Nie chce siedzieć

Kruchy rozejm po izraelskich atakach na Gazę nie trwał długo: izraelskie lotnictwo znów bombarduje Strefę, Jest już co najmniej kilkadziesiąt ofiar, w tym całe rodziny po stronie palestyńskiej i jedna osoba lekko ranna po izraelskiej, gdy ruch oporu ripostował wystrzeliwując swe niecelne „rakiety”. Premier Benjamin Netanjahu liczy, że napad na Gazę pozwoli mu zostać u władzy i uniknąć więzienia za przekupstwo i oszustwa.

Tym razem Izraelczycy postanowili celować również w Hamas, który rządzi w Gazie, gdyż w Izraelu rozległa się krytyka rywali Netanjahu, że bombardowania skupiają się na siłach PDI (Palestyńskiego Dżihadu Islamskiego), zamiast iść po całości. Przed samym rozejmem Izraelczycy zrównali z ziemią dom Rasmiego Abu Malhusa, razem z nim, dwiema kobietami i pięciorgiem dzieci. Twierdzili, że to dowódca PDI, co zdementowali Palestyńczycy. W końcu wojsko przyznało, że są „nieoczekiwane” ofiary śmiertelne wśród cywilów.
Napad na Gazę to sprytny ruch polityczny premiera Izraela, któremu nie udało się po wrześniowych wyborach sformować rządzącej koalicji. Miał to być sposób na zachowanie immunitetu i uniknięcie aresztowania jako oskarżonego w kilku sprawach. Jego ostatnia nadzieja to rząd „jedności narodowej”, w którym rządziłby na zmianę ze swoim politycznym konkurentem gen. Bennym Gantzem, który na zlecenie prezydenta próbuje teraz zmontować swoją, niezależną od Netanjahu koalicję rządzącą. Potrzeba do tego choćby częściowego udziału posłów palestyńskich Izraela, do czego Netanjahu nie ma zamiaru dopuścić: wojna usztywni postawy i Gantzowi nie powinno się udać. Wtedy Netanjahu uniknie więzienia, będzie „musiał” rządzić dalej.
W zamkniętej Strefie Gazy ponad połowa populacji nie ma pracy, 90 proc. sklepów zamknięto, bo jest blokada, a 96 proc. wody pitnej nie nadaje się do picia, z powodu zniszczonej kanalizacji – nawet bez bombardowań Strefa jest na krawędzi zapaści. Po ostatnim dużym napadzie na Strefę w 2014 r. (2250 zabitych cywilów, w tym ok. 500 dzieci) władze izraelskie obiecały ulgi w blokadzie, ale nigdy do nich nie doszło. W tym roku, od stycznia do września izraelskie wojsko 54 razy wtargnęło do Strefy, razem z nalotami.

Jest okupacja – jest opór. Spotkanie z rodziną Ahed Tamimi

Jej los, to los całej palestyńskiej młodzieży dorastającej pod jarzmem wojskowej przemocy. Mogą zostać aresztowani za podniesienie ręki na Izraelczyka, albo zwyczajnie za to, że krzywo na niego spojrzeli. Tu nikt już nie pyta o powody. Wiedzą, że ich jedyną „winą” jest fakt zamieszkiwania ziemi, której chce Izrael. Czynny sprzeciw rzadko jest w ich odczuciu bohaterstwem – jest codziennością, sposobem na zachowanie w życiu minimum godności. Symbolem tego oporu, rozpoznawalnym na świecie, stała się właśnie Ahed. Dziś ucieleśnia ich wszystkich.

