Mój dziennik politycznie niepoprawny

19 grudnia 2013
W TVN 24 („Czarne na białym”) oberwało się dzisiaj Leszkowi Millerowi, krajowemu liderowi SLD, niegdyś premierowi rządu RP, za emocjonalną, zbyt wyrazistą wypowiedź na temat senatora Józefa Piniora, uczynioną w polemicznym porywie. Dobrym pretekstem do dołożenia „komuchowi” przez telewizję było przypięcie przez tegoż ikonie solidarnościowego podziemia, Piniorowi, etykiety „wspierającego zbrodniarzy”. Chodzi o to, że Senator wziął sobie na język i do wrażliwego serca sprawę więzień CIA w Polsce, gdzie – podobno – nasi sprzymierzeńcy z NATO, Amerykanie konkretnie, za zgodą i wiedzą polskich władz (podobno), torturowali (podobno) więźniów z Al Kaidy. Trzeba trafu, że kiedy inkryminowane wydarzenia miały miejsce, premierem rządy był Leszek Miller. Więc to on, zdaniem senatora, ponosi winę za jaskrawe łamanie ludzkich praw, do jakich wstydliwie doszło w naszej przepełnionej po brzegi moralnością i miłością bliźniego wolnej ojczyźnie. Materia jest tyle mętna, co pozornie rozwojowa, przy tym skryta za szczelnym woalem danych o najwyższej tajności. Mym zdaniem, mimo czynionego wokół niej cyklicznie zamętu medialnego i prawnego – także na poziomie struktur europejskich – ma nikłe szanse na szersze upublicznienie. Strona prawna pozostaje oddzielną kwestią.
Mamy więc do czynienia z przysłowiową burzą w szklance wody, wartą, co najwyżej, wielkich pieniędzy wydawanych na adwokatów kilkorga „pokrzywdzonych” synów Islamu skarżących władze dwóch europejskich krajów – chodzi o Polskę i Rumunię – o udostępnienie swych terytoriów do torturowania wrogów USA, a więc zdaniem wielu, wrogów cywilizowanego świata.
Telewizyjna audycja ma jednak swój niezaskakujący, wart skomentowania smaczek. Według jej twórców, gwiazd politycznego dziennikarstwa, Miller dopuścił się „niedopuszczalnego nadużycia”. Pomawiając bohatera solidarnościowego podziemia o „wspieranie zbrodniarzy”, karygodnie obraził herosa walki z „komuną” – legendę „Solidarności”. Pewnie przez gapiostwo nie zauważono, że polemiczna metafora odnosi się do konkretnej sytuacji, wyzbyta jest zatem z pojemności ogólnej, przez co rzeczywiście mogłaby być dla niektórych nie do strawienia. Jakoś tak więc wychodzi, że Pinior i mu podobni o „pięknych życiorysach” należą do rasy nietykalnych (untouchables), w każdym razie … dla „czerwonych”.
Osobiście uważam, że Miller nieco się zagalopował; nie tylko jemu coś takiego się zdarza w naszym sejmie. Nie błysnął też taktem, kiedy na pytanie dziennikarza o stanowisko senatora Piniora w sprawie amerykańskich więzień opryskliwie odpowiedział: „nie znam” – chodzi o osobę senatora, i obróciwszy się na pięcie oddalił w przepaść sejmowego korytarza. Dziwi mnie jednak czynienie z tego wydarzenia medialnego pępka świata – swoistej sensacji dnia – bowiem w sejmie nie takie rzeczy się zdarzają na co dzień. Jeszcze bardziej dziwi dalsza litera i duch komentowania tego w sumie marginalnego incydentu. Telewizja, aby roznieść medialnie na strzępy byłego premiera i „komucha” – co już nie zaskakuje i należy do obowiązującej maniery i poprawności – wytoczyła ciężkie armaty z amunicją z lat osiemdziesiątych. Oto w kontekście mającym się do całej tej sprawy jak pięść do nosa dowiadujemy się, że podczas kiedy Pinior w wiadomej dekadzie lat walczył o wolną Polskę, za co parę lat przesiedział w więzieniu – były też inne waleczne szczegóły – Miller „tuczył się na krzywdzie polskiego narodu”, pełniąc lukratywne funkcje oraz awansując w Komitecie Centralnym PZPR. Czyniąc z całości osobliwie logiczny wywód, autorzy konkludują, że ktoś taki jak Miller, obecnie poseł – z niegodnym życiorysem – nie ma prawa oskarżać Piniora, obecnie senatora – z pięknym życiorysem – o cokolwiek, a już w szczególności przypisywać mu zbrodniczych ciągot – choćby nieuświadomionych: to wszak Miller, prominentna postać „zbrodniczej partii”, jest – jakież to logiczne – zbrodniczą konotacją obciążony, po wsze czasy. Kropka ! Wypada zapytać, gdzie autorzy telewizyjnego programu byli, kiedy dobry Bóg rozdawał rozum ?!
