Senior, bierz się do roboty!

PiS-owska władza chce zaoszczędzić na emeryturach, więc pragnie, by starsi ludzie pracowali jak najdłużej.
Pod koniec 2019 r. osoby w wieku 60 plus stanowiły 25,3 proc. ogółu populacji w Polsce. Według Głównego Urzędu Statystycznego odsetek ten wzrośnie do 29 proc. w 2030 r. i 40,4 proc. w 2050 r. Jest ich coraz więcej, a władza bardzo by chciała, by także i pracowali oni więcej, niż dotychczas.
„Presja demograficzna będzie stanowić coraz wyraźniejszy bodziec do tworzenia nowych lub wdrażania istniejących strategii w celu zaspokojenia zmieniających się potrzeb społeczno-gospodarczych. Niezagospodarowanie rosnącego potencjału ekonomicznego starzejącej się populacji oprócz kosztów bezpośrednich, to jest rosnących kosztów utrzymania i opieki nad seniorami oraz malejącej podaży pracy, będą generować także znany w teorii ekonomii i trudny do oszacowania koszt alternatywny niewykorzystanych możliwości”- przewiduje, nieco pokrętnie, Polski Instytut Ekonomiczny.
Współczynniki aktywności zawodowej w grupach wiekowych 50 – 59 lat są wysokie (kilkadziesiąt punktów procentowych ponad średnią), ale progi 60 lat i 65 lat stanowią wyraźne granice końca aktywności ekonomicznej. Relatywnie niewielu seniorów decyduje się pozostać na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego, choć z biegiem lat decyzje o przejściu na emeryturę są opóźniane. W 2020 r odsetek osób aktywnych zawodowo w wieku 60 – 64 lata w Polsce wynosił 39 proc, ale w grupie osób w wieku 65 plus było to już tylko 6 proc. Odsetek kobiet, które w 2019 r. przeszły na emeryturę w ciągu pierwszych czterech lat od momentu osiągnięcia wieku emerytalnego wyniósł 96,7 proc. (w przypadku mężczyzn – 91,9 proc.).
Potencjał gospodarczy starszej części społeczeństwa nie realizuje się w pełni. Bariery dla jego uruchomienia można podzielić na twarde (strukturalne, związane z procesami rozwojowymi kraju) i miękkie (opisywane przez nauki behawioralne) – zauważa Polski Instytut Ekonomiczny. I ocenia, że wśród strukturalnych ograniczeń aktywności gospodarczej najbardziej dotkliwe dla seniorów wydają się: wykluczenie transportowe, brak kompetencji potrzebnych w cyfrowej gospodarce oraz problemy zdrowotne. Według PIE, problem wykluczenia społecznego, spowodowany historycznymi procesami polityczno – ekonomicznymi, stanowi silniejszą barierę dla realizacji potencjału gospodarczego starszej części społeczeństwa niż ustawowy wiek emerytalny.
Instytut wskazuje, że barierom strukturalnym towarzyszą ograniczenia behawioralne utrudniające utrzymanie aktywności gospodarczej osób starszych, takie jak np. oddziaływanie negatywnych stereotypów i ich internalizacja, częstsze poleganie na uproszczonych metodach wnioskowania, przeciążenia poznawcze, nie zawsze właściwe przewidywanie wpływu przejścia na emeryturę na własny dobrostan (trudności z tzw. prognozowaniem afektywnym) czy niedostosowanie procesów pośrednictwa pracy do sposobu decydowania charakterystycznego dla seniorów. Jak widać, Polski Instytut Ekonomiczny zagłębia się tu w meandry psychologii, zamiast koncentrować się, zgodnie ze swą nazwą, na aspektach ekonomicznych.
Tym niemniej, popularne stereotypy dotyczące seniorów (mniejsza motywacja do pracy, niechęć do udziału w szkoleniach i rozwoju kariery, niechęć do zmian, nieufność, słaba kondycja zdrowotna i większa trudność w godzeniu obowiązków zawodowych i osobistych) w większości podobno nie znalazły potwierdzenia w prowadzonych badaniach empirycznych. Bariery behawioralne można skutecznie ograniczać, a stereotypowy wizerunek biernej zawodowo starszej osoby, ustępuje wraz z postępującą świadomością przydatności i wartości doświadczonych pracowników oraz możliwości płynących z ich zatrudniania.
Elastyczne formy pracy (w pełnym lub niepełnym wymiarze godzin) w późniejszym okresie życia mogą mieć znaczące korzyści dla samopoczucia seniorów. Pracownicy – emeryci, którzy zdecydowali się na kontynuowanie pracy w niepełnym wymiarze, charakteryzują się wyższym poziomem odczuwanego dobrostanu, niższym stresem oraz są bardziej zadowoleni ze swojej pracy, niż pracownicy zatrudnieni w pełnym wymiarze godzin. Natomiast osoby pracujące charakteryzują się wyższym poziomem dobrego samopoczucia i satysfakcji zdrowotnej oraz niższym poziomem stresu niż niepracujący emeryci – uważa PIE.
