Snowden nie dostanie azylu

W dzień światowej premiery książki znanego sygnalisty Edwarda Snowdena „Pamięć nieulotna” francuskie ministerstwo spraw zagranicznych dało do zrozumienia, że prośba Amerykanina o azyl polityczny nie zostanie rozpatrzona pozytywnie. Francuzi boją się zepsuć sobie stosunki z imperium amerykańskim. Tymczasem administracja Trumpa robi wszystko, by przeszkodzić sprzedaży jego książki, gdyż jej treść nie została zatwierdzona przez amerykańską bezpiekę.

Projekt Edwarda Snowdena, któremu kończy się prawo pobytu w Rosji, by dostać azyl w „demokratycznej Francji”, rozwiał się dużo szybciej, niż się spodziewano. Francuski minister spraw zagranicznych Jean-Yves Le Drian udzielił wywiadu kanałowi telewizyjnemu Cnews, w którym jego odpowiedź była jednoznaczna: „Zwrócił się on o azyl u nas w 2013 r., jak w innych krajach. Wtedy Francja uznała, że nie byłoby to właściwe i nie widzę, by dziś coś się zmieniło z politycznego i prawnego punktu widzenia”.
Podobnie jak w wielu krajach (w tym w Polsce), we Francji ukazała się właśnie książka „sumienia internetu”, jak często określa się Snowdena, który ujawnił bezprawne działania podsłuchowe rządu amerykańskiego nie tylko w Stanach, ale i na całym świecie. Administracja Trumpa zwróciła się do sądu, by pozbawić wydawcę Pamięci nieulotnej (Macmillan) całości zysków z jej sprzedaży tak, by żadne pieniądze nie trafiły ani do niego, ani do autora, lecz do kasy państwowej. Ma to być środek na powstrzymanie jej dystrybucji, jak też uniemożliwienie Snowdenowi przyszłego, publicznego wypowiadania się na tematy związane z CIA i NSA.
Jego adwokat argumentuje, że książka nie zawiera żadnych nowych rewelacji, lecz według CIA pozostaje „niebezpieczna”. Niezależnie od tego, co postanowi amerykański sąd cywilny, Amerykanie nie wykluczają podjęcia podobnych działań wobec wydawców w 20 krajach, w których książka się ukazała. Ma to się stać drogą poleceń z ambasad amerykańskich wydanych rządom lub – w razie konieczności – bezpośrednich działań prawnych przeciw wydawcom. Jak dotąd, wszystkie polecenia amerykańskie w sprawie sygnalisty były skrupulatnie przestrzegane przez państwa satelickie imperium.
Amerykański Departament Sprawiedliwości (DoJ) wydał komunikat, w którym obwieszcza, iż Edward Snowden, były pracownik Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił gigantyczny system inwigilacji obywateli USA przez służby wywiadowcze tego państwa, ma odpowiadać przed sądem w trybie pozwu cywilnego.
Według prawników DoJ, pozew cywilny jest ze wszech miar uzasadniony. Jako pracownik NSA Snowden podpisał umowy (zarówno z NSA jak i z CIA) zawierające specjalne klauzule dotyczące powierzania mu poufnych informacji. Jego książka ma być świadectwem złamania tych porozumień. Prawnicy DoJ argumentują także, iż Snowden powinien był przedłożyć treść książki do uzgodnienia z CIA i NSA. Amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości będzie też zabiegło o wstrzymanie publikacji, ale raczej na niewiele się to zda zważywszy, że pamiętniki te ukazały się jednocześnie w 20 krajach świata.
Przypomnijmy najważniejsze działania Edwarda Snowdena.
Ujawnił informacje o programie PRISM, dzięki któremu amerykańskie służby mogą masowo podsłuchiwać dowolne rozmowy prowadzone poprzez telefon czy komunikator internetowy. PRISM umożliwia też NSA przeglądanie poczty elektronicznej, daje dostęp do czatów i wideoczatów oraz informacji zamieszczonych w mediach społecznościowych. W programie PRISM biorą udział Microsoft (Hotmail), Google (Gmail), Yahoo!, Facebook, YouTube, Skype, AOL, Apple Inc. i Paltalk.
Snowden przekazał dziennikarzom kopię tajnego postanowienia sądu z 25 kwietnia 2013 r., zgodnie z którym jeden z głównych amerykańskich operatorów sieci telefonii komórkowej Verizon jest zobowiązany codziennie przekazywać NSA metadane dotyczące wszystkich rozmów, zarówno wewnątrzkrajowych, jak też i międzynarodowych, zawierające numery telefoniczne dzwoniącego i przyjmującego rozmowę, datę i godzinę oraz długość rozmowy jak również lokalizację, w której znajdowała się osoba dzwoniąca.
Opinia publiczna dowiedziała się, że służby Stanów Zjednoczonych szpiegowały instytucje Unii Europejskiej i ponad 30 czołowych polityków na świecie. Podsłuchiwany był m.in. telefon komórkowy kanclerz RFN Angeli Merkel.
Po ujawnieniu w 2013 r. informacji o inwigilacji prowadzonej przez NSA Snowden uciekł z kraju, został oskarżony w USA o szpiegostwo i schronił się w Rosji, gdzie uzyskał prawo pobytu.

