Świeckie państwo

Zabieganie o przestrzeganie rozdziału kościoła i państwa nie ma nic wspólnego z walką z religią.

Kończy się zbiórka podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy „Świeckie państwo”. Zarejestrowany w kwietniu komitet inicjatywy ustawodawczej miał trzy miesiące czasu na zebranie 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy. Wkrótce projekt zostanie złożony w Sejmie, zaś marszałek Sejmu po sprawdzeniu i przeliczeniu podpisów powinien skierować go do pierwszego czytania na posiedzeniu plenarnym.
Fakt, mamy końcówkę VIII kadencji Sejmu, a posłankom i posłom pozostały zaledwie trzy posiedzenia plenarne. Gdyby projekt nie trafił pod obrady w tej kadencji Sejmu – nie przepadnie. Zwykłe projekty ustaw obowiązuje zasada dyskontynuacji – kończą swój żywot wraz z upływem kadencji. Wyjątkiem są projekty obywatelskie – nierozpatrzone w poprzedniej kadencji Sejmu, trafiają do nowowybranych parlamentarzystów. I chyba lepiej, by taki los spotkał „Świeckie państwo”.
Nikt nie ma chyba wątpliwości, jak sprawy świeckiego państwa traktuje rządząca prawica. W przyszłym Sejmie w ławach poselskich z pewnością pojawi się spora reprezentacja lewicy. A ponadto projekt „Świeckie państwo” będzie doskonałym sprawdzianem dla tych polityków i polityczek z innych partii, którzy wielokrotnie zapewniali swoich wyborców o „nie klękaniu przed biskupami”.

Zjednoczona lewica

Nie pamiętam sytuacji, w której cała lewica byłaby tak zjednoczona jak w przypadku obywatelskiego projektu „Świeckie państwo”. Obok siebie stanęli Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adrian Zandberg – szef partii Razem. Poparcie projektu zadeklarowali również politycy Wiosny Roberta Biedronia. Prócz partii politycznych, w projekt „Świeckie państwo” zaangażowało się kilkadziesiąt lewicowych stowarzyszeń i fundacji oraz wielu działaczy społecznych, naukowców, artystów, poetów i pisarzy.
Po tak szumnej zapowiedzi, sam projekt „Świeckie państwo” być może niektórych zaskoczy. Nie proponuje rewolucji. Nie ma w nim wodotrysków. Jest – aż do znudzenia – wyliczanką paragrafów, które należy zmienić. By zlikwidowana została niczym nieuzasadniona uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce.

Tajemnice finansów

Od szeregu tygodni opinię publiczną bulwersuje skala ujawnianych przestępstw pedofilii w Kościele katolickim. A także zachowanie licznej rzeszy hierarchów, którzy w przeszłości starali się skrzętnie ukrywać te przestępstwa, również przed organami ścigania. Zresztą nie tylko w przeszłości.
W tym tygodniu media obiegła wiadomość, że kierowana przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego kuria w Poznaniu odmówiła udostępnienia prokuraturze dokumentów dotyczących księdza pedofila z Chodzieży. Nie pomógł nawet sądowy nakaz, zobowiązujący kurię do wydania dokumentacji zgromadzonej podczas postępowania kościelnego. Biskupi tłumaczą, że wszystkie dokumenty zostały wysłane do Watykanu. Lub inaczej: zostały ukryte w Watykanie, dokąd nie sięga jurysdykcja polska.
Nie, projekt „Świeckie państwo” nie porusza tematu pedofilii wśród kleru. Ma za to zobowiązać Kościół do ujawnienia innych, skrywanych od lat, tajemnic. Tajemnic finansów kościelnych!

Konkordat

Istotę obywatelskiego projektu „Świeckie państwo” wyjaśnia tytuł ustawy: „O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych”. Autorzy projektu nie starają się sięgać po działo największego kalibru: żądanie wypowiedzenia przez Polskę Konkordatu. Wychodzą z założenia, że zebranie w parlamencie większości konstytucyjnej do wykreślenia z art. 25 Konstytucji ustępu 4 („Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”) zapewne jeszcze długo będzie nieosiągalne. Powołują się za to na artykuł 22 tegoż Konkordatu, mówiący o „przyjęciu za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązującego ustawodawstwa polskiego i przepisów kościelnych”. No właśnie – ustawodawstwo polskie.
Ustawodawstwo polskie skrupulatnie określa obowiązki Polek i Polaków w zakresie finansów. Coroczne PIT-y szczegółowo informują organy skarbowe o przychodach podatników. Nawet nie mając obowiązku płacenia podatku, jak w przypadku niektórych darowizn i spadków, jesteśmy zobowiązani do składania odpowiednich informacji. Od dwóch lat przedsiębiorcy co miesiąc wysyłają do ministerstwa finansów tak zwany jednolity plik kontrolny z wyszczególnionymi wszystkimi wystawionymi i otrzymanymi fakturami. Z każdej złotówki rozliczają się fundacje i stowarzyszenia. A Kościół?
W 2009 roku poseł SLD Sławomir Kopyciński w interpelacji poselskiej pytał ministra finansów o poziom finansowania kościołów i związków wyznaniowych z budżetu państwa i budżetów samorządowych. Minister z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że… nie wie. Bo nikt tego nie zlicza. Podobną odpowiedź otrzymaliśmy w 2013 roku na interpelację poselską zawierającą pytanie o nieruchomości (również nieruchomości rolne) będące w posiadaniu kościołów. Nikt z polskich władz nie był w stanie udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

Taca i kolęda

W roku 2014 kardynał Kazimierz Nycz oszacował roczny budżet Kościoła katolickiego na 8 miliardów złotych. Wielu ekonomistów potraktowało tę kwotę jako mocno zaniżoną. Twierdząc, że 6-8 mld zł przychodów Kościół ma z samej tacy. Seweryn Mosz w książce „Kasa Pana Boga” ocenia, że rokrocznie państwo w różny sposób dofinansowuje Kościół katolicki kwotą rzędu 14 mld zł.
Zwykle tylko w przypadku mafii zdarzało się, że miliardowe przepływy finansowe odbywały się poza wiedzą państwa. I właśnie temu obrotowi ogromnymi pieniędzmi bez jakiejkolwiek kontroli państwa ma postawić tamę ustawa „Świeckie państwo”. Nakłada ona obowiązek informacyjny dotyczący ujawnienia przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne wszelkich przychodów. Zarówno tych otrzymywanych od instytucji państwowych i publicznych, jak i od osób prywatnych. A więc Kościół musiałby zaprowadzić ewidencję przychodów z tacy, kolędy, opłat za chrzty, śluby czy pogrzeby. Aby system był transparentny, również wszystkie podmioty publiczne zostałyby zobowiązane do składania informacji dotyczących kwot przeznaczonych na finansowanie kościołów i związków wyznaniowych. Wszelkie informacje dotyczące finansów Kościoła trafiałyby w jedno miejsce – na biurko szefa Krajowej Administracji Skarbowej. I byłyby to informacje jawne.
To ważne: projekt „Świeckie państwo” nie przewiduje powszechnego opodatkowania przychodów kościelnych, szczególnie tych przeznaczonych na działalność religijną. Również przychodów z tacy czy kolędy. To racjonalne rozwiązanie. Nikt z nas nie wyobraża sobie opodatkowania pieniędzy wrzucanych do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podobnie powinny być traktowane datki wiernych w kościołach. Dzisiaj różnica polega na tym, że Owsiak rozlicza się co do grosza, a o miliardach Kościoła nie ma pojęcia nawet minister finansów.

