Dobroć musi zostać ukarana

No i po wyborach. Nasz kandydat – zacny człowiek , pokazał się w gronie startujących , ale nie odegrał znaczącej roli. Będzie to pewnie wielokrotnie przedyskutowane , podziękowania za oddane na niego głosy zostały ogłoszone , ale czy powstaną wnioski do dalszego działania – niewiele na dziś wiemy. Ma się odbyć Kongres lewicy późną jesienią , może coś zostanie postanowione.

Wybory wygrał dotychczasowy Prezydent Andrzej Duda.

Może się tym chwalić , bo wybrany został na drugą kadencję , przy wysokiej frekwencji i i pokonał godnego przeciwnika.

My, działacze lewicy, nie mamy powodów do radości, bo głosy oddano na dwie rywalizujące ze sobą partie, Prawo i Sprawiedliwość i Platformę Obywatelską, a one wywodzą się z Ruchu”Solidarność”.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że bardzo dobrze przygotowaliśmy czołowe oddziały socjalizmu – czyli wielkie zakłady pracy – do roli dyktatury proletariatu i tę formę dziś mamy.

Jeden z moich przyjaciół zawsze mi powtarzał – „Boguś – pamiętaj – każda dobroć musi być ukarana”. Powiedzonko to weszło także do moich zasobów myślowych i przypomniało mi się po wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej , zakończonych 12 lipca br.

O tyle to trudne do przełknięcia dla działaczy dawnych struktur partyjnych, bowiem wielu z nich pamięta słynny napis na płocie Stoczni Gdańskiej (ważnego wtedy imienia) o brzmieniu „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”.

Ano zwoziliśmy ludzi z przeludnionych wsi , żeby stali się klasą robotniczą , w pocie czoła tworzono nowe zakłady pracy , uczono podstawowych czynności zawodowych.

Aby przywożonym było łatwiej odczuć zdobycze socjalizmu, to nawet budowano bloki mieszkalne , a jak było już dużo mieszkańców, to może z bólem serca miejscowe Egzekutywy PZPR pozwalały na wydawanie zezwoleń na budowę miejscowych Kościołów szczególnie rzymskokatolickich , aby wierni mogli służyć Bogu.

Dobroć musiała zostać ukarana.

Kiedy rozpoczęto cykliczne wykłady w ramach szkolenia partyjnego , także o różnicach pomiędzy ustrojem kapitalistycznym a socjalistycznym, bardzo wielu z nas na nie nie przychodziło, bo przecież każdy już miał swój rozum i wiedział, że wszystko przez Ruskich.

No i komuchów (partyjniaków, związkowców, czerwonokrawaciarzy). Nie ważne było hasło odbudowy kraju po zgliszczach wojny 1939-1945, budowy linii energetycznych, doprowadzających prąd do każdego zakątka Polski, budowy szkół (1000 na Tysiąclecie), okresowych badań każdego pracownika, powstawania Domów Kultury, chórów i teatrów amatorskich z możliwością realizacji swoich osobistych pasji. Niektórym udawało się zdobywać odznaki „Bądź sprawny do pracy i obrony”, z czego wzięły się medale olimpijskie polskiego sportu (Helsinki, Melbourne, Rzym, Tokio, Meksyk, Monachium, Montreal, Moskwa, Seul), bo nakłady państwa na sport nie szły na marne.

Dobroć musiała być ukarana.

Wyśmiewany dziś Wyścig Pokoju gromadził przy odbiornikach, na poboczach dróg, na stadionach miliony obserwatorów. Mecze polskiej reprezentacji w piłce nożnej, zwycięstwo polskich lekkoatletów nad USA przy 100-tysięcznej publiczności na Stadionie Dziesięciolecia też nie wzięły się z powietrza, trzeba było ciężkiej pracy takich wspaniałych trenerów jak
Górski, Mulak, Stamm, Koncewicz, Król, Łasak i wielu innych.