 

Znaleźć się na Zachodnim Brzegu, jechać do Nabi Salih na rozmowę z Ahed Tamimi i po drodze dowiedzieć się, że jednak jej nie będzie… Cóż, lepiej milczeć przez resztę drogi, nie patrzeć sobie w oczy – każdy komentarz wydaje się zbędny i pogarsza tylko nasze położenie. Miała wrócić z Turcji poprzedniego dnia – nie wróciła. Co się stało? Nie wiadomo dokładnie, coś ją zatrzymało, wróci za tydzień, kiedy nas już tu nie będzie. Ahed od niedawna podróżuje po Europie jako ambasadorka sprawy palestyńskiej. Ma do tego pełne prawo. Nie ma sensu jej rozliczać. Pech to pech – nie ma powodu z nim dyskutować.
Trudno. Przecież nie zawrócimy. Po mniej więcej godzinie jazdy autem z Ramallah docieramy do celu. Gdyby nie wijący się wzdłuż dróg Mur, podróż trwałaby jakieś dwadzieścia minut. Oficjalnie wybudowany dla „ochrony” nielegalnych izraelskich osiedli – a faktycznie by podzielić palestyńskie terytoria – wywołuje w przyjezdnych wrażenie, że Palestyna jest większa niż w rzeczywistości. Konieczność objeżdżania wszystkiego dookoła może często umykać nam, gościom na tej pustynnej ziemi. Tutejszym nie umyka. Nawet jeżeli do niej przywykli i przeszła w monotonię codzienności, gniewnie wdziera się do świadomości za każdym razem, kiedy okazuje się, że okupant zablokował drogę, na której nie ma prawa stać. Krew człowieka zalewa i klnie: by dojechać dokądkolwiek, trzeba improwizować, kręcić bocznymi, ledwo istniejącymi drogami, ryzykując utratę podwozia.
Mijamy posterunek wojskowy, znajdujący się tu bez wątpienia ze względu na bliskość izraelskiego osiedla Halamish, w cieniu którego od lat żyją mieszkańcy Nabi Salih, skazani na regularne „wizyty” sił okupacyjnych, które czasem kończyły się śmiertelnie. Plan nieustannej ekspansji Izraela w głąb terytoriów palestyńskich poprzez rozbudowę nielegalnych osiedli jest głównym źródłem militarnej presji wywieranej na mieszkańców takich miejscowości jak Nabi Salih. Na wzgórzach okalających miasteczko majaczą domy osadników. Od ich strony na głowy Palestyńczyków kamienie mogą lecieć bez problemu – w drugą stronę już nie mogą, bo to „terroryzm”. Serca krzepi tablica z wizerunkiem jasnowłosej Ahed Tamimi, który upewnia nas, że jesteśmy na miejscu.
Nastolatka, która zadziwiła świat, wymierzając policzek izraelskiemu żołnierzowi w obronie rodziny, za co spędziła ponad pół roku w więzieniu, jest dumą tej okolicy i całej Palestyny. Nie ma jednak statusu gwiazdy ani świętej. Jej los, to los całej palestyńskiej młodzieży dorastającej w warunkach okupacji. Mogą zostać aresztowani za podniesienie ręki na Izraelczyka, albo zwyczajnie za to, że krzywo na niego spojrzeli. Tu nikt już nie pyta o powody. Wiedzą, że ich jedyną „winą” jest fakt zamieszkiwania ziemi, której chce Izrael. Czynny sprzeciw rzadko jest w ich odczuciu bohaterstwem – jest codziennością, sposobem na zachowanie w życiu minimum godności. Symbolem tego oporu, rozpoznawalnym na świecie, stała się właśnie Ahed. Dziś ucieleśnia ich wszystkich.
