Cóż wiemy o finansach?

Inaczej, niż w przypadku miłości, więcej wiedzą o nich nieco starsi Polacy.
Ponad połowa badanych mieszkańców Polski chce wiedzieć więcej na temat finansów i funkcjonowania gospodarki (57 proc.) oraz cyberbezpieczeństwa (53 proc.). Jak widać, samokrytycznie i słusznie oceniamy, że nasz poziom wiedzy na te tematy jest bardzo niski. Takie wyniki przynosi sondaż „Poziom wiedzy finansowej Polaków” przeprowadzony w wyniku zlecenia Warszawskiego Instytutu Bankowości i Fundacji Giełdy Papierów Wartościowych na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie dorosłych osób, w lutym i marcu bieżącego roku.
Okazuje się, że w porównaniu do 2020 r., nieznacznie spadł do 49 proc. odsetek osób oceniających swoją wiedzę finansową jako „raczej małą” lub „bardzo małą”. Niestety, wzrósł za to poziom negatywnej samooceny w tym obszarze wśród młodych Polaków w wieku 18-24 lata – z 83 proc. do 90 proc. To rezultat narodowo-religijnej propagandy sukcesu uprawianej w PiS-owskich mediach „publicznych”, gdzie liczą się inne wartości niż edukowanie młodych obywateli.
W porównaniu do 2020 r., spadł odsetek osób deklarujących brak jakiegokolwiek długookresowego oszczędzania – z 39 proc. do 31 proc. Rośnie także popyt na wiedzę z zakresu inwestowania (wzrost z 26 proc. do 37 proc.), co z kolei jest wynikiem tego, że w naszym kraju oszczędzanie pieniędzy w bankach przynosi straty, więc Polacy myślą o innych możliwościach lokowania swoich pieniędzy. Jest to bardzo dobrze widoczne właśnie od 2019 r. – Rosnący popyt na wiedzę z zakresu inwestowania odzwierciedla również rekordowy wzrost otwieranych rachunków maklerskich i udział inwestorów indywidualnych w obrotach giełdowych (wzrost r/r z 12 proc. do 25 proc. w 2020) – powiedział dr Wojciech Nagel, przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji GPW.
Ta wiedza rzeczywiście jest bardzo potrzebna, bo na przykład blisko co czwarty z badanych (24 proc.) deklaruje brak jakiejkolwiek wiedzy o zasadach funkcjonowania giełdy. Jak twierdzą przedstawiciele fundacji GPW, kluczową, powiększającą się barierą w inwestowaniu na warszawskiej giełdzie wskazaną przez ankietowanych jest właśnie brak dostatecznej znajomości tego zagadnienia (wzrost rok do roku z 57 proc. do 62 proc.).
Natomiast nieprzewidywalności rynku giełdowego boi się 37 proc. Polaków (tu nastąpił wzrost z zaledwie 15 proc.), a 36 proc. ocenia swój kapitał wyjściowy za niedostateczny do aktywności na rynku kapitałowym (wzrost z 18 proc.). To sygnał wskazujący na ubożenie Polaków i rosnące w takiej sytuacji zaufanie do bezpiecznych sposobów odkładania pieniędzy, do których w żadnej mierze nie można zaliczyć giełdy.
W 2021 r. respondenci zadeklarowali za to, że znają co najmniej jeden ze sposobów oszczędzenia długookresowego (poza lokatami bankowymi). Wśród wskazań dominują Pracownicze Plany Kapitałowe (wzrost r/r z 74 proc. do 89 proc.) oraz Indywidualne Konta Emerytalne (wzrost r/r z 67 proc. do 71 proc.). Najwyższy odsetek zadeklarowanej rozpoznawalności, co może dziwić, dotyczy wiedzy o PPK wśród osób młodych (18 – 24 lata) – aż 96 proc. Najczęściej deklarowanym sposobem długookresowego oszczędzania także są IKE (wzrost r/r z 34 proc. do 38 proc.). Natomiast jedynym narzędziem, które odnotowało spadek popularności są Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (z 11 proc. do 4 proc.).
Zdecydowana większość badanych jest zdania, że zajęcia z edukacji finansowej powinny mieć charakter obowiązkowy. O ile w ubiegłym roku 8 proc. badanych wciąż nie widziało potrzeby wprowadzenia obowiązkowych zajęć z zakresu wiedzy finansowej na którymkolwiek z etapów nauczania, to w 2021 r., takiego zdania jest jedynie 3 proc. Najpopularniejszymi źródłami wiedzy o finansach dla ponad połowy Polaków w 2021 r. jest internet (59 proc.) oraz banki i inne instytucje tego rodzaju (54 proc.).
Z badania wynika również, że najbardziej preferowanym sposobem nabywania wiedzy finansowej pozostały bezpośrednie spotkania stacjonarne (wzrost r/r z 49 proc. do 60 proc.) – znacznie mniej jest zwolenników spotkań w formule online (12 proc.). Znacząco wzrosło zainteresowanie filmami edukacyjnymi i materiałami wideo (z 11 proc. do 40 proc., a wśród seniorów powyżej 65 lat nawet do 55 proc.). Osoby młode (18 – 24 lata), oprócz spotkań bezpośrednich chcą także nabywać wiedzę finansową poprzez aplikacje mobilne (48 proc.) oraz platformy e-learningowe (44 proc.).
Jednocześnie, troje na czworo Polaków oczekuje zdecydowanie przewodniej roli szkoły i nauczycieli w przekazywaniu wiedzy ekonomicznej (wzrost rok do roku z 66 proc. do 77 proc.). Blisko połowa z badanych wskazuje na konieczność wspierania tego procesu ze strony rodziców (49 proc.), pracowników sektora finansowego (47 proc.) i instytucji państwowych (46 proc.). Natomiast w przypadku mediów nastąpił tu istotny spadek z 71 proc. do 47 proc. Przyzwyczailiśmy się już, że w PiS-owskich mediach „publicznych”, a zwłaszcza w TVP brakuje miejsca na podobną tematykę, nie mającą przecież charakteru propagandy nacjonalistycznej.
Dosyć pozytywnym trendem w Polsce jest wzrost odsetka Polaków deklarujących bardzo dokładne czytanie dokumentacji przed podpisaniem umów z instytucjami finansowymi – z 32 proc. w 2019 r. do 40 proc. w 2021. To spore osiągnięcie, gdy zważyć, że te umowy świadomie są pisane skomplikowanym językiem, mającym odstręczyć klientów od ich lektury. Tradycyjnie już, do tak ważnej i wymagającej odrobiny rozumu czynności jak zaciągnięcie zobowiązania finansowego, skrupulatniej podchodzą polskie kobiety niż mężczyźni – 44 proc. pań czyta umowy bardzo dokładnie, w porównaniu z 36 proc. mężczyzn.
W ubiegłym roku znacznie intensywniejsza, z powodu pandemii, była nasza aktywność w internecie. Ten, wciąż coraz trudniejszy czas, umocnił czołową pozycję wiedzy z obszaru cyberbezpieczeństwa jako tej, która zdaniem Polaków wymaga największego uzupełnienia (wzrost rok do roku z 54 proc. do 58 proc. ) – i ta opinia nie jest znacząco zróżnicowana ani pod względem wieku, ani poziomu wykształcenia. Problemy z wiedzą na temat cyberbezpieczeństwa potwierdzają także i sami bankierzy. W lutowym badaniu „Monitor Bankowy” przeprowadzonym na zlecenie Związku Banków Polskich, 70 proc. z nich wskazało właśnie bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni jako coś najtrudniejszego do przyswojenia przez klientów. To zrozumiałe, bo ataki oszustów internetowych są w Polsce coraz bardziej wyrafinowane i trudne do odparcia. – W ciągu ostatniego roku większość Polaków zdecydowaną część swojego życia musiała przenieść do sieci. Praca zdalna, bankowość i zakupy online czy edukacja na odległość stały się naszą codziennością. W parze z tak dużą i zróżnicowaną aktywnością muszą iść odpowiednia świadomość i edukacja cyfrowa. Jednocześnie, warto aby w te wszystkie działania edukacyjne – również w obszarze finansów czy zasad funkcjonowania gospodarki – było zaangażowanych jak najwięcej podmiotów i środowisk – zarówno publicznych, prywatnych, jak i pozarządowych. Tylko w ten sposób będziemy w stanie sprostać tym wyzwaniom gospodarczym i cywilizacyjnym, które przed nami w najbliższych latach – powiedział Waldemar Zbytek, prezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.
Świadomość ekonomiczna Polaków wciąż jest niska. W dodatku tragiczna rzeczywistość pandemii, w której tkwimy od ponad roku, w istotny sposób wpłynęła również na nasze długofalowe plany, zamiary i nadzieje związane z decyzjami o charakterze ekonomiczno – finansowym.

