Sprawa „oświęcimska”

W sprawie wypadku drogowego byłej premier Beaty Szydło z udziałem Sebastiana K., który nastąpił 10 lutego 2017 r., biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych z Krakowa nie mają wątpliwości, że sprawcą wypadku jest Sebastian K.

Spór dotyczy jednak kwestii wyłączności jego winy. Gdyby sąd uznał, że kolumna rządowa oprócz sygnałów świetlnych miała także włączone sygnały dźwiękowe, Sebastian K. byłby jedynym i wyłącznym sprawcą wypadku.
Gdyby się okazało, że kolumna rządowa poruszała się bez sygnałów dźwiękowych, to wtedy – jak twierdzą biegli, Sebastian K. zostałby uznany za bezpośredniego sprawcę wypadku, ale nie jedynego. Część winy mogłaby spaść na funkcjonariuszy ówczesnego BOR-u. Jak wynika jednak z nieoficjalnych wiadomości — nie ma jednoznacznych dowodów, które przesądzałyby o winie funkcjonariuszy.
Czy tego rodzaju kategoryczna opinia z jej nieodłączną częścią wnioskową obliguje sąd do uznania oskarżonego za winnego zarzucanego mu czynu? Innymi słowy, czy sąd zobowiązany jest wydać wyrok skazujący w stosunku do Sebastiana K.?
Absolutnie nie. W procesie karnym dowód z opinii biegłego przeprowadza się wówczas, gdy istnieją okoliczności, których stwierdzenie (zbadanie) wymaga specjalnej wiedzy. Jest to dowód bardzo istotny, ale należy wskazać, iż wbrew powszechnemu (mylnemu) poglądowi, z mocy prawa nie jest on ważniejszy od innych dowodów, ani nie ma również nadanego waloru pełnej przekonywalności. Oznacza to, iż sąd nie ma obowiązku automatycznie dawać temu dowodowi pełnej wiary.
Sama fachowość podmiotu składającego taką opinię (biegłych z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych) nie przesądza o jej procesowym znaczeniu. Dowód z opinii biegłego podlega tzw. swobodnej ocenie dokonywanej przez sąd, co oznacza, iż z mocy prawa nie jest ważniejszy od innych dowodów i automatycznie nie ma pełnego waloru przekonywalności (wiarygodności). Sąd może nawet odmówić wiary treści takiej opinii, a dać wiarę innym dowodom — takim jak zeznania świadków. Jest to zgodne z zasadą, w myśl której to sąd jest najwyższym biegłym.
W sprawie Sebastiana K. uderza mnie od samego jej początku zauważalna wola prokuratury do takiego jej kierunkowania, aby pokrywała się z założoną z góry tezą procesową prokuratora. Odmawia się wiary świadkom, ponieważ w ocenie prokuratury ich zeznania nie mogą cieszyć się walorem wiarygodności, albowiem świadkowie ci są byłymi alkoholikami, aktualnie w trakcie terapii w grupie AA.
Co więcej, prokuratura w czerwcu wnioskowała o przesłuchanie tych świadków w obecności biegłych psychologów, a wniosek ten motywowała koniecznością zbadania zdolności zapamiętywania i odtwarzania przez nich faktów. Sąd uwzględnił wniosek prokuratora i powołał dwóch biegłych psychologów.
Taka taktyka procesowa prokuratora w oczywisty sposób nakierowana była na zdyskredytowanie świadków w oczach sądu jako osób w pewnym sensie ułomnych, ze względu na fakt alkoholizmu. Procedura karna nie wartościuje jednak zeznań świadków poprzez ich status społeczny czy rodzaj prowadzenia się. Świadek przed złożeniem zeznań zostaje zawsze pouczony przez sąd (czy inny organ procesowy w postępowaniu przygotowawczym) o odpowiedzialności karnej do lat 8 pozbawienia wolności za składanie zeznań fałszywych czy zatajanie prawdy.
Istnieje zatem domniemanie, że świadek mówi prawdę, dopóki coś przeciwnego nie zostanie mu udowodnione. W tym sensie nie są mniej wartościowe zeznania notorycznej prostytutki od zeznań prezesa banku.
Prokuratura jednak przyjęła – jak się zdaje – inny tok rozumowania. Nie tylko bowiem założyła, że zeznania świadków — byłych alkoholików są bezwartościowe, ale, co gorsza, że sami zeznający są „niepełnowartościowi”. Takie przynajmniej wrażenie mnie ogarnia.
Powyżej wspomniałem, że wnioski wynikające z opinii biegłych nie są dla sądu wiążące. W tej konkretnej sprawie nic nie stoi na przeszkodzie, aby sąd — na zasadzie swobodnej oceny dowodów — dał wiarę świadkom wypadku co do faktu, iż oskarżony jechał z właściwą prędkością, pojazdy zaś kolumny rządowej nie używały sygnałów dźwiękowych; wbrew opinii biegłych, iż prędkość tego kierowcy mieściła się w górnej dopuszczalnej administracyjnie granicy, nie jest zaś możliwe do weryfikacji czy pojazdy używały sygnalizacji dźwiękowej.
Inaczej mówiąc, sąd na zasadzie autonomicznej decyzji opartej na swobodnym (lecz nie dowolnym) rozumowaniu może opinię biegłych uznać za niewiarygodną, w pełni zaś dać wiarę zeznaniom bezpośrednich świadków.
Powyższe twierdzenie jest o tyle istotne, iż zadaje kłam powszechnie przyjętemu wyobrażeniu, jakoby opinia biegłego miała być ważniejsza od innych dowodów i jakoby musiała rozstrzygać kwestię winy w procesie karnym. Z dostępnych mi dziś informacji wynika bowiem, że w rozumieniu autorów wielu artykułów wina Sebastiana K. jest przesądzona. Tymczasem absolutnie tak nie jest.
Trzeba jednak zauważyć, iż dowód z treści opinii biegłego często jest w praktyce dowodem „mocnym”, niezwykle istotnym i nieraz bardzo silnie wpływa na treść wyroku sądu. Podkreślić jednak należy z drugiej strony, iż nie zawsze opinia biegłego musi mieć charakter dowodu przesądzającego o odpowiedzialności karnej oskarżonego. Chodzi o to, że istnieją instrumenty służące prowadzeniu polemiki z treścią opinii wydanej przez danego biegłego, a nawet umożliwiające dowiedzenie tezy przeciwnej do tej wskazanej przez biegłego. Tutaj otwiera się droga dla obrońcy Sebastiana K., w którego profesjonalizm wierzę całym sercem. Jest to wszak wybitna postać polskiej adwokatury – sławny mec. Władysław Pociej.
W pierwszej kolejności należy zauważyć, iż aby móc skutecznie próbować prowadzić polemikę z biegłym, należy wpierw dokonać własnej wnikliwej analizy tej opinii. Innymi słowy, należy po prostu poszukać jej słabych punktów – sprawdzić, czy jest logicznie skonstruowana, czy jest spójna wewnętrznie (czy nie zawiera wewnętrznych sprzeczności), czy biegły wykonał całe zadanie zlecone mu przez sąd. Należy również zbadać, na podstawie jakich materiałów została wydana oraz (w miarę możliwości) poddać ją kontroli merytorycznej.
Zgodnie z treścią przepisu art. 201 Kodeksu postępowania karnego strona może wnosić o uzupełnienie opinii biegłego powołanego w danej sprawie, jeżeli treść opinii tego biegłego jest niepełna, niejasna albo gdy zachodzi w niej sprzeczność. Reasumując: strona niezadowolona z treści opinii biegłego może wnosić o jego uzupełniające przesłuchanie lub o zobowiązanie tego biegłego do sporządzenia opinii uzupełniającej jego poprzednie wywody.
Ponadto możliwe jest również doprowadzenie do powołania nowego biegłego, a nawet doprowadzenie do następczej konfrontacji między powołanymi w sprawie biegłymi. Po przeprowadzeniu takich dowodów sąd oceni, któremu z biegłych przyznać atrybut wiarygodności, a którego twierdzeń nie uznać (może również nie uznać za wiarygodną żadnej ze wskazanych opinii).
Podsumowując, treść opinii biegłego jako dowód w sprawie karnej może, ale nie musi mieć decydującego znaczenia dla rozstrzygnięcia sądu. Jest tak często, ale należy pamiętać, że istnieją realne środki do prowadzenia polemiki z treścią takiej opinii (jeśli jest ona wadliwa), które rozsądnie wykorzystywane mogą prowadzić nawet do całkowitej odmowy uznania jej wiarygodności przez sąd.
Oczywiście wszystkie zasady opisane wyżej funkcjonują modelowo w demokratycznym państwie prawnym, którym Polska – według wszelkich znaków na niebie i na ziemi – od jakiegoś czasu już nie jest. Cała nadzieja dla młodego człowieka — Sebastiana K. — leży w roztropności i uczciwości sądu.
Nie znaczy to, abym tą konkluzją domagał się uniewinnienia oskarżonego. Domagam się jedynie sprawiedliwego, opartego o mocne dowody, orzeczenia, niezależnie od tego, czy będzie ono dla oskarżonego korzystne, czy nie.

