Myślenie ma wielką przeszłość

„Jeżeli chcemy, aby nam w Polsce było dobrze, aby się nikomu krzywda nie działa, aby Polska była mocna i szczęśliwa, mamy dołożyć wszelkich starań, żeby Polska, jak długa i szeroka była Chrystusowa.”
biskup Łosiński w 1931 roku
.

„Państwo jest dla obywateli, a nie obywatele dla Państwa. Nie można z prawem przyrodzonym pogodzić pewnych współczesnych dążeń do zupełnego podporządkowania obywateli celom państwowym, do wyznaczenia obywatelom jakiejś służebnej roli i do rozciągnięcia zwierzchnictwa państwowego na wszystkie dziedziny życia. Poglądu, aby młode pokolenia należały do Państwa całkowicie i bez wyjątku, od pierwszych lat aż do ostatnich, katolik nie może pogodzić z przyrodzonym prawem rodziny”. Taką opinię o Państwie głosi najwyższy zwierzchnik Kościoła w Polsce.
Gdzie Państwo jest silne, a społeczeństwo odporne na wpływy klerykalne, tam i kler redukuje do minimum swe żądania, stara się być dziwnie mało wymagającym, uległym nawet, jedynie powoli, najczęściej bocznymi drogami, stara się rozszerzyć i gruntować na przyszłość swe wpływy.
Inaczej jest na terenach, opanowanych przez czynniki klerykalne. Tam roszczenia kleru nie znają granic, rosną jak lawina z dniem każdym, duszą bezwzględnie każdą myśl niezależną i prowadzą Państwo i społeczeństwo do nieuchronnej zguby.
Kler rzymsko-katolicki wmawia uporczywie w bezkrytyczne masy społeczeństwa, że „semper fidelis” Polska cieszy się specjalnymi względami Stolicy Apostolskiej. Gdyby nie było szeregu faktów historycznych, przeczących temu twierdzeniu, gdyby całe postępowanie kleru nie świadczyło o jego obojętności, a nawet nieżyczliwości dla spraw żywotnych Państwa, sam konkordat już mógłby stanowić zupełnie wystarczający przykład owych „specjalnych” względów.
Jest to właściwie zbiór przywilejów, jakie, wyzyskując dogodną dla siebie sytuację, zagwarantował sobie kler w Państwie Polskim. Czegóż tam niema? – Państwo zapewnia Kościołowi pełną wolność, swobodne wykonywanie władzy duchownej, jurysdykcji, swobodną administrację majątkami, swobodne i niczym niekrępowane – nawet względami państwowymi – znoszenie się Stolicy Apostolskiej i biskupów z duchowieństwem i wiernymi. Mało tego: Państwo zobowiązuje się do udzielania swej, pomocy przy wykonywaniu postanowień i dekretów kościelnych, przyrzeka duchownym szeroko pojętą opiekę prawną, zwalnia ich w znacznej części od podatków, zapewnia duchownym sute uposażenie materjalne itd., itd.
I cóż w zamian za to Państwo otrzymuje? Oto to, że w niedzielę i w dzień święta państwowego Trzeciego Maja księża odprawiać będą modlitwę liturgiczną za pomyślność Rzplitej i jej Prezydenta, że biskupi składać będą przysięgę wierności dla Państwa i kilka podobnych „ustępstw”.
Drogą tworzenia wzruszających legend, które mają stanowić dla mas szerokich namiastkę historii polskiej, stara się kler urobić odpowiednie nastroje w społeczeństwie. Każdy z nas od wczesnego dzieciństwa wie najdokładniej o tym, że kopalnie soli zawdzięczamy świętej Kindze, która je przywiozła dla nas w posagu z Węgier, że jedynie dzięki księdzu Kordeckiemu i jego procesjom na murach Częstochowy zostali Szwedzi z Polski wyparci. Wprawdzie od czasu do czasu niedyskretni historycy wyciągną z pyłu zapomnienia dokument jakiś, np. odnośnie św. Stanisława Szczepanowskiego, czy ks. Kordeckiego, który to dokument nieco inaczej naświetli fakt jeden czy drugi, ale słabiutki głos naukowców ginie rychło bez echa, budząc co najwyżej oburzenie, że ktoś śmie się targać na te „narodowe” świętości. W ostatnich czasach do owej legendarnej historii przybyła jeszcze jedna piękna kartka: „Cud nad Wisłą”.
Oddzielną, wielką dziedzinę wyzysku Polski przez duchowieństwo stanowią sprawy materialne. Już konkordat przyznaje w tym kierunku Kościołowi katolickiemu ogromne przywileje. Dowodem tego jest art. 24 konkordatu, w którym „Rzeczpospo1ita Polska uznaje prawo osób prawnych kościelnych i zakonnych do wszystkich majątków ruchomych i nieruchomych, kapitałów, dochodów oraz innych praw, które te osoby prawne posiadają obecnie na obszarze Państwa Polskiego” i to nawet w tym wypadku, gdyby prawo własności, tych majątków nie było dotychczas wpisane do ksiąg hipotecznych.