Osoby starsze mają też jakoby lepsze predyspozycje do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej, niż osoby we wczesnej fazie wieku produkcyjnego. Dotyczy to zwłaszcza tych seniorów, których charakteryzuje pozytywne nastawienie do własnego wieku – bo ci, którym nie podoba się to, że się starzeją, będą ponoć gorszymi przedsiębiorcami.
Biorąc to wszystko pod uwagę, Polski Instytut Ekonomiczny rekomenduje wdrożenie „kompleksowej strategii zwalczającej stereotypy” dotyczące seniorów, modyfikacje w procesach pośrednictwa pracy zwiększające szansę powrotu na rynek pracy, wizualizację konsekwencji możliwego przejścia na emeryturę (zapewne chodzi o to, by przejście na emeryturę przedstawiać w możliwie czarnych barwach), wykorzystanie społeczności lokalnych i zaangażowanie w nie samych seniorów – w tym w działalność gospodarczą – oraz wprowadzenie mechanizmu stopniowego przechodzenia na emeryturę (tu PIE ma zapewne na myśli stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego). „Zwracamy też uwagę na potrzebę uwzględniania czynników behawioralnych w procesach niwelowania barier strukturalnych hamujących aktywność seniorów w gospodarce” – dodaje Instytut.
W całym tym rozumowaniu, podkreślającym potrzebę dalszej aktywności ekonomicznej seniorów jest jeden zasadniczy błąd. Otóż Polski Instytut Ekonomiczny stwierdza: „Polacy żyją coraz dłużej i cieszą się coraz lepszym zdrowiem”. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Pod panowaniem PiS Polacy żyją coraz krócej, ich umieralność szybko rośnie i „cieszą się” coraz gorszym zdrowiem. Trudno więc mówić, jak czyni to PIE, o ich „rosnącym, niezagospodarowanym potencjale ekonomicznym” – i o potrzebie zagospodarowania tegoż.
Polski Instytut Ekonomiczny, tak jak i rząd PiS, martwi się „rosnącymi kosztami utrzymania i opieki nad seniorami”. W istocie, jest to wyraźny kłopot dla rządu. Z jednej strony Prawo i Sprawiedliwość przekupuje seniorów i, na potrzeby kolejnego sukcesu wyborczego mnoży finansowe przywileje emerytalne, sprawiając, ze dziś emeryci są drugą, najzamożniejszą grupą społeczeństwa polskiego (po ludziach pracujących na własny rachunek, czyli przedsiębiorcach). Tak przynajmniej mówi statystyka, pokazująca średnie dochody warstwy społecznej emerytów. W rzeczywistości, jest wśród nich ogromne zróżnicowanie dochodowe, a wysokie świadczenia, zawyżające całą średnią, otrzymuje tylko drobna część z nich, zaś bardzo wielu klepie biedę. Dla PiS-owskiej propagandy sukcesu jest to jednak wystarczający powód do chwalenia się tym, jak to rząd Prawa i Sprawiedliwości dba o seniorów.
W rzeczywistości, rząd PiS ma seniorów w … – i są oni potrzebni rządzącym wyłącznie jako „mięso wyborcze”, mogące swymi głosami zapewnić PiS-owi utrzymanie władzy – a na władzy i płynących z niej apanażach prominentom PiS zależy jak na niczym innym na świecie. Dlatego też emeryci są dla nich ważni.
Z drugiej zaś strony, pieniądze trafiające dla emerytów są jednym z powodów tego, że budżet trzeszczy w szwach, a koszt każdego głosu emeryckiego oddanego w wyborach na PiS, staje się coraz większy. PiS wie wprawdzie, że przekupywanie emerytów jest korzystną strategią wyborczą, bo badania pokazują, że seniorzy są raczej zwolennikami „zjednoczonej prawicy” – ale wie też, że ta strategia pochłania coraz więcej środków, których brakuje na inne cele. W rezultacie, w Polsce na przykład poszerza się strefa skrajnego ubóstwa, bo nie wystarcza pieniędzy na pomoc społeczną, zaś ludzie niepełnosprawni żyją w coraz trudniejszych warunkach, gdyż przy zwiększającej się inflacji, ich świadczenia stoją realnie niemal w miejscu.
Ten stan rzeczy prominentom PiS niby specjalnie nie przeszkadza, bo ani ludzie skrajnie ubodzy, ani niepełnosprawni, to raczej nie jest elektorat tego ugrupowania. Rządzący mogą więc nadal zakręcać im kurek z pieniędzmi, zastępując realne wsparcie dla tych grup, propagandowymi obietnicami z których nic nie wynika, takimi jak np. niedawna „Strategia rządowa na rzecz osób z niepełnosprawnościami”. Ale do czasu. Coraz powszechniejszy niedowład funkcji opiekuńczych państwa, czego drastycznym przykładem jest załamanie systemu opieki zdrowotnej, powoduje, że podsypywanie pieniędzy tylko seniorom i emerytom, ze szkodą dla innych grup społecznych, może nie wystarczyć do kolejnego sukcesu wyborczego.