Polski teatr, polskie kino, polska kultura uznawana była na świecie dzięki nazwiskom twórców : Abakanowicz, Wajdy, Zespołów Pieśni i Tańca „Mazowsze „  i ”Śląsk”, a Kabaret wybitnego prześmiewcy PRL-u Jana Pietrzaka mógł wędrować po USA.

W dobie zrywu SOLIDARNOŚCI to wszystko było krytykowane, wyceniane, uznawane za propagandę sukcesu.

Dobroć musi być ukarana.

Kiedy dziś patrzę na wykształconą kadrę naukowo – dydaktyczną z tytułami profesorskimi nadanymi przez Henryka Jabłońskiego (przypominam był to Przewodniczący Rady Państwa), ciśnie się na usta krzyk – „to oddaj ten tytuł” – i nie opluwaj wysiłku ludzi, pracujących i wytwarzających produkty, z czego tworzył się fundusz na uczelnie i uczonych.

Dobroć musi zostać ukarana.

W naszych lewicowych wydawnictwach – TRYBUNA , PRZEGLĄD – natrafiam na zdaniowe „perełki” i w pełni je podzielam:

W Przeglądzie nr 29 str.5 Marek Nap pisze nt. znieważania ludzi pracy PRL
„Największym sukcesem kolejnych ekip posolidarnościowych jest to, że rzesze ludzi nie kojarzą tych obelg ze swoją pracą i rolą w tamtym systemie. Lecą za wodzem jak ćmy do ognia. Chichotem historii jest fakt , że robotnicy wywalczyli sobie kapitalizm.”

Dodam tylko swój komentarz , że lud pracujący miast i wsi własnymi rękoma obalił swój ustrój.

Dobroć musi zostać ukarana.

W Trybunie nr 136/2020 Tadeusz Wojciechowski świetnie spuentował w artykule „Czyszczenie pamięci” postawę opozycjonistów PRL-u. Od siebie dodam , że też trochę w tym PRL-u przeżyłem, pracowałem, działałem to i co nieco pamiętam, bo mimo 78 przeżytych lat pamięć jeszcze mnie nie zawodzi a wielu mych rodaków jakby zawodzi.

Od 1989 roku minęło ponad 30 lat – pisze Tadeusz Wojciechowski, a wielu komentatorów ma niewiele ponad 40 lat , czyli wtedy byli 10 – letnimi antykomunistami. Druga uwaga jest jeszcze lepsza. Traktowanie okresu PRL-u jako okupacji, zniewolenia, niszczenia narodowej kultury w sposób ciągły, zapominanie o ogromnym wysiłku powojennej odbudowy, podniesienia z ruin stolicy kraju, przeniesieniu kilku milionów obywateli ze wschodu na zachód Polski w nowych granicach – zafundowanych nam przez Wielką Trójkę, to jest nic w porównaniu z „gnębieniem” polskiego narodu.

Im dalej od transformacji ustrojowej, tym więcej kombatantów walczących o niepodległość.

W wielu publikacjach zostało wielokrotnie udowodnione, że tworzony w PRL-u nowy ustrój – mówmy wyraźnie SOCJALISTYCZNY, posiadał całą masę pomyłek – jak to w roku 2014 pisał w TRYBUNIE nr 195/2014 Jerzy Kochan, ale nie znaczy to, że znacznie więcej było poprawnych efektów ogólnej pracy całego narodu – bo i rzekomi przeciwnicy tego ustroju też dokładali swoją cegiełkę do naszego majątku. Z przesłania tego wtedy ciekawego wykładu – cały czas aktualnego w treści – wynika , że próba pozytywnego wykładu istoty socjalizmu (pisze autor), choćby i skrótowego i nie wolnego od uproszczeń, wydaje się ważna i potrzebna. Pozwoli ona na pewne uporządkowanie różnych wątków krytyki kapitalizmu, ich strukturyzację, hierarchizację… a czasem wyrzucenie jako niespecyficznych czy ponadczasowych i związanych generalnie po prostu z conditio humanae.

Nie można pozwolić w polityce historycznej na kryminalizację – jak to nazwał w swym ww. artykule Jerzy Kochan – socjalizmu.