To tutaj. Przez zwieńczoną łukiem furtkę wchodzi się do ogrodu, gdzie oprócz trójki ciekawskich dzieciaków witają nas dwie kobiety. Jedną z nich gdzieś już widzieliśmy… Tak, to oczywiście matka Ahed, Nariman Tamimi, tak jak na wszystkich zdjęciach i materiałach wideo owinięta w nieodłączną czarną chustę. Bardzo skromna, delikatnie uśmiechnięta, jakby nieśmiała. Trudno wyobrazić sobie taką osobę skutą kajdankami, prowadzoną do celi. A jednak to ona towarzyszyła córce w więzieniu. Zaprasza nas do wnętrza. Wchodzimy do parterowego domku z piaskowca typowego dla całego regionu.
Rozmowę zaczynamy od przyjęcia do wiadomości, że Ahed została w Turcji, bo otrzymała zaproszenie na spotkanie z prezydentem Erdoganem. No, dzięki, Ahed – wystawieni do wiatru dla Erdogana… Na szczęście nie mamy czasu, by skupiać się na dramatach polskiej lewicy zdradzonej o świcie.
Siedzimy z rodziną w przestronnym pokoju dziennym. Wyposażenie już widać wiekowe, wszystko jednak bardzo schludnie utrzymane. Dwaj chłopacy szybko przestają przejmować się gośćmi i zaczynają „rypać” w jakieś gry na swoich komórkach.
Nariman wyjaśnia, jak doszło do głośnego uwięzienia jej i córki na początku roku. To była jedna z rutynowych interwencji izraelskiego wojska. Żołnierze mogą wtargnąć do palestyńskich domów w każdej chwili. Nieraz wrzucają też granaty gazowe. Obok znajduje się dom jej kuzynów, gdzie tak się ostatnio stało i dzieciaki się mało nie podusiły. Ahed znała te sytuacje od dziecka. Kiedy miała 11 lat takie granaty wpadły do ich domu, jeden z nich złamał jej rękę. Nariman twierdzi, że tu żadne dziecko nie czuje się bezpiecznie, dlatego dorośli uczą je, że jedynym wyjściem jest stawianie oporu okupantom. Tak się też zachowała Ahed: broniła swojego kuzyna.
Stało się to, kiedy żołnierze weszli jak zwykle, a dzieci pobiegły zobaczyć, co się dzieje. Wkroczenie, choć jest normą, zawsze budzi gwałtowną reakcję mieszkańców – wszyscy rzucają się, by przeciwstawić się intruzom, nawet jeżeli wiedzą, że jest to tylko akt rozpaczy. Izraelczycy nie mają zwykle oporów przed strzelaniem ostrą amunicją pod pozorem „obrony”, kiedy więc żołnierz wystrzelił do jej kuzyna, Ahed, która znajdowała się obok, wymierzyła mu siarczysty policzek. Broniła krewnego i swojego domu, tłumaczy Nariman. Więzy rodzinne są dla Arabów święte.
W pełni rozumie zachowanie córki. Wszyscy w Nabi Salih je rozumieją. W pobliżu znajduje się izraelskie osiedle, a to oznacza codzienne zagrożenie. Stawianie oporu jest jedynym wyjściem, inaczej już by ich nie było na tej ziemi. Brak oporu oznaczałby niejako przyznanie, że nie ma okupacji. Życie w kłamstwie, z podkulonymi ogonami byłoby dla tych ludzi hańbą. Cała, bardzo rozległa rodzina – właściwie klan – Tamimi, znana jest od zawsze z bojowej postawy względem Izraelczyków. Wielu z nich – zarówno mężczyźni jak i kobiety – przebywało w więzieniach. Tak jak kuzynka Nariman, która siedzi z nami w salonie, paląc jednego papierosa za drugim.
Walka nie omija dzieci. W europejskim kręgu kulturowym sposobienie dzieci do walki spotyka się często z potępieniem. Mieszkańcy Nabi Salih utrzymują tymczasem, że nie mają wyjścia. Terror izraelskiego wojska jest codziennością, jak wschód i zachód słońca – dzieci muszą nauczyć się z nim sobie radzić, by społeczność przetrwała i zachowała tożsamość. Jedyną alternatywą jest zgoda na wyrzucenie ich z własnego domu. Dzieci o tym wiedzą.
