Gospodarka turystyczna w dobie pandemii

Przykład Szwajcarii pokazuje, że można znaleźć sposoby, ułatwiające pokonanie nawet głębokiego załamania w turystyce.
Prawie 6 proc. produktu narodowego brutto Szwajcarii pochodzi z turystyki. Jest to jedna z najważniejszych dziedzin gospodarki tego kraju. Dochody generowane przez turystykę w ubiegłym roku przekroczyły 33 miliardy franków szwajcarskich, a zatrudnienie w tej branży wyniosło około 300 tys. osób. Wspaniałe krajobrazy spotkały się z rozumnym zagospodarowaniem ze strony ludzi.
Przez ostatnie lata turystyka w tym kraju biła kolejne rekordy. Rosły zyski, przybywało turystów, w hotelach wykupywano ponad 40 mln noclegów rocznie. Dla przykładu, w lipcu ubiegłego roku Szwajcaria zarobiła na turystyce 5020 milionów franków. W lipcu 2018 r. – 4947 mln franków. Przyrost był więc widoczny. Pandemia koronawirusa uderzyła jednak w całą światową turystykę, nie omijając Szwajcarii. W lipcu 2020 dochody z turystyki wyniosły tylko 886 mln franków – ponad pięć i pół raza mniej niż rok temu.
Ten wynik nie był zaskoczeniem. Po pierwszej fali koronawirusa Szwajcaria otworzyła swoje granice 15 czerwca – więc gościom zagranicznym, którzy zdecydowali się tegoroczne wakacje spędzić jednak w innym kraju niż swój, zostawało niewiele czasu na zaplanowanie lipcowego pobytu.
Szwajcarzy szybko zdołali zareagować na ten regres. Zauważalnie spadły ceny noclegów i niektórych usług turystycznych, a w rezultacie już sierpień przyniósł odbicie – i wzrost liczby turystów.
Nie był to jednak jeszcze powrót do wyników, znanych z minionych lat. Przykładem może być Glacier Expres – czyli ekspres lodowcowy z panoramicznymi, widokowymi oknami, przemierzający alpejską linię kolejową między St. Moritz, a Zermatt. Jest to jedna z największych atrakcji turystycznych już nie tylko Szwajcarii, lecz i całego świata.
Bilety i miejscówki na Glacier Express można kupować na stronie internetowej www.glacierexpress.ch z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. W poprzednich latach już po kilku dniach niemal wszystkie miejsca były wyprzedane. Ci, co reagowali zbyt późno i chcieli kupić bilety np. na 70 czy 80 dni przed przyjazdem, już nie mieli szans. Wtedy zostawały tylko nieliczne, pojedyncze miejsca w niektórych wagonach, z reguły te dalej od okna i oczywiście w pierwszej, droższej klasie.
W tym roku było zaś wręcz odwrotnie – nawet w szczycie sezonu turystycznego, w sierpniu, zaledwie na kilka dni przed planowaną podróżą, można było zakupić niemal dowolną liczbę miejsc w pierwszej klasie Glacier Expressu. W wagonach I klasy podróżowało po kilka, kilkanaście osób, reszta foteli zostawała pusta. Takie są właśnie skutki pandemii, która spowodowała, że wielu zagranicznych gości zrezygnowało z przyjazdu.
Miejsca w Glacier Expressie w przeszłości były wykupywane w dużej mierze przez turystów z Azji, zwłaszcza z Japonii i Chin – i to oni stanowili główną grupę zajmującą przedziały pierwszej klasy. Ale w tym sezonie letnim zostali u siebie. W wielu składach ekspresu lodowcowego nie podróżował ani jeden gość z Japonii czy Chin. W rezultacie, w tym roku można było (i można nadal) przyjść na dworzec kolejowy w jakiejś miejscowości na trasie Glacier Expressu i na kilka minut przed jego odjazdem normalnie kupić bilety oraz miejscówki w kasie czy w automacie – rzecz niewykonalna nigdy przedtem! Podobnie będzie i w nadchodzących miesiącach, przynajmniej do czasu rozpoczęcia sezonu zimowego, który może w większym stopniu zapełnić fotele ekspresu lodowcowego.
Dla porządku trzeba jednak dodać, że jeśli chodzi o drugą klasę Glacier Expressu, to nie tak wiele się zmieniło. W sierpniu 2020 r., podobnie jak i w minionych latach, w wagonach drugiej klasy prawie nie było wolnych miejsc. Drugą klasą podróżowali przede wszystkim sami Szwajcarzy – i właśnie dzięki dużej aktywności turystycznej mieszkańców Szwajcarii można się spodziewać, że koronarwirusowy kryzys w tej dziedzinie gospodarki zostanie dosyć szybko zażegnany.