Wielu naszych rodaków jest po prostu chorych na zanik pamięci, albo co gorsze niedouczonych, bo gdyby chciało im się sięgnąć do Deklaracji PPR z 1943 r, to by przeczytali jak wyglądała Polska w okresie sanacji lat trzydziestych, jakie koncepcje miała ekipa „Londyniszcza” – jak to pięknie nazwał Krzysztof Lubczyński. Przecież to było podłoże do dokonanych w latach 1944 – 1947 zmian ustrojowych.

No , ale przecież wciąż przypominam – dobroć musi być ukarana.

Historia lubi się powtarzać, można więc przewidzieć, że przyjdzie czas na opamiętanie.

Jeśli mamy coś naprawiać w naszej Ojczyźnie – to przede wszystkim przywracać pamięć.

Najciekawsze z tego wszystkiego jest dzisiejsze zawołanie Zjednoczonej Prawicy DAMY RADĘ.

Bez aktywności społeczeństwa nie dadzą rady. Bez ciężkiej pracy nad odbudową polskich gałęzi przemysłu, bez wytężonych umysłów tworzących nowinki techniczne i zarabiających na bogactwo kraju, nic z tego nie wyjdzie.

Nasi dzisiejsi władcy zawierzają wszystko Bogu i Mateczce Częstochowskiej „Tak nam dopomóż….” A jak nie dopomoże – to co?

Bo dobroć może zostać ukarana !!!

Zanika w powszechnym zapomnieniu

podobnie jak tamten czas, w niejako grobowej ciszy jak odchodzące kolejne pokolenia, nikt już nie chce o tej dacie wspominać, nawet o nią się swarzyć, wśród rezygnacji i zobojętnienia odchodzi w niepamięć.

Rozważania na temat podziałów-wrogości w polskim społeczeństwie, wywołanych wojną PO kontra PiS, wg innych na odwrót, z jej rozlicznymi, potężnymi demokratycznymi i autorytarnymi odpryskami, toczą się ze szczególnym natężeniem w okresie przed i powyborczym. Uczestniczą w nich poważnie zaniepokojeni profesorzy, tzw. autorytety i utytułowane na różny sposób postacie, nie wspominając już o politykach. Źródeł konfliktu szuka się w wydarzeniach z ostatnich piętnastu lat, są jednak widzący je w dużo wcześniejszym historycznym podziale na panów i chłopów, wreszcie kolejni, wybitni także, w różnych narodowych cechach, także w rozdartej polskiej duszy. Natomiast przedziwnym zbiegiem okoliczności dosłownie nikt, zapewne z obawy o naruszenie obowiązkowej historyczno-socjologiczno-politologicznej poprawności, nie odważył się stwierdzić, że w ostatnich dziesiątkach XX wieku spory płomień podziału i nienawiści rozpaliła Solidarność i dobrze nim hajcowały jej kolejne rządy także przez całe dziesięciolecia.

Żaden medialny pies z kulawą nogą,

poza „Przeglądem” i „Dziennikiem-Trybuną”, gazety, stacje radiowe i telewizyjni nadawcy jednym nawet słowem bądź obrazem nie wspomnieli o minionym dniu 22 lipca, który uznawany jest za początek Polski Ludowej.
Na szczyt absurdu zdobył się historyczny dodatek „Gazety Wyborczej” (20.07.2020) zamieszczając, jak na urągowisko, w kalendarium pod tą datą informację o pierwszym na świecie rajdzie automobili w 1894 roku. Zapewne swoim zwyczajem nie chcieli przywoływać pamięci o Manifeście PKWN, ani tym bardziej o uchwalonej 22 lipca 1952 roku Konstytucji PRL, obśmiewanej jako “stalinowska” m.in. dlatego, że Stalin dokonał w jej projekcie poprawek. Mogliby jednak przynajmniej obwieścić – przypomina jeden z internautów – o wysoko cenionej przez historyków Konstytucji Księstwa Warszawskiego, napisanej pod dyktando cesarza Napoleona przez jego ministra Hugues-Bernard Mareta i wręczonej do realizacji reprezentantom Księstwa Warszawskiego w Dreźnie, gdzie Napoleon akurat przebywał, w dniu 22 lipca 1807 r.