Nie naigrywam się z senatora, skądinąd uczciwego człowieka i zapewne nie tylko na tą okoliczność pięknoducha, który uważa, że za zgodą polskich władz (Millera w szczególności) naruszono prawo i tzw. standardy. Pinior zdaje się nie rozumieć, o co chodzi w sprawie, którą nadwrażliwie podnosi. Oczywiście jestem daleki od usprawiedliwiania tortur, jeśli takie w ogóle miały miejsce. W polityce bywa często tak, że standardy muszą ustąpić miejsca okolicznościom wielkiej wagi – historia, np. Ameryki, jest pełna tego rodzaju odstępstw: czy, dajmy na to, zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki było zgodne ze standardami ?
Naigrywam się z telewizji TVN kreującej w nurcie historycznym swych programów, jakże często, byty nie do przyjęcia z punktu widzenia prostego rozumu; agitacyjne i oderwane od najzwyczajniejszej logiki. Program „Czarno na białym” zdaje się specjalizować w przywoływaniu dawno zwietrzałych duchów. W świecie natchnionych kreatorów, czyścicieli mózgów, przeszła przynależność do „komunistycznej” partii (PZPR), a już nie daj boże pełnienie w niej poważniejszej funkcji, uchodzi za niezmywalną plamę w życiorysie; pozostaje piętnem wyjmującym spod prawa np. do krytykowania tych o „pięknym życiorysie”. Wg uklepanych w III RP standardów, zwrot „piękny życiorys” jest zarezerwowany ( medialnie, oficjalnie i urzędowo) dla tych, którzy zwalczali „totalitarny reżim” w Polsce i swoim życiem legitymizowali tę walkę. Nie przeczę, że na pewne wywyższenie zasługują więc byli więźniowie polityczni, w tym internowani w stanie wojennym w grudniu 1981 roku (ok. 10 tysięcy). Dodam, że za mych młodych czasów, aby zasłużyć sobie na „piękny życiorys” należało być więźniem Sanacji. Tę okoliczność w biografiach zasłużonych wynoszono w swoim czasie na pierwszy plan i podkreślano przy rozmaitych okazjach z pasją zbliżoną do dzisiejszej; tym razem zarezerwowaną dla politycznie prześladowanych w Polsce Ludowej. W tamtym świecie rzeczywistym ( nie obecnym) internowanie sporej grupy najbardziej bojowo nastawionej grupy osób z „Solidarności” nie było, rzecz jasna, zgodne z tzw. standardami – te się dzisiaj hałaśliwie podnosi – pozostawało jednak, w geopolitycznych warunkach lat osiemdziesiątych, w najgłębszej zgodzie z polskim interesem narodowym, takim, jak ten się kształtował akurat na dzień 13 grudnia 1981 roku, nawet jeśli przeczył on opiniom i woli większości.
Nie naigrywam się z tych, którzy faktycznie wycierpieli za przyczyną stawania okoniem władzy, chociaż uważam, nie tylko ja, że było ich realnie niewielu. Śmieszy mnie kombatanckie zadęcie sporej liczby tych, którzy dzisiaj, najczęściej wyolbrzymiając swe zasługi, podczepiają się pod nurt genetycznego trwania w antykomunizmie, przy okazji z reguły demonizują związane z tym swe osobiste przejścia i niedogodności.
