Opus magnum Olgi Tokarczuk

Sztokholm, 10 grudnia 2019.

We wtorek 10 grudnia w Sztokholmie Olga Tokarczuk odbierze literacką Nagrodę Nobla za rok 2018 i wygłosi zwyczajową mowę. W paryskich księgarniach można natrafić na stoliczki-„ołtarzyki” poświęcone tegorocznej noblistce. Obok wystawionych egzemplarzy jej prozy – niewielki portret pisarki. Tak jest zarówno w księgarni przy peryferyjnej, wschodniej ulicy Bagnolet, jak i w księgarni w prestiżowym miejscu, przy place du Théatre Français, naprzeciwko gmachu Comedie Français. Księgarnia Polska przy bulwarze Saint Germain ozdobiła wizerunkiem Olgi Tokarczuk i jej książkami całą swoją witrynę.

Kulturowy klimat

Warto zauważyć, że nawet w tytule francuskiego wydania, które edytorsko oparte jest w pełni na polskim wydaniu krakowskiego Wydawnictwa Literackiego, z zachowaniem niemal identycznego graficznego kształtu okładki, układu tekstu łącznie z paginacją oraz ilustracji, nie ma żadnego przetworzenia na modłę francuską. Z „Jakuba” nie został zrobiony żaden „Jacob” czy „Jacques”. Tytuł francuski brzmi „Le livres de Jakób”, czyli zachowano nawet polski znak diakrytyczny – „ó z kreską”, „zamknięte”.
Świadczy to o drobiazgowej pieczołowitości tłumacza i edytora, by starannie oddać nie tylko treść ale i kulturowy klimat korzeni tej powieści.
W jednym z wywiadów po przyznaniu jej literackiego Nobla pisarka powiedziała, że jej pierwsza myśl, gdy dowiedziała się o werdykcie była taka, że nagrodzono ją właśnie za „Księgi Jakubowe”, choć później okazało się, że także za „Biegunów” i za „Dom dzienny, dom nocny”.
Pójdźmy jednak za pierwszą myślą i zatrzymajmy się przy opus magnum Olgi Tokarczuk, przy „Księgach Jakubowych” właśnie. Opatrzone podtytułem „Księgi Jakubowe albo Wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych”, są w warstwie tematycznej i fabularnej panoramicznym freskiem ukazującym XVIII-wieczną Rzeczpospolitą Obojga Narodów.
Po ogłoszeniu październikowego werdyktu napisałem lakonicznie o „monumentalnych i pełnych rozmachu – godnego „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego – „Księgach Jakubowych” (2014), będących alegoryczną, duchową, poetycką w nastroju, ale w fakturze narracyjnej realistyczną, sensualną, uniwersalistyczną, polifoniczną, także stylistycznie, filozoficzną panoramą XVIII-wiecznej, wschodniej części Europy”. To jest powieść-podróż. Bohaterowie są w nieustannym ruchu, w wędrówce, Podole, Warszawa, Lublin, przez moment miga Wiedeń. Wędrowanie odbywa się powozami, konno, pieszo, bitymi traktami i po osie (lub kolana) w błocie. Jeśli ktoś nie podróżuje, to ktoś inny do niego przybywa.

Porywy uczuciowe

Narracja zaludniona jest dziesiątkami postaci: Żydzi, szlachta, arystokraci, dostojnicy, duchowni, chłopi, nędzarze, wszelki „drobiazg ludzki”, ludzka „menażeria”. Poza „osiowym” bohaterem Jakubem Frankiem, przywódcą sekty żydowskich konwertytów na chrześcijaństwo, pojawiają się też inne postacie autentyczne, jak n.p. biskup Kajetan Sołtyk, poetka Elżbieta Drużbacka, Antoni „Moliwda” Kossakowski, czy ksiądz Benedykt Chmielowski, twórca „Nowych Aten”.
Akcja, momentami jak z powieści przygodowej z XVIII wieku, przeplata się z finezyjnymi strumieniami myśli, aktami świadomości i jakby „odejściami na bok” w postaci pasm filozoficznych dygresji. Są także portrety psychologiczne postaci, porywy uczuciowe, zmysłowe, są też akcenty naturalistyczne, fizjologiczne, jest „niska” warstwa życia – ta powieść nie jest pięknoduchowskim konstruktem literackim, ona żyje, pachnie, słychać ją i widać, jest soczysta.
Kształt, styl i klimat „Ksiąg Jakubowych” chyba najpełniej ze wszystkich utworów oddaje tę najogólniejszą formułę definicji jej prozy, którą sformułowałem po ogłoszeniu werdyktu. „Tokarczuk stworzyła w nich swój odrębny świat, daleki od klasycznego, werystycznego realizmu, osadzony w wyobraźni bliskiej krainom mitologicznym, baśniowym, sferom czucia i intuicji, klimatom newage’owym, bliskim szlachetnym nurtom irracjonalizmu. „Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek” – powiedziała kiedyś.
Proza Tokarczuk, przekładana na wiele języków, przeniknięta jest imperatywem przekraczania wszelkich granic, wyobrażonych i realnych, naznaczona swoistym świeckim panteizmem, miłością do natury traktowanej nie jako przestrzeń zewnętrzna, lecz jako egzystująca z człowiekiem w symbiozie.
Dla Tokarczuk ziemia jest w tej powieści polem swoistego działania „kosmicznej magii”, mistycyzmu i duchowości dalekich od urzędowych religii, co niektórych inspirowało do porównywania jej prozy do latynoamerykańskiego „realizmu magicznego”. Bardzo charakterystyczną cechą prozy Olgi Tokarczuk jest jej bogata erudycyjność, encyklopedyzm, jak i językowe, lingwistyczne, twórcze bogactwo, ewokujące klimat z pogranicza snu, jawy, intuicji, czy tajemnic psychologicznych i parapsychologicznych, rodzących się w podświadomości. „Księgi Jakubowe”, choć odnoszą się fragmentami do motywów politycznych powieścią polityczną nie są.