Jednak z trzeciej strony, PiS nie może seniorom i emerytom odebrać realnie nawet grosza, bo wtedy straci też część ich głosów wyborczych. Jedynym, teoretycznie możliwym dla PiS rozwiązaniem, jest więc zachowanie wszelkich przywilejów emerytalnych – z jednoczesnym namawianiem seniorów, by skorzystali z nich jak najpóźniej. By nie szli na emerytury, pracowali dłużej, aktywizowali się, podejmowali dodatkowe prace zarobkowe. Gdy się tym zajmą, to może będą mniej wyczuleni na, nieunikniony w przyszłości, spadek realnej wartości ich emerytur. Bo PiS wprawdzie nie może podnieść wieku emerytalnego, gdyż straci głosy seniorów, ale jednocześnie, nie może nadal podnosić emerytur tak jak dotychczas, bo budżet tego nie wytrzyma.
Zachowanie wszelkich przywilejów emerytalnych z jednoczesnym namawianiem seniorów, by skorzystali z nich jak najpóźniej, jest jak wspomniano, jedynym teoretycznie możliwym rozwiązaniem dla prominentów PiS. Teoretycznie – bo w praktyce nie ma żadnej gwarancji, że seniorzy zachowają się tak, jak sobie życzy obóz władzy (i jak chciałby to widzieć Polski Instytut Ekonomiczny) – czyli zechcą „aktywizować się ekonomicznie” i będą pracować coraz dłużej w jak największym wymiarze godzin.
Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że seniorzy będą szli na emerytury najszybciej jak tylko mogą – i dopóki PiS te emerytury utrzyma ze względów wyborczych na w miarę przyzwoitym poziomie, to czas wolny przeznaczą na wypoczynek, podróże, reperowanie zdrowia, opiekę nad wnukami, zajmowanie się działką – czyli na to wszystko, na co wcześniej nie mieli czasu.
Zapewne część z nich zechce nadal pracować „na pół gwizdka”, ale z pewnością nie opóźnią przejścia na emeryturę, aby nadal harować w pełnym wymiarze godzin. I nie przekonają ich wyliczenia, o ile to wyższe będzie ich świadczenie emerytalne, jeśli zaczną je pobierać pięć czy dziesięć lat później.
Seniorzy doskonale wiedzą, że pod rządami PiS nie jest pewne, czy przeżyją jeszcze te pięć czy dziesięć lat. I że znacznie lepiej brać jak najszybciej emeryturę, co roku waloryzowaną i czasami zwiększaną różnymi „trzynastkami” i „czternastkami”, oraz trochę do niej dorabiać, zamiast stresować się w pracy, pragnąc dotrzymać tempa młodszym. Znane przysłowie „lepszy wróbel w garści” pasuje tutaj jak ulał.
Tak więc, wszelkie dalekosiężne plany intensywnego „aktywizowania ekonomicznego” ludzi w wieku 60 i 65 plus, są skazane na niepowodzenie. Seniorzy doskonale bowiem wiedzą, że podstawowym elementem jakości ich jesieni życia jest emerytura, pobierana najwcześniej jak to tylko możliwe. Można trochę do niej dorabiać, można z dorabiania zrezygnować – ale przejścia na emeryturę na pewno nie wolno odkładać nawet o kilka miesięcy.
Prominenci PiS naturalnie bardzo by chcieli zmusić głodem seniorów do dłuższej pracy. Dopóki jednak w Polsce są wciąż jeszcze w miarę wolne wybory, nie mogą sobie na to pozwolić w sposób zbyt nachalny, bo stracą władzę.
Prawo i Sprawiedliwość już jednak próbuje brać głodem emerytów i w ten sposób zapędzać ich do pracy, choć oczywiście próbuje utrzymać w tajemnicy te swoje działania. Jak informuje Federacja Przedsiębiorców Polskich, z najnowszych danych na temat wysokości emerytur wynika, że obecnie aż 365 tys. emerytów otrzymuje świadczenia mniejsze, niż oficjalnie obowiązująca emerytura minimalna, która wynosi na rękę 1066 złotych. W praktyce, spora część tej liczącej 365 tys. grupy otrzymuje emerytury wynoszące kilkaset złotych miesięcznie.
Od 2015 roku liczba seniorów dostających emeryturę mniejszą od minimalnej, zwiększyła się ponad trzykrotnie. Tak właśnie Prawo i Sprawiedliwość w rzeczywistości dba o ludzi w jesieni życia! Jeśli liczba osób z głodowymi emeryturami będzie rosnąć w obecnym tempie, to za pięć lat będzie ich około 1,1 miliona. Niech więc seniorzy się dobrze zastanowią, czy chcą przykładać swój głos wyborczy do procederu ograbiania samych siebie.