Spekulacja ziemią

Drugim ważnym celem ustawy „Świeckie państwo” jest unormowanie działalności gospodarczej kościołów i związków wyznaniowych, także jeśli chodzi o obrót nieruchomościami. Związane z tym uprzywilejowane traktowanie Kościoła dobrze ilustruje przykład gruntów nabytych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego.
Wrocławska parafia Świętej Elżbiety otrzymała od państwa 15 hektarów ziemi rolnej. Tak stanowiło ówczesne prawo, przyznające kościołom na Ziemiach Zachodnich grunty rolne przeznaczone na działalność rolniczą parafii (pomijam fakt absurdalności takich przepisów). Proboszcz parafii natychmiast ziemię sprzedał, inkasując od Mateusza Morawieckiego 700 tys. zł. Transakcja była chyba dla Morawieckiego korzystna, bo za 15 hektarów gruntu w obrębie miasta Wrocławia zapłacił tyle co za średniej wielkości szeregówkę. Niektórzy twierdzą, że już wówczas działka, którą obracano, mogła mieć wartość 4 mln zł. Gdyby sprzedawcą był nie proboszcz, a zwykły Kowalski, skarbówka bez wątpienia zakwestionowałaby kwotę zapisaną w umowie. I naliczyłaby parafii podatek od wartości rynkowej. Niejeden Kowalski w Polsce wie, jak to wygląda.
Ustawa „Świeckie państwo” nie zabrania Kościołowi prowadzenia działalności biznesowej. Ale wszystkie dochody z działalności gospodarczej muszą być opodatkowane na zasadach ogólnych. Zaś obrót ziemią odbywać się na takich samych zasadach jak innych podmiotów.

Fundusz Kościelny

Donald Tusk zabierał się za likwidację Funduszu Kościelnego z wielkim hukiem. To wtedy padły słowa, że „nie będzie klęczał przed biskupami”. Koniec końców biskupi okazali się silniejsi od premiera polskiego rządu. Pamiętam, że przy okazji dyskusji o in-vitro wraz z innymi posłami proponowałem, aby cały Fundusz Kościelny przeznaczyć na dofinansowanie zabiegów in-vitro. Wówczas była to kwota 94 mln zł. Rządząca koalicja PO‑PSL pomysł odrzuciła.
Od czasu objęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość Fundusz Kościelny rośnie jak na drożdżach. Już w 2018 roku przekroczył 150 mln zł. Wśród celów, na które mogą być wydatkowane pieniądze z Funduszu Kościelnego znajdziemy remonty zabytkowych obiektów sakralnych, prowadzenie placówek opieki społecznej, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i wiele innych. Ale niech nikogo nie zmyli ta lista zbożnych celów. Lwia cześć pieniędzy z Funduszu Kościelnego przeznaczana jest na finansowanie składek ZUS osób duchownych.
„Obecny system ubezpieczeń społecznych osób duchownych narusza zasadę równości ubezpieczonych wobec prawa” – piszą w uzasadnieniu autorzy ustawy „Świeckie państwo”. To zupełnie oczywiste. Któż z nas nie chciałby otrzymywać „dotacji” na płacone co miesiąc horrendalne składki ZUS. Ale póki co, takimi szczęśliwcami są tylko księża i siostry zakonne.

Tęcza i wagina

Debatę publiczną rozgrzewa tęcza wokół głowy Matki Boskiej. Słowa Leszka Jażdżewskiego o świniach taplających się w błocie. Hostia w kształcie waginy (albo odwrotnie). Nabożeństwo ekumeniczne podczas Parady Równości. Można z aprobatą podchodzić do wspomnianych happeningów. Lub z dużą rezerwą. Jedno jest pewne. Zręby świeckiego państwa budowane są gdzie indziej.
Systematycznie. Krok po kroku. Politycy. Ale również prawnicy i legislatorzy. Powinni z polskiego prawodawstwa eliminować wszystkie te zapisy, które dają Kościołowi więcej. Więcej praw. Więcej ulg. Więcej przywilejów. Winni po części są wszyscy: Unia Wolności, AWS, SLD. Ważne, by dzisiaj naprawiać tamte błędy. Odbudowując świecką Polskę.
Obywatelski projekt „Świeckie państwo” nie załatwia wielu problemów pojawiających się na styku państwa i kościoła. Ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku.