Snowden: strach, rany boskie, strach

W 20 krajach, w tym w Polsce, ukazała się książka Edwarda Snowdena „Permanent Record” (u nas wydana pod tytułem „Pamięć nieulotna”).

Jeden z najbardziej znanych sygnalistów na świecie, podobnie jak Julian Assange z WikiLeaks, pozostaje ścigany przez imperium amerykańskie, gdzie grozi mu kara śmierci za „szpiegostwo”. Jedni go zapamiętają z ujawnienia bezprawnych podsłuchów obywateli prowadzonych przez amerykańskie i brytyjskie agencje wywiadowcze, inni z rady, by wyłączone telefony komórkowe zamykać w zamrażalniku lodówki, jeśli chce się tych podsłuchów uniknąć. Wiele państw zawdzięcza mu ochronę przed imperialnym śledzeniem rządów, ale właściwie wszystkie odmawiają mu azylu ze strachu przed imperialnym gniewem.
Historia ucieczki Snowdena to historia pewnego moralnego kontrastu: grupka uchodźców ze Sri Lanki dała mu azyl, ale nie zdecydowało się na to żadne z państw „demokratycznych”. Gdy były pracownik CIA i NSA w czerwcu 2013 r. uciekał do Hongkongu ze swymi czterema laptopami, by udostępnić tam międzynarodowym mediom dowody na amerykański totalitaryzm, uważano go za bohatera. Największe tytuły, dopóki nie zamknięto im ust, publikowały rewelacje na temat skandalicznego postępowania imperium amerykańskiego nie tylko wobec swych własnych obywateli, ale i cudzych rządów. Przez dwa tygodnie nikt nie wiedział, gdzie on jest, zanim nie wsiadł do samolotu do Moskwy, skąd miał lecieć dalej. Nie poleciał, bo zapanował ogólnoświatowy strach.
Jego adwokat z Honkongu wpadł na pomysł, by ukryć go tam, gdzie nikt się nie mógł tego spodziewać: w malutkim mieszkaniu uchodźców ze Sri Lanki i Filipin, którym pomagał załatwić prawo pobytu. Ci ludzie, gdyby poszli na policję, dostaliby więcej niż mogli kiedyś sobie wyobrazić: duże pieniądze i wymarzone prawo pobytu. Wiedzieli o tym, ale nie zdradzili. Dwoje z nich dostało w końcu (w tym roku) azyl w Kanadzie, ale rodziny są rozdzielone, a ci, którzy pozostali w Hongkongu, cierpią prześladowania: od 2016 r., kiedy Oliver Stone nakręcił swego Snowdena, są regularnie aresztowani, przesłuchiwani, pod groźbą deportacji do swych krajów, gdzie grozi im śmierć. A jednak nie żałują, wiedzą, co znaczy ściganie przez brutalne państwo.
Snowden w tym czasie złożył wnioski o azyl w prawie 30 krajach, od Francji i Niemiec po Indie i Brazylię. Wszędzie powiedziano mu „niet”, oprócz Rosji, gdzie dostał prawo tymczasowego pobytu, do przyszłego roku. Zaczął więc szukać innego miejsca na ziemi. W tym tygodniu udzielił wywiadu francuskiemu radiu publicznemu France Inter, w którym ponownie wyraził chęć osiedlenia się we Francji. W 2013 r. prezydent Hollande, neoliberalny „socjalista”, nie chciał sobie psuć stosunków z imperium, odmówił. Czy Emmanuel Macron się zgodzi? Od kiedy prezydent Trump zaczął nazywać go na Twitterze „głupkiem”, Macron zaczął demonstrować coś w rodzaju niezależności. Zawiedziona miłość francuskiego prezydenta do Trumpa byłaby więc szansą Snowdena. Ale USA mają tyle narzędzi nacisku politycznego, że wielu obserwatorów widzi to sceptycznie.
„To kwestia nie tylko Francji, ale całego świata zachodniego, systemu, w którym żyjemy. Nie ma nic wrogiego w ochronie sygnalistów. Przyjęcie kogoś takiego jak ja nie oznacza od razu ataku na Stany Zjednoczone” – przekonywał Snowden w radiu, ale raczej nie rozproszył politycznego strachu. Pałac Elizejski odpowiedział milczeniem, może się zastanawia? „Nikt nie chce, by Francja stała się taka jak kraje, których się nie lubi. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że jedynym miejscem, gdzie amerykański sygnalista może swobodnie rozmawiać jest Rosja, a nie Europa” – mówił Snowden w wywiadzie, który w całości zostanie nadany jutro. Czy czeka go rozczarowanie? Reżim Macrona nie jest mniej opresyjny od innych, a i gdzie indziej wszyscy się boją, choćby przyznawali sygnaliście pełną rację i wyrażali wdzięczność. Na naszej planecie panuje strach, który trudno będzie przezwyciężyć.