Gospodarka 48 godzin

Łabędzi śpiew

W lutym Otwarte Fundusze Emerytalne zarobiły średnio 2,1 proc., a aktywa w nich zgromadzone wzrosły o prawie 3 mld zł do 152,3 mld zł. To prawdopodobnie łabędzi śpiew OFE, bo w lutym zostały też wznowione prace nad ustawą o przeniesieniu środków z otwartych funduszy emerytalnych na indywidualne konta emerytalne, które były wstrzymane przez wiele miesięcy z powodu pandemii COVID-19. Projekt teraz trafi do Sejmu. Ustawa ma wejść w życie 1 czerwca, zaś ostateczne przekształcenie OFE w IKE ma nastąpić 28 stycznia 2022 r. Dla OFE tegoroczny luty był udanym miesiącem ponieważ na rynkach akcyjnych zanotowano kontynuację wzrostów, niektóre indeksy ustanowiły nowe rekordy wszech czasów i dopiero pod koniec miesiąca przyszła korekta. Główny indeks amerykańskiej giełdy S&P500 wzrósł o 1,5 proc., a niemiecki DAX o 0,5 proc. Niestety, na warszawskiej giełdzie panowała odwrotna tendencja, więc ogólny indeks szerokiego rynku WIG zakończył miesiąc pod kreską (minus 0,1 proc.). Dobra koniunktura na rynkach zagranicznych oraz w sektorze małych i średnich spółek pozytywnie przełożyła się na wyniki funduszy emerytalnych, których portfele wypełnione są akcjami (na koniec stycznia było to 86 proc.) oraz na dochody powszechnych towarzystw emerytalnych, firm zarządzających OFE. Wszystkie fundusze wypracowały dodatnie stopy zwrotu, a najwyższą OFE PZU „Złota Jesień” (plus 3,1 proc.). Jak informuje izba gospodarcza towarzystw emerytalnych, wszystkie OFE odrobiły koronawirusowe straty z marca i kwietnia zeszłego roku.