Radocha

Elity z prowincjonalnych kraików mają uciechę, że Europa pokazała prowincjonalnej Polce gdzie jej miejsce.

Nie ma nic bardziej prowincjonalnego, zakompleksionego i wiernopoddańczego wobec Zachodu niż taka reakcja. Oczywiście, strona opozycyjna nie ma obowiązku wspierać Szydło – to byłby bezrefleksyjny, niski nacjonalizm. Ale fiksowanie się na tym, że „hurra, Szydło ograna!”, kiedy ograne zostają peryferie to bezrefleksyjny, niski i frajerski okcydentalizm. Opozycja nie potrafi grać kartą europejskości, bo czerpie dziwną rozkosz z tego, gdy Zachód uczy nas bycia cywilizowanymi, wprowadza sankcje, pisze o nas negatywne komentarze, nie daje nam stanowisk i pieniędzy, żeby nas ukarać.
T en sadomasochizm jest szkodliwy, bo odtwarza kuratelę centrum nad peryferiami. Ale dla elit kompradorskich korzystny i wygodny, bo z obsługiwaniu bata europejskości wynoszą dla siebie partykularne korzyści.
Swoją drogą, z dwojga złego wolę jako komisarza polityczkę, która wprowadziła jako premier 500+ niż byłą wicepremier, która jest zdania, że „za 6 tysięcy złotych to pracuje tylko idiota albo złodziej”. Tym bardziej, że ta pierwsza kandydowała na nie tak istotną funkcję komisarza w Parlamencie Europejskim, a ta druga wylądowała w Komisji Europejskiej.

Flaczki tygodnia

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje groźbę nadchodzącej katastrofy politycznej. Przyszłego PiSPSL -u.