Nie do samych jednak uprawnień konkordatowych ograniczają się dochody, jakie kler czerpie z terenu Państwa Polskiego. Pieniądze polskie płyną całym, olbrzymim systemem rzecznym z najrozmaitszych źródeł do kas kościelnych, przewyższając wielokrotnie te dotacje, jakie zagwarantowane są Kościołowi postanowieniami konkordatu.
Udział kleru w życiu politycznym kraju jest bardzo duży. Byłaby to nawet rzecz godna pochwały, gdyby udział ten ograniczał się do wyzyskania w pełni praw obywatelskich, jakie każdemu obywatelowi, a więc i księdzu gwarantuje Konstytucja. Kler jednak na ziemiach polskich uzurpuje sobie prawo daleko większe, w czym przychodzi mu z dzielną pomocą konkordat, który w art. 2-gim powiada:
W wykonywaniu swych funkcji biskupi swobodnie i bezpośrednio znosić się będą ze swym duchowieństwem i swymi wiernymi oraz ogłaszać swe zlecenia, nakazy i listy pasterskie.
Na czas wyborów więc ambony w poważnej swej większości zamieniają się w trybuny wiecowe, które grozą straszliwych kar ziemskich i niebieskich napędzają bezkrytycznych słuchaczy w sieci wszelkiego wstecznictwa.
W akcji, zmierzającej do podporządkowania klerykalnym celom życia społecznego kraju, doniosłą rolę odgrywają te organizacje, które w mniejszym lub większym stopniu cieszą się poparciem i opieką duchowieństwa. Organizacji tych jest ogromnie wiele, o najrozmaitszym charakterze, od bractw ściśle kościelnych począwszy, kończąc na zupełnie świeckich organizacjach zawodowych czy politycznych.
Innym potężnym narzędziem w rękach kleru jest prasa tzw. katolicka. Obejmuje ona olbrzymią ilość książek, broszur, pism i pisemek, które w dziesiątkach i setkach tysięcy egzemplarzy rozchodzą się po całym kraju i docierają do najodleglejszych miejscowości. Czytając tę prasę odnosi się wrażenie, że dwa są główne jej zadania: wyłudzanie pieniędzy z kieszeni naiwnych i urabianie w społeczeństwie odpowiedniego nastroju dla celów klerykalnych.
W dzisiejszych ciężkich czasach, kryzysu ekonomicznego, kiedy Państwo zmuszone jest redukować głodowe pensje swym pracownikom, kiedy pensje robotników zeszły już dawno niżej minimum egzystencji, przykrym zgrzytem uwydatnia się fakt, że uposażenia dobrze sytuowanego kleru, oparte na postanowieniach konkordatowych, okazują się prawie nietykalne. Nic dziwnego, że w tych warunkach w latach kryzysowych na wszystkich wycieczkach zagranicznych, we wszystkich bogatszych zdrojowiskach i kąpielach kler jest najliczniej reprezentowany. Konkordat daje Kościołowi duże uprawnienia. Kościół uprawnienia te stale rozszerza, czego dowodem chociażby ustawa o podatkach kościelnych.
Współżycie kleru z nauczycielstwem nigdy nie było idealne, jednak w wielu okolicach starano się przynajmniej zachować pozory form, by wzajemnie nie zatruwać sobie życia.
W ostatnich czasach nastąpiła zasadnicza zmiana: kler staje się niesłychanie agresywny i napastliwy, nauczycielstwo zostało otoczone szpiegami, denuncjacje do władz przybrały charakter epidemiczny, konfesjonał i kazalnica wystąpiły jako narzędzie walki, rozliczne zaś pisma klerykalne i towarzystwa kościelne stale podkopują powagę szkoły i nauczyciela. Kler dzisiaj nie waha się w walce z nauczycielstwem używać nawet wyzwisk”.*
W tym wszystkim co powyżej, najbardziej zaskakujące jest, że opisuje stan w jakim Polska była równo 80 lat temu. Tyle, że w 1934 roku Związek Nauczycielstwa Polskiego stać było mentalnie i organizacyjnie na wydanie książki Janiny Baryckiej „Stosunek kleru do państwa i oświaty”. Osiem i pół dekady później nauczyciele pogrążeni w lekturze Pudelka i Faktu, zaprzątają sobie głowę rozprowadzaniem dzieci na rekolekcje, przygotowywaniem ich do komunii i bierzmowania, oraz pracami nad Deklaracją Wiary Nauczycieli. A nie jakimiś intelektualnymi pierdołami.

  • Janina Barycka; „Stosunek kleru do państwa i oświaty. Fakty i dokumenty”; Skład główny: „Nasza Księgarnia”, SP. AKC. Związku Nauczycielstwa Polskiego, Warszawa, 1934.