Jażdżewski był zbyt łagodny

Leszek Jażdżewski stał się jednym z głównych wrogów Prawa i Sprawiedliwości, a jego wystąpieniem ma się zająć prokuratura. Od przemówienia naczelnego Liberte odcięła się też większość opozycji, a władze Uniwersytetu Warszawskiego ogłosiły, że oceniają je bardzo krytycznie. Zarazem wciąż trwa analiza nagrań video mająca na celu ustalić, kto Jażdżewskiemu bił brawo.
Cóż takiego strasznego powiedział Jażdżewski? Czy zwyzywał wiernych? Użył przekleństw albo inwektyw? Nawoływał do przemocy? Nic z tych rzeczy. Najbrutalniejsze sformułowania, których użył, dotyczyły niewyjaśnionych skandali pedofilskich Kościoła, braku mandatu moralnego do sprawowania funkcji sumienia narodu kleru – czarnoksiężników, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, zdobędą władzę nad duszami Polaków. Wreszcie, mówiąc o niskim poziomie debaty publicznej, Jażdżewski stwierdził, że „po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry”.
Całość wystąpienia była utrzymana w tonie filozoficznej pogadanki, a krytyka polskiego Kościoła była przeplatana pozytywnymi odniesieniami do Chrystusa i papieża Franciszka. Innymi słowy mowa Jażdżewskiego nie była nawet ateistyczna, a raczej stanowiła apel o odnowę Kościoła. Sformułowania o ukrywaniu pedofilii w Kościele lub utraty funkcji autorytetu trudno uznać za kontrowersyjne. To po prostu fakty. Krytyka jakości debaty publicznej jest zaś powszechna i wszyscy się zgadzają, że warto by zmienić jej reguły. O co więc tyle hałasu?
Prawicowym komentatorom wcale nie chodzi o mowę nienawiści, agresję czy pogardę, ponieważ w wystąpieniu Jażdżewskiego ich po prostu nie było. Chodzi im o obronę uprzywilejowanej roli kleru i o to, że Kościół ma być poza i ponad krytyką. Chodzi o zastraszenie każdego, kto nie boi się wskazywać nadużyć i patologii kleru. Chodzi o urzędowe zadekretowanie Kościoła jako autorytetu.
Politycy obozu rządzącego wraz z dużą częścią opozycji jasno zadeklarowali, że demokracja, wolność, równość wobec prawa kończą się tam, gdzie zaczyna się dyskusja o Kościele. Pod tym względem reakcja na wystąpienie Jażdżewskiego jest najlepszym potwierdzeniem jego tez. A raczej, że wystąpienie naczelnego Liberte było zbyt łagodne. Grożenie mu więzieniem za wskazanie nadużyć kleru dowodzi, że Kościół nie tylko nie zasługuje na miano autorytetu i strażnika wartości. Znacznie bardziej adekwatne wydaje się przekonanie, zgodnie z którym Kościół jest jednym z największych wrogów wolności, demokracji, praw człowieka, a walka z nim to moralny i obywatelski obowiązek.

POPiS bis?

Nie milkną komentarze po 3-cio majowym wystąpieniu DonaldaTuska na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie był gościem uczelni oraz miesięcznika „Liberté!”.

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że wystąpieniem tym Tusk rozpoczął swoją kampanię wyborczą na urząd Prezydenta RP. Wystąpienie Przewodniczącego Rady Europejskiej było bardzo starannie przemyślane. Tusk, werbalnie i behawioralnie zdystansował się od partii politycznych i komitetów wyborczych zawiązanych w związku z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Nie przytulił nawet Platformy Obywatelskiej. Żadnej partii przy tym nie skrytykował ani nie pochwalił. Nut krytyki można się było dopatrzeć tylko pod ogólnym adresem tych, którzy „na co dzień obchodzą Konstytucję”. Jak przystało na przyszłą głowę państwa i prezydenta wszystkich Polaków przedstawił się Tusk jako gorący orędownik zgody ponad podziałami. W swoim wystąpieniu zawarł adresy zarówno do wyborców PiS, PO jak i PSL. Tusk nie zawahał się również sięgnąć do lewicowych akcentów, zaprzęgając do swojego wyborczego rydwanu byłego zadeklarowanego trockistę, a na starość socjalistę – zmarłego niedawno profesora Karola Modzelewskiego.
Nie mogła ujść uwagi cała fraza o misji Unii Europejskiej obrony cywilizacji euro-atlantyckiej i jej historycznego dorobku, a w tym, kontekście o bezalternatywności dla sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. I tutaj zasadnicza uwaga krytyczna. Kto jak kto, ale Przewodniczący Unii Europejskiej powinien być świadomy dwóch kwestii. Pierwsza to ta, że wspólnie z kimś można bronić czegoś tylko wtedy, gdy ten ktoś również uzna to za swoją misję. Czy Stany Zjednoczone pod przywództwem Donalda Trumpa również za swój priorytet stawiają sobie ochronę cywilizacji europejskiej? Póki co ich priorytetem jest stawiani zasieków na granicy – co z kulturą i tradycją Europy ma wspólnego niewiele. To znaczy ma coś wspólnego, ale raczej z najczarniejszymi kartami europejskiej historii. Drugą kwestią, która wymagała zauważenia przez Przewodniczącego Tuska to rzeczywiste intencje Trumpa w stosunku do samej Unii. Słowne deklaracje są ważne, ale ważniejsze są czyny. Trudno uznać, że Tusk nie wiedział o wrogich względem Unii działaniach przyjaciela Trumpa i jednego z głównych sponsorów jego kampanii wyborczej – Roberta Merciera. Opinie o tym, że działania Merciera i jego spółek w Wielkiej Brytanii wspierające Brexit przez manipulowanie opinią publiczną zadecydowały o wynikach brytyjskiego referendum są coraz powszechniejsze. Słusznie podnosząc kwestię potencjalnych zagrożeń dla człowieka jakie niesie ze sobą sztuczna inteligencja Tusk odwołał się do eksperymentów chińskich, chociaż pod nosem niemal, bo tylko przez Kanał La Manche, miał europejski przykład szkody, jaką europejskiej doktrynie społeczeństwa obywatelskiego i demokracji parlamentarnej wyrządził import sztucznej inteligencji z USA. Trudno też nie dostrzec entuzjazmu, z jakim Trump zapałał do polskiej (sic!) idei „międzymorza”, obiektywnie skierowanej przeciwko jedności Unii Europejskiej. Podobnych przykładów realpolitik Trumpa względem Unii można mnożyć.