Nie neguję nieprawości systemu, w szczególności tych odległych, stalinowskich, a więc z epoki obrzydliwej dla każdego, niezależnie od wyznawanej dziś politycznej opcji. Należy o tym pamiętać i nauczać. Po tym okresie system władzy podlegał korzystnej, chociaż nie w pełni satysfakcjonującej ewolucji. Nie potrafię jednak akceptować wysiłków rządzących, zmierzających do wyresetowanie Polski Ludowej z pamięci Polaków; ustawienia tejże pod niemą postacią czarnej dziury naszej historii, przy tym w formule zero – jedynkowej: po jednej stronie absolutne dobro, po drugiej zło absolutne: to ściema i intelektualne matactwo. Polska prawica, jakkolwiek w wielu sprawach podzielona, w tej akurat przemawia jednym głosem. Podobnie jak polska powojenna lewica przejmująca w 1944 roku władzę, prawicowi zwycięzcy roku 1989 zostali naznaczeni pychą i parciem na zgarnięcie tzw. całej puli.
Buntuję się przeciwko takiemu podejściu, nie dlatego iżbym przeczył faktom, ale dlatego, że zauważam, iż również polska lewica ma zasługi w działaniach na rzecz historycznego zwrotu kraju ku demokracji. Ignorowanie tego faktu – co się nagminnie czyni – jest ahistorycznym i manipulanckim.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

27 listopada 2013
Media doniosły, że Krzysztof Skiba, rocznik 1963 – lider zespoły „Big Cyc”, rockman i komentator; postać barwna, celebryta z pewnością, został odznaczony przez Prezydenta RP Orderem „Wolności i Solidarności”. Odznaczenie jest przyznawane „za zasługi w zwalczaniu komunistycznej dyktatury”.
Skibie i kilkorgu innym ze środowiska bliskiego artyście ordery wręczył Prezes IPN. Odnotowałem komentarz odznaczonych, wygłoszony w przypływie satysfakcji zaraz po przypięciu, do mikrofonów i kamer. Nagrodzeni zgodnie stwierdzili, że wyróżnieni zostali za .. niestrudzoną walkę z komunizmem w Polsce, który był ich zdaniem „syfem”. Ze swej walki są dumni. Dla Skiby „syfem” szczególnym był okres lat osiemdziesiątych, bowiem przesiedział trzy miesiące w więzieniu w Kaliszu za rozdawnictwo nieprawomyślnych ulotek podczas festiwalu w Jarocinie w 1985 roku. Indagowany przez dziennikarza na okoliczność anarchistycznej, a więc robiącej państwu wbrew aktywność w czasach, których nie lubi, artysta nie bez dumy zauważa, że ta antypaństwową być nie mogła, gdyż jak odkrywczo stwierdził, państwo polskie wtedy nie istniało, był za to „ruski satelita”. Bezkompromisowość odznaczonego jest wsparta na myśleniu prostym jak konstrukcja cepa; ta ‘komuna” musiała być upiorna, skoro przez lata tolerowała anarchistyczne występy Skiby, podważającego jajcarstwem tzw. fundamenty socjalizmu. „Komuna” jakoś nie odesłała jajcarza – zgodnie z bolszewicką tradycją – na Sybir celem reedukacji.
Cały ten cyrk w wykonaniu Skiby, do czego ma prawo, zasmuca mnie i rozśmiesza zarazem. Odnotowuję je w tonacji nieco sarkastycznej, a więc mało poważnej. Postaram się dowieść dlaczego. Dodam, że swych przekonaniach jestem równie niezłomny jak odznaczony Skiba. Trudno nie zauważyć natchnionego antykomunizm artysty, bo go często i publicznie objawia, czyniąc to ze współcześnie modną satysfakcją. System przez Skibę ośmieszany poległ w 1989 roku więc, co by nie było, wojna skończyła się przed niemal ćwierćwieczem; wydawałoby się, że dawno temu. Czas jednak, miast przytłumiać dawne urazy, upuścić powietrza z walecznego ego artysty, stabilizuje je i dynamicznie objawia w medialnych występach, często przy okazji komentowania czegoś tam. Teraz zostało ono pokrzepione państwowym orderem.