Szwajcarzy są nacją mobilną, cenią aktywność, ruch i dobrą kondycję fizyczną. Lubią zatem podróżować i bardzo często w ten sposób spędzają czas. A skoro mieszkają w jednym z najpiękniejszych krajobrazowo krajów świata, to zrozumiałe, że chętnie odwiedzają rozmaite rodzime zakątki. Nie można więc powiedzieć, iż w tym sezonie wakacyjnym szlaki turystyczne Szwajcarii świeciły pustkami, co oczywiście poprawiało wyniki osiągane przez gospody, kwatery czy branżę przewodnicką.
W słynnym kurorcie Zermatt pod Matterhornem, w czasie sierpniowej kulminacji turystycznej, ulice były zatłoczone niemal tak jak zakopiańskie Krupówki. „Niemal” – bo Zermatt jest jednak mniejsze od Zakopanego, no i nie można tam dojeżdżać samochodami. Trzeba je zostawiać niżej, w sąsiedniej miejscowości Tasch, na parkingu na prawie 3000 aut (Stamtąd do Zermatt można dojść pieszo albo dojechać pociągiem lub elektryczną taksówką).
W każdym razie, na uliczkach Zermatt nie było widać pandemii i nikt tam nie chodził w maseczkach – tak jak i w innych szwajcarskich miejscowościach (nie wymagają zresztą tego szwajcarskie przepisy). Natomiast w środkach komunikacji publicznej, gdzie maseczki czy przyłbice są obowiązkowe, noszą je wszyscy, bo Szwajcarzy to naród zdyscyplinowanych indywidualistów.
W schroniskach czy tańszych hotelach i pensjonatach w Zermatt bardzo trudno było znaleźć w sierpniu wolne pokoje. Jednak w obiektach droższych, np. czterogwiazdkowych, miejsc już nie brakowało. Przy okazji warto dodać, że do Zermatt już od lat przyjeżdża wielu turystów z Polski – i w tegorocznym sezonie wakacyjnym również było słychać polską mowę na ulicach. Widomym sygnałem tego, że gospodarze zauważają naszą tam obecność, jest napis „Witamy”, na ścianie dworca kolejowego w Zermatt.
No i oczywiście jesteśmy tam nie tylko gośćmi – lecz i pracujemy. Na przykład, recepcją czterogwiazdkowego hotelu „Beau Rivages” należącego do mistrza olimpijskiego w slalomie gigancie z Sarajewa (rok 1984) Maxa Julena, kieruje przemiła pani Ewa, zakopianka, która jedną górską miejscowość zamieniła na drugą, na wyższym poziomie (Zermatt leży na wysokości 1616 metrów nad poziomem morza). Gdy okazało się, że zwolnił się akurat pokój z widokiem na Matterhorn, natychmiast zaproponowała go – bez dopłaty – gościom z Polski, którzy właśnie przyjechali i mieli rezerwację na inny pokój, „bez widoku” (pokoje z widokiem na tę najpiękniejszą górę Alp są zwykle nieco droższe).
Wiele wskazuje na to, że szwajcarska turystyka szybko odrobi straty spowodowane pandemią koronawirusa. Ma wszelkie atuty ku temu: wspaniałą ofertę, wspieraną przez doskonale rozwiniętą infrastrukturę oraz kompetentną kadrę.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden, ważny ale często niedoceniany element – Szwajcaria, choć jest najbardziej innowacyjnym państwem świata (pierwsze miejsce w Globalnym Indeksie Innowacyjności 2020), jest też zarazem „prosta w obsłudze” i życzliwa dla turystów – zwłaszcza tych którzy podróżują z rodzinami i nie mają specjalnego doświadczenia w swobodnym poruszaniu się po obcych krajach.
W Szwajcarii bez problemu można wszędzie trafić i dojechać gdzie się chce, gotówka jest powszechnie akceptowana, bankomaty nie zjadają kart, pociągi, statki i autobusy kursują często i punktualnie, rozkłady jazdy są przejrzyste, zawsze wiadomo z którego peronu czy stanowiska trzeba odjechać, bilety (komunikacyjne, do muzeów, kin itd.) można normalnie kupić w kasie. Automaty oczywiście też są – i niezależnie od tego, czy chodzi o automat biletowy, czy spożywczy, czy np. umożliwiający skorzystanie z przechowalni bagażu, ich obsługa jest zrozumiała nawet dla neandertalczyka.
Wszystko to pozytywnie wyróżnia Szwajcarię choćby na tle sąsiedniej Francji. Dla przykładu – ci, którym na francuskich dworcach kolejowych przyszło dokonywać tak oczywistej czynności jak zakup biletu, wiedzą jaką to może być męką.
Pandemia niszczy turystykę. Z drugiej jednak strony, sprawia, że jest luźniej i taniej. W droższych krajach, takich jak Szwajcaria, daje się to wyraźnie odczuć – co może stanowić całkiem konkretną zachętę do odwiedzin.

