Clooney obali sudańską juntę?

Słynny amerykański aktor filmowy, bożyszcze kinomanek George Clooney wezwał „społeczność międzynarodową” do śledzenia i zablokowania pieniędzy pochodzących z Sudanu. Wojskowi piorą tam swe konta na wyścigi, jakby miało się coś stać. Kiedy stary prezydent al-Baszir musiał odejść pod naciskiem manifestacji, władzę przejęła wojskowa junta, która nie bardzo chce oddać jej cywilom. Clooney jest zaangażowany w sprawy sudańskie od dawna.

W liście otwartym opublikowanym wczoraj w amerykańskim Atlantico (prawica), podpisanym też przez znanego działacza praw człowieka Johna Prendergasta, Clooney domaga się wywarcia ekonomicznego nacisku na rządzącą generalicję tak, by rozważyła spokojne odejście: trzeba zająć lub zablokować ich konta zagraniczne.
„Byłby to środek nacisku zbyt rzadko stosowany na korzyść pokoju i praw człowieka”, ale konieczny ze względu na wyjątkową sytuację w Sudanie, przekonuje Clooney. Wyeliminowanie generałów z międzynarodowego systemu finansowego miałoby przemówić do nich głosem rozsądku. Jeszcze w tym tygodniu do Chartumu wybiera się amerykańska delegacja z departamentu stanu, by sondować zamiary wojskowych.
Wojskowi martwią się o kontrakty z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (ZEA). Sudan, oprócz oficjalnego uczestnictwa w saudyjskiej koalicji w Jemenie, wysyła tam tysiące najemników, którzy nierzadko w imię króla Salmana giną na froncie. Interesem zarządzają generałowie i to oni najwięcej zarabiają, lecz zawsze coś tam spłynie na ubogie rodziny najemników. W Sudanie jest wysokie bezrobocie, „praca” dla Arabii w Jemenie jest ceniona.
Obecną juntę popiera właśnie najważniejszy sojusznik Stanów Zjednoczonych wśród Arabów – Arabia Saudyjska, więc imperium musi jeszcze się zastanowić, czy woli w Sudanie wojskowych, czy cywilów. Z blokowaniem kont nie będzie raczej pośpiechu.

Wojna domowa wraca?

Sudańska Tymczasowa Rada Wojskowa, która przejęła władzę po odejściu Omara al-Baszira, przez ostatnie dni groziła rozpędzeniem potężnego zgromadzenia protestacyjnego w centrum Chartumu. Jego uczestnicy domagali się, by krajem rządzili cywile, zdecydowani przebudować tamtejszy system społeczny na bardziej sprawiedliwy i i rozliczyć nadużycia al-Baszira. W poniedziałek przystąpiono do realizacji gróźb. Następnego dnia armia ogłosiła, że wypowiada wszystkie dotychczasowe porozumienia z cywilami.