Można więc było oczekiwać, że w wystąpieniu Przewodniczącego Rady Europejskiej znajdzie się apel do USA o wspólny front. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego wiernopoddańcza, jednostronna deklaracja pod adresem Trumpa, którą nie można inaczej odbierać jak zapewnienie, że Donald Tusk, jako Prezydent Polski, równie dobrze dbać będzie o stosunki z USA jak rząd PiS i pisowski Prezydent.
Wskazując na ekologię (trywializacja tego problemu do kwestii smogu to inna sprawa) i sztuczną inteligencję jako najważniejsze wyzwania, Donald Tusk nie odniósł się do zagrożeń jakie polskiemu społeczeństwu obywatelskiemu niesie postępująca klerykalizacja Polski, bezprzykładne i antykonstytucyjne przekształcanie naszego państwa w państwo wyznaniowe. Kaczyński, którego wizja, że „każdy będzie musiał zaakceptować chrześcijaństwo” wprawiła niedawno w osłupienie światową, postępową opinię publiczną, niemal nazajutrz po wystąpieniu Tuska zagrzmiał, że „ kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę”. Zwracam uwagę: na Kościół, nie na wiarę katolicką. Na szczęście kwestia relacji państwo – kościół zaistniała podczas wydarzenia „wykład Tuska na Uniwersytecie”, a to za sprawą poprzedzającego ten wykład wystąpienia redaktora naczelnego „Liberté!”, Leszka Jażdżewskiego. Katoprawica zawyła po tym wystąpieniu, określając je jako „obrzydliwe”, będące przykładem „języka nienawiści”. Pospiesznie do tej opinii dołączył przewodniczący PO Schetyna. Chociaż sam Donald Tusk nie odniósł się do pre-wykładu Jażdżewskiego osobiście, to kropkę nad i postawiła Gazeta Wyborcza odcinając się od naczelnego „Liberté!”. Niewątpliwie Schetyna i Wyborcza wyrazili niewypowiedziane w trakcie wykładu, stanowisko Donalda Tuska .
Jestem świeżo po lekturze wstrząsającego eseju „Sodoma – hipokryzja i władza w Watykanie” Frederica Martela. Autor jest prawnikiem, politologiem, filozofem, socjologiem, nauczycielem akademickim, dziennikarzem i pisarzem. Jest doktorem nauk społecznych, dyplomatą, autorem wielu książek tłumaczonych na wiele języków świata. Jest poważnym, wiarygodnym autorem. Ta książka wstrząsa nie tylko ujawnionymi faktami, ale również starannością dowodową, rzetelnością pisarza śledczego. Redaktor Jażdżewski otóż w swoim słowie wstępnym ani na jotę nie wystąpił poza fakty zebrane, ujawnione i opisane przez Martela. Fakty ze wszech miar obrzydliwe, ale do bólu prawdziwe. I chwała za to Jażdżewskiemu. Reakcja jednak polskich polityków na jego „support” musi natomiast napawać poważnymi obawami. „Sodoma” jest w istocie historią polityczną Watykanu XX i XXI wieku, opowieścią o mrocznych stronach papiestwa, o jego hipokryzji na tle homoseksualizmu, o ukrywaniu przestępstw i przestępców seksualnych – księży wszelkiej pozycji w hierarchii, o politycznym i fizycznym zwalczania księży – zwolenników teologii wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej i o zajadłej walce Watykanu o zakaz stosowania prezerwatyw w okresie pandemii AIDS na świecie. Nie pora tu na recenzję tej książki. Jednakże, gdy na mapę działań Watykanu na arenie międzynarodowej opisanej przez Martela, zwłaszcza w okresie pontyfikatu Jana Pawła II, nałożyć działania polskich władz i polskich, prawicowych polityków, nie sposób nie dojść do wniosku, że Polska, zwłaszcza pod rządami PO i PiS ściśle i gorliwie realizowała społeczną doktrynę Watykanu, powszechnie uznaną dziś za wsteczną, anachroniczną i przynoszącą Kościołowi na świecie niepowetowane straty. To właśnie dzięki tej książce zrozumiałem między innymi sens wizyty, uznanej wówczas za wielce kontrowersyjną przez część polskiej opinii publicznej, jaką byłemu dyktatorowi Chile – Pinochetowi złożyli w Londynie w 1999r. czołowi politycy polskiej prawicy. Wszak Watykan, z osobą papieża włącznie, był jedynym państwem, które legitymizowało tą dyktaturę, wspierając Pinocheta nawet po jego upadku.
Reasumując, Polska pod rządami PO i PiS to państwo bez reszty oddane realizacji ideologii i doktryny społecznej jednego państwa – Watykanu oraz doktryny politycznej i gospodarczej drugiego państwa – Stanów Zjednoczonych. Do tych dwóch, zasadniczych dla faktycznej suwerenności Polski kwestii, Donald Tusk nie wniósł nic nowego. Powrót POPiS-u, może bez Kaczyńskiego i paru jeszcze zdyskredytowanych polityków, pod jego przywództwem jest więc całkiem możliwy. Zaprawdę, strzeżcie się tych, którym słowa wolność i suwerenność nie schodzą z ust – chciałoby się powiedzieć. Mam tylko nadzieję, że w trakcie prawdziwej już kampanii nie uniknie Donald Tusk wyczerpującej odpowiedzi na jego rozumienie suwerenności Polski w kontekście antyunijnej polityki Trumpa i artykułu 25 ust. 2 Konstytucji RP.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Kościół nas zastrasza