Biedni pracujący w raju bankierstwa

Szwajcaria kojarzy się w Polsce z bogactwem i dobrobytem. Podczas pandemii widoczne staje się jednak i to, że ten dobrobyt nie dotyczy wszystkich.

Liczba mieszkańców kraju, którzy starają się o pomoc socjalną i korzystają z paczek żywnościowych, rośnie z każdym dniem. Chodzi przede wszystkim o ubogich pracujących, w pierwszej kolejności – migrantek z Filipin i Ameryki Łacińskiej, którzy pracowali w Szwajcarii w charakterze pomocy domowych i opiekunek do dzieci. Nie wszystkie pracowały legalnie. Kolejną poszkodowaną grupą są niskopłatni pracownicy zatrudnieni na budowach i w sektorze gastronomicznym.
W momencie, gdy ogłoszono ograniczenia związane z pandemią, ludzie ci zostali bez środków utrzymania. W 2015 r. liczbę biednych pracujących w Szwajcarii szacowano na 145 tys. ludzi – w czasie kryzysu liczba ta jeszcze wzrosła.
W Genewie pomoc niosą organizacje humanitarne we współpracy z władzami miasta. W ostatnią sobotę w kolejce po 1683 paczki żywnościowe ustawiło się znacznie więcej chętnych. Dystrybuowano je od 9 rano – ale zdesperowane kobiety czekały już od szóstej, obawiając się, zresztą słusznie, że dla wszystkich nie starczy. Pierre Philippe, dyrektor organizacji dobroczynnej Colis du Coeur dystrybuującej paczki i bony żywnościowe w porozumieniu z miastem, w rozmowie z lokalnym portalem 20min.ch stwierdził, że dopiero pandemia pozwoliła się przekonać, jak wielu jest ubogich pracujących, którzy do tej pory funkcjonowali w kraju niezauważeni. Tylko w sobotę w jego organizacji zarejestrowało się 662 nowych potrzebujących, by uzyskać całotygodniowy bon żywnościowy – 50 franków na osobę i odpowiednio więcej, do kwoty 150 franków, jeśli na jej utrzymaniu jest rodzina.
Dwa tygodnie temu genewskie organizacje dobroczynne przygotowały 650 paczek – zgłosiło się 1200 osób. W ubiegłym tygodniu rozdano 1370. Wczoraj było ich jeszcze więcej i znowu nie wystarczyło. – Ten problem będzie trwał – mówi 20min.ch przedstawicielka jednej z organizacji dobroczynnych. – Ludzie zaczynają znajdować dorywcze prace, ale to zajęcie na zasadzie: kilka godzin tu, kilka godzin tam. Nie wydaje nam się, by liczba potrzebujących przestała rosnąć.