Jest z nami mała bratanica Nariman – jej ojciec zmarł pięć lat temu. Jest też jedenastoletni Mohammad, kuzyn Ahed, jeden z chłopaków grających na smartfonach. Dwa lata temu został postrzelony. Tak, wojsko strzela do dziewięcioletnich dzieci. Pytamy chłopaka o tę sytuację. Grzecznie odkłada komórkę i spokojnie tłumaczy: wojsko strzelało, wszyscy się rozpierzchli, on uciekał jako ostatni i oberwał. To tyle. Tak tu się żyje.
Jak było w więzieniu? Przebywały początkowo osobno, dopiero po szesnastu dniach umieszczono je razem. Codziennie były przesłuchiwane dla samego wywarcia nacisku psychicznego. Ahed została przemaglowana w stopniu stawiającym ja na skraju wytrzymałości psychicznej.
Dla więźniarek politycznych najgorszy jest moment, kiedy zabierają ich do sądu o dwunastej lub pierwszej w nocy. Jadą klimatyzowanym wozem policyjnym i kiedy jest zimno, włączany jest nawiew zimnego powietrza, a kiedy jest gorąco, powiedzmy latem, to leci gorące. Potem jest sprawa w sądzie między 9 a 18, a przez cały czas są w kajdankach. Po rozprawie wracają do więzienia tym samym „klimatyzowanym” pojazdem, do celi trafiają znów o dwunastej – pierwszej w nocy. Ten dzień jest najgorszy.
Przebywają w jednym więzieniu z izraelskimi kryminalistami. Kiedy ci widzą, że idzie dziewczyna, to ściągają spodnie, obnażają się, robią upokarzające gesty, wykrzykują obelgi. Podczas transportu do sądu jest kontrola, gdzie kobiety muszą się rozebrać do naga, a to jest pomieszczenie, gdzie w każdym momencie może wejść jakiś żołnierz, mężczyzna. Po powrocie z sądu jest to samo. A przecież to bez sensu, ona nigdzie nie wychodzi, nic nie może wnieść, ani wynieść, przewożą ją tylko z więzienia do sądu i z powrotem.
Czy przebywając w zamknięciu zdawały sobie sprawę, że ich zyskały rozgłos za granicą? Trochę. Pewne sygnały do nich docierały, jednak dopiero po opuszczeniu więzienia doświadczyły pełnej skali zainteresowania mediów. Ahed stała się osobą publiczną i zaczęła wyjeżdżać za granicę. Władze Izraela nie chciały się początkowo na to zgodzić, jednak nacisk społeczny– również zagraniczny – zrobił swoje.
Trudno powiedzieć, czym spośród całej palestyńskiej młodzieży, zamykanej za to, że chcą u siebie żyć jak u siebie, akurat Ahed zasłużyła sobie na taki rozgłos. Matka uważa – i trudno się z nią nie zgodzić – że musi to mieć po części związek z jej wyglądem, niezwykłym jak na Arabkę. Czy to możliwe, by świat oburzył się sprawą izraelskiej przemocy, dopiero kiedy jej ofiarą padnie blondynka? Czy odbiorcy BBC i CNN bardziej są wtedy skłonni do empatii, bo widzą w niej swoje odbicie? Nariman twierdzi jednak, że największe znaczenie miał kontekst międzynarodowy: oto arabska dziewczyna policzkuje nie tylko pojedynczego żołnierza – wymierza cios całemu Izraelowi, który czuje się bezkarny dzięki pełnemu i bezwarunkowemu poparciu Donalda Trumpa. Biblijny mit Dawida i Goliata tym razem, paradoksalnie, przemówił przeciwko Izraelczykom.