Zapomnijcie o wysokich wypłatach

Symulacje, pokazujące, jak duże świadczenia osiągną pracownicy uczestniczący w Pracowniczych Planach Kapitałowych, zostały aż dwukrotnie zawyżone.

 

Klamka zapadła. Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych wchodzi w życie od 1 stycznia 2019 r., a pierwsze składki popłyną w drugiej połowie przyszłego roku.
Nie brakuje sceptycznych opinii, ale PPK poprzez miękkie zachęty i kary motywują nas do rezygnacji z bieżącej konsumpcji i zmniejszają ryzyko, że na stare lata nasze świadczenie emerytalne będzie głodowe.

 

Plusy PPK

Zagwarantowana w ustawie została prywatność środków. Dysponowanie oszczędnościami w PPK zasadniczo będzie podobne do tego, co obowiązuje w Indywidualnych Kontach Emerytalnych czy w Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich różnic formalnych pomiędzy programami.
Często podnoszoną wadą tego programu jest fakt, że symulowane wypłaty z PPK są obliczane tylko na okres 10 lat, czyli znacznie mniej niż wynosi średni okres życia na emeryturze.
Z drugiej jednak strony, może to zachęcać wiele osób, by dłużej pozostawać na rynku pracy – i tym samym zwiększać swoje całościowe świadczenie (razem z wypłatą z ZUS). Wystarczająco długie odkładanie w PPK może wystarczyć nawet na relatywnie wysokie świadczenie dożywotnie.
Jak wskazuje Cinkciarz.pl,, PPK to także korzyści dla kraju. Poprzez zwiększenie poziomu oszczędności w gospodarce będzie więcej kapitału na inwestycje. Kapitał dodatkowo będzie miał pochodzenie krajowe, co powinno uniezależniać Polskę od dopływu środków na rozwój z zagranicy.