Przeciągające się targi polityczne urządzone przez liderów PSL można racjonalnie wytłumaczyć dwoma powodami.
Pierwszy to tradycyjnie, PSL- owskie kokoszenie się. Kuglowanie, kiwanie, fochowanie w celu uzyskania jak najwięcej miejsc biorących na przyszłych listach wyborczych.
Zwłaszcza tak zwanych „jedynek”, czyli pierwszych miejsc na listach.
Bo wielu polskich, wybitnych ponoć, specjalistów od wygrywania wyborów głosi tezę, że około 30 procent wyborców zawsze, automatycznie i bezkrytycznie głosuję na pierwsze nazwisko na liście wyborczej. Głosuje tylko dlatego, że jest to pierwsze nazwisko na wybranej przez nich liście wyborczej.
Ta prawidłowość ma dotyczyć wszystkich list wyborczych.
To może oznaczać, że około trzydziestu procent Wyborców w naszym kraju to ten przysłowiowy „ciemny lud”.

Drugim racjonalnym powodem tych nieracjonalnych targów politycznych PSL jest wola jego kierownictwa wyjścia z koalicji z PO.
I doprowadzenie do przyszłej koalicji z PiS.
Realizacji starej zasady obowiązującej w PSL. Że w każdych wyborach wygrywa przyszły koalicjant PSL.

Stąd ten nagły atak obrzydzenia do lewicy uwidaczniany wśród elit Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jakieś uzasadnienie zerwania koalicji z już nie wygrywającą PO musi być.

Długo falowa kalkulacja prominentów PSL może być taka. PiS zapewne wygra najbliższe wybory parlamentarne. Ale wygra niewysoko. W Senacie może to być nawet remis ze wskazaniem na opozycję.
Zatem PiS na pewno nie będzie miał większości potrzebnej do zmiany Konstytucji RP, czyli dokończenia swojej kontrrewolucji narodowo- katolickiej. Będzie potrzebował koalicjantów do tego.
PiS może też nie mieć tych upragnionych 231 krzeseł w Sejmie RP potrzebnych do posiadania większości rządzącej. I być skazanym na koalicjanta.

Ponieważ aktyw PiS skutecznie spacyfikował prawicową konkurencję, albo ją wchłonął albo zdyskredytował jak to było w przypadku Konfederacji, to jedynymi potencjalnymi koalicjantami dla PiS mogą być klub fanów Pawła Kukiza i PSL.

Klub fanów Pawła Kukiza topnieje i może mieć problemy z przekroczeniem progu wyborczego.
Podobne kłopoty ma PSL, które jako samodzielny byt polityczny w przedwyborczych sondażach też oscyluje wokół progu wyborczego.
Ale koalicja Kukiz-PSL ma szansę na przekroczenie progu wyborczego. Zdobycia kilkunastu mandatów poselskich. Stworzenia klubu parlamentarnego PSL-Kukiz.

Ten klub może być na wagę większości rządzącej parlamencie. Może dać większość dla rządzącej, dziś opozycyjnej, Koalicji Obywatelskiej.
Może też dać większość rządzącej partii pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście zanim przyszły klub parlamentarny PSL-Kukiz wjedzie z PiS lub KE w koalicję rządzącą, to wpierw usunie ze swych szeregów pana posła Pawła Kukiza. Bo jest on nie koalicyjny. To solista polityczny, a w parlamencie trzeba mieć również umiejętności śpiewania w chórze politycznym.

Następnie liderzy klubu parlamentarnego PSL + przystąpią do negocjacji. Jeśli PiS zaproponuje im więcej w przyszłej koalicji rządowej niż KO, i dodatkowo jeszcze coś w sejmikach wojewódzkich, to liderzy PSL + wejdą w koalicję z partią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
To wreszcie uwolni ich od niedoli przebywania na niewygodnych ławach opozycji. I w parlamencie i w sejmikach wojewódzkich.

Wartość formacji PSL + zapewne wzrośnie w 2020 roku. Kiedy zaczną się wybory prezydenta RP. Wówczas każde nowe środowisko będzie cenne.
I wtedy liderzy PSL + znowu będą mogli poczuć się jak posiadacze złotej akcji. Decydującej o zwycięstwie w boju politycznym.

Historia dotychczasowych koalicjantów pana prezesa Kaczyńskiego nie jest zachęcająca. Pan prezes Jarosław jest wyjątkowo skutecznym kanibalem politycznym.
Liga Polskich Rodzin rozpadła się po koalicji z PiS. Podobnie rozpadła się „Samoobrona”. A jej lider Andrzej Lepper został znaleziony jako rzekomy samobójca.

Jak dzieci zachowują się euro deputowani PiS w Parlamencie Europejskim. Na złość Fransa Timmermansa utrącili jego kandydaturę na szefa Komisji Europejskiej. Aby utorować drogę Urszuli von der Leyen. Posiadającej równie pryncypialne poglądy na temat łamanej przez PiS praworządności w Polsce jak Timmermans. Ale młodszej od niego, bardziej energicznej i żądnej szybkich efektów. Zatem swym głosowaniem ekipa PiS zamieniła sobie przysłowiowy kijek na siekierkę.