Nazywam się luka

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w miarę aktualna różnica w wynagrodzeniu kobiet i mężczyzn (czyli luka płacowa) wynosi w Polsce 8,8 proc. Zdaniem firmy Sedlak&Sedlak jest ona nieco mniejsza, bo 7,7 proc. (dla średniego wynagrodzenia podstawowego), a jest spowodowana głównie tym, że generalnie im wyższy poziom w hierarchii służbowej (a co tym idzie – wyższa pensja), tym mniej mamy tam zatrudnionych kobiet.

Motorowy zjazd

W lutym 2021 roku zarejestrowano w Polsce 1 307 nowych jednośladów. Jest to wynik o 33,1 proc. niższy niż przed rokiem. Na poziom sprzedaży na początku roku duży wpływ miały przyspieszone rejestracje w grudniu ubiegłego roku, kiedy sprzedawcy chcieli zdążyć przed wejściem w życie z dniem 1 stycznia 2021 normy emisji spalin Euro 5. Zapał kupujących został też ostudzony przez nawrót śnieżnej i mroźnej zimy. W ogólnej liczbie nowych rejestracji znalazło się 906 (minus 16,9 proc.) motocykli i 401 (minus 53,5 proc. skuterów i motorowerów. Ogólnie w styczniu i lutym zarejestrowano 2018 nowych jednośladów, o 38,8 proc. mniej niż przed rokiem, w tym 1316 motocykli (minus 26,4 proc.) oraz 702 skutery i motorowery (minus 53,6 proc. ). Regres objął także używane jednoślady. W lutym zarejestrowano ich 3813, czyli o około ¼ mniej niż przed rokiem. Podobny spadek obserwowano też w styczniu. W porównaniu z latami 2018-2019 jest to znacznie słabszy wynik. W sumie w styczniu i lutym przybyło 7044 używanych jednośladów (minus 25,3 proc. rok do roku), w tym 6086 (minus 27 proc.) motocykli i 958 (minus 12,6 proc.) skuterów i motorowerów.

