Stopy ruszyły z miejsca

Ta podwyżka wydaje się niewielka ale za nią zapewne pójdą następne. Kredytobiorcy mogą mieć coraz trudniej.
Rada Polityki Pieniężnej wreszcie postanowiła zareagować na szybki wzrost inflacji w Polsce. Na jej decyzję na pewno w jakimś stopniu wpłynęły opinie ekspertów, nie bez znaczenia były też podwyżki stóp procentowych dokonane przez banki centralne Czech, a zwłaszcza Węgier, czyli państwa, którego działania są wzorem dla PiS. Ostatecznie zadecydowały chyba jednak ponaglenia ze strony rządu i premiera Morawieckiego, który przed ostatnim posiedzeniem RPP stwierdził, iż oczekuje, że reakcja Narodowego Banku Polskiego na inflację będzie należyta.
W rezultacie, RPP w dniu 6 października podjęła decyzję o podwyższeniu stopy referencyjnej NBP o 0,4 punktu procentowego czyli z 0,10 proc. do poziomu 0,50 proc. Jednocześnie Rada ustaliła wysokość stopy lombardowej na 1,00 proc., dyskontowej weksli na 0,52 proc., zaś depozytowej na 0,00 proc.
Rada, uzasadniając swą decyzję o podwyżce stóp, zwróciła uwagę, że w gospodarce światowej trwa ożywienie aktywności gospodarczej – choć obserwowany w ostatnich miesiącach wzrost zachorowań wraz z ograniczeniami podaży na niektórych rynkach przyczynił się do osłabienia dynamiki aktywności w części gospodarek w III kwartale.
Ceny surowców na rynkach światowych – w szczególności gazu ziemnego, a także ropy naftowej i części surowców rolnych – istotnie jednak wzrosły w ostatnim okresie i są znacznie wyższe niż przed rokiem. Wraz z silnym wzrostem cen transportu międzynarodowego przyczyniło się to w ostatnich miesiącach do istotnego wzrostu inflacji w wielu gospodarkach. Dodatnio na dynamikę cen oddziałuje także trwające ożywienie gospodarcze, w tym wzrost dochodów gospodarstw domowych. Inflacja w Polsce według szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego wzrosła we wrześniu bieżącego roku do 5,8 proc. w ujęciu rok do roku, a w ujęciu miesięcznym wyniosła 0,6 proc. Podwyższona inflacja wynika w głównej mierze z oddziaływania czynników niezależnych od krajowej polityki pieniężnej, w tym wyższych niż przed rokiem cen surowców energetycznych i żywnościowych na rynkach światowych, wcześniejszych podwyżek cen energii elektrycznej i opłat za wywóz śmieci oraz globalnych zaburzeń w transporcie i funkcjonowaniu łańcuchów dostaw. Mimo to główne banki centralne utrzymują niskie stopy procentowe oraz prowadzą skup aktywów – zauważa Rada.
Jak widać, RPP w tym całym wywodzie usprawiedliwia własny, dotychczasowy brak reakcji na inflację, a zarazem silnie podkreśla rzekome znaczenie wzrostu cen ropy naftowej i gazu ziemnego. Zgodnie bowiem z propagandową narracją Prawa i Sprawiedliwości, to właśnie dlatego, że oba te surowce zdrożały, ceny w Polsce idą w górę – broń Boże nie z powodu nieudolnej polityki rządu PiS. W związku z tym Rada Polityki Pieniężnej dyskretnie pomija to, że cel inflacyjny na ten rok, ustalony przez pożal się Boże ekspertów naszego banku centralnego wynosił 2,5 proc, z możliwym odchyleniem w obie strony najwyżej o 1 pkt. proc. Czyli, najwyżej 3,5 proc. Jak jest w rzeczywistości, każdy widzi: już prawie 6 proc. Nie ma się co jednak dziwić, bo dla obecnych „ekspertów” z NBP trafienie w faktyczny poziom inflacji jest zawsze trudniejsze, niż trafienie w szóstkę w Totolotku.