Zablokowanie jednego kandydatka na rzecz innego, to normalka w parlamentarnej robocie. Zwykle mądrzy parlamentarzyści robią to w sposób zdecydowany i dyskretny. Nie biegają od knajp parlamentarnych po toalety i wszędzie chwalą się swym „historycznym zwycięstwem”.
A euro deputowani PiS tak czynili. Wszędzie przechwalali się swą udaną zemstą. W efekcie wzbudzili niesmak i niechęć pozostałych frakcji politycznych w Parlamencie Europejskim.
Taka niechęć szybko ujawniła się podczas głosowania nad kandydaturą euro deputowanej Beaty Szydło na przewodniczącą komisji pracy. Jej kandydatura upadła, choć nie było innej kandydatury. Bo ta komisja przypadła PiS w wyniku podziału komisji pomiędzy wszystkimi frakcjami politycznymi w euro parlamencie.

Teraz kierownictwo PiS odgraża się, że w tym tygodniu ponownie wystawi kandydaturę euro deputowanej Szydło.
Co będzie jeśli jej kandydatura znowu upadnie?
Propagandziści PiS wszystko zwalą na „wrażą Brukselę”? Na rzekomy antypolonizm pozostałych euro deputowanych?

Bigos tygodniowy

Gdybym był sędzią skazałbym Marka Falentę na dożywocie bez prawa do przedterminowego zwolnienia. Za co? Za język, jakim napisał swój osławiony hiszpański list do Adriana z prośbą o ułaskawienie. Wszyscy komentatorzy skoncentrowali się na ogólnej treści listu, natomiast jakoś nikt nie zwrócił uwagi na jego żałosny „styl”. Otóż list został napisany pokracznym żargonem ćwierćinteligenta, niezbornym, dalekim od elementarnej logiki języka, a nawet od zwykłego sensu, o estetyce słowa pisanego nawet nie wspominając. To język niedouka, człowieka pozbawionego kultury umysłowej, pełen niedojrzałej emocjonalności i pseudorefleksyjności (te komiczne uwagi o tym jak „trudno o przyjaźń w tych czasach” i westchnięcia typu „ech, życie”), te tandetne, sentymentalne uniesienia nad życiem osobistym, ta amikoszoneria, którą raczy adresata w wątku o wspólnocie odchudzania. Do surowej kary dodałbym Falencie dożywotni zakaz korespondencji.

Po wyborach do PE wyśmiewano jedną z gazet, że napisała pospiesznie, iż „PiS wygrał o włos”. Gdy po ochłonięciu spokojnie policzono liczbę głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze okazało się, że PiS rzeczywiście wygrało z Koalicją Europejską o włos, bo przewagą liczbową zaledwie 115 tysięcy głosów i to pomimo mobilizacji pisowskiej „biomasy”. Jeśli do tego dodać wynik Wiosny plus Razem, to jawi się przewaga strony demokratycznej. Nawet przy uwzględnieniu wyników Kukiza i Konfederacji. Policzył to już senator Marek Borowski, który liczyć umie. W tej sytuacji PSL i Wiosna, jeśli nie wejdą do jednolitego bloku przeciw PiS, okażą się ugrupowaniami szkodliwymi dla Polski. „Tylko blok pokona PiS” – jak słusznie stwierdził profesor Jerzy J. Wiatr. Jeśli Wiosna, PSL i Razem nie otrzeźwieją ze swojej egoistycznej megalomanii i nie wejdą do Bloku, wszyscy razem, łącznie z nimi, zostaniemy zjedzeni w Kaczej Zupie. Szansa na wygraną ciągle jest…

Patryk Vega, który jest lepszym piarowcem swojej twórczości niż reżyserem (choć reżyserem jest technicznie sprawnym) oświadczył, że swoim filmem, który smaży na jesień, pozbawi PiS władzy. Swoje dzieło montuje podobno aż w Japonii, czyli w odległości bezpiecznej od kaczystów. PiS-u nie pokonał ani Górski „Uchem prezesa”, ani Smarzowski „Klerem”, ani Sekielscy swoim dokumentem, więc i Vega na tę władze nie poradzi. Nie wystarczy obsadzić Andrzeja Grabowskiego w roli Kaczora żeby PiS zadrżał w posadach. PiS może utracić władzę, ale nie z powodu filmu. Wolałbym więc, żeby Vega dalej robił kino ginekologiczne, które mi się bardzo podoba.

Adrian wędrował po niezmierzonych przestrzeniach USA. Odwiedził tam aktualnego Wuja Sama, który pochwalił chłopca, poklepał, powiedział mu, że jest dzielny, więc dzieciak się cieszy. Więcej, zrobił duuuże zakupy w trumpowym sklepiku z bronią. Słyszałem, jak ktoś powiedział, że wśród zakupów jest koncertowy fortepian dla wojskowej orkiestry dętej. Nawiasem mówiąc, obecny Wuj Sam łudząco jest podobny do swojego klasycznego wizerunku (też ma żółte włosy). Adrian wędrował też po bastionach polskości w USA, czyli po parafiach, gdzie parafialne zespoły folklorystyczne w strojach krakowskich odtańcowywały przed nim „krakowiaczek ci ja”. Te hołubce wyczerpywały cały intelektualny potencjał Polonii Amerykańskiej, która jest szczególnie dewocyjna i niezbyt mądra.

Święte Miasto Częstochowa jest Rodzinnym Miastem Redaktora Piotra Gadzinowskiego, który przyszedł w nim na świat, tak jak Jezus przyszedł na świat w Betlejem. Ale i ja sroce spod ogona nie wypadłem, bo miałem w Częstochowie świętej pamięci ciotkę Helenę, którą odwiedzałem. Dlatego także osobiście cieszy mnie sobotnia częstochowska Parada Równości z Matką Boską Tęczową na czele. Cieszy mnie, że ci młodzi ludzie swoją aktywnością uliczną rozrzedzają zaduch katolicki w Polsce i zwracają uwagę, że też są dziećmi bożymi.