LOT znów wymaga pomocy państwa

Dotychczasowe działania rad nadzorczych i zarządów tej firmy forsowały bezkrytycznie nierentowny wzrost przewozów i generowały straty finansowe. Czy zarząd LOT działa w interesie firmy, czy w obronie swego wizerunku ?
Jak uzdrowić LOT? Chcąc odpowiedzieć na to pytanie zacznijmy może od historii. Początek firmy to styczeń 1929 roku. W roku 2000 firma państwowa PLL LOT została sprywatyzowana i podział akcji był następujący: Skarb Państwa 51 proc., inwestor strategiczny ze Szwajcarii 34 proc., pracownicy 15 proc.
Już w roku 2001 ów inwestor strategiczny ogłosił upadłość. A LOT, po niechlubnych działaniach ówczesnego Ministerstwa Skarbu Państwa w obsadzaniu rad nadzorczych i zarządów, stracił w przeciągu 12 lat około 3,5 mld zł i w konsekwencji w roku 2012 nastąpiła zapaść finansowa. Firma w grudniu 2012 r. dostała od państwa oprocentowaną pożyczkę 400 mln zł o stopie 11 proc. oraz w 2014 pomoc publiczną – tylko 600 mln zł , choć Komisja Europejska zgodziła się na 850 mln złotych.
Udzielenie pomocy publicznej przyniosło skutek taki, że ówczesny zarząd uruchomił wykup akcji pracowniczych po 8 groszy, a w momencie ich przydzielania w 2000 r. każda z nich była warta 163 USD. W ten sposób PLL LOT w 2015 roku znów stały się w całości państwowe. Sebastian Mikosz zostaje w 2013 roku ponownie prezesem LOT i trwa na tym stanowisku do 2015 r. Pierwszy raz był prezesem w latach 2009-2010 i firma wtedy odnotowała stratę około 400 mln zł.
Sebastian Mikosz zmuszony został obwarowaniami zgody Komisji Europejskiej do ograniczenia przewozów z poziomu 5 mln pasażerów w roku 2012 do poziomu 4,4 mln pasażerów w 2015. Jednak niewielki kapitał własny nie pozwalał realizować takich przewozów z dodatnią rentownością. Głównie z tego powodu, ale również na skutek błędów planistycznych, poniesiono za okres trzech lat około 400 mln zł strat.
W roku 2016 stanowisko prezesa firmy obejmuje Rafał Milczarski i pełni tę funkcję do dziś. Mimo tego, że poprzednik uszczuplił wypracowanymi stratami posiadany niewielki kapitał własny, to nowy prezes ambitnie zwiększał przewozy. LOT posiada 3 własne samoloty, 48 miejscowe Embarer 145, ale szerokim gestem korzysta z dużych samolotów dzierżawionych. W 2018 r. było użytkowanych 16 samolotów w dzierżawie finansowej i 52 samoloty w dzierżawie operacyjnej. Rok później liczba samolotów w dzierżawie operacyjnej wzrosła do 64, zaś przewozy pasażerskie do poziomu bliskiego 10 mln rocznie.
Opinia publiczna była informowana o doskonałych wynikach finansowych i przeciętny Kowalski uważał, że LOT realizuje opłacalne przewozy i jego kapitał własny jest powiększany. A rzeczywistość, dla tych co zechcieliby dogłębnie przeanalizować coroczne sprawozdania finansowe, jest zaskakująco inna.
Rentowność realizowanych przez LOT przewozów cały czas była ujemna. Coroczny LOT-owski „Rachunek zysków i strat” nie daje informacji wprost o rentowności przewozów. Jest to rachunek dla fiskusa i dlatego zysk bądź strata netto, z różnych powodów, w tym niskich odpisów amortyzacyjnych oraz naliczania różnic kursowych (zależnych głównie od kursu USD), nie daje podstawy do oceny gospodarności zarządzania przewozami.
Należy zatem wykonać dodatkowe rachunki aby przekonać się o poziomie rentowności przewozów. Na przykład w 2016 r. zastosowano ponad 40-letni okres amortyzacji dla samolotów w dzierżawie finansowej (14 sztuk) choć wiarygodnym okresem jest 12 lat. Z tego powodu zawyżono o ponad 200 mln zł wynik finansowy ze sprzedaży usług przewozowych. Zapłacono 64,7 mln zł odsetek od kapitału ulokowanego przez banki w tych samolotach. W rezultacie rzeczywisty wynik finansowy z przewozów wyniósł minus 82 mln zł. Podobnie ujemny poziom rentowności przewozów uzyskiwano w latach następnych.
Stosowanie niskich odpisów amortyzacyjnych zarząd LOT uzasadnia wyliczeniami przez zewnętrznych specjalistów tzw. wartości rezydualnej samolotów. Tymczasem życie samolotu pasażerskiego wynosi około 20 lat i aby on latał bezpiecznie to należy w tym okresie kilka razy remontować silniki i inne główne moduły samolotu. Jest to wystarczającą przesłanką do przyjęcia okresu amortyzacji około 12 lat (stosowanego przez renomowane linie lotnicze). Ten okres, dla każdego typu samolotu, mogą ustalić dokładnie pracownicy firmy na podstawie obowiązującej instrukcji eksploatacji.
Negatywnym efektem stosowania zaniżonych odpisów amortyzacyjnych jest konieczność płacenia podatku dochodowego od sztucznie wykreowanego zysku i rodzi się pytanie czy zarząd LOT działał w interesie firmy, czy też w obronie swego wizerunku ?
Gdyby nie pandemia, to LOT najprawdopodobniej „zachorowałby” na niewypłacalność w bieżącym roku. Jeśli przyjąć, że w liniach lotniczych dysponujących własnymi samolotami koszt oferowanego pasażerokilometra wynosi 100 proc. to dla samolotu dzierżawionego finansowo koszt ten wynosi 102 proc., zaś dla samolotu dzierżawionego operacyjnie koszt pasażerokilometra wzrasta do 103 proc.
LOT użytkuje flotę samolotów w której własne samoloty mają udział wynoszący zaledwie 0,3 proc. i ten fakt ustawia go w niekorzystnej pozycji w stosunku do konkurencji. Także udział kosztów pracy w przychodach został zduszony już na bardzo niski poziom 4,4 proc. i nie ma możliwości dalszego jego obniżenia bez znaczącego pogorszenia jakości obsługi pasażera.
Udzielenie LOT-owi pomocy finansowej jest konieczne. Szczególnie ważnym jest zasilenie kapitału własnego firmy o 1,1 miliarda zł. Wydaje się, że przy małym kapitale własnym nie ma innego rozwiązania jak ograniczenie przewozów, najprawdopodobniej do poziomu około 4 mln pasażerów rocznie – poprzez wyeliminowanie połączeń z najniższą rentownością. Będzie to bardzo trudna operacja bowiem dotychczasowa oficjalna rachunkowość kosztowa przewozów jest zafałszowana poprzez naliczanie zaniżonych odpisów amortyzacyjnych dla samolotów dzierżawionych finansowo.
Operację uzdrowienia LOT powinno przeprowadzić Ministerstwo Aktywów Państwowych, gdyż dotychczasowe samodzielne działania rad nadzorczych i zarządów firmy forsowały bezkrytycznie nierentowny wzrost przewozów i generowały straty finansowe. Nie wolno dopuścić do powtórzenia niechlubnej przeszłości.