 

Obliczenia hurraoptymistyczne

By przyszły świadczeniobiorca oszacował swoją wypłatę z PPK, Polski Fundusz Rozwoju uruchomił kalkulator przyszłej wypłaty z PPK. Jest to użyteczne narzędzie pozwalające ocenić wartość naszego dochodu podczas jesieni życia.
I tak na przykład, 30-latek zarabiający 4 tys. zł brutto i wybierający podstawowy wariant programu, czyli składka pracodawcy wynosząca 1,5 proc. wynagrodzenia, składka własna 2 proc. oraz dopłata od państwa, po 35 latach oszczędzania, na podstawie wyliczeń kalkulatora przez 10 kolejnych lat będzie otrzymywał po 1824 zł miesięcznie.
To dużo, biorąc pod uwagę, że beneficjent PPK rezygnuje z zaledwie 2 proc. (ok. 80 zł) swojego dochodu, a udział pracodawcy i państwa to drugie 80 zł.
Można jednak pójść dalej i orzec, że to wręcz zadziwiająco dużo, biorąc pod uwagę fakt, że założenia są dość realistyczne. Roczna stopa zwrotu w okresie oszczędzania w okolicach 3,5 proc. jest możliwa do osiągnięcia. Również roczny wzrost wynagrodzenia na poziomie 2,8 proc. także nie wydaje się przesadzony. Gdzie więc tkwi haczyk?
Otóż, ten model, zgodnie z przekazanymi przez Polski Fundusz Rozwoju informacjami, nie uwzględnia inflacji oraz opłat za zarządzanie.
Tymczasem naiwne byłoby oczekiwanie, że ceny przez 35 lat w ogóle nie wzrosną.
Gdyby jednak ceny rosły każdego roku o ok. 1,5 proc. (to jest nasze ostrożne założenie, biorąc pod uwagę, że cel inflacyjny większości banków centralnych to 2,0 proc, a NBP 2,5 proc.) i uwzględniono opłatę za zarządzanie tymi środkami (ok. 0,5-0,6 proc. rocznie), to ujęte w przykładzie 1824 zł po 35 latach będzie warte tylko około połowę, czyli 966 zł miesięcznie w bieżącej wartości pieniądza.

 

Oszczędzanie niewarte zachodu?

Po uwzględnieniu inflacji i kosztów zarządzania. można także postarać się o symulację wariantu dożywotniego świadczenia pobieranego z PPK.
Dane Eurostatu pokazują, że 65-letni mężczyzna ma przed sobą jeszcze średnio 16 lat życia. Wprawdzie, gdy zaczną się wpłaty z PPK, statystyczna długość życia jeszcze wzrośnie, ale dla uproszczenia przyjmijmy obecne warunki.
Jeżeli chcemy dostawać emeryturę przez 16 lat, to świadczenie na koniec oszczędzania spada do 1232 zł, bez uwzględnienia inflacji i opłat za zarządzanie, oraz do zaledwie 652 zł miesięcznie z uwzględnieniem tych obu elementów.
W przypadku kobiety ta wypłata będzie jeszcze niższa ze względu na dłuższy okres życia. Uwzględniając scenariusz, że wiek emerytalny dla kobiet wzrośnie do tego czasu do poziomu 65 lat, jej realne świadczenie, biorąc pod uwagę inflację i opłaty za zarządzanie, wyniesie ok. 530 zł miesięcznie, a nie 999 zł, jak pokazuje kalkulator.
Trochę dziwić może nieodpowiednia budowa kalkulatora. Polski program PPK jest praktycznie kalką brytyjskiego – ale szacunki przyszłych świadczeń na Wyspach pokazują wartości z uwzględnieniem inflacji i opłat za zarządzanie.