Pojawiły się katolickie bractwa męskie, które mają bronić Wiary i Kapłanów przed licznymi wrogami. Rycerze Świętego Jana Pawła Drugiego zamierzają bronić obrońcy pedofilów Jędraszewskiego z Krakowa przed namolnością pismaków wszelakiego autoramentu. Wojownicy Maryi na czele których stanął niejaki Pejo, zięć Korwina, mają bronić Wiary w formule szerszej. Dobry przykład działa zaraźliwie, więc należy spodziewać się niebawem wysypu Rycerstwa. Cóż, jaki Kościół, tacy Rycerze.

Sąd uznał, że młody człowiek, który witał Adriana odbywającego gospodarską wizytę gdzieś tam, transparentem o treści: „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent tylko dupa” jest niewinny. Dlatego ja, ośmielony przez sąd, ulżę sobie i napiszę cytując : „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent, tylko dupa”.

Niegdyś Lwica Lewicy, dziś Służka Pisowska Aleksandra Jakubowska i publicystka u braci Karnowskich przeszła z fazy krytyki przeciwników do fazy pensjonarskiego, egzaltowanego uwielbienia dla nowego pana i nie daje powiedzieć o nim złego słowa. Do ekstowarzyszy z SLD oczywiście nienawiścią zieje niezmiennie. Kobiecina nie skorzystała z okazji by milczeć. Lewica zawsze wychodziła na zakamuflowanych, ciasnych drobnomieszczuszkach jak Zabłocki na mydle. Już Lenin przed nimi ostrzegał.

Donald Tusk ostro pojechał na pisiorów przed komisją „vatowską” Horały. Można tego mojego rówieśnika 1957 lubić albo nie, ale to mistrzowski fighter. Zdemaskował propagandowy charakter komisji i zadania postawionego przed nią przez Partię. Jedno jest pewne, wina Tuska jest niemożliwa do udowodnienia i nie zmieni tego kolejne „przesłuchanie”.

Ziobro z podkulonym ogonem wycofał się z oskarżenia prawników UJ i zaniechał kierowania przeciwko nim pozwu o kłamstwo w ocenie projektu noweli kodeksu karnego. Ptaszki ćwierkają, że Kaczor kwaknął i Pan Zbyszek odtrąbił odwrót twierdząc, że lud poznał prawdę o jego wielkim dziele i zbędne jest angażowanie sądów(jakże nielubianych) do oceny tegoż. Gdy mówił te słowa na jego twarzy wykwitły, znane i lubiane wypieki. Ciekawe dlaczego?

Ministrowie odeszli z rządu i wraz z nimi, jak donosi ”Rzepa”, zniknęły ich oświadczenia majątkowe. Nie wiemy więc, póki co, czy na finał dostali nagrody. Nie wiadomo też czy wszyscy zwrócili słynne szydłowe „należne”.

Kanikuła w powietrzu, ale nie w polityce.

Zalewska kontratakuje

Minister Zalewska nie ma sobie i MEN nic do zarzucenia w sytuacji nadciągającego strajku nauczycieli w całym kraju, a niskim płacom w sektorze jest winna PO.

Uważa, że może spokojnie objąć funkcję deputowanej Parlamentu Europejskiego, bo spełniła się całkowicie na stanowisku rządowym w Polsce, a jej reforma ma się świetnie. Zapowiada też, że da zdecydowany odpór karcie LGBT w Warszawie.
W wywiadzie jaki w sobotę 16 marca rano ukazał się na jednym z portali minister edukacji Anna Zalewska najwyraźniej wątpi, czy zapowiadany na kwiecień strajk nauczycieli będzie odmową pracy na wielką skalę i uniemożliwi egzaminy gimnazjalne.
– Poczekamy na wynik nauczycielskiego referendum, który może przybierać różnego rodzaju formy – mówi szefowa MEN, podczas gdy faktycznie, jak już pisał Portal Strajk, nauczyciele w szkołach, gdzie referenda już się odbyły, w zdecydowanej większości opowiadają się za strajkiem.
Zalewska jednocześnie utrzymuje, że nie ma sobie nic do zarzucenia w kwestii podwyżek, jakich żądają nauczyciele, a ZNP zaprasza na “dalsze rozmowy”, oskarżając jednocześnie związek o niechęć do dialogu. Czołowy nauczycielski postulat podniesienia wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł określiła jako “zaporowy” i niemożliwy do realizacji ze względów budżetowych. Mówi, że budżet na ten rok jest już zamknięty, nie odnosząc się jednak do faktu, że główny postulat i groźba strajku były przez ZNP artykułowane od połowy roku ubiegłego.
Szefowa ministerstwa uparcie powtarza, że proponowane przez resort symboliczne podwyżki, gdzie nauczyciele dyplomowani dostaną w trzech turach dodatkowe 508 zł, a pozostali mniej, to na razie absolutny pułap. Nie wyklucza co prawda dyskusji o kolejnych podwyżkach w przyszłości i zaprasza ZNP do dalszych rozmów, podczas gdy przez cały ubiegły rok MEN regularnie ignorował głos związku.
– Kompromis zakłada, że my się gdzieś w pół drogi spotykamy – podkreśla przedstawicielka rządu, upominając ZNP, chociaż nie wiadomo, co w świetle dotychczasowych doświadczeń miałoby to oznaczać.
Pani minister nie ma wątpliwości, że jej rząd zrobił dla nauczycieli wszystko, co było możliwe. – Z mojej strony jest wyłącznie dobra wola – powtarza, a sedna problemu z niskimi zarobkami upatruje w polityce poprzedniej ekipy.
– Jestem ministrem edukacji, który oddał nauczycielom wszystko to, co zabrali moi poprzednicy, pamiętając, że nauczyciele zasługują na podwyżki, do których się zobowiązałam. (…) Nie wywołuję żadnych konfliktów. Zapowiedziałam podwyżki i je zrealizowałam przy absolutnym spokoju i aprobacie związków zawodowych.
Zalewska odżegnuje się od podejrzeń, że jej kandydatura do Parlamentu Europejskiego jest ucieczką od problemów polskiej edukacji, z którymi nie daje sobie rady.
– Jarosław Kaczyński i premier Beata Szydło poprosili mnie, abym z tego mandatu zrezygnowała i poszła do najtrudniejszego resortu z jednym celem: abym przeprowadziła reformy. I tak właśnie się stało. (…) Reforma jest dopilnowana (…) Jesteśmy absolutnie spokojni.
Pani minister zapowiedziała jednocześnie, że będzie walczyć z kartą LGBT w warszawskich szkołach, bo jej postanowienia są jej zdaniem niekonstytucyjne.
– W systemie oświaty nie występuje ktoś taki jak „latarnik”. Jest za to pedagog czy psycholog – zastrzega i zapewnia, że “latarnicy”, czyli osoby sygnalizujące dyskryminację osób LGBT, absolutnie do szkół nie wejdą. – To jest niezgodne z prawem. Będziemy tego bezwzględnie pilnować.