Waters dla Assange’a

Około tysiąca osób zebrało się 3 września na specjalnym koncercie solidarnościowym, jaki dał Roger Waters w geście wsparcia dla uwięzionego Juliana Assange’a. Media, które zwykle śledzą każdy ruch gwiazd, tym razem występu nie zauważyły.

Roger Waters śpiewał i grał na gitarze przed budynkiem brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych (Home Office), o milę od więzienia Belmarsh, gdzie Assange przetrzymywany jest w ścisłej izolacji. Wykonał słynną piosenkę zespołu Pink Floyd „Wish You Were Here”; zebrani śpiewali razem z nim, a gdy skończył, skandowali: Uwolnić Juliana Assange’a! Tylko jedna decyzja: nie dla ekstradycji! Upominano się również o amerykańską sygnalistkę Chelsea Manning. Przed Watersem głos zabrał John Pilger, dziennikarz śledczy, dokumentalista i przyjaciel Assange’a.
– Zachowanie rządu brytyjskiego wobec Juliana Assange’a to hańba. Sprofanowano samo pojęcie praw człowieka – powiedział.
– Nie jest najmniejszą przesadą mówić, że traktowanie, prześladowanie Juliana Assange’a odbywa się w taki sam sposób, jak więźniów politycznych traktują dyktatury. Następnie Pilger przypomniał, że los Assange’a jest przestrogą dla wszystkich odważnych dziennikarzy i w ogóle wszystkich, którzy ujawniają zbrodnie popełniane przez rządy.
– Siedemnaście z osiemnastu zarzutów stawianych Julianowi to zwykła praca dziennikarza śledczego, chroniona przez Pierwszą Poprawkę do konstytucji USA – oznajmił.
John Pilger widział się z Assange’em w ostatnią sobotę i niedzielę. Powiedział, że przetrzymywany za kratami Assange traktowany jest gorzej niż skazani za morderstwo. Podobnie brat Assange’a, Gabriel, który mógł odwiedzić go w Belmarsh, powiedział, że osadzony nazwał miejsce, gdzie się znajduje, piekłem. Roger Waters nie pierwszy raz daje dowód swoich postępowych poglądów. Regularnie występuje ze słowami potępienia w sprawie polityki Izraela w stosunku do Palestyńczyków, krytykował Jaira Bolsonaro, Donalda Trumpa i amerykańskie plany doprowadzenia do zmiany legalnej władzy w Wenezueli.