Nariman Tamimi nie wie, jak odpowiedzieć na pytanie, czy doświadczenie z Ahed zmieniło ją samą. Nieszczególnie wydaje się też być przekonana, że ostatnie miesiące odmieniły jej córkę. Sugeruje wręcz, że spotkał ją los, na który konsekwentnie pracowała od małego. Ona i jej rodzina, dla której opór przeciw okupacji zawsze był składnikiem tożsamości. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy media zwróciły uwagę na Ahed. Po raz pierwszy miało to miejsce kilka lat wcześniej, kiedy jedna z kamer uchwyciła ją – wtedy jeszcze dziecko – jak zamachuje się pięścią na uzbrojonego po zęby żołnierza. Obecna sytuacja to zwieńczenie tamtej. Ahed od dawna żyła wyobrażeniem o swojej dorosłości jako pełnym oddaniu sprawie jej narodu. Mówiła rodzicom, że chce studiować prawo i w ten sposób służyć Palestynie. I właśnie tak się pewnie stanie – najpierw musi tylko skończyć szkołę średnią.
Ostatni temat: polityka. Ahed jest dziś symbolem Palestyny rozumianej niepodzielnie, zarówno w oczach Palestyńczyków jak i zagranicy. Jednak nawet kraj pod okupacją ma swoje wewnętrzne życie polityczne nacechowane podziałami. Dziewczyna nie dostała oficjalnej oferty od żadnej partii i z tego, co mówi jej matka, do żadnej nie chce wstępować. Cała jej rodzina była przez lata silnie związana z Fatah, założoną przez Jasera Arafata, dzisiejszą partią rządzącą w Autonomii. Ahed jednak się od niej dystansuje. Dostrzega złożoność polityki, nieprzejrzystość zamiarów tworzących ją aktorów i chyba niespecjalnie im ufa. Wie, że wolna Palestyna jako ziemia, ludzie i idea, jest ponad to wszystko. Wydaje się też rozumieć, że zbyt mało jest doświadczona, by rozeznać się we wszystkich układach – że musi się jeszcze wiele nauczyć. Podczas podróży po Europie trudno było jej zrozumieć polityczną natarczywość wielu dziennikarzy. Czy naprawdę ją, siedemnastolatkę, chcą traktować jako wytrawną dyplomatkę? Pytali ją przykładowo, czemu spotyka się z prezydentem Erdoganem, skoro ten morduje Kurdów? Ahed nie ma nic przeciwko Kurdom, wie tylko, że Erdogan głośno opowiada się za Palestyńczykami. Dlatego się z nim widziała.
Czas upływa. Kończymy. Żegnają nas wylewnie. Serdeczni ludzie, ci Tamini. Prosimy, by pozdrowili od nas Ahed. Czeka na nas reszta Palestyny.
Podróżowanie po drogach i bezdrożach tego kraju z arabskim kierowcą to zdecydowanie inne doświadczenie niż wycieczka po tych terenach z izraelskim przewodnikiem. „Dejr Jasin. Zaraz tutaj była ta masakra Palestyńczyków w 1948 r.”. „O, z tego osiedla pochodzi ten, który kazał Palestyńczykowi wypić benzynę, a potem go podpalili”. Doświadczenia pokoleń Tamimich w Nabi Salih nie wydają się tu nikomu niczym szczególnym, raczej potwierdzeniem wspólnoty losów. Dla osób, którym nikt na co dzień nie grozi bronią maszynową, które przyjeżdżają z kraju, gdzie nie napotyka się co chwila w pełni uzbrojonych patroli wojskowych, dość niezwykłym przeżyciem jest ciągłe obcowanie z osobami, z których prawie każda siedziała w izraelskich więzieniach lub ma w rodzinie kogoś zabitego przez okupacyjne wojsko.