W godzinach przedpołudniowych w poniedziałek w Chartumie było słychać strzały. Paramilitarne Siły Szybkiego Wspierania wkroczyły do obozu protestujących, który od blisko dwóch miesięcy znajdował się przed siedzibą Tymczasowej Rady Wojskowej. Przystąpiły do rozpędzania demonstrantów. Najpierw użyto granatów łzawiących, potem mundurowi zaczęli strzelać do tłumu. Jak podał Centralny Komitet Sudańskich Lekarzy, jedna z organizacji związkowych koordynujących od początku protesty jeszcze przeciwko al-Baszirowi, zginęło przynajmniej trzynaście osób. W licznej grupie rannych jest jeden z przywódców protestu Madani Abbas Madani.
Sudańscy lekarze twierdzą, że wojskowi nie tylko strzelali do ludzi na ulicy, ale też wkroczyli do szpitala (East Nile Hospital), gdzie już po wcześniejszych ulicznych konfrontacjach przeniesiono rannych demonstrantów.
Obóz protestujących został rozbity, namioty, w których koczowali przeciwnicy al-Baszira i jego przybocznych, spalono. Wojskowe pojazdy uniemożliwiają ludziom ponowne zgromadzenie się pod siedzibą sudańskiej junty. Jednak jak podaje „Al-Dżazira”, na podstawie rozmów z uczestnikami protestów, ludzie nie zamierzają się poddawać. Nadal są zdecydowani walczyć o bardziej sprawiedliwy Sudan. Wypędzeni z centrum miasta protestujący budują barykady w innych częściach Chartumu, gromadzą się w innych dzielnicach. W mediach społecznościowych pojawiły się filmy pokazujące, jak wojsko patroluje różne części miasta, poszukując „podejrzanych”.
Sudańskie związki zawodowe wzywają do pokojowego stawiania oporu. Apelują, by zbierać się w Chartumie i innych miastach na pokojowe marsze, tłumnie blokować drogi, mosty i porty rzeczne. Również opozycyjna Wolność i Zmiana, koalicja różnych organizacji, która prowadziła z juntą negocjacje w sprawie przyszłego oddania władzy cywilom, oficjalnie zerwała bezowocne od pewnego czasu rozmowy.
Ludzie są wściekli – część jest zdeterminowana, by z wojskowymi, którzy strzelają do nieuzbrojonych protestujących, walczyć z bronią w ręku. Po dzisiejszych wydarzeniach nikt nie ma już wątpliwości, że nowe rządy będą równie bezwzględne, skorumpowane i antyspołeczne, co ostatnie lata rządów al-Baszira.
O świcie we wtorek wystąpił generał Abdel Fattah al-Burhan wystąpił w telewizji i ogłosił, że wszystkie dotychczasowe umowy między Tymczasową Radą Wojskową a organizacjami reprezentującymi protestujących są nieważne, przy czym zarzucił grupującemu je Związkowi na rzecz Wolności, że dąży do renegocjowania powziętych ustaleń, aby nie dopuścić do tego, aby w tymczasowych władzach znaleźli się reprezentanci „innych sił politycznych i bezpieczeństwa”.
Generał al-Burhan potwierdził jednak wolę powołania rządu tymczasowego i zapowiedział, że w ciągu dziewięciu miesięcy zorganizowane zostaną wybory powszechne, które odbędą się przy udziale międzynarodowych obserwatorów.
Działania armii sudańskiej przeciwko cywilom spotkały się z potępieniem za granicą. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres wezwał Sudan do przeprowadzenia niezależnego dochodzenia w sprawie otwarcia ognia do cywilów przez wojsko. Wielka Brytania i Niemcy zażądały zorganizowania specjalnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami w sprawie sytuacji w Sudanie. Do objęcia osób odpowiedzialnych za strzelanie do protestujących sankcjami wezwała organizacja Amnesty International.
Potępienie nie jest jednak powszechne. Wydaje się nieprzypadkowe, że do pacyfikacji obozu protestujących doszło dzień po spotkaniu generała al-Burhana z prezydentem Egiptu Abdelem Fattahem al-Sisim i księciem-regentem Abu Dhabi, szejkiem Mohammedem bin-Zaydem al-Nahyanem – znanymi ze swojej niechęci do protestów społecznych.

Polała się krew

Dwie osoby zabite, dziesięcioro rannych – to bilans działań akcji przeprowadzonej przez wojska sudańskie w noc z soboty na niedzielę w Chartumie.