Imperium kontratakuje

Los Assange’a jako requiem dla demokracji

Zdrada prezydenta Ekwadoru i zatrzymanie twórcy WikiLeaks przez londyńską policję rozpoczynają nowy mroczny okres w dziejach dziennikarstwa śledczego w krajach uchodzących powszechnie za demokratyczne. Akt oskarżenia, na podstawie którego amerykańska prokuratura ściga Juliana Assange’a nie pozostawia pod tym względem wątpliwości. Szokuje fakt, że wielu „obrońców demokracji” zwyczajnie odmawia uznania tego faktu.
Zaszła zmiana
Wydalenie Juliana Assange’a z ambasady Ekwadoru w Londynie i natychmiastowe aresztowanie go przez stołeczną policję spolaryzowało zachodnią opinię publiczną i scenę publicystyczną. Było to do przewidzenia. W 2010 r. założyciel WikiLeaks zaskarbił sobie przychylność niemal całego świata, gdy już sięgała po niego karząca ręka imperium. Dzisiaj, w przeciwieństwie do tamtej sytuacji, duża część liberalnych komentatorów wydaje się kibicować rządowi Donalda Trumpa w misji dorwania słynnego Australijczyka. Wielu publicystów staje dziś po stronie amerykańskich władz nie tylko wbrew admiracji, jaką kiedyś żywili wobec Assange’a, nie tylko wbrew nienawiści, jaką żywią do Trumpa, ale i wbrew własnemu i utrzymującemu się nadal przekonaniu, że w 2016 r. Assange grał z Trumpem do jednej bramki. Dla Władimira Putina.
Jak doszło do tego, że w komentarzach na stronie New York Times’a odbywa się dziś pełnowymiarowy lincz na człowieku, z pracy i niekwestionowanej odwagi którego ten sam dziennik korzystał, gdy z dumą publikował szokujące materiały zgromadzone przez WikiLeaks? Abstrahując od „patriotycznego” obłędu części Amerykanów, dumnych z wojen w Iraku i Afganistanie oraz z katowni w Guantanamo, liberalna opinia publiczna odwróciła się od Juliana Assange’a przede wszystkim z powodu pomówień oskarżających go o spisek z Rosją, zawiązany w celu pogrążenia szans Hillary Clinton podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Zarzuty te nadal pozostają pomówieniami – mimo upływu lat nie przedstawiono żadnych dowodów na ich poparcie. Ich trwałość uzmysławia natomiast umysłowe i moralne spustoszenie, jakie dokonało się w epoce nowego makkartyzmu usankcjonowanego przez amerykańskich Demokratów i ich media.
W histerii rozkręconej wokół plotek o spisku WikiLeaks, Kremla i Donalda Trumpa przeciwko suwerenności USA, o której dziś oficjalnie wiadomo, że była tylko histerią, na Assange’a szczuły te same „światłe” media, które niegdyś mianowały go ikoną walki o demokrację. Wszelkie granice – nie tylko przyzwoitości, lecz i etosu dziennikarskiego – przekroczył brytyjski Guardian, publikując wyssane z palca fantazje o ścisłej współpracy Assange’a z Moskwą, w które nie uwierzył nawet Washington Post, a które szacownej niegdyś redakcji podsunęły najprawdopodobniej brytyjskie służby. Wszystko to niestety wymownie świadczy o hierarchii wartości, na której wspiera się konstrukcja liberalnego umysłu, zarówno po stronie twórców przekazu medialnego, jak i jego odbiorców: zasługi ujawnienia najgorszych zbrodni imperium momentalnie przestały się dla liczyć, kiedy Assange ośmielił się powiedzieć prawdę również o ikonie Demokratów. Okazało się zatem – nie po raz pierwszy – że rzekome liberalne „wartości” – demokracja, prawa człowieka – to tylko krucha fasada kryjąca bezmiar plemiennego szaleństwa. Można to chyba uznać za kolejne, choć niezamierzone, demaskatorskie osiągnięcie niepokornego Australijczyka.
Nie bez cienia
Nikt nie jest doskonały. Nie da się ukryć, że na ocenę bieżących wydarzeń rzutują oskarżenia o gwałt ciążące na Assange’u. Nie przemawia na jego korzyść fakt, że wymawiał się on stanięcia przed ścigającym go za to szwedzkim sądem wykręcając się obawą, że to tylko pretekst, by Szwecja mogła go wydać ścigającemu go amerykańskiemu rządowi. Po siedmiu latach okazało się dobitnie, że gdzie jak gdzie, ale w Wielkiej Brytanii nie może być bezpieczny – i było to całkowicie do przewidzenia, mając na uwadze rolę Londynu w układzie światowym.