W szwajcarskim zegarku

Czy pieniądze są wystarczającym wyjaśnieniem przyczyn, dla których w środku burzliwej Europy mogło uchować się i nadal uchowuje coś takiego jak Szwajcaria?

 

Kraj bez hałaśliwych polityków, bez wielkiej własnej – poza wyjątkami – kultury artystycznej i intelektualnej, kraj bez głośnych geniuszy, pobrzękujący dzwoneczkami na szyjach słodkich, brązowych krówek (te stanowczo dominują) pasących się na malowniczych, zielonych wzgórzach.

 

Tam…

Na lotnisku w Bazylei, od usłyszanej zza pleców Polki mieszkającej w Szwajcarii, która wylatywała na wakacje do rodziny w Polsce, do Radomia konkretnie, usłyszałem, że „w Szwajcarii wszystkie miejsca są piękne, a w Polsce tylko niektóre”. Ujutny kraj, czyściutki jak holenderska gospodyni, miasto Luzern (Lucerna) słodziutke jak miód i jak liczne tu sklepy z czekoladą. Chociaż już słynne miasto bankierów, Zürich, przywitało mnie zaśmieconym butelkami i innymi opakowaniami placykiem wokół pomnika jakiegoś szwajcarskiego herosa, w samym centrum. Zdarza się.

 

Sama słodycz

Jednak nie dla krówek-słodziaków z dzwoneczkami u szyj, jak z czekolady „Milka” (z alpejskiego mleka) tu przybyłem, choć jest to tutaj poetyka wszechobecna. W takim Muzeum Czekolady w Caille, historię tej słodyczy opowiada w słuchawce do wypożyczenia, słodkim głosikiem (także po polsku) taka właśnie krówka. Opowiada jak jej mleczko posłużyło do produkcji czekolady. Brzuchem mojego puszystego, chwilowego sąsiada przy zwiedzaniu targały, gdy słuchał tej opowieści, wstrząsy i konwulsje śmiechu. Mnie się to udzieliło, bo przypomniało mi się Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym też można dostać konwulsji, tyle że z najzupełniej przeciwnego powodu. Podobnie rozkoszny jest nastrój w pokazowej serowarni Gruyère. Co kraj, to muzealny obyczaj. Najzabawniejszy był, pokazany w formie teatrzyku kukiełkowego, najkrótszy kurs historii świata (coś między jedną a dwiema minutami), włącznie ze zburzeniem Bastylii, historii oczywiście ściśle spojonej z historią sera Gruyère. Dla Szwajcarów historia świata, to historia sera, dla Polaków – to historia ich niedocenionego tysiącletniego męczeństwa i ich niezachwianej wiary w niebo, co najmniej równie szczęśliwe jak Szwajcaria. Każdy, na inny sposób, potrafi, jeśli chce, zrobić ze swojego kraju pępek świata. Oni z sera i czekolady, my z męczeństwa.

 