Projekt „Świeckie Państwo” – działacze solidaryzują się z ofiarami nagonki
na domniemanych „wrogów Kościoła”, czują się zaszczuwani.

Informacja z konferencji prasowej Komitetu i osób wspierających, ul. Wiejska (pod Pomnikiem Armii Krajowej), środa, 8 maja.
Obywatelska Inicjatywa Ustawodawcza „Świeckie Państwo” zawiązała się w styczniu tego roku, a 19 marca została zarejestrowana przez Sejm – dzięki czemu mogła rozpocząć zbiórkę podpisów. Byliśmy zaniepokojeni wszechobecnymi w prasie doniesieniami o puchnącym majątku Kościoła oraz niektórych księży, finansowymi i prawnymi przywilejami Kościoła, takimi jak m.in. prawo zakupu ziemi rolnej czy prawo do nieograniczonych bonifikat ze Skarbu Państwa przy zakupie nieruchomości, a także skalą przysporzeń majątkowych na rzecz Kościoła dokonywaną przez państwo polskie. Stworzyliśmy więc projekt ustawy, która – gdyby przeszła – wymuszałaby jawność przychodów Kościoła i likwidowałaby niezasadne przywileje finansowe. Te same zapisy miałyby zastosowanie wobec innych związków wyznaniowych. Nasz projekt opiera się na znanej zasadzie „ufaj, ale sprawdzaj”. Uważamy, że uczciwy przejrzystości się nie boi, a obywatelom należy się rzetelna informacja o tym, co realnie dzieje się z majątkiem Kościoła.
Odzew jest spory. Dotychczas zebraliśmy kilkadziesiąt tysięcy podpisów. Niestety wykonywanie inicjatywy zaczyna wiązać się z coraz większymi trudnościami i osobistym ryzykiem dla zaangażowanych działaczy.
W reakcji na słowa Leszka Jażdżewskiego o tym, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu” Jarosław Kaczyński, prezes rządzącej partii i polska szara eminencja zapowiada, że „Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę”…
Policja wchodzi o 6 rano do mieszkania działaczki, aresztuje ją i zajmuje sprzęt elektroniczny, uznając, że domalowanie tęczy w aureoli Matki Boskiej Częstochowskiej spełnia znamiona art. 196 Kk o publicznym znieważeniu przedmiotu czci religijnej i obrażeniu tym samym uczuć religijnych (zagrożone karą więzienia do lat dwóch).
Wykonując naszą inicjatywę, w oczywisty sposób wchodzimy na grunt podatny na podobne, nie mieszczące się w potocznej wyobraźni interpretacje. Czy kiedy staramy się uatrakcyjnić zbiórkę, na przykład żartobliwe nawiązując do najnowszych „afer” znanych z gazet, narażamy się na podobne potraktowanie, jakiego doznała Elżbieta Podleśna? Czy w wyobraźni rządzących wciąż jeszcze korzystamy z zapisanych w Konstytucji obywatelskich praw czy już „podnosimy rękę na Kościół”? Zaczynamy się bać osób nagrywających nasze działania telefonami.
Co gorsza, przy całej społecznej przychylności radykalnie zwiększyła się też liczba aktów agresji na zbierających. Bywamy wyzywani i popychani, przeszkadza nam się zbierać podpisy. Wiemy, że w wytwarzanym przez władze klimacie przyzwolenia nastroje te będą eskalować.
Przypomnijmy, że nieposiadanie wyznania oraz publiczne głoszenie swoich poglądów, podobnie jak wolność sztuki, to prawa gwarantowane przez Konstytucję.
Warto też rozprawić się z pewnym mitem. Polskie społeczeństwo nie jest już w swojej większości katolickie, a systematycznie laicyzuje się.
• Badania Pew Research Center z 2018 r. pokazało, że Polska jest światowym liderem w spadku religijności ludzi młodych – „Religia jest „bardzo ważna” dla 40 proc. starszych i zaledwie dla 16 proc. młodych. To generacyjny spadek o 23 punkty procentowe.
• Rok do roku o kilka tysięcy spada liczba bierzmowań – w 2017 r. było to tylko 288,9 tysięcy, o 3 proc. mniej niż w roku 2016.
• Spada odsetek osób uczęszczających na niedzielne msze. To już tylko 38,3 proc. zobowiązanych (tj. osób po pierwszej komunii św.i nie obłożnie chorych), przy czym statystyczny wzrost uczestnictwa w ostatnim roku wynika z urealnienia podstawy – liczebności parafii przez odjęcie osób, które wyemigrowały. (Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC) W praktyce więc do kościoła chodzą mniej więcej co czwarty Polak i Polka.
• Dramatycznie spada zaufanie do Kościoła jako instytucji publicznej. W 2008 r. wyniosło rekordowe 81 proc., następnie zaczęło spadać. W 2016 r. wynosiło już tylko 70 proc., w 2017 r. – 61 proc., a w 2018 r. – 54 proc. (CBOS).
Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych
W Komitecie znaleźli się m.in. Marta Lempart (Ogólnopolski Strajk Kobiet), Paulina Piechna-Więckiewicz (Wiosna), prof. Joanna Senyszyn (SLD), Ryszard Kalisz, Magdalena Gałkiewicz (Zieloni, kandydatka KE do Parlamentu Europejskiego w okręgu łódzkim), Marcelina Zawisza (Razem), Krzysztof Pieczyński (aktor, stow. Polska Laicka). Pełnomocniczką Komitetu jest Bożena Przyłuska (Kongres Świeckości).

Kontakt:
Bożena Przyłuska, pełnomocniczka Komitetu, tel. +48 501 122 419
Agata Czarnacka, media,
tel. +48 698 686 784