Od piątku w Chartumie protestowały dziesiątki tysięcy ludzi. Największa grupa siedziała na drodze i skandowała hasła przed siedzibą dowództwa armii – a teraz również siedzibą faktycznego rządu, Tymczasowej Rady Wojskowej. Domagano się, by generałowie z rady oddali władzę w ręce cywilów.
Ochrońmy rewolucję – tak brzmiało główne hasło demonstrantów. Kierujący protestami sojusz wielu organizacji pod nazwą Wolność i Zmiana, wyrażając powszechne na sudańskich ulicach przekonanie, wzywa wojskowych do ustąpienia. Wskazuje, że uczestnikom protestów nie chodziło o odsunięcie od władzy samego tylko al-Baszira, ale o gruntowne zmiany systemowe. Chcą, by nowy rząd rozliczył skorumpowanych, prowadzących antyspołeczną politykę współpracowników al-Baszira. Tymczasem w Tymczasowej Radzie Wojskowej to właśnie oni odgrywają główną rolę. Oficjalne negocjacje między radą a Wolnością i Zmianą, którym sprzyja ONZ, stanęły w miejscu.
Tymczasowa Rada Wojskowa zamierza rządzić Sudanem po odejściu al-Baszira i dopilnować, by nie doszło do prawdziwej rewolucji – takiej, po której rozlicza się winnych powstania skrajnie niesprawiedliwego systemu. Już w ostatnich dniach wojsko niedwuznacznie sugerowało, że zamierza uderzyć na demonstrantów przychodzących codziennie pod siedzibę dowództwa sudańskiej armii. Rada publikowała w sieci materiały dowodzące, że pikietujący od blisko dwóch miesięcy Sudańczycy to niebezpieczni wandale zagrażający porządkowi publicznemu. W piątek Tymczasowa Rada Wojskowa zapowiedziała, że „elementy chuligańskie”, jakie zebrały się w obozowisku przed jej siedzibą, zostaną ukarane zgodnie z prawem. Utrudnia również mediom relacjonowanie protestów – m.in. zmusiła Al-Dżazirę do zamknięcia swojego biura w Chartumie.
Sekretarz generalny organizacji Antonio Guterres ponowił w piątek wezwanie do tego, by obie strony znów zaczęły konstruktywnie rozmawiać i by władza została przekazana politykom cywilnym. Na razie bowiem omówiono jedynie detale techniczne – np. to, że przyszły sudański parlament będzie liczył 300 deputowanych.
Ludzie czują, że prędzej od apeli ONZ na generałów wpłynie nacisk oddolny – stąd nie tylko demonstracje, ale i strajki pod politycznymi hasłami. Ostatni miał miejsce we wtorek i środę: stanął wtedy publiczny transport, nie działały banki, z lotniska w Chartumie z wielkim trudem odprawiano samoloty.
Przebieg nocnego incydentu, w wyniku którego zginęły dwie osoby, a dziesięć odniosło rany, nie jest nadal jasny. Komitet Lekarzy, jedna z organizacji pracowniczych, które od początku były na pierwszej linii walki o odejście al-Baszira i gruntowną przebudowę porządku społecznego w Sudanie, ogłosił, że wojsko otworzyło ogień do cywilów na terenie sąsiadującym z obozem protestujących. Celowano do tłumu, który zebrał się, by uniemożliwić wojsku zamknięcie głównej ulicy przed siedzibą dowództwa armii. Strzelanina, według relacji świadków publikowanych w mediach społecznościowych, miała trwać cztery godziny.
Świadkowie, którzy rozmawiali z korespondentem portalu Middle East Eye Muhammadem Aminem, opowiedzieli o tym, że to paramilitarne Siły Szybkiego Wsparcia przy wsparciu regularnego wojska i policji zablokowały kluczową ulicę, po czym ostrzelały otoczonych demonstrantów. Następnie żołnierze bili uciekających pałkami. Była to najbardziej dramatyczna próba rozpędzenia protestów – ale nie pierwsza i z całą pewnością nie ostatnia. Sudańczycy, którzy na ulicach wołają „Obrońmy rewolucję!”, nie mogli dostać jaśniejszego sygnału, że wojsko zamierza zdusić w zarodku wszelkie próby radykalniejszej zmiany.

Komuniści o Sudanie

Ponad 50 partii komunistycznych i robotniczych wystąpiło ze wspólnym stanowiskiem wspierającym walkę ludu Sudanu o pokój, demokrację, prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną.

W wyniku trwających od czterech miesięcy masowych protestów, które rozpoczęły się 19 grudnia ub. r., obalony został prezydent Omar al-Baszir, sprawujący dyktatorską władzę od 30 lat. 11 kwietnia władzę przejęła Tymczasowa Rada Wojskowa (MTC), która wprowadziła stan wyjątkowy oraz zapowiedziała przekazanie władzy cywilom dopiero za 2 lata. Sudańczycy odmawiają uznania władz tymczasowych, mających powiązania z dotychczasowym reżimem. MTC został natomiast uznany przez Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Partie komunistyczne potępiły spotkanie wysłannika USA Stevena Koutsisa z Mohammadem Hamdanem Daglo, zastępcą szefa MTC, w kompleksie pałacu prezydenckiego w Chartumie. Daglo jest dowódcą Sił Szybkiego Wsparcia, składających się zasadniczo z niesławnego Janjaweedmilitii, który przez piętnaście lat sprawował terror w Darfurze i jest odpowiedzialny za zbrodnie przeciwko ludzkości, wymordowanie dziesiątek tysięcy ludzi.
Siły na rzecz Wolności i Przemian, w tym Sudańska Partia Komunistyczna, wezwały do dalszych masowych działań w celu pokrzyżowania planów USA i ich regionalnych reakcyjnych sojuszników.
Zagraniczne partie komunistyczne zadeklarowały poparcie dla masowych ulicznych protestów ludzi pracy pod hasłem „Wolność, pokój i rewolucja to wybór ludu” oraz walki Sudańskiej Partii Komunistycznej oraz koalicji „Siły na rzecz Wolności i Zmian”.