Cały świat zna obrazki ze Strefy Gazy – to dobrze, bo właśnie dzieją się tam rzeczy potworne. Opresja na Zachodnim Brzegu ma inny charakter. Polega na codziennym zatruwaniu życia Palestyńczyków „drobiazgami”, takimi jak uniemożliwianie przemieszczania się czy bezprawna konfiskata przez Izrael kolejnych źródeł wody pitnej w pustynnym przecież kraju. Arabscy mieszkańcy Jerozolimy są dyskryminowani przez specjalnie wymierzone przeciwko nim przepisy praktycznie uniemożliwiające im wznoszenie nowych budynków. Polska dziennikarka Ala Quandil twierdzi, że w Gazie młodzież, chociaż cierpi nieustanne braki materialne i stopniowy zanik wszelkich usług publicznych, w tym medycznych, wewnątrz strefy czuje się jednak swobodnie, podczas gdy w Jerozolimie i w dużej części Zachodniego Brzegu, w miastach takich jak Hebron, każde wyjście na ulicę, do szkoły czy do sklepu, naraża ją na wojskową i policyjną przemoc – na zatrzymanie, bicie, tortury, a nawet śmierć. Wyroki więzienia i zabójstwa, mające pozornie postać szeregu pojedynczych przypadków, sumują się w doświadczenie kształtujące tożsamość narodu.
Na tego rodzaju ucisk narażone są szczególnie społeczności żyjące przy Murze oddzielającym ziemie zajęte już nielegalnie przez Izrael od tych, które dopiero zamierza zająć drogą powolnego nękania ludności cywilnej. Wyjątkowo odczuwalne jest to w obozach uchodźców z okresu Nakby. Ze względów politycznych państwu Izrael bardzo zależy na przekonaniu świata do poglądu, że Palestyńczyków, którzy mają status uchodźców jest kilkadziesiąt tysięcy, a nie kilka milionów. Dlatego obozy funkcjonujące pod egidą UNRWA znajdują się pod bardzo silną presją Izraelczyków mającą na celu wypchnięcie stamtąd ludzi żyjących w nich od pokoleń. Woleliby, żeby miejsca te stały się oficjalnie częścią Autonomii Palestyńskiej, bo oznaczałoby to rezygnację z „prawa do powrotu” oo miejscowości, z których ich rodzice zostali przemocą wygnani w ramach czystki etnicznej towarzyszącej powstaniu Państwa Izrael w 1948 r. Ta sytuacja powoduje, że prawie codziennie obozy te są nachodzone przez wojsko, a ludzie zastraszani, by ich życie w tych miejscach uczynić nie do zniesienia. Jednak kolejne pokolenia nie zamierzają obozów opuszczać, zachowując prawo do powrotu.
Odwiedziliśmy dwa takie obozy: Dżalazun pod Ramallah i Aidę pod Betlejem, tuż przy słynnej części muru. Warunki materialne, w jakich żyją ich mieszkańcy są trudne, choć znośne w porównaniu do sytuacji uchodźców palestyńskich np. w Libanie, ponieważ tutaj mogą liczyć na pomoc ze strony władz Autonomii. Jednak ich życie upływa w ciągłej obawie o doczekanie kolejnego dnia w spokoju. Relacje mieszkańców nie pozostawiają wątpliwości: prawie każdej nocy nad ranem, uzbrojone wojsko wkracza do wybranych domów siejąc terror, zabierając młodych, czasem wręcz dzieci, gdy tylko próbują stawiać opór.
Wszyscy Palestyńczycy żyjący w cieniu Muru dzielą ze sobą ten sam los naznaczony okupacyjną przemocą, niezależnie od konkretnego miejsca i jego oficjalnego statusu terytorialnego: sytuacja w obozach i w Nabi Salih jest podobna. Jest jednak coś jeszcze. Życie w obozach jest też odbiciem filozofii oporu głoszonej przez rodzinę Tamimich. Mieszkańcy Aidy i Dżalazun to ci, którzy kiedyś ulegli, których opór złamano – przemocą wygnano ich z ziemi przodków. Myśleli, że znaleźli schronienie na przyjaznym miejscu. Dziś, po kilkudziesięciu latach, znów miażdżeni są przez walec izraelskiej przemocy, powoli choć nieubłaganie sunący się wgłąb ich terytorium. Już teraz okupant przeznaczył im skrawki i peryferie. Co jeśli w przyszłości również ich zabraknie? Czy w tej sytuacji rezygnacja z walki jest w ogóle możliwa?