Przypadek Jażdżewskiego czyli uśmiech Fortuny

Dwa zdania redaktora Piotra Gadzinowskiego z ostatnich flaczków („Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski” oraz „Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego”) nasuwa mi hipotezę, że być może obu nas w nurtuje podobna kwestia.
Ja w każdym razie formułuję ją w formie pytania: jak to się stało, że już drugie pokolenie dziennikarzy, publicystów i polityków od roku 1989 począwszy trudni się krytyką Kościoła kat., a dopiero słowa młodego, dotąd szerzej nieznanego redaktora naczelnego „Liberté” Leszka Jażdżewskiego znalazło się w aż tak intensywnym ogniu furiackiej krytyki ze strony Kościoła kat. i prawicy, rządzącej i nierządzącej? Jego od kilku dni na okrągło powtarzane w mediach frazy o Kościele wyniosły go niczym potężna fala na desce surfingowej, przynosząc mu mołojecką sławę? Jażdżewski zrobił aż taką furorę, że reżyser i pisarz Andrzej Saramonowicz popadł w zachwyt i zobaczył Jażdżewskiego jako szefa wpływowego ruchu politycznego, a nawet… przyszłego premiera. Żywię szczerą sympatię dla Jażdżewskiego i dlatego nie życzę mu losu Wojciecha Fortuny, którego brawurowy skok na igrzyskach olimpijskich w Saporro w 1972 roku okazał się ostatnim w jego życiu dobrym skokiem.
Krótki kurs historii antyklerykalnego ruchu oporu
Delikatna jeszcze, nieśmiała krytyka Kościoła katolickiego (a ściślej jego hierarchii, kleru i ich fanatycznych zwolenników pośród polityków i „ludu bożego”) zaczęła się w momencie, gdy wiosną 1989, jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu, do opinii publicznej zaczęły dochodzić słuchy, że w katolickich kręgach związanych z opozycją krążą zamysły wprowadzenia w Polsce zakazu aborcji, określanego wtedy, wzorem Boya-Żeleńskiego, jako „piekło kobiet”. W reakcji na te pogłoski odbyły się pierwsze, rachityczne pikiety z bieda-transparencikami, jedną taka pamiętam z okolic dzisiejszego ronda de Gaulle’a w Warszawie. Istniała w wtedy jeszcze „Trybuna Ludu”, ale już bardzo minorowa i defensywna w nastroju. Klerykalna propaganda szalała na potęgę i nie było dla niej – dosłownie – żadnej przeciwwagi w przestrzeni publicznej. Szkoły zapełniali, bywało, że butni, księża-katecheci, szpitale, służby i instytucje obsiadali kapelani, emblematy religijne wciskano wszędzie, gdzie tylko się dało. Miarę panującej wtedy atmosfery może dać taki choćby fakt, że w szkole w której wówczas pracowałem, moja koleżanka, pełniąca jeszcze funkcję sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR i wicedyrektorki placówki, trudniła się jesienią 1989 roku dystrybucją krzyży do sal klasowych, czyniąc to z gorliwością, która wprawiła mnie w konsternację. Wielu kojarzyło się to z klerykalnym potopem. Ludzie o poglądach ateistycznych, laickich, agnostycznych, a nawet część katolików, w tym regularnie praktykujących, coraz bardziej dusiła się w tej coraz trudniejszej do zniesienia atmosferze. Pewnym pocieszeniem dla części z nich było powołanie dziennika „Trybuna”, następcy „Trybuny Ludu”, jednak formuła klasycznej, poważnej, politycznej gazety codziennej nie wystarczyła by dać wystarczający odpór triumfującym tendencjom. Dopiero niespełna rok później, jesienią 1990 roku pojawił się, nowatorski wtedy w formie i treści, tygodnik „Nie” założony przez Jerzego Urbana. Dla setek tysięcy ludzi, w tym dla piszącego te słowa, było to jak otwarcie lufcika w dusznym, smrodliwym pomieszczeniu. „Nie” uderzyło ostro i bez pardonu. Niezwykle atrakcyjnie redagowane, pełne różnorodnych form dziennikarskich, od felietonów do reportaży, z doskonałą, bardzo pomysłową, prześmiewczą grafiką, wystrzeliło jak armata pośród nocy, niczym czaadajewowski „Tielieskop” w mikołajewskiej Rosji. „Nie” był przede wszystkim antyklerykalny, natomiast dopiero w drugim rzędzie antykatolickie i antyreligijne. Fakty i opinie podawane przez „Nie” już w 1990 roku dokonały demaskacji, z którą Leszek Jażdżewski wystąpił 3 maja na Uniwersytecie Warszawskim. Już wtedy nieprzebrane szeregi czytelników „Nie” dowiadywały się każdego tygodnia, że Kościół kat. najbardziej zainteresowany jest pieniędzmi i wpływami, i że daremne jest szukanie w nim autorytetu, „transcendencji” oraz innych „niebieskich pokarmów”. Kto wie, czy gdyby nie powstało „Nie” – SLD dwa razy wygrałby wybory, a Aleksander Kwaśniewski dwa razy zostałby prezydentem. Kilkudziesięciu w sumie dziennikarzy i publicystów po raz pierwszy w historii polskiej prasy wprowadziło ostry dyskurs antyklerykalny i ateistyczny do głównego nurtu walki ideowo-politycznej. W II Rzeczpospolitej, ani tym bardziej wcześniej nie istniało masowo czytane, wielkonakładowe pismo o podobnym profilu. I choć totalna klerykalizacja na wszystkich frontach postępowała, to do zbiorowej świadomości dotarły fakty, emocje i pojęcia dotąd w Polsce elitarne i niszowe. Na początku lat 90-ych powstały dwa pisma „suportowe” w stosunku do „Nie” – w 1990 roku poważny lewicowy, społeczno-polityczny miesięcznik teoretyczny „Dziś” redagowany przez Mieczysława F. Rakowskiego, a w 1993 roku wolnomyślicielski miesięcznik (później kwartalnik) „Bez dogmatu”, kierowany przez lata przez Barbarę Stanosz. Oba pełniły rolę periodyków intelektualnych, w których wolne od obowiązku wykonywanie codziennej dziennikarskiej orki i bez stosowania „języka ulicy” jak „Nie” dopełniały swoich „braci większych” ofertą namysłu z dystansu, bez pośpiechu i ścigania się z codziennością. Z innej jeszcze perspektywy i w formule może aż nadto kulturalnej i koncyliacyjnej działało i działa pismo ruchu