„Szef” WL postapił też wyjątkowo głupio i podle, zbywając problem zarzutów twierdzeniami o „feministycznym spisku” przeciw sobie. Niezależnie od tego, czy faktycznie możemy mieć w tym przypadku do czynienia również z podstępem CIA, nie da się ukryć, że jeżeli Julian Assange nie podejmie próby odpowiedzialnego zmierzenia się z zarzutami, to na sprawie, której służy, po wsze czasy spoczywać będzie ponury wizerunkowy cień. Tym bardziej, że to właśnie w związku z tą sprawą, w 2012 r. Assange, ścigany wówczas międzynarodowym nakazem aresztowania, postanowił „zerwać się” brytyjskiemu wymiarowi sprawiedliwości, złamać warunki zwolnienia za kaucją i uzyskać azyl w ambasadzie Ekwadoru, rządzonego wówczas przez lewicowego prezydenta Rafaela Correę. Był to radykalny krok, który skazał go de facto na więzienie, chociaż z możliwością pozorowania zwycięstwa moralnego. Do niedawna jeszcze chociaż to mu wychodziło.
Sedno sprawy leży jednak gdzie indziej. Kluczowe są dwie kwestie: po pierwsze, pełne polityczne podporządkowanie krajów sojuszniczych – łącznie z ich wymiarami sprawiedliwości – Stanom Zjednoczonym, gotowych w tym kontekście na pogwałcenie praw człowieka i uczynienie karykatury z „wolnego świata”, którego strażnikami się mienią. Po drugie, zarzuty przeciwko Assange’owi zawarte w ujawnionym przez stronę amerykańską akcie oskarżenia są jawnym atakiem na niezależność prasy. W zasadzie kryminalizują dziennikarstwo śledcze w formie powszechnie przyjętej w krajach demokratycznych. Szokuje fakt, że liberalna opinia publiczna, która niedawno potępiała Trumpa za próby zastraszania mediów, ma w tym przypadku czelność stawać po jego stronie przeciwko ikonie WL.
Za co?
Formalną podstawą aresztowania było niedopełnienie warunków zwolnienia w 2012 r. Lecz to tylko wymówka: analiza ekspertów ONZ wydana w 2018 r. jasno mówi o tym, że po umorzeniu śledztwa w sprawie gwałtu przez Szwecję, ograniczenie wolności Assange’a byłoby niczym nieuzasadnione i stanowiłoby złamanie praw człowieka – gdyby opuścił ambasadę Ekwadoru, brytyjskie władze powinny zagwarantować mu prawo do swobodnego poruszania się po kraju. W oświadczeniu zasugerowano, że sprawa Assange’a nosi znamiona prześladowania politycznego osoby wybitnie zasłużonej dla obrony podstawowych praw leżących u podstaw ustrojów demokratycznych.
Tymczasem wiemy, jak sprawy się potoczyły. Po tym, jak Australijczyk został siłą wywleczony przez londyńską policję z ambasady, która odmówiła mu dalszego azylu, premier Theresa May z dumą oświadczyła, że dokonało się to nie tylko w związku z naruszeniem warunków zwolnienia za kaucją, ale i w odpowiedzi na żądanie ekstradycji przez USA. Przypomnijmy, że wcześniej strona brytyjska sama podkreślała, że wydanie Assange’a Amerykanom byłoby bezpodstawne. Teraz spędzi on rok w brytyjskim areszcie, zanim procedura ekstradycji będzie mogła zostać sfinalizowana.
Powstały wątpliwości, czy Ekwador nie naruszył prawa międzynarodowego, wydając swojego byłego azylanta wprost w ręce policji obcego kraju. Niezależnie od wymówek jakimi posługuje się obecny prezydent Lenin Moreno, mówiący o łamaniu przez Assange’a warunków azylu i nadużywaniu gościnności ambasady, którą miał on rzekomo przekształcić w „ośrodek szpiegowski”, trudno uznać, by decyzja o wydaniu twórcy WikiLeaks była podyktowana czymś innym niż względami politycznymi. Zapadła na żądanie Departamentu Stanu USA w zamian za zeszłoroczną pożyczkę MFW dla Ekwadoru – nikt do tej pory nie podał lepszego wyjaśnienia. Dlatego Rafael Correa nazwał obecnego prezydenta zdrajcą, który okrył hańbą cały swój kraj.
