznościach piarowskich strat. Chodziło o to, żeby jak najkrócej trwało przypominanie błędu, jakim było przyjęcie kompletnie nieprzemyślanego prawnego bubla. Żeby przełknąć tę żabę jak najszybciej, nie rozgryzając, jednym kęsem.
Ale straty, powodowane tym trybem zmiany ustawy, przewyższają moim zdaniem wynikające z przyjęcia tego trybu zyski. Idzie mi o to, że ta szturmowa metoda działania nie sprzyja interpretowaniu zmiany jako działania suwerennego. Sprzyja niestety natomiast przedstawianiu jej jako panicznej, wymuszonej kapitulacji. To nie jest, mówiąc oględnie, dobry efekt, zarówno jeśli chodzi o reakcje polskiego społeczeństwa, jak i o prestiż Polski na zewnątrz. Może też posłużyć do oskarżenia rządu, że w ten sposób tworzy precedens, który w przyszłości posłuży mu do przepychania w podobnym trybie innych, już bardziej kontrowersyjnych politycznie, ustaw.
Niemniej to oczywiście dobrze, że ustawę zmieniono. Nawet w takim, nieszczęśliwym moim zdaniem, trybie.

Absurd, nie żadna dobra zmiana!

Rafał Ziemkiewicz w „Do Rzeczy” na ten sam temat:
Nie wiem co było większą masakrą: przyjęcie tej ustawy czy wycofanie się z niej teraz. Chyba jednak najgorszy był styl, w jakim się to wszystko działo.
Sejm przyjął zmiany w noweli ustawy o IPN, zakładające odejście od przepisów karnych. Zmiany uchylają m.in. art. 55a, który grozi m.in. więzieniem za przypisywanie Polakom odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej. Prace nad przyjęciem nowelizacji odbywały się w trybie pilnym na wniosek premiera Mateusza Morawieckiego na specjalnie zwołanym posiedzeniu Sejmu.
– To, że się przyjmie ewidentnie złą ustawę, przed którą my zresztą ostrzegaliśmy, to się zdarza. To, że ze złej ustawy trzeba się wycofać – też. Ale najgorszy był styl, w jakim to się wszystko wydarzyło – podkreśla Rafał Ziemkiewicz.