U Lenina, Tella, Jana Jakuba i u innych w odwiedzinach

Po słodziutkiej Luzernie, Zűrich wydał mi się nieco szarawy i szorstki, mniej ujutny. Sławna Banhofstrasse po kalwińsku surowa. Tu nie prezentuje się bogactwa na obciachową modłę „nowych ruskich” czy części celebrytów polskich. Tu bankierzy przemykają niezauważeni i nie odróżniają się od woźnych trybunału. 1100 (słownie: tysiąca stu) fontann nie da się zwiedzić, ale za to idę pod kamienicę przy Spiegelgasse bodaj 12 (jest tablica), w której przez rok (1915-1916) mieszkał Włodzimierz Iljicz Lenin. Aleksander Sołżenicyn napisał niewielką opowieść polityczną „Lenin w Zürichu”. Pokazał w niej Lenina jako polityka piekielnie inteligentnego, przebiegłego, energicznego, bezwzględnego, trochę samotnika i odludka, ale za to poważnego, wybitnego taktyka, zwłaszcza na komicznym tle szwajcarskich socjaldemokratów, dobrze odżywionych, jowialnych i hałaśliwie trawiących czas w piwiarniach. Lenin wolał filiżankę kawy i lekturę szwajcarskich oraz niemieckich gazet na tarasie kawiarni. Wyglądał jak miejscowy mieszczuch w paltocie i meloniku. Obok „kamienicy Lenina”, inna kamienica, z tablicą upamiętniającą Georga Büchnera, romantycznego poetę i dramaturga, a i biologa jednocześnie, który tu napisał wielki dramat polityczny „Śmierć Dantona” i który jest pochowany na jednym z pobliskich wzgórz. Ciekawe sąsiedztwo. Obok, na wystawie sklepiku z tzw. „niepotrzebnymi rzeczami” kryształowe popiersie Lenina pomalowane na jaskrawe kolory. Popkultura wszystko wchłania i przemiela na swoją modłę. Kilkadziesiąt metrów stąd, przy tej samej Spiegelgasse, po przeciwnej stronie uliczki, słynna „Cafe Voltaire”, gdzie narodził się futuryzm. Po drodze z miasta bankierów do Belinzony różne cudowności, kościoły, barokowa biblioteka w opactwie St Gallen ze spoglądającymi na odwiedzających mumiami egipskimi. No i wzburzone Wodospady Renu. Gdzieś w tej okolicy zbrodniarz, profesor Moriarty zrzucił w przepaść Sherlocka Holmesa, ale w odpowiedzi na naleganie czytelników, Arthur Conan Doyle go wskrzesił. Hotelik pod Zűrichem w jakiejś wioseczce u podnóża gór. Otoczenie jakby, wypisz wymaluj, wzięte z opowiadania „Kraksa” Friedricha Dürrenmatta. Szeregi domków wiejskich z obejściami zalatującymi nawozem naturalnym, słoma, drewutnie, narzędzia rolnicze., na uliczce ani żywego ducha. Na końcu wioski kościół z wieżą, zamknięty na cztery spusty, jak stara stodoła. Mogę się poczuć jak bohater opowiadania, Alfredo Traps poszukujący we wsi noclegu. Potrzeba tylko gościnnej, sutej kolacji u emerytowanych: Sędziego, Prokuratora, Adwokata i Kata. Oskarżą, pobronią, osądzą i powieszą. Przypomina mi się też wybitna tragifarsa Maxa Frischa (drugi obok Dürrenmatta wielki dramaturg szwajcarski), „Biedermann i podpalacze”, której akcja rozgrywa się – jakby, umownie, bez użycia nazwy – w Zürichu, prorocza prefiguracja czasów terroryzmu. Oba te teksty doczekały się w tym samym 1965 roku dwóch kapitalnych realizacji w Teatrze Telewizji, pierwsza w reżyserii Konrada Swinarskiego, druga – Erwina Axera. Obie w doborowych obsadach. Lepiej by to „Kura” puścił w swojej TVP, zamiast produkować badziewiaste przedstawienia z aktorami „dobrej zmiany”. Dwie noce i dwa dni w Asconie, nieopodal Locarno. To nie jest włoskojęzyczna Szwajcaria, to po prostu Italia w każdym calu, tyle że jakby trochę spokojniejsza, dużo czystsza i z minimum imigrantów. Bulwar wzdłuż jeziora Maggiore przypomina trochę Niceę. W eleganckim Locarno przychodzi mi na pamięć dziecięca lektura „tygrysa” pod tytułem „Kulisy Locarno”, o tajemnym porozumieniu z 1925 roku, które okazało się proroczą chmurą nad losem Polski. Widoki z pociągu „Glacier Express” przypominają mi „Tartarena w Alpach” Alfonsa Daudet, jedną z ksiąg „Tartarena z Taraskonu”, choć szczytów Jungfrau, Rigi-Kulm i Mont Blanc stąd nie widać. Nie tak daleko stąd jest Gstaad, gdzie we własnym domu, w domowym areszcie został w 2009 roku zamknięty Roman Polański. W Szwajcarii mieszka też od dziesięcioleci Alain Delon, kolekcjoner zegarków szwajcarskich, który kilka lat temu pozbył się tej kolekcji. Muzea zegarków nie otwierają tam swoich podwojów jak czekoladziarnie i serowarnie. Może trudniej byłoby zorganizować dla mas zwiedzających sprzedaż wiązaną. Czekoladę czy serek każdy kupi, ale kosztowny zegarek, tak na poczekaniu? Natomiast reklamy firm „Patek” (założyciel imieniem Filip był polskim imigrantem po powstaniu listopadowym), „Omega” czy „Tissot” wszechobecne. Berno, administracyjna stolica państwa, nazywane kiedyś „miastem szpiegów”, centrum wywiadowcze Europy jak kiedyś Berlin Zachodni, nie wiem czy to jeszcze aktualne, jest najmniej efektownym z dużych miast szwajcarskich, trochę nijakim w stylu. Pamiętam o tym, że mieszkał tu ciekawy eseista, Jerzy Stempowski (1893-1969), „Hostowiec”, „nieśpieszny przechodzień”, powinowaty Marii Dąbrowskiej, autor słynnych „Esejów dla Kassandry” i „Od Berdyczowa do Rzymu”. W 1931 roku opublikował pamflet na Piłsudskiego, „Pan Jowialski i jego spadkobiercy”. Nocleg na przedmieściach francuskiej, alzackiej Miluzy, tym razem nie w żadnym ze stylowych hotelików, lecz w hotelu robotniczym, z chybotliwą windą i brudnawym pokojem. Ta część miasta, w promieniu kilometra od hotelu totalnie rozkopana w celach remontowych. Za to, jak na ironię, widok sprzed hoteliku – jak na landszafcie: odległy szczyt Mont Blanc i rogal księżyca na firmamencie.