Nic jednak nie wydaje się istotniejsze niż treść ujawnionego po aresztowaniu Assange’a amerykańskiego aktu oskarżenia, na podstawie którego jest on ścigany przez USA. Od początku było wiadomo, że dotyczy on najgłośniejszej sprawy WL, za którą chciała go dopaść już prokuratura Obamy.
Długie łowy
WikiLeaks powstało w 2006 r. jako międzynarodowa cyberplatforma służąca z jednej strony publikacji oficjalnych dokumentów ujawniających nadużycia władzy i wielkich korporacji, a z drugiej – gwarantująca anonimowość źródeł, od których pochodzą informacje. Przełom w działalności WL nastąpił w 2010 r., kiedy była żołnierka US Army i analityczka wojskowa Chelsea Manning przesłała demaskatorom 750 tys. dokumentów i nagrań dokumentujących m.in. zbrodnicze oblicze wojen w Iraku i Afganistanie. WL zszokowało wówczas opinię publiczną krótkim nagraniem wideo, które opublikowano pod tytułem „Collateral Murder”. Pokazano na nim, jak piloci amerykańskich śmigłowców pod pretekstem „operacji antyterrorystycznej” z premedytacją zabijają w Iraku kilkunastu cywili, w tym dwoje dzieci i dwóch dziennikarzy agencji Reuters, nie kryjąc przy tym szczerej radości z mordowania.
Administracja Barracka Obamy zarzuciła pościg za Assange’m, którego chciała postawić przed sądem za kradzież tajnych dokumentów określonych jako istotne dla „bezpieczeństwa narodowego”. Jednak od początku prezydentury Trumpa wiadomo było, że jego ekipa za jeden priorytetów uznaje dorwanie Australijczyka, wbrew powszechnemu już wtedy wśród liberałów mniemaniu, że WL gra po stronie nowego prezydenta przeciwko Demokratom. W kwietniu 2017 r. Mike Pompeo oświadczył wprost: „Nie pozwolimy dłużej na to, by Assange i jego współpracownicy mogli w pełni swobodnie wykorzystywać wolność słowa przeciwko nam”. Dziś przybiera na sile niebezpieczeństwo jeszcze poważniejsze – państwo amerykańskie otwarcie represjonuje samą wolność słowa, by uciszać niepokornych dziennikarzy, uparcie grzebiących w jego ociekających krwią tajemnicach.
Ochrona źródła
Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie Edwarda Snowdena i który zawsze stał po stronie Assange’a i Manning, poświęcił obszerny artykuł szczegółowemu omówieniu prawnych i politycznych zagrożeń, jakie pociągnął za sobą akt oskarżenia przeciwko Assange’owi sporządzony w marcu 2018 r. Wbrew fałszywym opiniom krążącym w prasie, a nawet wbrew wypowiedziom Departamentu Sprawiedliwości USA, nie zarzuca on twórcy WL właściwie rozumianego „hackingu”, włamania do rządowej sieci, ani kradzieży tajnych dokumentów. Podstawowym zarzutem jest pomoc udzielona Manning w zapewnieniu jej anonimowości podczas pozyskiwania przez nią dokumentacji z rządowych serwerów celem ich późniejszej publikacji. Assange próbował osobiście i bez powodzenia złamać jedno z haseł, by Manning mogła zalogować się do systemu, do którego miała wprawdzie pełnoprawny dostęp, ale zamierzała skorzystać ze zmienionej tożsamości – żeby jej aktywność była trudniejsza do namierzenia przez śledczych Pentagonu i NSA. Ścigając Assange’a za te działania amerykańska władza zmierza do kryminalizacji czynności wręcz rutnowo stosowanej przez dziennikarzy śledczych, czyli aktywnego zabezpieczenia anonimowości swoich źródeł.
Prokuratura była z góry skazana na niepowodzenie, jeżeli starałaby się oskarżyć Assange’a o współudział w ujawnieniu tajnych informacji, bo sama publikacja takich treści musiałaby oznaczać postawienie przed sądem redakcji New York Times’a i Guardiana, które również zdecydowały się na ich publikację. Byłoby to zwyczajnie bezprawne i otwarcie łamałoby pierwszą poprawkę do konstytucji USA gwarantującą wolność słowa. Był to podstawowy powód, dla którego administracja Obamy czuła się zmuszona bez powodzenia przerwać krucjatę przeciwko WL.