 

Skąd aż taki błąd?

Dodatkowo, w brytyjskiej symulacji większość parametrów jest modyfikowalna i obywatel sam może oszacować, w jakim stopniu dane rozwiązanie jest dla niego satysfakcjonujące. U nas natomiast mimo sporego wysiłku związanego z wprowadzeniem programu i akcji promocyjnej, tego brakuje.
Poważne niedopatrzenia dotyczącego kalkulatora nie zmieniają faktu, że sam program PPK jest ciekawy i warty uwagi dla większości pracowników.
Jeżeli okaże się sukcesem, to powinien przyczynić się do wzrostu oszczędności Polaków i lepszych perspektyw rozwoju dla całego kraju.

Zamrażanie progu do świadczeń

Informacje o planach rychłego podniesieniu płacy minimalnej przy jednoczesnym braku gotowości władzy do równoległego i proporcjonalnego podniesienia progu dochodowego do świadczenia 500 plus, to bynajmniej nie ciekawostka o marginalnym znaczeniu społecznym.

 

To moment, który powinien wywołać ogólniejszą refleksję, czy faktycznie polityka państwa w tej sferze faktycznie zasługuje na entuzjazm i kredyt zaufania, jakim obdarzono w tej materii obecne rządy.
Po planowanej od stycznia podwyżce płacy minimalnej do 2200 złotych, wiele osób zarabiających płace minimalną może stracić prawo do świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko. Na przykład samotna, pracująca za minimalne wynagrodzenie matka wychowująca dziecko, nie zmieści się w kryterium dochodowym na poziomie nie więcej niż 800 złotych netto na osobę w rodzinie. Tego typu informacje łatwo jest zbyć jako „ drobiazgi”, pewne rysy na ogólnym pozytywnym obrazie.

 

Tymczasem właśnie takie „ drobiazgi” powinny być istotnym kryterium realizowanej polityki.

Bez względu na to, jak duża okaże się grupa, która straci, sam mechanizm jest czytelny. Podnosząc płacę minimalną bez podniesienia progu świadczenia, odbiera się prawo do niego grupom bardzo nisko uposażonym. Jak oceniać rząd, który na to pozwala? Przecież nie rozmawiamy o znoszeniu czy radykalnej podwyżce kryterium dochodowego, a jedynie o jego waloryzacji tak aby zmiany w płacy minimalnej nie uderzyły w nisko uposażone rodziny, w których praca wykonywana jest za minimalne wynagrodzenie.
Nawiasem mówiąc, i bez tych nowo powstałych okoliczności, konstrukcja świadczenia budziła od początku pewien niedosyt. Próg 800 złotych już na starcie eliminował z programu część pracujących rodziców (w tym tych wychowujących dzieci samodzielnie bez małżonka/małżonki) za dość skromne wynagrodzenie. Nawet relatywnie niewielkie przekroczenie płacy minimalnej uniemożliwiało skorzystanie z tej pomocy na pierwsze dziecko. O ile w chwili uruchomienia programu „ Rodzina 500+” można było to wybaczyć, o tyle po trzech latach brak jakiejkolwiek modyfikacji tych elementów, które mogą budzić uzasadnione społeczne zastrzeżenia już mocno niepokoi.
Niechęć do podnoszenia progu na pierwsze dziecko zdaje się potwierdzać, że funkcja socjalna programu (łagodzenie ubóstwa, zabezpieczenia socjalnego niezamożnych i zwiększania ich poczucia godności i podmiotowości) jest jednak nie tak ważna dla władzy, jakby się mogło wydawać. Wsparcie finansowe z tytułu wielodzietności zyskuje prymat wobec przyniesienia finansowej ulgi ogółowi niezamożnym rodzinom mających dzieci na utrzymaniu. Jeśli tak, to

 

realizowana polityka rodzinna coraz mniej zasługuje na poparcie z socjaldemokratycznych czy szerzej lewicowych pozycji.