Pęka zmowa milczenia

Zaczyna pękać panująca w Niemczech niepisana zmowa milczenia polityków, służb oraz środków masywnego przykazu głównego nurtu na temat przestępstw popełnianych przez tzw. uchodźców. Wobec ujawnienia, że policja w Kolonii nic nie robiła, gdy setki imigrantów muzułmańskich napastowały w noc sylwestrową kobiety bawiące się na placu przed Katerdą Kolońską, biły je okradały, rozbierały, obmacywały, a co najmniej dwie zgwałciły, głos zabrała kanclerka Angela Merkel mówiąc niejasno o potrzenie zmiany prawa, aby móc wydalać takich “uchodźców”.

Obecnie, osoba zabiegająca w Niemczech o azyl może być wydalona, jeśli zostanie skazana na co najmniej 3 lata więzienia – i pod warunkiem, że w kraju, z którego przybyła, jej życie nie będzie zagrożone. W praktyce oznacza to, że wszyscy kieszonkowcy, uliczni handlarze narkotyków, i inni nie tacy znowu drobni przestępcy (3 lata więzienia!), mogą mieć uzasadnione przeświadczenie, że wydaleni nie zostaną.

W minionym roku do Niemiec przybyło na zaproszenie Angeli Merkel ponad milion imigrantów, głównie muzułmanów. Byli wpuszczani bez żadnej kontroli tożsamości, sanitarnej i wszelakiej innej. Obecnie odkryto, że setki tysięcy spośród nich nie ma paszportów, a to oznacza, że nikt ich nie wydali, bowiem nie wiadomo dokąd.

Ta sama policja kolońska, która ani drgnęła, by pomóc poniewieranym Niemkom i cudzoziemkom, okazała się w sobotę bardzo sprawna, gdy przyszło rozpędzić demonstrację przeciwników masowej imigracji muzułmanów do Europy. Nie działała już z polecenia dotychczasowego komendanta, Wolfganga Albersa, którego posłano na “czasowy urlop”, lecz jego zastępców. Albers najbardziej wsławił się tym, że w raporcie o nocy sylwestrowej ogłosił, że przebiegła spokojnie.

W nowym komunikacie policja kolońska podała, że poszkodowanych kobiet jest 379, z tego – 40 proc. doznało napaści seksualnych, czyli blisko 160. Policjanci znaleźli karteczki z tłumaczeniem najpotrzebniejszych zwrotów z arabskiego na niemiecki m. in: zabiję cię, chcę cię pieprzyć, duże cycki,

Wstrząsająca była relacja pewnego Niemca, który z tygodniowym opóźnieniem mógł opowiedzieć w telewizji, zaświadczając to własną twarzą i nazwiskiem, jak napastnicy obeszli się z pewnym mężczyzną, który bronił swoich kobiet. Już leżącego kopali w głowę parę metrów od policjantów, którzy palcem nie ruszyli.

Zmowa milczenia pękła tylko dlatego, że nie wytrzymało najpotężniejsze źródło informacji dla ludu, czyli Bild Zeitung, który w Nowy Rok po południu doniósł – jeszcze oględnie – o tym, co stało się w Kolonii. Wiadomo już, że to samo, na mniejszą skalę, zdarzyło się w Hamburgu, Stuttgarcie, Duesseldorfie. A potem parę zaczęły z ust puszczać tak samo poszkodowane kobiety w austriackim Salzburgu, szwajcarskim Zurychu, w Helsinkach, w Szwecji.

Z kompromitacji państwa niemieckiego z finezyjną złośliwością skorzystał minister spraw zagranicznych, Witold Waszczykowski, który w liście do swojego odpowiednika niemieckiego, Franka-Waltera Steinmeiera zwrócił się z prośbą o ustalenie, czy w noc sylwestrową poszkodowane zostały również Polki. Niemiec, robiąc dobrą minę do złej gry, odpowiedział, śmiertelnie poważnie, że nie. Żaden inny minister spraw zagranicznych do Niemca w tej sprawie nie pisał.