 

Bohater, który nie istniał

Co ciekawe, to we francuskiej Miluzie, a nie w Szwajcarii natykam się na figurę Wilhelma Tella, mitologicznego (nie wiadomo czy istniał) bohatera narodowego Szwajcarii, umiejscowioną na jakiejś kamieniczce. Tell miał wspólnego z Polakami – tyle że dużo późniejszymi – wroga, Austriaka, habsburskiego ciemiężyciela, który nakazał mu trafić strzałą w jabłko postawione na głowie syna. Doskonały łucznik Tell (doskonały tak, jak doskonały był nasz pan Michał Wołodyjowski w robieniu szabelką) dokonał tego, a przestrzelone jabłko nawet nie spadło, ale i tak nacierpiał się prześladowań ze strony austriackiego starosty Gesslera. Najpiękniej ujął tę historię Friedrich Schiller w dramacie „Wilhelm Tell”. Szczęśliwy kraj ta Szwajcaria. Jej najodważniejszy i właściwie jedyny bohater, prawdopodobnie w ogóle nie istniał, a Szwajcaria trwa już około 900 lat w bogactwie i spokoju. My w Polsce samych prawdziwych bohaterów, którzy oddali życie za ojczyznę mamy więcej niż owoców i warzyw w lata klęski urodzaju. Co najmniej 20 tysięcy w samej Warszawie w samym tylko sierpniu 1944. Kudy Szwajcarom do nas. Na koniec będzie jeszcze barani skok w głąb Alzacji, do Colmar.