Nie neguję jakiejś tam powagi oraz zasadności odznaczenia, zauważam jedynie jaskrawą w wielu przypadkach asymetrię pomiędzy rzeczywistymi zasługami nim obdarowanych a realnymi krzywdami, jakich rzekomo doznali za przyczyną … „komunistycznej dyktatury”.
Posilę się tu wywodem Stanisława Cioska spisanym w jednym z prasowych wywiadów. Odnosząc się do stanowiska ciągle aktywnego odłamu zwycięskiej „Solidarności”, coraz bardziej agresywnego w portretowaniu dawno minionej „komuny”, zasłużony polityk lewicy zauważa metaforycznie: „- żeby ludzie uwierzyli, że św. Jerzy zabił smoka i by było to bohaterstwo, to smok musiał być jak najstraszniejszy i jak najbrzydszy. Wtedy św. Jerzy stawał się bardziej bohaterski i coraz bardziej święty”.
Okres trzech dziesięcioleci, począwszy od las sześćdziesiątych minionego wieku, cechowały w Polsce bujny i wielce dojrzały wykwit muzyki młodzieżowej. Był on z natury rzeczy niezależny, nie podlegał szczególnej presji ze strony władz, pomimo że dystrybucja owoców twórczości pozostawała w rękach państwowych. Niektóre fragmenty twórcze pewnych zespołów i solistów wybiły się na „legendę”. Część kompozycji uchodzi do dziś za kultowe, po części w związku z czytelnymi, niemiłymi władzy tekstami, walonymi aluzyjnie czy też niemal wprost. Wydawało by się, że oryginalna dynamika i różnorodność polskiego rocka tamtego czasu winna – zgodnie z logiką – zaświadczać o swobodzie twórczej tekściarzy, zespołów i wokalistów, a w każdym razie o zasadniczo sporym jej marginesie. Z tego co wiem, ingerencje cenzorskie w śpiewane teksty, jakkolwiek się zdarzały, nie były częstymi, „represje” władz zaś polegały na epizodycznym ich sekowaniu z publicznego obiegu, przy tym nie towarzyszyły temu jakieś szczególne dolegliwości serwowane autorom i bardom wyśpiewującym poetykę władzy niemiłą. Aktywność cenzury nasiliła się w stanie wojennym, wiec w latach tzw. „konspiry”, kiedy wykwit śpiewanego protestu nabrał walecznej dynamiki. Nie słyszałem jednak, aby twórcom nieprawomyślnych tekstów oraz ich wykonawcom wyrywano paznokcie. Przeciwnie, obnosząc się ze swoim „anty”, niczym specjalnie, poza nielicznymi wyjątkami, nie ryzykowali. Trzeba sporo wyobraźni i duchowego zakręcenia, aby uznać je za szczególnie bohaterskie – niemal martyrologiczne – bo taki wymiar usiłuje się im współcześnie nadać. Są co najwyżej godne „kombatanckich” wspominków części środowiska dinozaurów rodzimego rocka, któremu, w walecznym nurcie Skiba zdaje się przewodzić. Stąd już tylko krok do dowodzenia, że młodzieżowa twórczość muzyczna – swoisty fenomen tamtych lat PRL-u – była zasadniczo inspirowana niechęcią do „komuny”. Bzdura !. Wychodzi więc jakoś tak głupio, że bez posilania się wstrętem do „reżimu” nasz rock byłby co najmniej zubożony o utwory inspirowane buntem przeciw chwiejącemu się w posadach systemowi; kto wie, może zwyczajnie zdechłby z braku duchowej pożywki. Jest kuriozalnym windowanie przez niektórych festiwalu w Jarocinie do rangi wydarzenia politycznego w pierwszej kolejności, mającego zasadniczo na celu uprzykrzenie życia rządzącym.
