Nadzieja liberalnej opozycji

Lewica i prawica to przestarzałe pojęcia, które są dziś bez znaczenia. Młodzież nie jest lewicowa, tylko szanuje praworządność, wyznaje wartości europejskie i jest tolerancyjna.

Lewicowość jest etykietką, której nie znosi. Rynek wszystkiego nie ureguluje, prywatyzując rynek zdrowia się myliliśmy. Prywatyzowanie usług komunalnych nie jest najlepszym pomysłem, cenzura prywatnych firm budzi niepokój, państwo musi być silne.

Polska potrzebuje pieniędzy z europejskiego Planu Odbudowy. Lewica to łobuzy, bo podważyła naszą (liberalnej opozycji) pozycję negocjacyjną.
Zaraz, przecież lewicy i prawicy miało już nie być… no ale jednak są. Czyżby sprzeczność?

Lewica z tymi mieszkaniami osiągnęła mniej niż PO, kiedy rządziło. Cudnie było… PiS rozda pieniądze swoim, trzeba ich kontrolować.

Biednym trzeba ulżyć, ale ten pomysł, żeby podwyższać podatki przedsiębiorcom, ludziom kreatywnym i tworzącym miejsca pracy jest „nieroztropne”.

Władzę trzeba zdecentralizować.

Borys Budka ogólnie rzecz biorąc fajny jest, tylko Platforma zdycha. Budka nie wie, dlaczego tak jest, człowiek-nadzieja opozycji też nie. A obywatele chcą, żeby on był zamiast Budki. To go motywuje do roboty. Jakiej? Nie wiadomo. Trzeba sformułować plan dla Polski.

Budka nic nie robi, ale trzeba pamiętać, że wziął partie w trudnym momencie. Publiczna krytyka Budki jest niewłaściwa. Będzie (człowiek-nadzieja, nie Budka), robił partię, która nie będzie partią.

Szymon Hołownia dojrzewa. Politycznie. Morawiecki wprowadza autorytaryzm, ale jakby co, to on jest gotów do rozmów, bo jest osobą, która nie szuka konfliktu. On i Hołownia mogą nieść zmianę. Jeden będzie nadzieją, drugi dialogiem, obaj będą uśmiechnięci.

Centrum miasta musi mieć wyłącznie wąskie ulice. Jak będzie miało szerokie, to będzie „sowieckim miastem”. Trzeba centrum oddać ludziom, a zabrać samochodom. Zbudować zamiast tego system sprawnej komunikacji miejskiej to „ogromne wyzwanie”.

Czyta pięć książek na raz. Po mieście nie chodzi, bo go rozpoznają i zaraz czegoś od niego chcą. Miasto fajna sprawa, ale on ma predyspozycje do polityki zagranicznej. Nawet kojarzą go już ze znajomością języków obcych.
Zbiera podpisy przeciwko TVP Info. Będzie zbierał też podpisy za czymś, a nie przeciwko, jak tylko jakieś pozytywne projekty będą pod ręka. Nara.

Zaprezentowałem właśnie Państwu zwarty, pozbawiony kompletnie jakichkolwiek cech charakterystycznych, doskonale obły, śmiertelnie nudny, nic nie wnoszący i nie odpowiadający na żadne istotne społecznie pytanie program Rafała Trzaskowskiego. To właśnie on jest nadzieją opozycji. I w ten właśnie sposób wypowiadał się w wywiadzie dla tygodnik.interia.pl.

Pan to ma szczęście, Panie Kaczyński!

Gdybanie lokalne

Na Dolnym Śląsku Polska 2050 pokazała bojową szpicę, która powalczy o elektorat. Nie jest zbyt ostra i już dobrze zużyta.

Mam tam kilku znajomych. Np. Tomek Czajkowski, który już z niejednego pieca chleb jadł, najdłużej z lewicowego, potem różnie bywało. Ruch musi kogoś podkupić, bo z nowicjuszami daleko nie ujedzie. Dziś doświadczenie w wyborczej polityce jest potrzebne. No i oczywiście pieniądze. Idee ruchu są zbliżone do programu PO i o ten elektorat głównie Hołownia zabiega. Ten ruch to napompowany balon, członkowskie wnętrze jest nieznane. Może być to niezbyt przyjemny gaz, który szybko ulotni się. Jak w terenie wyborcy poznają lokalnych liderów, znanych z innych partii i koterii pojawi się rozczarowanie.

W rywalizacji o ten sam elektorat w terenie Hołownia w zderzeniu z PO nie ma wielkich szans. PO ma struktury, pieniądze, logistykę i ludzi. Hołownia nie ma. Jeżeli PO nie dopuści do przechodzenia aktywu do Hołowni, to rywalizacja jest z góry wygrana. We Wrocławiu jest jeszcze trochę aktywistów Nowoczesnej, ale oni już mieli różne legitymacje członkowskie (głównie PO) i kiedyś wyborcy pokażą im środkowy palec. Zdrada polityczna w katolickiej Polsce ma się dobrze.