Pośmiertny mord rytualny

Wpisują się jednak w kontekst współczesnych polskich sporów politycznych Prawica, która niechętnie przyjęła fakt przyznania pisarce literackiego Nobla zarzucała jej już dawno „antypolonizm” i akcentowanie polskiego antysemityzmu. Braun Grzegorz, poseł Konfederacji, mocno ekscentryczny i złotousty syn wybitnego reżysera teatralnego Kazimierza Brauna stwierdził, że Tokarczuk nienawidzi katolicyzmu i że dokonała „pośmiertnie mordu rytualnego na biskupie Kajetanie Sołtyku”, ale ten jak widać, jak przystało na syna erudyty i erudytę, przynajmniej uważnie przeczytał powieść.
W odróżnieniu od ministra kultury, który postanowił oświadczyć, że nie dokończył lektury żadnej powieści Olgi Tokarczuk. Podobno pan Duda Andrzej zaprosił pisarkę do pałacu prezydenckiego, ale widać po nim, że w odróżnieniu od jego oczytanej małżonki, zapala się emocjonalnie tylko gdy mówi o sportowcach oraz „komunistach i postkomunistach”.

Zaniedbany, wilgotny, brudny pałac

Literatura, kultura i sztuka raczej go nie grzeje. Mnie „Księgi Jakubowe” rozgrzały przy lekturze, choćby przy fragmencie, który ewokuje krajobrazy mojego lubelskiego dzieciństwa. Jest w „Księgach” taki oto passus z rozdziału „O smutnych wypadkach w Lublinie”: „Dwa dni później, gdyśmy wjechali na przedmieście Lublina zwane Kalinowszczyzną, nagle posypał się na nas grad kamieni”. (…) Reb Mordke bardzo pragnął zobaczyć Lublin – tu uczył się, gdy był młody i miał wiele wspomnień. Zabraliśmy go więc (…) do miasta, prowadziliśmy powoli uliczkami aż do żydowskiego cmentarza, gdzie leżał jego nauczyciel.
Gdy szliśmy między grobowcami, reb Mordke wskazał ręką na piękny grobowiec, świeżo wystawiony (…) I w tę noc lubelską siedzieliśmy przy starcu w pałacu wojewody, zaniedbanym, wilgotnym, brudnym. Tynk pękał od wilgoci, przez nieszczelne okna wciskał się wiatr”. To jest naprawdę wspaniała literatura.
Jednak na koniec, gwoli sprawiedliwości, żeby nie zatracić się w satysfakcji z sukcesu rodaczki, kilka zdań także o drugim nobliście, tym za rok 2019, Austriaku Peterze Handke. Uderzający jest kontrast między osobowościowymi, duchowymi profilami ich sylwetek i ich prozy.

Uosobienie pragnienia

Olga Tokarczuk to pisarka, która ogarnia świat w geście miłości i powodowana kobiecą intuicją, duchem new age, poszukująca ładu i harmonii z naturą, to uosobienie pragnienia piękna i dobra.
Starszy od niej o pokolenie (rocznik 1942) Handke, to „szerszeń” literatury („Szerszenie” to tytuł jego debiutanckiej powieści z 1966 roku), przynależny do rodzaju pisarzy „wściekłych”, rozsierdzonych do furii, jak jego rodak Thomas Bernhardt, oszalałych w walce z wrogami prawdziwymi i urojonymi, nienawidzący i brzydzący się ludźmi i społeczeństwem, przekorny, złośliwy, bezpardonowy, sarkastyczny, bezlitosny i opryskliwy mizantrop. Ten autor m.in. dramatu (nomen omen) „Publiczność zwymyślana”, powieści „Pełnia nieszczęścia”, „Popołudnie pisarza” czy sławnej dzięki ekranizacji „Leworęcznej kobiety”, jest ze swoją starością, fizyczną abnegacją, zaniedbaniem i chorobami oraz z furią rozjuszonego wojownika, „odrażającym, brudnym i złym” współczesnej literatury.
Na jego tle maluje się w swoim pięknie Olga Tokarczuk, z tymi jej dredami i swobodnymi szatami, wcielenie odwiecznej kobiety ratującej świat zniszczony przez mężczyzn, z jej naturą, intuicją i duchowością, współczesna Gaja literatury – już – światowej.