Polityka antyzagraniczna PiS

„Polityka antyzagraniczna” tak określam politykę rządu Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich latach, z kilku powodów.

Tak słabej pozycji międzynarodowej Polska od dawna nie miała. Polska traci prestiż, wiarygodność i wpływy w światowej polityce. Jak stwierdziła to konferencja byłych ambasadorów RP w swoim oświadczeniu 31 maja 2018r. „obecne władze czynią z Polski państwo słabe, izolowane i samotne. Dorobek polityki zagranicznej niepodległej Polski jest marnotrawiony i niweczony”.
Polska jest członkiem Unii Europejskiej, ale nie ma dziś wzorowych stosunków z żadnym państwem tego ugrupowania jak również nie ma bezkonfliktowych stosunków z państwami nie należącymi do UE. W interesie każdego państwa jest zabieganie o dobre, przyjazne stosunki z sąsiadami. Tymczasem Polska ma napięte stosunki z Rosją, problemy z Białorusią i poprawne choć nie najlepsze stosunki ze Słowacją, Czechami i Niemcami. Nic więc dziwnego, że tracimy wpływy na arenie międzynarodowej.
Niemcy są naszym największym partnerem handlowym. Tymczasem raz po raz ze strony polskiej pojawiają się wypowiedzi drażniące naszego zachodniego sąsiada. Świadczą o tym żądania nowych odszkodowań mimo, że sprawa ta została dawno uregulowana. Nie służą dobrze stosunkom dwustronnym nieodpowiedzialne wystąpienia ambasadora RP w Niemczech Andrzeja Przyłębskiego.
Nie tylko nie potrafimy wykorzystać naszego członkostwa w Unii Europejskiej dla wzrostu znaczenia Polski, ale nieodpowiedzialnymi zachowaniami osłabiamy naszą pozycję w tym ważnym ugrupowaniu. Niejako symbolem naszego braku znaczenia dla członkostwa w UE było usunięcie przez ówczesną premier Beatę Szydło flagi unijnej z siedziby Rady Ministrów. Do Trybunału Sprawiedliwości UE napływają skargi na Polskę za łamanie prawa unijnego. W wyniku werdyktu Trybunału Sprawiedliwości władze polskie zmuszone były do rezygnacji ze zmian m. in. w ustawach o sądownictwie, w tym w ustawie o Sądzie Najwyższym oraz o wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.
Przykładem amatorszczyzny i porażki polskiej dyplomacji była konferencja w Warszawie 14 lutego br. o Bliskim Wschodzie. Inicjatorem tej konferencji była administracja Donalda Trumpa. Amerykanie chcieli zorganizować tę konferencję w Europie Zachodniej lub w Maroku, ale żaden kraj nie zgodził się na rolę gospodarza. Poniżające dla nas było to, że konferencję w Warszawie zapowiedzieli Amerykanie zanim jeszcze pojawiły się o tym informacje ze strony polskiej. Uznano to za przykład klientelizmu i serwilizmu rządu polskiego wobec Waszyngtonu. Początkowo Amerykanie chcieli z tego spotkania, w którym wzięło udział ponad 50 państw uczynić antyirański show. Nawet padło słowo „wojna” przeciw Iranowi. Ale nie znalazło to poparcia wśród innych państw. Kilka krajów zbojkotowało spotkanie w Warszawie.
Konferencja w Warszawie była niewypałem politycznym i obfitowała w liczne skandale, do czego przyczynili się głównie Amerykanie i Izraelczycy. Według informacji prasy zagranicznej premier Netanjahu miał oświadczyć, że Polacy mordowali Żydów, co mogło sugerować że czynili to wszyscy Polacy. Dziennikarka z amerykańskiej stacji NBC Andrea Mitchell w relacji z Warszawy dezinformowała Amerykanów, że w czasie powstania w warszawskim getcie powstańcy żydowscy walczyli z polskimi i nazistowskimi władzami. Nawet organizacje żydowskie w Stanach Zjednoczonych zaprotestowały przeciw temu kłamstwu. Dziennikarka amerykańska po licznych protestach przeprosiła za swe kłamliwe wypowiedzi.
Stany Zjednoczone były reprezentowane na warszawskiej konferencji przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a oraz sekretarza stanu Mike’a Pompeo. Amerykanie wykazali się ignorancją przypominając Polakom o należnych im odszkodowaniach za mienie znacjonalizowane w powojennej Polsce. Zapomnieli, że Polska w 1960 r. podpisała porozumienie z rządem USA w wyniku którego zgodziła się zapłacić 40 mln. ówczesnych dolarów za znacjonalizowane mienie amerykańskie. Przedstawiciele rządu PiS nie wyjaśnili Amerykanom, że ich żądanie nie ma podstaw prawnych.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ponad trzech lat sprawowania władzy doprowadził do znacznego osłabienia pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Dotyczy to pogorszenia stosunków bilateralnych z wieloma państwami jak również pozycji naszego kraju w strukturach międzynarodowych takich jak UE, NATO, ONZ. W mediach zagranicznych często wspomina się Polską ksenofobię i antysemityzm oraz brak gotowości do przyjmowania uchodźców.
Do osłabienia pozycji i wpływów Polski na arenie międzynarodowej przyczyniają się mankamenty polskiej służby dyplomatycznej. Z MSZ zwolniono wielu doświadczonych dyplomatów. Na czele polskich placówek zagranicą stoją ludzie niedoświadczeni i pozbawieni obycia międzynarodowego. Prawo i Sprawiedliwość nie chce wręcz korzystać z doświadczonych osób, jeżeli nie mają one związku z ich partią i ich poglądami.