Dla „Gazety Wyborczej” w takim dniu dużo ważniejszym była prawdopodobna, śladem wilków, niedźwiedzia wędrówka na zachód Polski, niż jej szczególny i wyjątkowy okres czterdziestu pięciu lat, a Onet wypróbowanym od lat sposobem nawiązał do tej daty zdjęciem pustych półek w mięsnym sklepie i powtórką tekstu Pawła Strawińskiego z wydania Forbes 11/2018 roku. Natomiast w TVN-owskim mądrym i czasem odważnym „Szkle kontaktowym” wyjątkowo nie mądrze komentowano błąd w tekście Manifestu, tak jakby to on decydował o skutkach polityczno-społecznych tego dokumentu. I to by było na tyle.

Takiej nienawiści i podziałów

jak dziś, w okresie PRL, poza czasem stalinizmu i zhańbionym 1968 rokiem, nigdy nie było. Nową narrację zapowiadał slogan „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” i radomskie „boj to będzie ich ostatni” z 3 grudnia 1981 roku. Po ukonstytuowaniu się rządu Tadeusza Mazowieckiego i jego słynnym expose zdawać się mogło, że minął czas przesilenia i w nowej demokratycznej rzeczywistości, według jej praw i zasad, rozstrzygane będą wszelkie publiczne spory. Złudzeniem okazała się ta nadzieja bowiem nowi władcy Polski potrzebowali, w niełatwym okresie transformacji z jej wieloma negatywnymi skutkami, społecznej akceptacji, którą zawsze najlepiej się osiąga poprzez wychwalanie własnych osiągnięć i totalną krytykę poprzedniego ustroju bądź minionych rządów.

Tak rozpoczęła się trwająca po dziś dzień – w największym skrócie – negacja okresu Polski Ludowej i ciężkiego trudu wielu pokoleń Polaków. Pozbawiona poważnej refleksji nad uwarunkowaniami istnienia tamtego państwa, kontynuowanej przez niego lewicowej tradycji, spełnienia wielu społecznych oczekiwań oraz wielkich dokonań. Pisał o tym, jak wcześniej inni podejmujący ten temat, Bohdan Piętka: „Co zawdzięczamy PRL. Polska po roku 1989 jest budowana na negacji Polski Ludowej” („P”,20-26.07.2020), a Zdzisław Rozbicki w obszernym szkicu przypomniał: „Moje pokolenie osiemdziesięciolatków i więcej, ma swój znaczący udział w tym, co powstawało i tworzyło się już w drugiej połowie roku 1944…To właśnie już wówczas rozpoczął się proces jakże radykalnych zmian… bardziej przyjaznych dla milionów Polaków z nizin społecznych żyjących dotychczas w ubóstwie i nędzy. Był to początek reform we wszystkich niemal wymiarach naszego życia i rozwoju, a szczególnie wśród tych zatroskanych, czym nakarmić gromadkę dzieci łaknących chleba. A były ich miliony.” („D-T”, 24-26.07.2020).

Nie chcą bądź nie mogą zrozumieć tego wszystkiego, z niewiedzy, braku głębszego przemyślenia czy też z przyczyny przeżartych antykomunistyczną indoktrynacją umysłów, nawet ludzie bardzo dobrze wykształceni, opowiadający się i walczący dziś o demokrację, poszanowanie prawa i swobody obywatelskie. Rafał Trzaskowski podczas powyborczego wiecu w Gdyni powiedział o należnym szacunku dla tych, którzy budowali przez trzydzieści lat wolną Rzeczpospolitą. A tej reszcie Polaków, która często w dużo trudniejszych, z różnych względów, czasach stworzyła m. in. podwaliny dla ukochanej III szacunek się nie należy ? Już tylko do piachu ?

A propos, przypominam sobie, jak po zniesieniu w Rosji ważnego święta Rewolucji Październikowej spiker radia Moskwa rozpoczął tymi mniej więcej słowami program: „Dziś mamy 7 listopada, dla jednych słuchaczy to święto rocznicy rewolucji, dla innych normalny dzień. Wszystkim życzę dobrego dnia.” Można?