świeckiego „Res Humana”. W 2002 dołączyła do nich „Krytyka Polityczna”, periodyk, wydawnictwo oraz lewicowy ruch ideowy i intelektualny zainicjowany przez Sławomira Sierakowskiego. W 2000 roku powstał i zdobył szeroką popularność, założony przez Romana Kotlińskiego w Łodzi tygodnik „Fakty i mity” o generalnej linii pokrewnej tygodnikowi „Nie”. Z wyjątkiem „Nie”, z którym przydarzyła mi się jednorazowa współpraca, pisałem w zasadzie regularnie do wszystkich pozostałych pism, przy czym problematyka „kościelna”, „antyklerykalna” czy ateistyczna była najczęściej tematyczną dominantą mojego pisania. Będąc autorem, byłem jednocześnie czytelnikiem tych pism i z uwagą obserwowałem działalność publicystyczną takich autorów jak Jerzy Urban, Piotr Gadzinowski, Przemysław Ćwikliński, Andrzej Rozenek, Dariusz Cychol, Piotr Szumlewicz, Andrzej Dominiczak, Mariusz Agnosiewicz, Weronika Książek, Agnieszka Wołk-Łaniewska, Agata Diduszko-Zyglewska czy Mirosława Dołęgowska-Wysocka w dawnym wcieleniu i wielu, wielu innych. Ich „talent pióra” połączony z codzienną, usilną pracą była ową kroplą drążącą skałę, przygotowującą grunt pod przyszły laicki przełom – przełom, którego początku być może właśnie jesteśmy świadkami. Podawane przez nich fakty i formułowane oceny prawem osmozy przenikały niepostrzeżenie do krwioobiegu opinii publicznej i z wolna zmieniały świadomość społeczną. Nie można też nie wspomnieć mediów, które pojawiły się w miarę rozwoju i upowszechniania internetu, takich jak ateistyczne czy laickie portale – racjonalista.pl, apostazja.pl czy portal Krzysztofa Pieczyńskiego.
Nie tylko prasa
Rzecz jasna na rzecz tego przełomu działały nie tylko media prasowe, dziennikarze i publicyści, ale także organizacje laickie, kobiece, etc. których dziś jest w przestrzeni publicznej wiele, n.p. Fundacja im. Kazimierza Łyszczyńskiego, Fundacja Wolność od Religii, Stowarzyszenie Neutrum, Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów, czy Kongres Świeckości czy takie jak Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Swoje trzy grosze dodali tacy politycy jak n.p. Izabella Sierakowska, Joanna Senyszyn czy Janusz Palikot. Słowem, nad przełomem sekularnym w Polsce pracowały przez trzy dekady setki dziennikarzy, publicystów, działaczy, polityków. Nie dokonałby się on zapewne, gdyby nie samoistne procesy społeczne związane z przemianami cywilizacyjnymi, pokoleniowymi, z migracją i wynikającym z niej z przenikaniem do Polski postaw społecznych i światopoglądów, w tym powszechnego na Zachodzie sekularyzmu, a także z coraz powszechniejszą wiedzą o takich „grzechach pospolitych Kościoła”, jak choćby materialna chciwość. Istotne znaczenie miał też koniec pontyfikatu Jana Pawła II, a także kryzysy „sodomski” i „pedofilski” w instytucji Kościoła kat., kryzys, który szczególnie spektakularnie złamał jego wielowiekową potęgę w Irlandii. Jednak bez pracy medialnej nośność wspomnianych procesów i zjawisk na pewno byłaby mniejsza. Co znamienne i zastanawiające, przez wiele lat niemal żadnego udziału – poza nielicznymi epizodami z dziedziny kabaretowej – we wspomnianych procesach nie brał polski świat artystyczny, literatura, teatr, film, sztuki plastyczne. Głośne w ostatnim okresie przedstawienie teatralne „Klątwa” w warszawskim Teatrze Powszechnym, film Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, który przyciągnął ponad pięć milionów widzów, głośne obrazoburcze wystawy plastyczne jak n.p. „Strachy”, czy ostatnio wystawiony na deskach teatru w Toruniu spektakl o Radiu Maryja „Wróg się rodzi”, to pieśń dopiero ostatnich kilku lat, ale lepiej późno niż wcale.
Jeszcze raz Jażdżewski. I wieprze
A jednak nikt, ani szyderstwa Jerzy Urbana, Janusza Palikota i innych, ani płomienny, prawie natchniony antyklerykalizm i antyreligiantyzm Krzysztofa Pieczyńskiego nigdy nie wywołały reakcji o takiej sile i tak wielkiego rezonansu jak wystąpienie Leszka Jażdżewskiego, młodego publicysty o nieco nieśmiałym, chłopięcym uśmiechu. Co było tego przyczyną? Po pierwsze, sprzyjała mu bezpośrednia okoliczność czyli przyjazd Donalda Tuska do Warszawy i wygłoszony przez niego wykład. Tusk zadziałał jak potężna oceaniczna fala na którą wskoczył młody surfer. Po drugie, Jażdżewski trafił w szczególnie trudny, kryzysowy dla Kościoła kat. okres, związany m.in. z ujawnieniem afer pedofilskich. Po trzecie, o ile prawie wszyscy wspomniani wcześniej personalnie i in gremio publicyści, działacze i politycy działali i działają z pozycji zewnętrznych wobec Kościoła kat., a n.p. Jerzy Urban i jego krąg wywodzi się wprost z poprzedniego ustroju, z PRL, retoryka wystąpienia Jażdżewskiego wyszła od wewnątrz. On mówił o tym, że Kościół „zaparł się Chrystusa”, „zaparł się Ewangelii” i że próżno szukać w nim „transcendencji” i „strawy duchowej”. To język katolika, a co najmniej chrześcijanina. A taka, wewnętrzna krytyka boli najbardziej i jest trudniejsza do odepchnięcia, do zlekceważenia niż krytyka zewnętrznych wrogów. Na koniec wracam do początkowego życzenia skierowanego do Leszka Jażdżewskiego. Życzę mu by nie okazał się efemerydą jak Wojciech Fortuna i by pomyślnie kontynuował swoją passę. Ponieważ jednak w swoim wystąpieniu wspomniał o świniach, to podsuwam mu do wykorzystania w przyszłości passus o wieprzach, pochodzący z Ewangelii Łukasza: „A pasło się tam na górze stado wielu wieprzów. I prosili go, by im dozwolił wejść w nie. I zezwolił im. Wyszły tedy duchy nieczyste z człowieka i weszły w wieprze. A stado pędem z urwistego brzegu wpadło do morza i potonęło”.