Ponieważ facet (Skiba) został wykreowany przez media – zwłaszcza TV – za żywy autorytet od wszystkiego – nie przeczę, że zdarza mu się zdrowo myśleć – krzywienie się na Skibę jest dziś ryzykownym. Wzmocniony prezydenckim ukrzyżowaniem artysta dołączył do grona najbardziej zasłużonych kombatantów walecznej konfrontacji z komunizmem. Chwalebna amatorszczyzna na polu niestrudzonej walki, z którą się przy każdej okazji obnosił, została zadekretowana więc o parę punktów wyżej, i przybliżyła Skibę do grona najbardziej bitnych i zasłużonych. Trzeba jednak przyznać, że swe „kombatanctwo” artysta traktuje z pewnym dystansem.
Głos odznaczonych o „syfie” w komunie nie może urażać, gdyż mieści się w kanonie demokracji – każdy może gadać co chce, nawet dyrdymały, Skiba również. Ja po prostu uważam ten język za głupi i populistyczny – pod niewymagającą publikę. Oczywiście nie brakuje klakierów zapatrzonych w Skibę, podzielających jego strzelistą puentę o „syfie”. Z drugiej strony, wielu dystansuje się od takich skrajności, pozostając przy tym w mnogich aspektach krytycznym wobec tamtej Polski. Do nich należę. Sprawa jest mym zdaniem częścią myślowego zbioru z rzędu nieprostych i jak się chce o niej gadać warto się przygotować do tematu. Być może Skiba przy tak poważnej okazji poważnie gadać nie zamierzał, bo i po co, jak można na modłę młodzieżową – odznaczony ma już dzięki Bogu pięćdziesiątkę – walnąć z grubej rury, płynąc z prądem, a więc z zachowaniem politycznej poprawności, z niezmąconą wiarą w sprawę, za którą „upuszczał krwi” w kaliskim więzieniu. Nie wykluczone, że nadal, nie mogąc oderwać się od ducha walki, Skiba anarchizuje, tyle że inaczej.
Oczywiście nie sposób negować faktów. Więzienna represja, której padł ofiarą w roku1985, należy do świata realnego. Te i podobne uciążliwości, niekiedy bardziej bolesne, obciążają miniony system i sprawiają, że postawa naszego rockmana była w tamtym czasie jakąś wartością. Nie akceptuję jedynie płynących z tego wniosków, które deprecjonują i sprowadzają do zera (skoro to był „syf”) liczne zasługi powojennego pokolenia jako całości. Te zaś, działając w najlepszej wierze, z pobudek jak najbardziej patriotycznych, włączyło się w rozmaite nurty życia wspierającego ludowe państwo – jedyne jakie było. Należę do ogromnej rzeszy „cichych”, którzy się nie godzą na totalne potępienie drogi życiowej rodziców i dziadków, a także w jakiejś części swej własnej. Działaliśmy i pracowaliśmy dla Polski motywowani patriotyzmem, tak jak ten patriotyzm rozumieliśmy. Czyniliśmy to daleko bardziej bezinteresownie od współczesnych nauczycieli, czy epizodycznych interpretatorów historii: rozmaitych gwiazd medialnych, dyżurnych historyków, celebrytów, od których roi się w szeroko rozumianej publicystyce. Jest oczywistym, że mają prawo mieć swoje zdanie, nawet jeśli ono nie przystaje do mego. Nie może jednak być tak, aby liczyło się wyłącznie to ich, bo taka sytuacja oznacza manipulacje, z tą zaś mamy w sposób oczywisty i bezczelny do czynienia.
Tak na marginesie całej sprawy pytam: co to był za „reżim” skoro pozwolił Skibie, mimo iż był jego natchnionym wrogiem, zdać państwową (reżimową) maturę a potem ukończyć państwowe (reżimowe) studia ukoronowane magisterium (pewnie też reżimowym) w 1989 roku, a więc … w czasach „syfu”. W „ponurej komunie”. .