Nie dlatego, że tworzenie rozwiązań służących wielodzietności jest z zasady niesłuszne (według mnie nie jest), ale powinno być ono mieć mniejszą rangę niż intencja otoczenia zabezpieczeniem i wsparciem wszystkich osób w trudniejszej sytuacji. I tych z rodzin wielodzietnych i tych z rodzin nuklearnych, zastępczych, jak również osób samotnych.
Zresztą problem jest szerszy, nie pojawił się wraz z obecną władzą. Gdy np. Donald Tusk pod wpływem protestu rodziców dzieci niepełnosprawnych w Sejmie podjął decyzję o dość radykalnym podniesieniu świadczenia pielęgnacyjnego, nie zadbano o to, by równolegle podnieść np. progu dochodowe regulujące poziom odpłatności za specjalistyczne usługi opiekuńcze, z których część głęboko niepełnosprawnych osób korzysta. Znane mi są opowieści matek z tamtego czasu, które wskazywały że owszem ich dochód się zwiększył, ale mniejszą lub większą część podwyżki „ zjadły” zwiększone koszty jakie musiały zapłacić za specjalistyczne usługi opiekuńcze.
Dlatego też przemyślana polityka wsparcia i zabezpieczenia grup w trudniejszej sytuacji powinna uwzględniać to, że grupy te korzystają z szerokiego wachlarza form pomocy, w polskich realiach obudowanej licznymi progami i warunkami dostępu. Robiąc krok w jednej sprawie, należy poczynić też kroki dostosowawcze na innych odcinkach. Zarówno Donaldowi Tuskowi wówczas, jak i obecnie rządowi Morawieckiego takiej rozwagi zabrakło. O ile jednak Tusk podejmował wówczas decyzje pod nagłą społeczną i medialną presją na szybkie zmiany, o tyle

 

w przypadku decyzji o podniesieniu płacy minimalnej mamy do czynienia z bardziej rutynowym procesem, który rząd powinien przeprowadzać w sposób przemyślany.

Aktualny moment przełomowy (choć w istocie powielający i pogłębiający pierworodną słabość programu 500+) to także ważny sygnał, jeśli chodzi o prawo do wsparcia rodziców, którzy podejmują pracę zarobkową. Polityka w tym względzie powinna być neutralna i respektować indywidualne prawo wyboru – tj. być atrakcyjna zarówno dla tych, którzy z myślą o rolach domowo-rodzinnych postanowili zrezygnować (przynajmniej czasowo) ze ścieżki zawodowej, jak i tych którzy chcą lub z różnych względów muszą godzić role domowo-rodzinne z pracą zarobkową. Jak widać na przykładzie programu 500 plus polityka ta nie jest neutralna. Rodzice pracujący za niskie wynagrodzenie są defaworyzowani w dostępie do finansowej pomocy z tytułu wychowania dziecka.
Pod tym względem znacznie bardziej broni się program „ Dobry start” (znany także jako Wyprawka 300+), który nie jest zależny od statusu rodzica na runku pracy ani od sytuacji dochodowej gospodarstwa domowego. Tyle tylko, że „ Dobry start” jest świadczeniem jednorazowym w roku i to dla młodzieży w wieku szkolnym. Ale przynajmniej możemy mówić w tym wypadku o jakże ważnej dla socjaldemokratycznego podejścia dekomodyfikacji, czyli uzależnienia od statusu rynkowo-zawodowego do pewnych świadczeń. W przypadku programu 500+ ta zasada de facto nie obowiązuje, co osoby z sercem po lewej stronie powinno skłaniać do pewnej rezerwy wobec tychże rozwiązań.

 

Nie o zachowanie dystansu powinno jednak nam chodzić, a o publiczne artykułowanie sprzeciwu przez progresywne środowiska, media, partie oraz wskazywanie kierunków zmian.