Coraz mniej bezpieczeństwa w sieci

Przestępcy sprzedają złośliwe oprogramowanie innym, a ci atakują kolejne firmy. Przestoje w działalności gospodarczej stają się dłuższe, zaś koszty przywracania systemów i danych.
Ataki z zewnątrz na firmy powodują największe straty w cyberbezpieczeństwie, jednak to błędy pracowników i problemy techniczne są najczęstszym źródłem szkód i wynikających z nich roszczeń ubezpieczeniowych.
Takie wnioski płyną z badania, w którym przeanalizowano ponad 1700 roszczeń ubezpieczeniowych związanych z cyberbezpieczeństwem o łącznej wartości 660 mln EUR. Opisano je w raporcie „Zarządzanie skutkami rosnącej liczby połączeń międzysieciowych – tendencje w cyberprzestrzeni” opracowanym przez Allianz.
Uwzględnione w badaniu dane dotyczą szkód zgłoszonych do ubezpieczycieli w latach 2015 – 2020. Wprawdzie cyberprzestępczość pojawia się na pierwszych stronach gazet, ale codzienne awarie systemów i incydenty związane z błędami ludzkimi powodują bardzo częste problemy dla firm, nawet jeśli ich skutki finansowe nie są tak poważne.
Tym niemniej straty spowodowane incydentami, takimi jak rozproszone ataki typu „odmowa usługi” lub kampaniami phishingowymi (oszustwa internetowe w których przestępca podszywa się pod jakąś instytucję lub osobę, chcąc wyłudzić np. numery kont bankowych i kart kredytowych czy haseł do logowania) oraz malware (szkodliwe programy, które usiłują zainfekować komputer w celu wykradania danych osobowych i haseł oraz blokowania dostępu do urządzeń),stanowią obecnie znaczną większość wartości roszczeń cybernetycznych.
Liczba szkód z tytułu naruszenia cyberbezpieczeństwa stale rośnie w ciągu ostatnich kilku lat. Następuje też stały wzrost wartości odszkodowań. Jest to częściowo spowodowane też wzrostem globalnego rynku cyberbezpieczeństwa, którego wartość szacuje się obecnie na 7 miliardów dolarów. Z raportu wynika także, że w ciągu ostatnich pięciu lat nastąpił 70-procentowy wzrost średniego kosztu (do 13 milionów dolarów) cyberprzestępczości dla organizacji biznesowych oraz 60-procentowy wzrost średniej liczby naruszeń bezpieczeństwa.
Według raportu Allianz, najczęstszą przyczyną strat według wartości roszczeń były te wynikające z incydentów i ataków zewnętrznych – aż 85 proc.strat. Drugą przyczyną były świadome działania wewnętrzne – które są rzadkie ale mogą być bardzo kosztowne.
Natomiast analizując przyczynę strat według liczby roszczeń, najwięcej (54 proc.) było tych związanych z przypadkowymi incydentami wewnętrznymi. Chodzi głównie o błędy pracowników podczas wykonywania codziennych obowiązków, awarie teleinformatyczne, problemy z migracją systemów i oprogramowania lub utratę danych.
Przerwy w prowadzeniu działalności przez firmy (w tym koszty łagodzenia skutków i odpowiedzialność osób trzecich) to główny czynnik powodujący straty cybernetyczne. Stanowi on około 60 proc. wartości wszystkich roszczeń uwzględnionych w raporcie. Na kolejnym miejscu w zestawieniu znalazły się koszty związane z postępowaniem w przypadku naruszenia danych. Eksperci zauważają, że w kolejnych latach liczba cyberzagrożeń będzie rosła. Firmy i ubezpieczyciele będą się mierzyć z szeregiem wyzwań, jak z perspektywą droższych przerw w działalności, rosnącą częstotliwością incydentów związanych z oprogramowaniem ransomware (chodzi o oprogramowanie, które blokuje dostęp do systemu komputerowego lub uniemożliwia odczyt zapisanych w nim danych, a następnie żąda od ofiary okupu za przywrócenie stanu pierwotnego), kosztowniejszymi konsekwencjami większych naruszeń danych uwzględniających bardziej rygorystyczne przepisy i spory sądowe.
Problemem staje się także znaczny wzrost pracy zdalnej spowodowany pandemią koronawirusa. Pracownicy ulokowani w swoich domach stwarzają cyberprzestępcom nowe możliwości uzyskania dostępu do sieci i poufnych informacji. Liczba incydentów związanych ze złośliwym oprogramowaniem i oprogramowaniem ransomware wzrosła o ponad jedną trzecią od początku bieżącego roku.
Jednocześnie w dalszym ciągu obserwowane są oszustwa internetowe związane z koronawirusem oraz kampanie phishingowe dotyczące pandemii. I chociaż zagrożenie nimi rośnie, nie można jeszcze z pełnym przekonaniem powiedzieć, że pandemia COVID-19 jest bezpośrednią przyczyną wzrostu szkód cybernetycznych.
Incydenty związane z oprogramowaniem ransomware, które już teraz są częste, stają się coraz bardziej szkodliwe – i w coraz większym stopniu wymierzone są w duże firmy za pomocą zaawansowanych ataków.
W zeszłym roku na całym świecie zgłoszono prawie pół miliona incydentów związanych z oprogramowaniem ransomware, które kosztowały organizacje biznesowe co najmniej 6,3 miliarda dolarów w postaci żądań okupu. Trudno w to uwierzyć, ale podobno nie udało się inaczej przełamać blokad ze strony tych przestępczych programów. Szacuje się, że całkowite koszty związane dotychczas z radzeniem sobie z takimi incydentami sięgają już niewyobrażalnej sumy 100 mld USD. Niezależnie od wiarygodności tych liczb, nie ulega wątpliwości, że zaawansowane narzędzia hakerskie są coraz szerzej dostępne dzięki rosnącej komercjalizacji. – Przestępcy sprzedają złośliwe oprogramowanie innym, którzy następnie atakują firmy żądając zapłaty „okupu”. Jednak to tylko część obrazu. Przerwy w działalności mogą przynieść najpoważniejsze straty. Przestoje stają się dłuższe, podczas gdy koszty przywracania systemów i danych mogą szybko wzrastać – mówi Marek Stanisławski z Allianz.
Niezależnie od tego, czym jest to spowodowane, utrata najważniejszych systemów lub danych może rzucić każdą organizację na kolana w dzisiejszej cyfrowej gospodarce. – Brak dostępu do danych przez dłuższy czas może mieć znaczący wpływ na przychody – na przykład, jeśli firma nie jest w stanie przyjmować zamówień – dodaje Joerg Ahrens, dyrektor ds. roszczeń długoterminowych w Allianz.
Koszty związane z radzeniem sobie z dużym wyciekiem danych rosną, ponieważ i systemy informatyczne, i zdarzenia cybernetyczne stają się bardziej złożone. Ponadto, przepisy dotyczące prywatności danych, które zostały ostatnio zaostrzone w wielu krajach, są ważnym czynnikiem generującym koszty, podobnie jak rosnąca odpowiedzialność osób trzecich i perspektywa sporów zbiorowych. Tak zwane mega-naruszenia danych (obejmujące ponad milion przypadków) są częstsze i droższe – obecnie kosztują średnio 50 mln USD, co oznacza wzrost o 20 proc. w stosunku do 2019 r.
Ale i świadomość przedsiębiorców z roku na rok rośnie, przybliżając im konsekwencje, jakie te zdarzenia mogą mieć dla ich organizacji.To z kolei wpływa na wzrost zakupów ubezpieczeń cybernetycznych. Może to pomóc firmom w radzeniu sobie z ewentualnymi skutkami ataków hakerskich lub błędów pracowników.
Stwierdzono, iż przygotowanie i szkolenie pracowników także może znacznie zmniejszyć konsekwencje ataku cybernetycznego, zwłaszcza w przypadku phishingu i prób włamań do biznesowej poczty e-mail (często wiąże się to z błędem ludzkim). Utrzymywanie bezpiecznych kopii zapasowych może ograniczyć szkody. Ważna jest także wymiana współpraca między przedsiębiorstwami, dzięki której możliwe jest przeciwdziałanie przestępczości internetowej, opracowywanie wspólnych standardów bezpieczeństwa i zwiększanie odporności cybernetycznej.
Pandemia COVID-19 niesie dodatkowe, nowe wyzwania. Przy powszechnej pracy w domu, bezpieczeństwo ma kluczowe znaczenie. Nie powinno to jednak dotyczyć tylko pracowników. Firmy powinny im zapewnić wystarczającą przepustowość sieci i systemy ochrony. Może to mieć znaczący wpływ na ograniczenie strat w przypadku awarii czy ataku hakerskiego.