Spójność i prawdziwość komunikatu RPP o wielkim wpływie wzrostu cen gazu i ropy na inflację w Polsce, zakłóca także i fakt, że to właśnie u nas, w kraju, który korzysta z węglowej, taniej energii (i ze względu na tę taniość nie chce z niej rezygnować) inflacja jest najwyższa Europie, znacznie przekraczając średnią dla całej Unii Europejskiej, o strefie euro już nie mówiąc. Widać zatem jasno, że wzrost cen w Polsce to efekt niekompetencji obecnej ekipy, a nie wynik światowych trendów.
RPP podkreśla także, że w Polsce trwa ożywienie aktywności gospodarczej. W sierpniu wzrosła dynamika sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej oraz budowlano-montażowej. Chociaż przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw jest nadal nieco niższe niż przed pandemią, to sytuacja na rynku pracy poprawia się, co znajduje odzwierciedlenie w wyraźnym wzroście przeciętnych wynagrodzeń w tym sektorze. W najbliższych kwartałach oczekiwane jest utrzymywanie się korzystnej sytuacji gospodarczej, choć czynnikiem niepewności jest nadal wpływ jesiennej fali pandemii na gospodarkę. Jednocześnie ograniczenia podażowe na niektórych rynkach osłabiły nastroje w przemyśle.
Chociaż oddziaływanie części podażowych czynników podwyższających obecnie inflację wygaśnie w przyszłym roku – stwierdza, z wielką pewnością RPP (jak widać, dotychczasowe błędne przewidywania co do inflacji niczego jej nie nauczyły) – to obserwowany w ostatnich miesiącach wzrost cen surowców, w tym energetycznych i rolnych, może nadal podbijać dynamikę cen w kolejnych kwartałach. W sytuacji prawdopodobnego dalszego ożywienia aktywności gospodarczej i korzystnej sytuacji na rynku pracy inflacja może utrzymać się na podwyższonym poziomie dłużej niż dotychczas oczekiwano.
W takiej sytuacji powstałoby ryzyko utrwalenia się dynamiki cen w średnim okresie na poziomie wyższym od celu inflacyjnego. Dążąc do obniżenia inflacji do celu wyznaczonego przez NBP w średnim okresie, Rada postanowiła zatem podwyższyć stopy procentowe. Jednocześnie NBP może nadal stosować interwencje na rynku walutowym oraz inne instrumenty przewidziane w założeniach polityki pieniężnej. Terminy oraz skala prowadzonych działań będą uzależnione od warunków rynkowych – kończy swój komunikat RPP.
Warto zauważyć, że ostatnia podwyżka stóp procentowych w Polsce miała miejsce dziewięć i pół roku temu, w maju 2012 r. Wtedy stopy procentowe osiągnęły poziom 4,75 proc. – niewyobrażalny w dzisiejszych czasach.

Handel zagraniczny zarobił mniej

Rozwinięte państwa Europy w pełni decydują o losach gospodarczych naszego kraju i o dobrobycie Polaków.
Zmniejszyły się dochody naszego kraju uzyskiwane z handlu zagranicznego. Polskie obroty towarowe w styczniu – lipcu bieżącego roku wyniosły w cenach bieżących 726,9 mld PLN w eksporcie oraz 712,7 mld PLN w imporcie. Dodatnie saldo ukształtowało się zatem na poziomie 14,2 mld PLN, podczas gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku wyniosło aż 19,2 mld PLN.
Mimo gorszego wyniku, w porównaniu z miesiącami styczeń – lipiec 2020 r., nasz eksport wzrósł w tym roku o 26,0 proc., a import o 27,8 proc. W kolejnych miesiącach 2021 r. zauważalny jest znaczący wzrost dynamiki zarówno w eksporcie, jak i imporcie. Główny Urząd Statystyczny, który podaje te wyliczenia zauważa też jednak, że związane jest to głównie z zeszłorocznym rozpoczęciem się pandemii i wprowadzeniem w większości państw lockdown-u. W związku z tym dynamika jest liczona od niskiej podstawy jaka wystąpiła w tym samym okresie ubiegłego roku, więc w procentach ten wzrost wygląda bardzo efektownie.