Amerykańsko-polskie pomniki,

te pierwsze właśnie spadające z cokołów, te drugie już od dawna zwalone, dopiero dziś wywołują poważny namysł i opamiętanie. Anna Machcewicz w „GW – Alehistoria” (20.07.2020) pisze: „Akcje obalania pomników [w USA – Z.T.] są spektakularne, filmują je telewizje, ale ważne jest też to, co się dzieje obok…toczy się gorący spór pomiędzy zwolennikami i obrońcami postaci uwiecznionych w publicznych miejscach, w ogólnokrajowej i lokalnej prasie trwa wymiana argumentów, formułowane są listy oraz petycje do władz… cała ta dyskusja ma charakter obywatelski i nie ma nic wspólnego z odgórnie prowadzoną „polityką historyczną”. To pojęcie byłoby zresztą zupełnie niezrozumiałe dla ogromnej większości Amerykanów, którzy od rządzących nie oczekują, by dyktowali im, jak mają przeżywać historię swojego kraju.”

A w Polsce, poza wyjątkami mającymi społeczną akceptację likwidacji pomników Dzierżyńskiego w Warszawie i Lenina w Nowej Hucie, wszystkie analogiczne działania były nie tylko inspirowane, ale i realizowane przez rożne organy władzy przy głośnym szczuciu i zachwycie tzw. wolnych mediów. I nic nie miały wspólnego ani z obywatelską dyskusją, ani też wolnościowym przeżywaniem historii naszego kraju.

I jeszcze Maciej Janowski w tym samym magazynie tydzień wcześniej: „powraca pytanie, co robić z pomnikami…Mam tu dość zdecydowany pogląd: zostawić w spokoju…. Nie chciałbym żyć w świecie, w którym każde pokolenie obala pomniki poprzedniego, zmienia nazwy ulic, przekształca język według swoich pojęć o słuszności i sprawiedliwości – tylko po to, aby wkrótce paść ofiarą nowych zmian dokonywanych z równie świętym oburzeniem przez kolejne pokolenia. Tak dojdziemy do świata Orwellowskiego, w którym przeszłość będzie w każdej chwili zmieniana na użytek współczesności.”

Potrzeba było aż epidemii COVID-19 w Stanach Zjednoczonych aby na łamach „Gazety Wyborczej” wreszcie przeczytać jasną, acz w jej zwyczaju zakamuflowaną, opinię nie tylko w sprawie monumentów czy tablic na terenie naszego kraju, ale w konsekwencji o minionych czasach Polski Ludowej.

Pomniki dokonań Polski Ludowej

oglądam każdego dnia po wyjściu z domu. Po lewej nowoczesna szkoła, jedna z tych ponad tysiąca, po prawej jedenastopiętrowe wieżowce, jedne z tych wielu z milionami nowych mieszkań. Tego nie da się zburzyć, ale i nie zakłóci mi ten symboliczny widok prawdy o niegodziwościach i licznej głupocie z tamtych czasów. Podobnie zresztą jak nie zakłóca apologetom obecnej Polski dokonana z woli PKWN reforma rolna, bo pomniki można obalać ale nadanej ziemi nikt nie odda. Podobnie jest z prawdą, bo można ją tylko przytłumić, ale do czasu.

Marek Migalski

ostatnio napisał: „ >>Słychać wycie? Znakomicie!<<. Ale zaraz po tym pogrążają się w smutku – bo przecież wciąż Targowica na wolności, a nie w kazamatach, >>komuniści i złodzieje<< chodzą po ulicach, >>gorszy sort<<. Zaraził nas nim ten stary i zgorzkniały człowiek. To wirus nienawiści, zawiści, pogardy. Nieszczęśliwy starzec uczynił nas wszystkich nieszczęśliwymi.” Nie do końca ma się tak rzecz panie Profesorze, wszystko zaczęło się dużo wcześniej, ale wcześniej czy później musi się zakończyć.