 

Rozmowy zawieszone

Rozpoczęte w czwartek w Sztokholnie amerykańsko-północnokoreańskie rozmowy na temat denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego nie przyniosły wyjścia impasu.

„Stany Zjednoczone pojawiły się z pustymi rękoma”, nie uwzględniły żądań KRLD, co „odebrało wszelką chęć do rozmów” – oświadczył szef pónocnokoreańskiej delegacji Kim Myong Gil cytowany przez oficjalną agencję Jonhap.
„Dobitnie wyraziliśmy nasze stanowisko. Zawieszenie prób jądrowych i startów międzykontynentalnych pocisków balistycznych, likwidacja poligonu jądrowego na północy kraju, powrót szczątków amerykańskich żołnierzy – jako pierwsi podjęliśmy te działania zmierzające do denuklearyzacji i budowania zaufania, jeśli USA szczerze na to odpowiedzą, wówczas będziemy mogli przejść do kolejnego etapu, do poważnego omawiania środków w zakresie denuklearyzacji – powiedział Kim Myong Gil. – W trakcie negocjacji zaproponowaliśmy realistyczny plan działania, który może pomóc dialogowi USA-KRLD przełamać impas spowodowany niewłaściwym podejściem USA”. Dodał wszakże, że rozmowy nie zostały całkowicie zerwane, ale odroczone do końca roku.
Perspektywa amerykańskiego Departamentu stanu jest jednak odmienna. Według Amerykanów komentarze Kima nie oddają istoty toczonych w Sztokholmie negocjacji. „Delegacja amerykańska przyniosła twórcze idee i miały dobre spotkanie ze swoimi odpowiednikami z KRLD” – stwierdziła rzeczniczka departamentu Morgan Ortagus. „Stany Zjednoczone i KRLD nie przezwyciężą dziedzictwa 70 lat wojny i wrogości na Półwyspie Koreańskim w jeden dzień. To ciężkie sprawy, wymagające zaangażowania ze strony obu krajów” – dodała, informując, że strona amerykańska przyjęła ofertę Szwecji, aby za dwa tygodnie wznowić rozmowy z Koreańczykami.
Że w jakiejś formie wymiana opinii pomiędzy Waszngtonem a Pjongjangiem będzie zapewne trwała, ale oczekiwanie na zakończenie impasu było z pewnością przedwczesne, podobnie jak przedwczesny był entuzjazm prezydenta Donalda Trumpa po szczycie w Singapurze w ubiegłym roku. Nie wiadomo nic o szczegółach amerykańskich, ale też i Korea Północna zdaje sobie sprawę, że nie może pozwolić sobie na uległość, gdyż inwestycja w broń rakietową i jądrową to dla Pjongjangu swego rodzaju „polisa ubezpieczeniowa” – rezygnując z niej bez odpowiednio mocnych gwarancji straci jedyną kartę przetargową w relacjach z supermocarstwem.

Austria nie chce igrzysk

MKOl ma problem, bo kolejne miasto rezygnuje z ubiegania się o organizację zimowych igrzysk w 2026 roku. Na początku lipca swoją kandydaturę wycofał szwajcarski Sion, a teraz na to samo zdecydował się austriacki Graz.

 

Austriacki Komitet Olimpijski wydał oświadczenie, w którym poinformował, iż organizacja igrzysk w Grazu jest niemożliwa do zrealizowania. Jako jeden z głównych powodów wskazano brak politycznego zaangażowania i wsparcia ze strony lokalnych władz. Pierwotnie austriackim kandydatem do organizacji igrzysk miał być Innsbruck, ale po niekorzystnym wyniku referendum przeprowadzonego w październiku ubiegłego roku wśród mieszkańców, władze miasta zrezygnowały z ubiegania się o rolę gospodarza zimowych igrzysk.

Teraz gdy upadła także kandydatura Grazu, Austria ostatecznie wypadła z grona krajów ubiegających się o ten splendor. „MKOl w pełni rozumie decyzję podjętą przez Austriaków i szanuje ich pogląd, że nie chcą stać się częścią kolejnego lokalnego sporu politycznego. Igrzyska olimpijskie powinny zawsze jednoczyć ludzi, a nie ich dzielić” – podały służby prasowe MKOl.
W grze o organizację igrzysk pozostało pięć państwa i siedem miast: Kanadę reprezentuje Calgary, Japonię Sapporo, Turcję Erzurum, Szwecję Sztokholm, natomiast Włochy Mediolan, Turyn i Cortina d’Ampezzo. Ta lista może się wkrótce znacznie skurczyć, bowiem organizacja zimowych igrzysk olimpijskich to nie jest tanie przedsięwzięcie.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski właśnie niedawno przedstawił „wymagania techniczne” dla gospodarza tej imprezy, w których między innymi określił też wysokość minimalnego wkładu finansowego. Nie może być mniejszy niż 925 mln dolarów, a to oznacza konieczność wsparcia z budżetu państwa.