Trzeba nam Paktu dla demokracji

Wystąpienie na XIII Zjeździe Towarzystwa Kultury Świeckiej z 2 czerwca 2018 r.

 

Kończąca się kadencja władz naszego Towarzystwa przypadła na bardzo trudny, zły okres w najnowszej historii Polski. Wygrane przez „Prawo i Sprawiedliwość” wybory prezydenckie i parlamentarne 2015 roku otworzyły drogę do stopniowego dewastowania demokracji i rządów prawa, do wprowadzania w Polsce tego, co nazwałem „nowym autorytaryzmem” („Strategia lewicy i nowy autorytaryzm”, Myśl Socjaldemokratyczna, nr.2, 2017).
To, co nazywam „nowym autorytaryzmem” bywa w literaturze politologicznej nazywane rozmaicie, między innymi „elektoralnym autorytaryzmem”, „nieliberalną demokracją”, „delegacyjną demokracją”. Od tradycyjnego autorytaryzmu – bardzo powszechnego w latach międzywojennych, ale występującego także po drugiej wojnie światowej (zwłaszcza w wielu państwach Ameryki Łacińskiej i w większości pokolonialnych państw Azji i Afryki) nowy autorytaryzm różni się przede wszystkim trzema cechami. Po pierwsze: nie jest on wynikiem dokonanego przemocą przewrotu, lecz dochodzi do skutku w drodze pokojowej, wskutek wygranych przez ugrupowanie autorytarne wyborów. Po drugie: rządzący potwierdzają swój mandat polityczny wygrywając kolejne wybory, w których uczestniczy opozycja. Po trzecie: sprawując władzę autorytarni przywódcy unikają stosowania na masową skalę represji i dopuszczają funkcjonowanie opozycyjnych partii oraz niezależnych (niepublicznych) środków przekazu. Pod tym trzecim względem wyjątkiem jest Turcja, gdzie po nieudanym wojskowym zamachu stanu (w lipcu 2016 r.) rozpętano istną orgię represji politycznych.
Czy Polska stała się już państwem autorytarnym? Nie ulega wątpliwości, ze w ostatnich latach dokonał się w Polsce bardzo znaczący proces odchodzenia od demokracji. Notoryczne naruszanie Konstytucji doprowadziło do upartyjnienia Trybunału Konstytucyjnego i do bardzo znacznego, choć jeszcze nie w pełni zrealizowanego podporządkowania prokuratury i sądów czynnikowi politycznemu w osobie ministra sprawiedliwości i zarazem prokuratora generalnego. W Sejmie ograniczona do minimum jest rola opozycji. W kraju szerzy się tolerowany a nawet wspierany przez rządzących agresywny nacjonalizm. Hierarchia Kościoła Katolickiego wywiera nacisk na coraz dalej idące przekształcanie państwa w kierunku fundamentalizmu katolickiego, czego najbardziej widocznym przejawem jest dążenie do zaostrzenia i tak bardzo restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego. Dzieje się to w czasie, gdy nawet Irlandia ( w ostatnim referendum) odchodzi od politycznie i prawnie sankcjonowanego fundamentalizmu w sprawie prawa kobiet do decydowania o utrzymaniu lub przerwaniu ciąży. Wszystko to w pełni uzasadnia nasz sprzeciw wobec kierunku, w jakim idą sprawy w naszym kraju. Czy jednak uzasadnione jest przekonanie, że wszystko już jest stracone, że czeka nas długa noc prawicowych rządów autorytarnych?
Wbrew opiniom wielu publicystów, a nawet niektórych prawników, jestem zdania, że nasz kraj znajduje się dopiero w procesie przechodzenia do systemu autorytarnego i że proces ten nie musi doprowadzić do ustabilizowania się takiego systemu. Wszystko zależy od tego, czy kolejne wybory mające się odbyć w latach 2018-2020 – samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie – pozwolą Prawu i Sprawiedliwości utrzymać i skonsolidować zdobytą trzy lata temu władzę. Dlatego uważam, że będą to najważniejsze od 1989 roku wybory a od ich wyniku zależeć będzie przyszłość Polski na bardzo wiele lat – być może na pokolenia.
W porównaniu z takimi neoautorytarnymi państwami, jak Rosja, Turcja, Węgry czy Białoruś, polski autorytaryzm odznacza się czterema cechami, które łącznie powodują, iż jego przyszłość nie jest pewna.
Po pierwsze: w opinii publicznej partia rządząca nie ma druzgoczącej przewagi nad opozycją. Wszystkie sondaże wskazują na to, że łączne poparcie dla ugrupowań opozycyjnych jest równie lub nieco wyższe niż poparcie dla PiS i jego akolitów. Partia rządząca w Polsce może jedynie marzyć o takiej przewadze, jaką nad rywalami mają „Jedyna Rosja”. Fidesz czy turecka AKP.
Po drugie: przywódca partii rządzącej jest jednym z najbardziej niepopularnych polityków polskich i – inaczej niż Putin, Erdoğan, Orbán czy Łukaszenka – nie stanowi wartości dodanej dla swej partii, lecz jest jej obciążeniem. Niezależnie od obecnej choroby Jarosława Kaczyńskiego oczywiste jest, że jego przywództwo raczej osłabia niż wzmacnia szanse PiS na dalsze rządzenie Polską.
Po trzecie: wyczerpały się możliwości realizowania przez PiS obietnic socjalnych, które pomogły mu wygrać wybory. Ostatni protest rodzin osób niepełnosprawnych i sposób reagowania rządu na ten protest pokazały dobitnie, że nieprawdziwe były przechwałki polityków PiS, iż pod ich rządami nie będzie rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Należy oczekiwać dalszych protestów grup, które czują się pominięte w polityce socjalnej prowadzonej przez PiS. Poczucie rozczarowania pogłębia to, że wbrew swym własnym zapowiedzią PiS uprawia na wielką skalę praktykę bardzo hojnego nagradzania swoich i nepotycznego obsadzania stanowisk państwowych ludźmi, których jedyną zasługą jest polityczna lojalność.
Po czwarte: Polska znajduje się w otoczeniu międzynarodowym, które nie sprzyja konsolidacji systemu autorytarnego. Unia Europejska jest rodziną państw demokratycznych, a ogromna większość Polaków wysoko sobie ceni nasze miejsce w tej strukturze. Im bardziej konsekwentna będzie UE w obronie rządów prawa w Polsce, tym trudniej będzie spychać Polskę w koleiny nowego autorytaryzmu.
Wszystko to nie znaczy jednak, by zahamowanie groźnej tendencji autorytarnej było łatwe i proste. Opozycja jest podzielona, gdyż w jej skład wchodzi konserwatywna w swej większości Platforma Obywatelska, liberalna i wyraźnie osłabiona „Nowoczesna”, wciąż liczące się – zwłaszcza na wsi – Polskie Stronnictwo Ludowe i podzielona na kilka ugrupowań lewica, której główną siłą jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ludzie lewicy mają, co podzielam, liczne i w pełni uzasadnione żale do Platformy Obywatelskiej. Padają nawet stwierdzenia, że wybór między PiS i PO to wybór „między dżumą i cholerą”. Rozumiem to stanowisko, ale z nim już kilkakrotnie publicznie polemizowałem. Uważam bowiem, że w obliczu niebezpieczeństwa, jakim dla Polski jest umocnienie się autorytarnego kursu politycznego, sprawą najważniejsza jest odsunięcie PiS od władzy. Może tego dokonać jedynie taka opozycja, która zdecyduje się odłożyć na później dzielące ją różnice i przeciwstawić obozowi rządzącemu PAKT DLA DEMOKRACJI.
Konieczność takiego paktu wynika z obowiązujących ordynacji wyborczych, które dają wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. Strategia wyborcza opozycji w nadchodzących wyborach musi być dostosowana do trzech sposobów ustalania wyników wyborów: proporcjonalnego, zwykłą większością i większością bezwzględną.
W wyborach proporcjonalnych do Sejmu i do sejmików wojewódzkich podział mandatów dokonuje się metodą d’Hondta, która daje wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. To dlatego w 2015 roku PiS zdobywając 37 proc. głosów uzyskał bezwzględną większość mandatów w Sejmie. By zapobiec powtórzeniu się takiej sytuacji, opozycja powinna wystawiać wspólne listy kandydatów do sejmików a następnie do Sejmu. Trzeba pamiętać, że polska ordynacja nakłada na wyborcę obowiązek wskazania osoby, której oddaje swój głos, co pozwala na przykład ludziom lewicy tak głosować, by ich głosy zapewniły lewicy odpowiednią do jej wpływów reprezentację.
W wyborach dokonywanych zwykłą większością (tak głosujemy w wyborach senatorów) opozycja musi porozumieć się i wystawić po jednym wspólnym kandydacie w każdym okręgu, gdyż w przeciwnym razie może powtórzyć się wielki sukces, jaki PiS odniósł w wyborach do Senatu w 2015 roku.
Inna natomiast jest logika wyborów bezwzględną większością (wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast oraz prezydent RP), gdzie najczęściej o wyniku decyduje druga tura. W tych wyborach ma sens wystawianie osobnych kandydatów poszczególnych ugrupowań opozycyjnych, przy założeniu jednak, że wszystkie te ugrupowania zobowiążą się do poparcia w drugiej turze tego kandydata opozycji, który do niej wejdzie.
Słowo o sytuacji lewicy. Sytuacja ta jest nadal źródłem naszego wielkiego rozczarowania. Jakże daleko odeszliśmy od czasów wielkich sukcesów wyborczych lewicy w latach 1993-2001! Wprawdzie Sojusz Lewicy Demokratycznej ostatnio skutecznie odrabia straty spowodowane między innymi błędną polityką kilku poprzednich lat (z bezsensowną decyzją o wystawieniu niepoważnej kandydatury w wyborach prezydenckich 2015 roku na czele), ale jest to wciąż bardzo dalekie od dawnej pozycji tego ugrupowania. Część ludzi lewicy (w tym zwłaszcza partia Razem) zachowuje się tak, jakby ich największym przeciwnikiem był SLD. Powinniśmy domagać się od wszystkich ugrupowań lewicowych stworzenia wspólnego frontu w walce o demokratyczne, tolerancyjne i świeckie państwo.
Ruch laicki nie jest partią polityczną. Jego znaczenie polega nie na tym, że pociąga za sobą setki tysięcy wyborców, lecz na tym, że jest piastunem i wyrazicielem ważnej tradycji postępowej myśli politycznej i społecznej. Tę rolę spełniamy dobrze i będziemy szli tą drogą w trudnych latach, które są przed nami.