Jeszcze weselsze będzie życie staruszka

Rząd twierdzi, że Polacy żyją coraz dłużej. Tak się jednak składa, że od dwóch lat, pod rządami PiS, żyją coraz krócej, zaś liczba zgonów rośnie. Za to komfort krótkiego życia naszych seniorów ma się poprawić.

 

Rady Ministrów pochyliła się z troską nad losem seniorów w Polsce. W związku z tym jej Komitet Społeczny przyjął tak zwaną strategię polityki senioralnej.
– Żyjemy coraz dłużej, ale z czasem komfort życia się pogarsza. Rząd Prawa i Sprawiedliwości chce to zmienić – oświadczyła wicepremier Beata Szydło, szefowa KS Rady Ministrów.

 

Żyjmy dłużej!

Pani wicepremier jest zdecydowanie zbyt skromna. Rzecz w tym, że rząd Prawa i Sprawiedliwości już to skutecznie zmienił. To znaczy, zmienił to, że żyjemy znacznie dłużej. Teraz bowiem, pod rządami PiS żyjemy coraz krócej.
Pani wicepremier Szydło oczywiście doskonale o tym wie, bo jako szef KSRM zna (lub powinna znać) statystyki demograficzne. Woli jednak mówić, oszczędnie gospodarując prawdą, że nasze życie się wydłuża. Niestety, jest odwrotnie. W 2016 r. przeciętna dalsza długość życia w Polsce spadła o dwa miesiące. W roku ubiegłym – o kolejny miesiąc.
Liczba zgonów rośnie. W 2016 r. odnotowano w Polsce 388 tys. zgonów, podczas gdy w 2017 aż 403 tys. W rezultacie, Polska ma ujemny przyrost naturalny, bo w ubiegłym roku zarejestrowano tylko 402 tys. urodzeń żywych.
W dodatku, rośnie też liczba tragicznych wypadków przy pracy. Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. ogółem 88 330 osób padło ofiarą wypadków przy pracy, z czego wypadkom śmiertelnym uległo 269 osób.
To więcej niż w roku ubiegłym. W 2016 r. tylko 87 886 osób doznało wypadków przy pracy, a zginęło w nich 239 osób.

 

Oszczędności na zdrowiu

Przyczyny wymierania Polaków są dosyć znane i oczywiste. To nie tylko brak troski obecnej ekipy o dobro pracowników i zwykłych mieszkańców kraju.
To także coraz gorsze zarządzanie ochroną zdrowia przez PiS i coraz trudniejszy dostęp do świadczeń medycznych.
To czynienie oszczędności na leczeniu ludzi chorych, których w krajach cywilizowanych udaje się ratować. Dlatego Najwyższa Izba Kontroli stwierdza jednoznacznie: „Polski pacjent nie może korzystać z porównywalnego do mieszkańców innych krajów zachodniej Europy zakresu dostępnych opcji terapeutycznych w leczeniu nowotworów: ma ograniczony dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, w tym nowoczesnych leków”.
Będzie więc nas umierać coraz więcej.

