Upadek kolejnej polskiej nadziei

W naszym kraju niemożliwe jest dokonanie jakiegoś ważnego wynalazku
i podjęcie jego opłacalnej produkcji.

Brak wiedzy, nieuzasadnione decyzje finansowe, niegospodarność – wszystko to legło u podstaw zaprzestania produkcji grafenu, materiału, który zrewolucjonizuje światową elektronikę – oczywiście już bez naszego udziału.
To kolejna polska klapa po słynnym „niebieskim laserze”. Zresztą, jedna z bardzo wielu.

Wszyscy chcieli dobrze

Grafen może doskonale zastępować krzem. Polscy naukowcy wynaleźli efektywną ponoć technologię jego pozyskiwania. Nasz kraj chwalił się grafenem na wystawie światowej Expo 2010 w Szanghaju.
Pozyskiwanie grafenu w warunkach laboratoryjnych to jedno, a produkcja na skalę wielkoprzemysłową to drugie. Potrzebne są odpowiednie rozwiązania technologiczne, a także duże pieniądze na przygotowanie takiej produkcji i wypromowanie wyrobu.
W 2011 r. Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych opracował technologię pozyskiwania dużych fragmentów tej substancji. Opracował ja głównie teoretycznie, bo w praktyce okazało się, że naukowcy Instytutu nie umieli jej przygotować tak, by mogła funkcjonować w warunkach poza laboratoryjnych.
Pomimo to, w duchu typowego polskiego hurraoptymizmu powołano specjalną spółkę z o.o. Nano Carbon, której udziałowcami zostali Polska Grupa Zbrojeniowa i KGHM Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych – czyli dwa podmioty państwowe.
Dziś NIK ocenia, że liczne nieprawidłowości w działalności tej spółki są nieusuwalne i prowadzą do jej upadku spółki. Jedynie szybkie zakończenie wyprzedaży majątku trwałego oraz decyzja o ewentualnej kontynuacji programu przez kogo innego może ograniczyć rosnące straty, przekraczające 4 mln zł.

Miłe złego początki

Zaczęło się dobrze. Nano Carbon zawarła umowę o współpracy z Instytutem Technologii Materiałów Elektronicznych, dotyczącą opracowania technologii wytwarzania grafenu i jego komercyjnej sprzedaży. ITME miał opracować tę technologię. Wartość porozumienia wyniosła 2 mln zł a termin realizacji ustalono na czerwiec 2016 r. ITME zobowiązał się do udostępnienia pomieszczeń laboratoryjnych, i aparatury badawczej oraz wyznaczenia personelu mogącego realizować badania.
Przychody miały pochodzić m. in. ze sprzedaży grafenu i jego pochodnych oraz usług badawczo-rozwojowych.
Od samego początku istnienia czyli od 2011 r. Nano Carbon utrzymywała się z wpływów od PGZ i KGHM TFI. Inwestowanie podzielono na dwa etapy.
Drugi miał się rozpocząć po spełnieniu kilku warunków: uruchomieniu produkcji grafenu na specjalnie przygotowanej folii miedzianej w tzw. skali wielkolaboratoryjnej, do czego potrzebny był zakup specjalistycznego urządzenia; opracowaniu technologii wytwarzania proszków miedzianych pokrytych grafenem w skali półprzemysłowej; uzyskaniu przychodów ze sprzedaży.

Pieniądze publiczne, więc nie nasze

Udziałowcy spółki okazali się hojni i zdecydowali o rozpoczęciu drugiego etapu inwestowania, mimo iż ustalone warunki nie zostały zrealizowane.
W grudniu 2014 r. podwyższono kapitał zakładowy do 28 mln zł. Kwota dokapitalizowania była wyższa o 14 mln niż ta zakładana w umowie inwestycyjnej. Według NIK wniosek spółki o dokapitalizowanie był przedwczesny i nie opierał się na realnych przesłankach.
Nano Carbon kupiła specjalistyczne urządzenie, które otrzymała z ponad pięciomiesięcznym opóźnieniem, czym nikt się specjalnie nie przejmował. W umowie nie zastrzeżono kar umownych za nieterminowe dostarczenie i uruchomienie tego urządzenia, a dostawcy przekazano prawie 0,5 mln zł bez ustanowienia jakiegokolwiek zabezpieczenia zwrotu w przypadku nie wykonania dostawy.
Nano Carbon zwróciła się do sprzedawcy z przedsądowym wezwaniem do zapłaty odszkodowania. Bezskutecznie – ale spółka nie wystąpiła na drogę sądową. Dopiero w 2018 r. a więc po upływie ponad 3 lat, spółka skierowała zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Spółka cały czas ponosiła straty. Nano Carbon dokonała zakupu kosztownej aparatury, bez uzyskania od ITME technologii, która pozwoliłaby na efektywne wykorzystanie już wcześniej zakupionych urządzeń.