Złe PGR-y

Onet opublikował wczoraj „infografikę” z „największymi grzechami PGR-ów”, te grzechy to „ogromne straty”, „pochłanianie połowy wydatków na rolnictwo”, czy „koncentracja na produkcji zwierzęcej”.

Ta sama infografika chwilę potem płynnie przechodzi do ubolewania nad ogromnym bezrobociem, które na terenach popegeerowskich sięgało później momentami 40%, a obecnie ma charakter długotrwały, czy wręcz pokoleniowy i dziedziczny…
W takich kalkulacjach jak zwykle istnieje tylko jedna perspektywa. Na ludzi i ich los patrzy się z perspektywy inwestującego w „kapitał ludzki” abstrakcyjnego właściciela.
Koszty pomocy socjalnej, koszty bezrobocia, koszty biedy, koszty społeczne degradacji i regresu… To zupełnie bez znaczenia, bo nie dotyczy już rynku tylko ludzi, którzy nie znajdują się w jego planach. Miliony ludzi, które utrzymywały się dzięki PGR-om nie stanowią żadnej wartości.
To dla właścicieli sam koszt i czysty irracjonalizm, coś co nie mieści się w głowie homo balcerowiczusów i ich ideologicznych spadkobierców.
Jeśli ludzie nie przynoszą wymiernych zysków – tym gorzej dla nich.
Państwo, organizacje społeczne, zakłady pracy, przedsiębiorstwa rolne, a nawet szkoły i uniwersytety…
To wszystko jest zupełnie zbędne, jeśli na końcu nie ma akcjonariuszy i kapitalistów, którzy czerpią z tego zysk.
Kapitał bez mrugnięcia okiem może skazać na zagładę.
I to całe miliony.
Nie jesteś przydatny najbogatszym? Tym gorzej dla Ciebie.
W ramach gestu współczucia być może potem pochylą się nad tobą i ze smutkiem zrobią jakąś kolorową „infografikę”, gdzie przy okazji obsmarują też każdą możliwą alternatywę. Nie żeby wykluczeni przez tę neoliberalną katastrofę mieli tu cokolwiek do powiedzenia, albo chociaż mieli jak się bronić.

Upadek kolejnej polskiej nadziei

W naszym kraju niemożliwe jest dokonanie jakiegoś ważnego wynalazku
i podjęcie jego opłacalnej produkcji.

Brak wiedzy, nieuzasadnione decyzje finansowe, niegospodarność – wszystko to legło u podstaw zaprzestania produkcji grafenu, materiału, który zrewolucjonizuje światową elektronikę – oczywiście już bez naszego udziału.
To kolejna polska klapa po słynnym „niebieskim laserze”. Zresztą, jedna z bardzo wielu.