Podwójny przewrót

„W ciągu dwóch dni obaliliśmy dwóch prezydentów!”, „Udało się nam, udało!” – ludzie skandowali w Chartumie okrzyki dumy i radości rozchodząc się do domów po ostatniej trwającej tydzień bez przerwy wielkiej manifestacji w stolicy. Ukonstytuowana w czwartek Tymczasowa Rada Wojskowa, która objęła władzę po obaleniu prezydenta Omara al-Baszira, obaliła dzień później swego własnego szefa i postawiła na czele państwa innego generała, skłonnego szybciej oddać władzę cywilom.

Sytuacja w Sudanie zmienia się tak szybko, że manifestanci zebrani przed kwaterą główną armii postanowili pozostać „czujni” i „zmobilizowani”, mimo wyrażanej powszechnie satysfakcji. W czwartek generałowie odsuwając od władzy prezydenta al-Baszira, który rządził krajem przez 30 lat, przynieśli zwycięstwo manifestantom aktywnym w całym kraju od połowy grudnia. Lecz mianowanie przez nich „p.o. prezydenta” gen. Awada Ibn Ufa i zapowiedź jego rządów przez dwa lata nie uspokoiły protestujących.
Sudańczycy wyraźnie odrzucili perspektywę kierowania krajem przez juntę wojskową, tym bardziej, że gen. Ibn Uf był ściśle związany z obalonym prezydentem. Wczoraj w łonie Rady Wojskowej doszło więc do kolejnego przewrotu: na czele państwa stoi odtąd gen. Abdel Fattah al-Burhan, nieznany szerzej publiczności, jednak jak się wydaje na razie zaakceptowany, gdyż swe rządy zaczął od ogłoszenia dymisji Salaha Gosza, szefa NISS, tajnej policji prezydenta al-Baszira, odpowiedzialnej za krwawe represje, które spadły na wielomiesięczny ruch protestu. Nowy przywódca Sudanu nakazał wypuszczenie z więzień wszystkich zatrzymanych w ostatnich miesiącach, jak i innych więźniów politycznych.
Jednocześnie Rada Wojskowa zaczęła zapewniać, że przewidziany wcześniej okres dwóch lat, który miał służyć transformacji politycznej, „może zostać skrócony”. Członek Rady, gen. Omar Zinelabidin, który ma zająć się sudańską dyplomacją, zapewnił zebranych w trybie pilnym ambasadorów państw afrykańskich, że w jego kraju powstanie rząd cywilny, a wojsko nie będzie mieszać się w jego skład. Gen. al-Burhan zajął się z kolei uspokajaniem władz imperium amerykańskiego: baza CIA w Chartumie, zajmująca się koordynacją działań tej agencji wywiadowczej w całej północnej Afryce, będzie mogła bez przeszkód kontynuować swą działalność.
Nowy, silny człowiek Sudanu to były inspektor generalny armii, wcześniej dyplomata (m.in. w Pekinie) i dowódca sudańskich wojsk lądowych, ma 59 lat. Był koordynatorem wysyłki oddziałów sudańskich do Jemenu, zdecydowanej przez al-Baszira na na usilną prośbę Arabii Saudyjskiej i po naciskach amerykańskich, lecz nie uchodzi za zwolennika tej operacji, mimo finansowania jej przez Saudów.