Obok wskazywania stanu docelowego lub optymalnego, jakim w opinii niektórych mogłoby być pełne zniesienie kryterium dochodowego do świadczenia 500+ (choć trzeba pamiętać, że bez innych kroków, np. w polityce podatkowej, mogłoby to zawęzić pole manewru przy finansowaniu innych ważnych działań, więc trzeba do tego również podchodzić ostrożnie), należy wskazywać pożądane scenariusze pośrednie, kompromisowe, które byłyby do zrealizowania w możliwie krótkiej perspektywie.
Takim pożądanym scenariuszem mogłoby np. być wpisanie zasady waloryzacji progu uprawniającego do świadczenia minimum o wskaźnik wzrostu minimalnego wynagrodzenia, zaś wysokości świadczenia np. o wskaźniki związane z procesem inflacji. Takie postulaty wydają się skrajnie minimalistyczne, ale fakt, że nawet na to minimum na razie nie możemy się doczekać, pokazuje w ostrym świetle, jak zachowawczy w istocie jest obecny stosunek naszego państwa do rozwoju wsparcia społecznego.

Kasa kontra pieluchomajtki

Minister Rafalska wyjaśniła w jaki sposób będą rozdysponowane pieniądze, po 300 złotych, na wyprawki szkolne dla uczniów. Wyjaśniła, że rząd daje gotówkę do ręki, bo rodzice wiedzą najlepiej jak te pieniądze wydać. W przypadku programu 500+ argumentacja dawania pieniędzy do ręki też była taka sama. Jednak tej, chyba słusznej zasady, w przypadku niepełnosprawnych, minister Rafalska nie zastosowała. Zaproponowała ekwiwalent w pieluchomajtkach. Oznacza to, że rząd nie daje tej grupie pieniędzy do ręki, bo uważa ją także za niepełnosprawną umysłowo, niegodną dawania pieniędzy do ręki. Ta grupa może nie wiedzieć jak najlepiej wydać te pieniądze i dlatego należy się im ekwiwalent w pieluchomajtkach.
To esencja traktowania obywateli przez PiS. Dajemy tym, których jest dużo i którzy potem masowo pójdą do wyborów wdzięczni za gotówkę w kieszeni. Oto budowanie klientyzmu politycznego w najczystszej postaci. Zapowiadane są także jakieś dodatki dla emerytów. Pewnie nie będzie to ekwiwalent w zniżkach na komunikację, czy ulgach na paliwo, a tylko gotówka, bo wiadomo, obywatel sam wie jak najlepiej wydać przyznane mu pieniądze.
PiS toczy polityczną grę rozdając, albo obiecując, że rozda gotówkę milionom obywateli. Te miliony decydują potem przy urnach wyborczych. Takie rozdawnictwo przypomina trochę rozdawanie pieniędzy przed lokalami wyborczymi, przed aktem głosowania, co jest karalne. Jeszcze lepiej byłoby rozdawać po głosowaniu. Aż dziw bierze, że PiS, w nowej ordynacji wyborczej, nie zapisał takiego triku, który umożliwiałby sprawdzenie kto na kogo głosował. Wtedy istniałaby możliwość odebrania danych wcześniej pieniędzy. PiS traktuje obywateli jak mięso wyborcze. Zabiera jednym, by dać tym, którzy dają większe gwarancje na sukces wyborczy.
Niedawno wszyscy pracownicy nauki zostali pozbawieni opodatkowania dochodów należnego twórcom, ludziom nauki, dziennikarzom i artystom. Tym sposobem zabrano pracownikom nauki po kilkaset złotych miesięcznie. Oto tylko jeden z przykładów: by dać komuś, trzeba innym zabrać. Ale naukowcy to zgniła elita, na PiS raczej nie głosująca więc im zabrać należało się. Oto przykład skłócania społeczeństwa i szczucia jednych na drugich. Oczywiście potrzebującym pieniądze się należą. Tylko odnoszę wrażenie, że obywatel jest tu przedmiotem, a nie podmiotem. Obywatel nie jest celem. Obywatel jest narzędziem, które ma pójść do urn wyborczych i dać zwycięstwo PiS-owi. Dlatego PiS daje jednym pieniądze do ręki, innym proponuje pieluchomajtki, a trzecim pieniądze zabiera. Urna wyborcza, jest tu ponad wszystko, by partii żyło się coraz lepiej i dostatniej.