Taki scenariusz jest możliwy, ale w naszej polityce działy się i dzieją rzeczy dziwne, a elektorat nie jest do partii przywiązany. Za wyjątkiem wyznawców PiS. Przejście w Warszawie kilku polityków do Hołowni ma charakter propagandowy, ale nie ma praktycznego przełożenia na budowę struktur w terenie. Jeżeli PO opanuje wewnętrzny konflikt i zacznie sensownie rozmawiać z wyborcami, Hołownia skończy jak jeden z licznych sezonowych ruchów, których wiele było na naszej scenie politycznej. Jeżeli PO będzie popadać w nicość, posłom będą mylić się guziki do głosowania, będą głosować, razem z PiS, za budową pomników dla wyklętych, co miało miejsce we Wrocławiu i nadal tęsknić za utraconą wielkością to będzie koniec. Zapewne spora część elektoratu PO wróci wtedy do lewicy o ile ta pokaże wreszcie jedność prawdziwą i mądrą. Tematu nie będę rozwijał, bo to sprawa na osobny materiał.

Czas dialogu z biskupami minął

Ostatnie miesiące zmieniły polskie społeczeństwo. Kobiety i ich sojusznicy wyszli na ulice. Walka o prawo do bezpiecznego przerywania ciąży, o prawo do wyboru, jest doświadczeniem pokoleniowym. Jego skutki będą zapewne odłożone w czasie. Ale całe pokolenie złapało bakcyla wolności. I jednocześnie zostało zaszczepione przeciwko klerykalizmowi, obskurantyzmowi i konserwatyzmowi.

Przyczyn protestu jest wiele. Sam uczestniczyłem w wielu protestach przeciwko piekłu kobiet i z doświadczenia mogę powiedzieć, że niezwykle dobrze odbierany jest argument dotyczący godności Polek. Brzmi on mniej więcej tak: Dlaczego Polki nie mają takich praw jak inne Europejki. Wszystkie Europejki [poza Maltankami] mogą dokonywać wyboru, a Polki nie. Dlaczego?

Odrzucić niepisaną konstytucję

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. I mieści się w dwóch słowach: Kościół Rzymskokatolicki.

To uprzywilejowana pozycja Kościoła w polskim systemie politycznym decyduje o pozbawieniu Polek praw, które są oczywiste dla innych Europejek. Prawa do wyboru, którym – przypomnijmy – cieszyły się od 1956 do 1993 roku. Prawo wyboru jest doświadczeniem milionów Polek z pokolenia powojennego wyżu. Wtedy jednak pozycja Kościoła w Polsce była inna. Transformacja ustrojowa była głębsza, niż na pierwszy rzut oka widać. Doskonale opisała to na łamach Oko.press Agnieszka Graff, wskazując że obok pisanej Konstytucji – zgodnej z ideami oświecenia i praw człowieka – uformowała się również konstytucja niepisana, przyznająca Kościołowi nieformalny, ale respektowany przez elity, wpływ na różne sfery życia społecznego. Na nieszczęście polskich kobiet, jedną z takich sfer była kontrola nad seksualnością i rozrodczością kobiet.

Każda umowa trwa jednak tak długo jak stosunki społeczne, które ją wytworzyły. Na scenę wkroczyło nowe pokolenie, które niepisanej Konstytucji nie uznaje. Nie akceptuje uprzywilejowanej pozycji Kościoła w państwie. Jest ona dla nich czymś dziwacznym, odbiegającym od Zachodniej normy, ograniczającym ich wolność. Dla młodych Kościół ma twarz szkolnego katechety. I nie jest to twarz zbyt zachęcająca. Katecheta nie prowadzi otwartej dyskusji, lecz wykłada niepodważalne prawdy wiary. Jeśli jakiś uczeń chciał z nauczaniem Kościoła dyskutować w oparciu o rozumowe czy empiryczne argumenty to był ośmieszany. Taki obraz Kościoła ma w głowach młode pokolenie. Powiedzmy szczerze, jest to dobra metafora pozycji Kościoła w Polsce.

Kościół już przegrał

Dni uprzywilejowanej pozycji Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce są już policzone. Z kilku powodów. Po pierwsze, młode pokolenie uznaje ten stan za nienormalny. Po drugie, spora część średniego i starszego pokolenia nie wybaczy Kościołowi sojuszu z PiS. Jeśli PiS straci kiedyś władzę, to pójdzie na dno razem ze swoim sojusznikiem.

Polska potrzebuje więc nowego ułożenia stosunków z Kościołem. Na zasadach, które zgodne są z XXI-wieczną praktyką rozdziału Kościoła od Państwa. Jak wypracować te nowe zasady? Drogi są z grubsza dwie. Dialog albo siła prawa. Albo Państwo się z Kościołem dogada polubownie, albo narzuci mu swoje propozycje.