Wszyscy chcieli dobrze

Grafen może doskonale zastępować krzem. Polscy naukowcy wynaleźli efektywną ponoć technologię jego pozyskiwania. Nasz kraj chwalił się grafenem na wystawie światowej Expo 2010 w Szanghaju.
Pozyskiwanie grafenu w warunkach laboratoryjnych to jedno, a produkcja na skalę wielkoprzemysłową to drugie. Potrzebne są odpowiednie rozwiązania technologiczne, a także duże pieniądze na przygotowanie takiej produkcji i wypromowanie wyrobu.
W 2011 r. Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych opracował technologię pozyskiwania dużych fragmentów tej substancji. Opracował ja głównie teoretycznie, bo w praktyce okazało się, że naukowcy Instytutu nie umieli jej przygotować tak, by mogła funkcjonować w warunkach poza laboratoryjnych.
Pomimo to, w duchu typowego polskiego hurraoptymizmu powołano specjalną spółkę z o.o. Nano Carbon, której udziałowcami zostali Polska Grupa Zbrojeniowa i KGHM Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych – czyli dwa podmioty państwowe.
Dziś NIK ocenia, że liczne nieprawidłowości w działalności tej spółki są nieusuwalne i prowadzą do jej upadku spółki. Jedynie szybkie zakończenie wyprzedaży majątku trwałego oraz decyzja o ewentualnej kontynuacji programu przez kogo innego może ograniczyć rosnące straty, przekraczające 4 mln zł.

Miłe złego początki

Zaczęło się dobrze. Nano Carbon zawarła umowę o współpracy z Instytutem Technologii Materiałów Elektronicznych, dotyczącą opracowania technologii wytwarzania grafenu i jego komercyjnej sprzedaży. ITME miał opracować tę technologię. Wartość porozumienia wyniosła 2 mln zł a termin realizacji ustalono na czerwiec 2016 r. ITME zobowiązał się do udostępnienia pomieszczeń laboratoryjnych, i aparatury badawczej oraz wyznaczenia personelu mogącego realizować badania.
Przychody miały pochodzić m. in. ze sprzedaży grafenu i jego pochodnych oraz usług badawczo-rozwojowych.
Od samego początku istnienia czyli od 2011 r. Nano Carbon utrzymywała się z wpływów od PGZ i KGHM TFI. Inwestowanie podzielono na dwa etapy.
Drugi miał się rozpocząć po spełnieniu kilku warunków: uruchomieniu produkcji grafenu na specjalnie przygotowanej folii miedzianej w tzw. skali wielkolaboratoryjnej, do czego potrzebny był zakup specjalistycznego urządzenia; opracowaniu technologii wytwarzania proszków miedzianych pokrytych grafenem w skali półprzemysłowej; uzyskaniu przychodów ze sprzedaży.

Pieniądze publiczne, więc nie nasze

Udziałowcy spółki okazali się hojni i zdecydowali o rozpoczęciu drugiego etapu inwestowania, mimo iż ustalone warunki nie zostały zrealizowane.
W grudniu 2014 r. podwyższono kapitał zakładowy do 28 mln zł. Kwota dokapitalizowania była wyższa o 14 mln niż ta zakładana w umowie inwestycyjnej. Według NIK wniosek spółki o dokapitalizowanie był przedwczesny i nie opierał się na realnych przesłankach.
Nano Carbon kupiła specjalistyczne urządzenie, które otrzymała z ponad pięciomiesięcznym opóźnieniem, czym nikt się specjalnie nie przejmował. W umowie nie zastrzeżono kar umownych za nieterminowe dostarczenie i uruchomienie tego urządzenia, a dostawcy przekazano prawie 0,5 mln zł bez ustanowienia jakiegokolwiek zabezpieczenia zwrotu w przypadku nie wykonania dostawy.
Nano Carbon zwróciła się do sprzedawcy z przedsądowym wezwaniem do zapłaty odszkodowania. Bezskutecznie – ale spółka nie wystąpiła na drogę sądową. Dopiero w 2018 r. a więc po upływie ponad 3 lat, spółka skierowała zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Spółka cały czas ponosiła straty. Nano Carbon dokonała zakupu kosztownej aparatury, bez uzyskania od ITME technologii, która pozwoliłaby na efektywne wykorzystanie już wcześniej zakupionych urządzeń.