Departament Sprawiedliwości Trumpa próbuje teraz interpretować działania Assange’a z 2010 r. jako próbę wykradzenia tajnych dokumentów. Takie ujęcie sprawy jest jednak karkołomne i stanowi uderzenie w wolność dziennikarzy, stanowiąc podstawę do rutynowego zastraszania ich przez państwo. Wyjaśnił to Barry Pollack, wieloletni prawnik Assenge’a: „Faktyczne zarzuty (…) sprowadzają się do namawiania źródła, by udostępniło informacje i podjęcia działań mających na celu ochronę tożsamości źródła. Dziennikarze całego świata powinni czuć się głęboko zaniepokojeni tymi bezprecedensowymi oskarżeniami natury
kryminalnej”.
W rzeczywistości mamy do czynienia z próbą kryminalizacji konwencjonalnie pojętego dziennikarstwa śledczego. Dziennikarz na potrzeby publikacji ma prawo nakłaniać osobę stanowiącą źródło do pozyskania informacji – nawet tajnych, o wadze państwowej – mających znaczenie dla wiarygodnego i rzetelnego przedstawienia opinii publicznej sprawy, nad którą pracuje. Chroni go w tym przypadku interes publiczny – to ma właśnie na celu konstytucyjne prawo gwarantujące wolność prasy, której funkcją jest rozliczanie władzy. Akt oskarżenia wydany przeciwko Julianowi Assange jest złamaniem tego konstytucyjnego prawa. Zagrożona jest dziś więc przede wszystkim wolność słowa i to nie tylko w USA. Słuszne jest spostrzeżenie, że gdyby podejście prokuratury Trumpa obowiązywało w Stanach Zjednoczonych lat 70. XX wieku, to afera Watergate nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, a bezprawne działania prezydenta Nixona przeciwko Demokratom uszłyby mu całkowicie na sucho – po prostu Bob Woodward i Carl Bernstein, dziennikarze Washington Post, poszliby wówczas do więzienia.
„Wolny świat”
Dziś ponownie w amerykańskim więzieniu znajduje się Chelsea Manning, gdzie „wymiar sprawiedliwości” wtrącił ją, by zmusić ją do zeznań przeciwko Assange’owi, sprowadzając standardy ustrojowe USA coraz bliżej poziomu krajów, które jego przywódcy niezmiennie określają mianem dyktatur zagrażających „wolnemu światu”. Gdy lata temu Manning była po raz pierwszy więziona i torturowana przez amerykańskie państwo, znalazła w dziennikarskim mainstreamie rzeszę obrońców głośno krzyczących o łamaniu praw człowieka – nawet mimo tego, że działo się to za „ich” prezydenta. Dziś, kiedy więzi ją rząd przywódcy, którego nienawidzą, wielu z tych ludzi milczy, chociaż Manning siedzi w tej samej sprawie. Oto rezultat kilku lat pseudo-patriotycznej histerii, w której stronnicy Demokratów pogubili się to tego stopnia, że gotowi są dziś zaprzeczyć wszelkim wartościom, z którymi niegdyś się dumnie obnosili.
Ich milczenie, a czasem niekryta radość z powodu aresztowania Assange’a na podstawie żądania ekstradycji, jest w tym przypadku kropką nad i. Obywatel Australii został wydany przez Ekwador Brytyjczykom, żeby ci go oddali w ręce Amerykanów na podstawie zarzutów kryminalizujących dziennikarstwo śledcze. Państwo australijskie wymownie chowa w tej sytuacji głowę w piasek – woli się nie wychylać, nie wchodzić w drogę sojusznikowi – woli sprzedać własnego obywatela za święty spokój.
W tym momencie nie ma znaczenia niekończąca się dyskusja o tym, czy WikiLeaks to „prawdziwa” prasa, i czy Julian Assange to „prawdziwy” dziennikarz. Atak na niego jest atakiem najpotężniejszego i najbardziej zbrodniczego światowego imperium na niezależne dziennikarstwo – na całym świecie. Jeżeli ktoś zapalczywie dziś broni dziś „demokracji”, „praw człowieka”, „wolnego świata”, a milczy w tej sprawie, lub klaszcze w rączki, bo „Assange nie stoi ponad prawem”, to jest albo łajdakiem, albo niespełna rozumu.