Podobnie zareagowali polscy kibice siatkówki. Podczas meczu kwalifikacyjnego z Niemcami przed Olimpiadą wywiesili na trybunach w Berlinie ogromny transparent z hasłem „Protect your women not our democracy!” („Chrońcie swoje kobiety nie naszą demokrację!”). Być może dlatego niemieccy siatkarze zebrali się w sobie i wygrali 3:2.

Z okoliczności skorzystał premier Słowacji, Robert Fico, głośny przeciwnik zaludniania Europy muzułmanami. Wezwał do zwołania nadzwyczajnego szczytu Unii Europejskiej poświęconego kwestii migracji, a wniosek uzasadnił tym, co spotkało kobiety miastach w niemieckich. Fico wskazał jeszcze, że widzi związek między kryzysem migracyjnym i terroryzmem. UE nie może czekać, aż do Europy dotrą dalsze miliony uchodźców i dlatego konieczne jest przyspieszenie utworzenia europejskiej straży granicznej i przybrzeżnej – ostrzegał.

Sposób na poprawne zachowanie imigrantów muzułmańskich wymyślił belgijski minister ds. polityki azylowej i imigracji, Theo Francken: w ośrodkach przyjęć migrantów będzie się prowadzić kursy „szacunku dla kobiet”.Chodzi o „wyjaśnienie, że u nas mężczyźni i kobiety są równi”, dodał. Będzie to tłumaczył ludziom, którzy mają głębokie przeświadczenie o wyższości swojej religii nad wierzeniami niewiernych. A swoja religia mówi im, że kobiety niewiernych mogą być niewolnicami, zaś taką, która jest niegodnie ubrana można zgwałcić. Mówi im też, że kobieta może pojawić się w przestrzeni publicznej tylko w towarzystwie opiekuna, czyli ojca, męża lub starszego brata, a te – z placu w Kolonii pijące szampana – to gatunek prostytutki, którą można poniewierać.

ROMST

Kolejny męczennik

Po 8 dniach służby izraelskie wytropiły i zastrzeliły Naszata Milhema, który na głównej ulicy Tel Awiwu zastrzelił dwóch przypadkowych mężczyzn i ranił 7 osób, w tym 2 ciężko. Znaleziono go w … starym domu rodzinnym we wsi Arara na północy Izraela, w którym się wychował.

Osaczony, zaczął się ostrzeliwać z tego samego pistoletu maszynowego uzi, który ukradł ojcu i z którego zastrzelił jeszcze taksówkarza Ajmana Szaabana – też Araba izraelskiego, jak on sam – któremu zabrał samochód i uciekł z Tel Awiwu. Nie przeszkodziło to krewnym i mieszkańcom wsi rodzinnej wspomagać mordercę. Policja przesłuchuje kilka osób. Trzy przebywają w areszcie. Istnieje podejrzenie, że Milhem działał w powiązaniu z Państwem Islamskim. Dlatego policja chciała ująć go żywego, ale nie miała wyjścia, gdy zaczął strzelać.

Z kolei w arabskiej części Jerozolimie odbyła się demonstracja setek zamaskowanych i uzbrojonych popleczników Hamasu z okazji pogrzebu innego z terrorystów, zastrzelonego przez zaatakowanych żołnierzy izraelskich. Jej uczestnicy skandowali na cześć Milhema: „O męczenniku, nasze dusze, naszą krew, nasze życie poświęcimy dla ciebie”. Zebrani strzelali w powietrze i demonstrowali posiadanie noży, tasaków i maczet.

Izraelska opinia publiczna została wstrząśnięta: Jerozolima wschodnia to z punktu widzenia prawa izraelskiego część stolicy, zaanektowana przed 35 laty, a nie Zachodni Brzeg, czy Strefa Gazy. Miejsce pogrzebu znajdowało się w pobliżu Uniwersytetu Hebrajskiego i sto metrów od dzielnicy żydowskiej nazywanej Wzgórzem Francuskim.

 

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}