Podwójny przewrót

„W ciągu dwóch dni obaliliśmy dwóch prezydentów!”, „Udało się nam, udało!” – ludzie skandowali w Chartumie okrzyki dumy i radości rozchodząc się do domów po ostatniej trwającej tydzień bez przerwy wielkiej manifestacji w stolicy. Ukonstytuowana w czwartek Tymczasowa Rada Wojskowa, która objęła władzę po obaleniu prezydenta Omara al-Baszira, obaliła dzień później swego własnego szefa i postawiła na czele państwa innego generała, skłonnego szybciej oddać władzę cywilom.

Sytuacja w Sudanie zmienia się tak szybko, że manifestanci zebrani przed kwaterą główną armii postanowili pozostać „czujni” i „zmobilizowani”, mimo wyrażanej powszechnie satysfakcji. W czwartek generałowie odsuwając od władzy prezydenta al-Baszira, który rządził krajem przez 30 lat, przynieśli zwycięstwo manifestantom aktywnym w całym kraju od połowy grudnia. Lecz mianowanie przez nich „p.o. prezydenta” gen. Awada Ibn Ufa i zapowiedź jego rządów przez dwa lata nie uspokoiły protestujących.
Sudańczycy wyraźnie odrzucili perspektywę kierowania krajem przez juntę wojskową, tym bardziej, że gen. Ibn Uf był ściśle związany z obalonym prezydentem. Wczoraj w łonie Rady Wojskowej doszło więc do kolejnego przewrotu: na czele państwa stoi odtąd gen. Abdel Fattah al-Burhan, nieznany szerzej publiczności, jednak jak się wydaje na razie zaakceptowany, gdyż swe rządy zaczął od ogłoszenia dymisji Salaha Gosza, szefa NISS, tajnej policji prezydenta al-Baszira, odpowiedzialnej za krwawe represje, które spadły na wielomiesięczny ruch protestu. Nowy przywódca Sudanu nakazał wypuszczenie z więzień wszystkich zatrzymanych w ostatnich miesiącach, jak i innych więźniów politycznych.
Jednocześnie Rada Wojskowa zaczęła zapewniać, że przewidziany wcześniej okres dwóch lat, który miał służyć transformacji politycznej, „może zostać skrócony”. Członek Rady, gen. Omar Zinelabidin, który ma zająć się sudańską dyplomacją, zapewnił zebranych w trybie pilnym ambasadorów państw afrykańskich, że w jego kraju powstanie rząd cywilny, a wojsko nie będzie mieszać się w jego skład. Gen. al-Burhan zajął się z kolei uspokajaniem władz imperium amerykańskiego: baza CIA w Chartumie, zajmująca się koordynacją działań tej agencji wywiadowczej w całej północnej Afryce, będzie mogła bez przeszkód kontynuować swą działalność.
Nowy, silny człowiek Sudanu to były inspektor generalny armii, wcześniej dyplomata (m.in. w Pekinie) i dowódca sudańskich wojsk lądowych, ma 59 lat. Był koordynatorem wysyłki oddziałów sudańskich do Jemenu, zdecydowanej przez al-Baszira na na usilną prośbę Arabii Saudyjskiej i po naciskach amerykańskich, lecz nie uchodzi za zwolennika tej operacji, mimo finansowania jej przez Saudów.

Nowe starcia, nowe ofiary

Protesty w Sudanie trwają już ponad miesiąc. Od początku demonstracji w grudniu 2018 r. policja zastrzeliła ponad 40 osób, ale zdesperowani obywatele nie ustępują. Na ulicach Omdurmanu znowu brzmiało „Pracy i chleba!”, „Wolność, pokój, sprawiedliwość” oraz „Obalić, obalić!” – to ostatnie pod adresem prezydenta Omara al-Baszira.

W środę policja rozpędzająca kilkutysięczny tłum posłużyła się „tylko” gazem łzawiącym, więc ofiar śmiertelnych nie było. Nie tak, jak w ubiegłym tygodniu – protest w Omdurmanie, który poprzedzał zaplanowane na późniejsze godziny zgromadzenia w tym samym mieście oraz w stolicy, Chartumie, położonej dokładnie na drugim brzegu Nilu, był gestem pamięci po demonstrancie zmarłym wskutek odniesionych ran. Łącznie śmiertelnych ofiar podczas protestów padło już ponad czterdzieści, w tym co najmniej jedno dziecko i kilkoro pracowników medycznych.
Na zaplanowaną na wieczór demonstrację nie czekali również studenci Uniwersytetu Ojczyźnianego (al-Watanijja) w Chartumie, organizując protest na terenie swojego kampusu. I on, mimo pokojowego charakteru, został rozpędzony przy pomocy gazu łzawiącego.