Wyszło tak jak zwykle

Przemysłowa produkcja grafenu w Polsce nie została podjęta, Nano Carbon utrzymuje się z pożyczek udzielonych przez PGZ oraz ze środków pochodzących z udziału spółki w innych projektach. Nano Carbon nie zawarła żadnych długoterminowych kontraktów eksportowych – a to był jeden z celów powołania spółki.
Łączne przychody z incydentalnej sprzedaży grafenu wytworzonego metodami laboratoryjnymi wyniosły tylko 140 tys. zł, w tym z eksportu 22 tys. zł.
Władze spółki wystąpiły o kolejne dokapitalizowanie. Zadeklarowały, że otrzymany kapitał pozwoli na zakup następnych niezbędnych urządzeń, w tym specjalistycznego reaktora. Nano Carbon poprosiła PGZ o 3 mln 700 tys. zł na uregulowanie zobowiązań i bieżąca działalność. Polska Grupa Zbrojeniowa odmówiła, uznała, że dokapitalizowanie jest wysoce ryzykowne i zażądała dalszych informacji o stanie spółki lub jej likwidacji.
W tej sytuacji spółka podjęła próbę sprzedaży specjalistycznego sprzętu, w tym reaktora – ale trudno znaleźć chętnych. NIK oszacowała, że będzie się to wiązało ze stratą co najmniej 4 mln zł.
Naukowcy ITME nie potrafili wykonać swoich zadań, a władze spółki Nano Carbon działały niegospodarnie i w sposób niezgodny ze stanem faktycznym informowały udziałowców o sytuacji. Realizowane umowy gospodarcze nie przyniosły zamierzonych efektów.
W rezultacie zakończono działalność, co spowodowało konieczność odsprzedaży urządzeń za cenę niższą od kosztów zakupu o ponad 4 mln zł. I tak właśnie wygląda innowacyjność w polskim wydaniu.

 

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Apel Polskich Twórców

…w sprawie wprowadzenia do dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym prawa twórców do wynagrodzenia za eksploatację utworów w internecie.

 

Szanowny Panie Premierze,
Szanowne Panie, Szanowni Panowie – Ministrowie kultury, spraw zagranicznych, nauki, edukacji, cyfryzacji, rozwoju i przedsiębiorczości!
Szanowne Panie Europosłanki! Szanowni Panowie Europosłowie!
My, polscy twórcy oraz organizacje zrzeszające środowiska twórcze, tworzący kulturę polską i europejską, budujący tożsamość narodową i więzi społeczne, zwracamy się do Państwa, mających wpływ na stanowienie prawa, z prośbą o wsparcie projektu „Dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” i poparcie rozwiązań, które pomogą przetrwać polskiemu sektorowi kreatywnemu, oraz o zaangażowanie w jak najszybsze jej uchwalenie i implementowanie do polskich przepisów.
To my jesteśmy autorami utworów szeroko udostępnianych i wykorzystywanych w Internecie. Nie jest prawdą, że chcemy ograniczyć ludziom dostęp do naszej twórczości. Wręcz przeciwnie, chcemy by odbiorcy szeroko się nią interesowali. Nie chcemy również kontrolować komunikacji prywatnych użytkowników. Chcemy jedynie, żeby nasz trud i wysiłki w tworzenie wartościowych treści były właściwie opłacane przez tych przedsiębiorców, którzy bezprawnie korzystają z naszej twórczości. Bez wynagrodzenia nie będziemy w stanie dalej tworzyć i żyć.
Trwa cyniczna kampania przeciwko wprowadzeniu dyrektywy prowadzona przez duże koncerny technologiczne. Firmy te kierują ją do użytkowników nieświadomych kosztów jakie ponoszą twórcy i producenci treści. Kampania dezinformuje i opóźnia wprowadzenie potrzebnych i etycznych zasad obiegu treści chronionych prawem autorskim w sieci. Korporacje technologiczne nie chcą zmian bo zarabiają na niedostosowaniu przepisów do ich działalności. Co roku z powodu nieszczelnego systemu ochrony praw autorskich w Internecie polska gospodarka traci około trzech miliardów złotych.
Na początku września na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego odbędzie się głosowanie, którego przedmiotem będą uwagi szczegółowe do zapisów dyrektywy. Projekt ten normalizuje przyszłość funkcjonowania kultury, związanych z nią branż kreatywnych i obiegu treści kreatywnych w wymagającym środowisku cyfrowym. Reforma prawa autorskiego jest gwarantem wolności słowa i niezależności twórców, bo nie ma skuteczniejszej cenzury od cenzury ekonomicznej.
Nowe możliwości cyfrowego kopiowania i powszechnego udostępniania wymagają rozszerzenia praw pokrewnych. Autorzy projektu dyrektywy jasno wskazują, że większość aktywności konsumentów treści ma formę cyfrową. Dlatego prawo autorskie musi działać także w Internecie.
Zwracamy się do Państwa, jako naszych reprezentantów, o ochronę praw autorów w Internecie poprzez poparcie Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.
Reforma prawa autorskiego nie ograniczy wolności w Internecie, ale uczyni go etycznym!
#internetfairplay

 

Apel powstał z inicjatywy

Stowarzyszenia Kreatywna Polska

Organizacje twórców, które przyłączają się do apelu:

Stowarzyszenie Autorów i Wydawców „Copyright Polska”;
Stowarzyszenie Autorów Polskich – ZAIKS;
Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL;
Stowarzyszenie Filmowców Polskich SFP – ZAPA;
Stowarzyszenie Fotoreporterów;
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich;
Stowarzyszenie Unia Literacka
Związek Kompozytorów Polskich

 

PS. W lipcu Parlament Europejski odmówił przyjęcia stanowiska do dyrektywy zaproponowanego przez Komisję Prawną. Polscy europosłowie w ogromnym stopniu przyczynili się do takiego wyniku głosowania, ponieważ prawie wszyscy zagłosowali przeciwko przyjęciu stanowiska i udzieleniu mandatu negocjacyjnego. Za kilka dni, 12 września, Parlament Europejski będzie głosował nad przyjęciem stanowiska do dyrektywy na sesji plenarnej. Jest to ostatnia szansa na zapewnienie sukcesu tego projektu.