 

Pedagogiczny kraj Jana Jakuba

Natomiast Genewa nad Jeziorem Genewskim to też miasto bankierów (stąd pochodził Jacques Necker, ojciec madame de Staël, który miał uratować finanse Francji Ludwika XVI, ale nie udało mu się i nie zapobiegł rewolucji 14 Lipca 1789), ale i Jean Jacquesa Rousseau, którego pomnik, jako z niechęcią odwróconego plecami do miasta, tu stoi, dość skryty pod drzewami. O Szwajcarii napisał on sporo w swojej słynnej „Nowej Heloizie” i wspominał w „Wyznaniach”. Jego „Umowa społeczna” i pedagogiczny traktat „Emil” w połączeniu z postacią sławnego pedagoga Pestalozziego (pomnik w Bazylei) przypominają, że Szwajcaria to bardzo pedagogiczny kraj. Jest tu w nastroju coś belferskiego. Nawet najważniejsza powieść XIX-wiecznej literatury szwajcarskiej, „Zielony Henryk” Gotfryda Kellera, będącego w tym kraju, z grubsza biorąc, odpowiednikiem Bolesława Prusa, określana bywa jako „bildungsroman”, powieść o formowaniu, powieść pedagogiczna.

 

Frankenstein, Charlie i Polak co potrafił

W pobliskim Vevey pomniczek ( w skali 1:1) Charliego Chaplina, który tu zmarł (1977) i którego trumnę po śmierci wykradł dla okupu pewien Polak z Bułgarem pospołu. Polak potrafi. Jak widać Bułgar też. Na dziedzińcu eleganckiego hotelu, w którym zmarł Henryk Sienkiewicz, jego pomnik. Twórca Trylogii spogląda na pobliskie stoliki restauracyjne jak jedzą zamożni turyści. Na bulwarze pomnik (?) monstrum doktora Frankensteina, bo postać tę Mary Shelley wymyśliła właśnie tu i też tu napisała słynną powieść. Bardziej to jednak pomnik postaci zagranej w przedwojennych horrorach („Frankenstein” i „Powrót Frankensteina”) przez Borysa Karloffa. Niedaleko stąd miejsce, gdzie był pożar, który „Deep Purple” uwiecznili w słynnym utworze „Smoke on the water”. Niestety nie udało się zahaczyć ani o miasteczko Bourdy nad Jeziorem Genewskim, w którym urodził się Jean Paul Marat, ani o Neuchatel nad jeziorem o tej samej nazwie, gdzie Balzac spotkał się po raz pierwszy z panią Hańską. Z kolei specjalnością Bazylei nie są ani sery, ani czekolada, ani banki, lecz kultura i sztuka. W powieści „Dzwony Bazylei” Louis Aragon opisał scenę, w której wódz francuskich socjalistów Jean Jaurés przemawia w 1912 roku w tutejszej katedrze i to za aprobatą miejscowego biskupa. „Kiedyś to były inkse casy” – jak mówił pewien gazda do gazdy. Kolekcja obrazów tutejszym Kunstmuseum imponująca (największa w świecie kolekcja Holbeinów), ale daleko jej do bogactwa Luwru, British Museum w Londynie, galerii rzymskich i florenckich czy Nowego Jorku. Zadziwia mnie tylko jakby bardzo nonszalancka ochrona zbiorów. A może to tylko pozór?

 

.., i z powrotem

Wiele widziałem, dużo więcej niż tu opisałem, ale wróciłem ze Szwajcarii i nadal jest ona jednym z trzech krajów Europy (obok Norwegii i Danii), z którego nie znam ani jednego nazwiska polityka, ani z przeszłości ani z teraźniejszości. Potrafiłbym nawet wymienić nazwiska kilku polityków z położonej na zachodnim krańcu Europy Portugalii, a także ze Szwecji. Ze Szwajcarii – nie. Szczęśliwy, nudny kraj. Nie to, co Ojczyzna nasza, Polska. A poza tym podobno jeśli można się wylegitymować kontem wysokości miliona euro/dolarów można tam otrzymać rezydenturę. Pewien Duńczyk zapytany po powrocie z Polski o wrażenia, miał powiedzieć, że czuje się, jakby wrócił do zacisznego biura ze zwariowanego placu zabaw dzieci cierpiących na ADHD. Ja podobnie, tylko z przeciwnym kierunkiem.