Manifestanci domagają się dymisji prezydenta al-Baszira, który twardą ręką rządzi Sudanem od trzech dziesięcioleci. W ich ocenie to jego nieudolność doprowadziła do braków podstawowych produktów żywnościowych i paliwa na rynku, drożyzny (ceny chleba wzrosły trzykrotnie), a także do utrzymywania się bardzo wysokiego bezrobocia. Rząd twierdzi, że problemów nie byłoby, gdyby nie embargo nałożone na Sudan przez USA oraz oderwanie się Sudanu Południowego, które pozbawiło kraj 3/4 zasobów ropy naftowej.

Wśród organizatorów protestów są sudańskie organizacje związkowe, aktywni byli zwłaszcza lekarze i dziennikarze. Teraz władze postanowiły utrudnić tym ostatnim relacjonowanie wydarzeń – prawo do wykonywania swoich obowiązków na terytorium Sudanu odebrano w ostatnich dniach korespodentom Al-Dżaziry, tureckiej agencji Anadolu oraz saudyjskiej Al-Arabijja. Ponadto 38 lokalnych dziennikarzy zostało aresztowanych pod zarzutami „podżegania do przemocy” i „rozpowszechniania fałszywych wiadomości”.

Prezydent Omar al-Baszir nie ma zamiaru uginać się przed żądaniami manifestantów, chociaż protesty od tygodni nie słabną. W ubiegłym tygodniu występował na wiecach swoich zwolenników.

Wreszcie pokój?

Przywódcy dwóch zwaśnionych stron – prezydent Sudanu Południowego Salva Kiir Mayardit i jego najgroźniejszy polityczny rywal, były wiceprezydent, a obecnie dowódca rebeliantów Riek Machar zawarli porozumienie, ale wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych, a z samego Sudanu Południowego napływają wzajemnie sprzeczne informacje.

 

Pod koniec czerwca obydwaj politycy podpisali porozumienie mające położyć kres trwającej od pięciu lat krwawej wojnie domowej, która pochłonęła około 50 tys. ofiar ludzkich i doprowadziła do przesiedlenia dalszych 4 milionów. Układ przewiduje wprowadzenie „trwałego rozejmu” pomiędzy siłami rządowymi a rebeliantami dowodzonymi przez Machara, nad jego przestrzeganiem mają czuwać siły pokojowe państw afrykańskich. W ostatnich dniach uzgodniono, że obie strony konfliktu wycofają swoje oddziały zbrojne z terenów miejskich.

Ponadto zgodnie z porozumieniem do czasu wyborów parlamentarnych przez 36 miesięcy ma funkcjonować rząd tymczasowy, co ma być poprzedzone czteromiesięcznym okresem przejściowym. I tu zaczynają się niejasności.

Według pierwotnych założeń celem porozumienia jest doprowadzenie do podziału władzy, a jednym z wiceprezydentów miałby zostać Riek Machar. Taką też opinię wyraził Al-Dirdiri Mohamed Ahmed, minister spraw zagranicznych Sudanu, który jest mediatorem w negocjacjach. Według niego, Kiir i Machar „w zasadzie” zgodzili się na powrót tego ostatniego na stanowisko wiceprezydenta. Oprócz niego funkcję zastępcy głowy państwa miałyby pełnić jeszcze trzy osoby – obecnych dwóch wiceprezydentów oraz kobieta wskazana przez opozycję. Drugą kwestią sporną pozostaje kontrowersyjna propozycja podziału kraju na trzy regiony z trzema stolicami. Takiemu wariantowi sprzeciwiają się rebelianci. – Sudan Południowy jest jednym krajem i nie może być podzielony na trzy części – oświadczył rzecznik rebelianckiego ugrupowania Sudański Wyzwolenia Narodowego Ruch-w-Opozycji Mabior Garang de Mabior.

Obserwatorzy sceptycznie oceniają szanse trwałości tego porozumienia, mając na uwadze poprzednie doświadczenia. Podobny układ został zawarty w 2015 r. pod presją ONZ.