 

Pozytywny obraz starości

Być może jednak coś się zmieni. Przecież na rządzie „stanęła” właśnie strategia polityki senioralnej. Ów ważny dokument z pewnością odnosi się do wszystkich bolączek skracających polskie życie i próbuje je naprawić. Z pewnością porusza bardzo ważne sprawy i proponuje mądre rozwiązania.
I rzeczywiście. Oto bowiem w rządowej strategi senioralnej można przeczytać, że rozwiązania zaplanowane wobec ogółu osób starszych uwzględniają siedem obszarów działań.
Pierwszym i najważniejszym z nich jest kształtowanie pozytywnego postrzegania starości w społeczeństwie. Trafione w sedno!
To rzeczywiście jest problem numer jeden polskich seniorów, którzy niczym tak się nie zamartwiają, jak tym, że ich starość nie ma pozytywnego wizerunku w oczach ogółu społeczeństwa.
Trzeba to zmienić, wykorzystując media i ludzi kultury. Już dawno przecież w Kabarecie Starszych Panów śpiewano: „Wesołe jest życie staruszka”. Należy więc kręcić filmy, tworzyć słuchowiska radiowe, sztuki i telenowele pokazujące pogodnych, zadbanych, zdrowych ludzi w starszym wieku. Zwłaszcza filmy, bo jak wiadomo, ze wszystkich sztuk, sztuka filmowa jest dla władzy najważniejsza.
I rząd właśnie to wszystko planuje. Jak stwierdza bowiem strategia polityki senioralnej, wkrótce zacznie się realizacja edukacyjnych kampanii społecznych. Najprawdopodobniej będą one pod hasłem: „Polska starość jest wspaniała”.
Wtedy zaś ogół społeczeństwa inaczej, bardzo pozytywnie, zacznie postrzegać podeszły wiek seniorów. Ba, nawet zacznie marzyć o tym, żeby jak najszybciej się zestarzeć – bo przecież nie ma po co trawić życia w młodości i średnim wieku, skoro starość w Polsce jest taka piękna.

 

Przede wszystkim religia

Drugi obszar rządowej polityki senioralnej, także ważny, zakłada: „wspieranie wszelkich form aktywności – obywatelskiej, społecznej, kulturalnej, sportowej i religijnej osób starszych”.
Nie trzeba chyba dodawać, że w tym zestawieniu rządowi chodzi przede wszystkim o wspieranie aktywności religijnej.
Ona właśnie stanowi dla seniorów naturalną formę wyżycia się i ekspresji, a poza tym może im stworzyć wspaniałe i dalekosiężne perspektywy – bo w ich wieku czas już przecież pomyśleć o tym, jak będzie wyglądać życie wieczne. Również i dla obecnej władzy aktywność religijna seniorów jest wszak milsza, niż jakakolwiek inna.
A trzeba też przyznać, co z pewnością potwierdzi Kośćiół Rzymsko-Katolicki, że jest jeszcze wiele do zrobienia, by ułatwić seniorom wykazywanie aktywności religijnej. Zwłaszcza sieć kościołów w Polsce mogłaby być znacznie gęstsza, by ludzie starsi nie musieli chodzić do nich tak daleko jak dziś.
Trzeci obszar uwzględnia wykorzystanie potencjału osób starszych w życiu gospodarczym i na rynku pracy, by zapobiegać ich wykluczeniu ekonomicznemu, cyfrowemu i technologicznemu.
To również bardzo ważne dla rządu, bo seniorzy ochoczo poszli na przywrócone emerytury, więc trzeba znaleźć jakieś sposoby, aby ich skłonić do pracy, co mogłoby nieco odciążyć ZUS.

 

Rząd podniesie emerytury?

Wykluczeniu ekonomicznemu mogłyby ponadto najskuteczniej zapobiec znacznie podniesione emerytury. Można zatem mieć chyba pewność, że troszczący się o dobro seniorów rząd wkrótce wystąpi z jakąś satysfakconującą propozycją finansową.
Dopiero na czwartym miejscu znajdujemy jakiekolwiek odniesienie do fatalnego poziomu opieki medycznej w Polsce. Rządowa strategia senioralna stwierdza bowiem: „Czwarty obszar obejmuje działania z zakresu promocji zdrowia, profilaktyki chorób oraz dostępu do diagnostyki, leczenia i rehabilitacji poprzez np. rozwój telemedycyny i teleopieki oraz dostęp do udogodnień technicznych, wspierających samodzielność osób starszych”.
Jak widać, nic tu jednak nie ma o poprawie poziomu leczenia groźnych chorób, zwłaszcza nowotworowych. Dla rządu to nie jest ważne. Zamiast tego seniorom oferuje się telemedycynę, teleopiekę i profilaktykę – jak gdyby w wieku 65 lat i więcej profilaktyka chroniąca przed chorobami była ważniejsza, niż ich leczenie.

 

Poradnictwo zamiast policji

Piąty obszar ma polegać na przeciwdziałaniu przemocy i zaniedbaniom wobec osób starszych dzięki stworzeniu sieci poradnictwa na terenie kraju.
A może, zamiast sieci udzielania mądrych porad dla seniorów, rząd zająłby się poprawą skuteczność działań policji? To najlepiej zapobiegłoby przemocy i zaniedbaniom wobec osób starszych.
Mamy jeszcze dwa obszary – szósty, dotyczący wspierania integracji międzypokoleniowej m.in. poprzez realizację projektów edukacyjnych – czyli pokrewny wobec obszaru pierwszego; no i ostatni, siódmy, poświęcony „szeroko zakrojonym działaniom edukacyjnym na temat starości”.
I taka jest właśnie ta rządowa polityka senioralna. Jeśli zostanie w pełni zrealizowana i pójdą na nią pieniądze, które mogłyby trafić na przykład na ochronę zdrowia, to jej efekt z pewnością będzie porażający, chociaż nieco połowiczny.
Wzmiankowany przez rząd komfort życia seniorów wprawdzie się nie poprawi, ale za to będą się oni coraz krócej męczyć. To drugie zadanie na pewno się uda obecnej ekipie, bo już pokazała swoją skuteczność w jego realizowaniu.