Ważą się losy

Zgodnie z przewidywaniami, nowy prezydent Ekwadoru Lenin Moreno nie zamierza dłużej chronić najsłynniejszego demaskatora. Julian Assange będzie musiał opuścić ambasadę południowoamerykańskiego kraju w Londynie. Co dalej? Scenariuszy jest kilka. Najczarniejszy to ekstradycja do USA, gdzie czekałaby go prawdopodobnie kara śmierci.

 

Julian Assange od 19 czerwca 2012 roku przebywa na terenie ambasady Ekwadoru w Londynie, gdzie udzielono mu azylu politycznego. Lata izolacji były dla niego ciężkie szczególnie po pozbawieniu dostępu do sieci. Miało to być konsekwencją jego tweetów wspierających ruchy autonomiczne w Katalonii – naciski na prezydenta Ekwadoru, Lenina Moreno, wywierać miał Madryt. Jasnym było, że w ciągu ostatnich lat Assange stawał się dla Ekwadoru gościem coraz bardziej uciążliwym – teraz mówi się wręcz o pozbawieniu go azylu i wydaleniu z ambasady.

Do informacji o planach prezydenta Moreno dotarł Gleen Greenwald – ten sam, z którym w Hong Kongu spotkał się Edward Snowden, aby wyjawić światu tajemnice amerykańskiego programu masowej inwigilacji PRISM. Greenwald poinformował, że jutrzejsza wizyta Moreno w Londynie na Global Disability Summit to tylko przykrywka. Naprawdę Moreno chce negocjować z Londynem warunki wycofania azylu dla Assange’a i przekazania go władzom brytyjskim. Powodem takiego stanu rzeczy ma być przede wszystkim rosnące napięcie na linii Madryt-Quito. Greenwald powołuje się na swoje źródła w ekwadorskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych i Kancelarii Prezydenta.

Decyzje mogą zapaść już na początku przyszłego tygodnia, a prognozy nie są dla Assange’a optymistycznie – zarówno źródła jak i sam Greenwald relatywnie nisko oceniają pozycję prezydenta Moreno w negocjacjach z Londynem, przez co prawdopodobieństwo, że uda się dla Assange’a wynegocjować jakiekolwiek gwarancje jest niskie. Oczywiście najważniejszą z nich jest gwaranacja braku ekstradycji do Stanów Zjednoczonych, gdzie politycy obu partii otwarcie mówią, że Assange zasłużył na karę śmierci za zdradę. Co ciekawe, Amerykanie nie postawili jak dotąd żadnych zarzutów, zaś śledztwo szwedzkiej prokuratury w sprawie oskarżeń o przestępstwa seksualne zostało umorzone. Paradoksalnie Assange spędził ostatnie 6 lat w izolacji bez postawionych twardych zarzutów.

Najczarniejszym scenariuszem dla Assange’a jest oczywiście ekstradycja do Stanów Zjednoczonych. Administracja Barracka Obamy jednoznacznie zamierzała sądzić Assange’a w sprawie publikacji tajnych dokumentów, jednak po przyznaniu azylu politycznego wyczerpała środki prawne, aby tego dokonać. Od tego czasu upłynęło jednak wiele czasu i dziś w Białym Domu zasiada człowiek zupełnie inny. Polityczny kapitał Donalda Trumpa częściowo zbudowany został na kompromitacji dawnych elit, a do tego przyczynili się przecież właśnie Assange, Snowden czy Manning. Z drugiej zaś strony pojmowany na swój sposób patriotyzm Trumpa może się okazać dla Assange’a katastrofą.

Oczywiście informacje o ruchach prezydenta Moreno nie zostały jakkolwiek potwierdzone oficjalnie, niemniej Gleen Greenwald, jako najbardziej uznany i zaangażowany w losy internetowych alarmistów dziennikarz na świecie jest wiarygodnym źródłem.