Wyszło tak jak zwykle

Przemysłowa produkcja grafenu w Polsce nie została podjęta, Nano Carbon utrzymuje się z pożyczek udzielonych przez PGZ oraz ze środków pochodzących z udziału spółki w innych projektach. Nano Carbon nie zawarła żadnych długoterminowych kontraktów eksportowych – a to był jeden z celów powołania spółki.
Łączne przychody z incydentalnej sprzedaży grafenu wytworzonego metodami laboratoryjnymi wyniosły tylko 140 tys. zł, w tym z eksportu 22 tys. zł.
Władze spółki wystąpiły o kolejne dokapitalizowanie. Zadeklarowały, że otrzymany kapitał pozwoli na zakup następnych niezbędnych urządzeń, w tym specjalistycznego reaktora. Nano Carbon poprosiła PGZ o 3 mln 700 tys. zł na uregulowanie zobowiązań i bieżąca działalność. Polska Grupa Zbrojeniowa odmówiła, uznała, że dokapitalizowanie jest wysoce ryzykowne i zażądała dalszych informacji o stanie spółki lub jej likwidacji.
W tej sytuacji spółka podjęła próbę sprzedaży specjalistycznego sprzętu, w tym reaktora – ale trudno znaleźć chętnych. NIK oszacowała, że będzie się to wiązało ze stratą co najmniej 4 mln zł.
Naukowcy ITME nie potrafili wykonać swoich zadań, a władze spółki Nano Carbon działały niegospodarnie i w sposób niezgodny ze stanem faktycznym informowały udziałowców o sytuacji. Realizowane umowy gospodarcze nie przyniosły zamierzonych efektów.
W rezultacie zakończono działalność, co spowodowało konieczność odsprzedaży urządzeń za cenę niższą od kosztów zakupu o ponad 4 mln zł. I tak właśnie wygląda innowacyjność w polskim wydaniu.

 

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Apel Polskich Twórców

…w sprawie wprowadzenia do dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym prawa twórców do wynagrodzenia za eksploatację utworów w internecie.

 

Szanowny Panie Premierze,
Szanowne Panie, Szanowni Panowie – Ministrowie kultury, spraw zagranicznych, nauki, edukacji, cyfryzacji, rozwoju i przedsiębiorczości!
Szanowne Panie Europosłanki! Szanowni Panowie Europosłowie!
My, polscy twórcy oraz organizacje zrzeszające środowiska twórcze, tworzący kulturę polską i europejską, budujący tożsamość narodową i więzi społeczne, zwracamy się do Państwa, mających wpływ na stanowienie prawa, z prośbą o wsparcie projektu „Dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” i poparcie rozwiązań, które pomogą przetrwać polskiemu sektorowi kreatywnemu, oraz o zaangażowanie w jak najszybsze jej uchwalenie i implementowanie do polskich przepisów.
To my jesteśmy autorami utworów szeroko udostępnianych i wykorzystywanych w Internecie. Nie jest prawdą, że chcemy ograniczyć ludziom dostęp do naszej twórczości. Wręcz przeciwnie, chcemy by odbiorcy szeroko się nią interesowali. Nie chcemy również kontrolować komunikacji prywatnych użytkowników. Chcemy jedynie, żeby nasz trud i wysiłki w tworzenie wartościowych treści były właściwie opłacane przez tych przedsiębiorców, którzy bezprawnie korzystają z naszej twórczości. Bez wynagrodzenia nie będziemy w stanie dalej tworzyć i żyć.
Trwa cyniczna kampania przeciwko wprowadzeniu dyrektywy prowadzona przez duże koncerny technologiczne. Firmy te kierują ją do użytkowników nieświadomych kosztów jakie ponoszą twórcy i producenci treści. Kampania dezinformuje i opóźnia wprowadzenie potrzebnych i etycznych zasad obiegu treści chronionych prawem autorskim w sieci. Korporacje technologiczne nie chcą zmian bo zarabiają na niedostosowaniu przepisów do ich działalności. Co roku z powodu nieszczelnego systemu ochrony praw autorskich w Internecie polska gospodarka traci około trzech miliardów złotych.
Na początku września na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego odbędzie się głosowanie, którego przedmiotem będą uwagi szczegółowe do zapisów dyrektywy. Projekt ten normalizuje przyszłość funkcjonowania kultury, związanych z nią branż kreatywnych i obiegu treści kreatywnych w wymagającym środowisku cyfrowym. Reforma prawa autorskiego jest gwarantem wolności słowa i niezależności twórców, bo nie ma skuteczniejszej cenzury od cenzury ekonomicznej.
Nowe możliwości cyfrowego kopiowania i powszechnego udostępniania wymagają rozszerzenia praw pokrewnych. Autorzy projektu dyrektywy jasno wskazują, że większość aktywności konsumentów treści ma formę cyfrową. Dlatego prawo autorskie musi działać także w Internecie.
Zwracamy się do Państwa, jako naszych reprezentantów, o ochronę praw autorów w Internecie poprzez poparcie Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.
Reforma prawa autorskiego nie ograniczy wolności w Internecie, ale uczyni go etycznym!
#internetfairplay

 

Apel powstał z inicjatywy

Stowarzyszenia Kreatywna Polska

Organizacje twórców, które przyłączają się do apelu:

Stowarzyszenie Autorów i Wydawców „Copyright Polska”;
Stowarzyszenie Autorów Polskich – ZAIKS;
Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL;
Stowarzyszenie Filmowców Polskich SFP – ZAPA;
Stowarzyszenie Fotoreporterów;
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich;
Stowarzyszenie Unia Literacka
Związek Kompozytorów Polskich

 

PS. W lipcu Parlament Europejski odmówił przyjęcia stanowiska do dyrektywy zaproponowanego przez Komisję Prawną. Polscy europosłowie w ogromnym stopniu przyczynili się do takiego wyniku głosowania, ponieważ prawie wszyscy zagłosowali przeciwko przyjęciu stanowiska i udzieleniu mandatu negocjacyjnego. Za kilka dni, 12 września, Parlament Europejski będzie głosował nad przyjęciem stanowiska do dyrektywy na sesji plenarnej. Jest to ostatnia szansa na zapewnienie sukcesu tego projektu.