Polski eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 193,1 mld USD, a import 189,3 mld USD (w tej walucie wzrost procentowy był jeszcze wyższy niż w złotówkach – i zwiększył się w eksporcie o 33,4 proc, a w imporcie o 35,1 proc.). Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,8 mld USD, gdy w analogicznym okresie 2020 r. wyniosło 4,7 mld USD. Eksport wyrażony w euro wyniósł zaś 160,2 mld EUR, a import 157,1 mld EUR (wzrósł w eksporcie o 21,9 proc., a w imporcie o 23,5 proc.). Dodatnie saldo to 3,1 mld EUR, a w styczniu – lipcu 2020 r. także było wyższe: 4,3 mld EUR.
Największy udział w eksporcie z Polski przypada na kraje rozwinięte – aż 86,2 proc. (w tym na państwa Unii Europejskiej 74,7 proc.), a w imporcie – 64,0 proc. (w tym UE 55,4 proc.), wobec odpowiednio 86,3 proc. (UE: 73,6 proc.) i 65,6 proc. (UE: 55,6 proc.) w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast najmniejszy udział odnotowaliśmy jak zwykle z najbliższymi sąsiadami (z wyjątkiem Czech), czyli z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, który w eksporcie ogółem wyniósł 5,6 proc., a w imporcie 7,3 proc., wobec 6,0 proc. i 6,4 proc. w 2020 r.
Najgorsze wyniki oraz ujemne saldo mamy z krajami rozwijającymi się – aż minus 145,0 mld PLN (minus 38,5 mld USD, minus 32,0 mld EUR). Kupujemy od nich surowce, a sprzedawać im nie mamy czego, bo nasza gospodarka będąc poddostawcą świata zachodniego nie produkuje finalnych dóbr mogących wywołać zainteresowanie na tzw. wschodzących rynkach. Z tych rynków już dawno zresztą zostaliśmy wyparci i dziś słucha się jak legend, że Polska Rzeczpospolita Ludowa budowała na przykład w krajach arabskich pod klucz fabryki chemiczne, elektrownie czy huty, a nawet opłacalnie sprzedawała samochody Polonez.
Ujemne saldo, choć dużo mniejsze mamy także z krajami Europy Środkowo-Wschodniej – minus 11,1 mld PLN (minus 2,9 mld USD, minus 2,4 mld EUR). Natomiast dodatnie saldo uzyskano w obrotach z krajami rozwiniętymi: 170,3 mld PLN (45,2 mld USD, 37,5 mld EUR), w tym z krajami UE saldo osiągnęło 148,1 mld PLN (39,3 mld USD, 32,6 mld EUR).
Naszym największym partnerem handlowym pozostają od lat Niemcy. Udział Niemiec w polskim eksporcie wynosi aż 28,6 proc, a w imporcie 21,5 proc.. Dodatnie saldo wyniosło 55,2 mld PLN (14,6 mld USD, 12,2 mld EUR) wobec 43,4 mld PLN (10,8 mld USD, 9,8 mld EUR) w tym samym okresie ub. roku. Poza Niemcami, główni odbiorcy naszego eksportu to Francja i Czechy (po 5,9 proc. udziału), zaś import pochodzi przede wszystkim z Chin (14 proc.).
Największy obrót towarowy w imporcie Polska odnotowała z krajami rozwiniętymi – 519,2 mld PLN, w tym z UE – 480,4 mld PLN, wobec odpowiednio 415,7 mld PLN, w tym z UE 376,6 mld PLN w 2020 r. W eksporcie największy wzrost dotyczył olejów, tłuszczy, wosków i surowców (o około 38 proc.). W imporcie wzrost zanotowano w towarach przemysłowych, paliwach, smarach i materiałach pochodnych (o ok. 35 proc.).
Z wszystkich tych wyliczeń GUS jasno wynika, że pozostanie w strukturach Unii Europejskiej to konieczny warunek rozwoju gospodarczego Polski oraz dobrobytu Polaków. Może zdoła to wreszcie zrozumieć obecna ekipa rządząca.