Nie ma partnera do dialogu

Większość z nas instynktownie czuje, że dialog jest czymś lepszym, a rozwiązania wykute w dialogu są trwalsze. Na tym przekonaniu swoją pozycję buduje Szymon Hołownia, którego upodobanie do kojącej mocy dialogu stało się już tematem wielu internetowych memów. Mógłbym nawet przyznać Hołowni rację. Problem polega na tym, że do dialogu potrzeba dwóch stron. Nie widzę po stronie kościelnej chętnych do prowadzanie dialogu na temat nowego ułożenia relacji Państwo-Kościół. Szczególnie, że za kilka lat będzie to – z punktu widzenia Kościoła Rzymskokatolickiego – negocjowanie warunku kapitulacji. Rzeczywistość społeczna się zmienia. I za kilka lat Kościół w Polsce nie będzie negocjował dla siebie nowych przywilejów, lecz warunki na których je utraci. Czy ktoś wyobraża sobie obecnych członków Episkopatu w takiej roli? Polski Kościół jest w swojej masie Kościołem przedsoborowym. Nie w sensie liturgii i symboliki, ale w sensie postrzegania własnej roli społecznej, własnej roli w państwie i społeczeństwie. Księża nie uznają siebie za jednych z uczestników pluralistycznego społeczeństwa obywatelskiego, roszczą sobie prawo do pozycji uprzywilejowanej, jak – powiedzmy – w XIX wieku. Księdza wierni mają słuchać w każdym temacie, na który się wypowie i łożyć na jego utrzymanie. A państwu wara od tego.

Tak to wygląda i Szymon Hołownia doskonale o tym wie. Kto jak kto, ale katolicki publicysta zna tę instytucję od podszewki. To nie jest Kościół „Tygodnika Powszechnego”. To jest Kościół, który wyrzuca „Tygodnik Powszechny” z redakcji, bo naprzykrza się miejscowemu hierarsze. Jak Kościół ma negocjować swoją rolę w demokratycznym państwie i pluralistycznym społeczeństwie, skoro biskupi nie tolerują nawet pluralizmu we własnej instytucji.

Dlatego ustalenie nowej pozycji Kościoła w Państwie nie odbędzie się w porozumieniu z biskupami. Opozycja po wygranych wyborach musi mieć siłę, aby zawalczyć o świeckie państwo. Niektórzy samorządowcy już teraz odnajdują w sobie tę siłę.

Dwa fundamenty władzy Kościoła

Władza Kościoła opiera się na dwóch fundamentach: ideologicznym i finansowym. Fundament ideologiczny to odbywająca się w szkołach katechizacja. Co rusz słyszymy, że szkoła ma być wolna od polityki. Działacze na rzecz praw osób LGBT, czy aktywiści klimatyczni w szkołach bardzo drażnią prawicę. Ale zupełnie nie przeszkadza im, że w radzie pedagogicznej zasiadają osoby, które przez 12 lat edukacji, dwa dni w tygodniu prowadzą ideologiczną indoktrynację. Mówią dzieciom, że aborcja to morderstwo, homoseksualizm to zboczenie a prezerwatywa to grzech. Młodzi się przeciwko temu buntują. Wypisują masowo z katechezy. W dużych miastach to masowy trend. Ale w mniejszych ośrodkach wypisanie się z katechezy jest aktem odwagi. Kilka pokoleń dzieciaków niechodzących na religię doświadczyło w Polsce prześladowań przez grupę rówieśniczą, katechetów, nauczycieli. Czas z tym skończyć. Nie chodzi o zmniejszenie liczby godzin katechezy. To będzie zmiana ilościowa. Polska szkoła potrzebuje zmiany jakościowej, przywrócenia jej świeckiego charakteru. Bez lekcji religii i księży w radzie pedagogicznej.

Szkoła powinna – jak wszystkie inne publiczne instytucje – być wolna od symboli religijnych. Księża nie powinni uczestniczyć w uroczystościach państwowych. Żadnych. Chyba, że w charakterze gości.

Rozmontować potęgę Kościoła

Szczególnie, że katecheza w szkołach łączy się z drugim fundamentem władzy Kościoła: finansami.

Musimy przerwać pępowinę łączącą Państwo z Kościołem. PiS z Kościołem. Jedną i drugą stronę łączy relacja handlowa. PiS płaci gotówką. Kościół odwdzięcza się poparciem. PiS zapewnia bezkarność. Księża odwdzięczają się dobrym słowem z ambony. W dniu wyborów.

Mój przekaz jest jasny. Należy znieść przywileje Kościoła. Księża powinni być takimi samymi obywatelami jak osoby świeckie. Powinni płacić takie same podatki, składki, cła i inne daniny. Nie ma żadnego uzasadnienia dla rozlicznych przywilejów, wyjątków, ulg i bonifikat dla Kościoła.

Za katechizację płaci państwo. Z naszych podatków finansujemy armię prawie 22 tys. katechetów, co kosztuje na wszystkich 1,5 mld zł rocznie. Niewiele mniej niż inne propagandowe narzędzie władzy, czyli media publiczne w obecnym wydaniu. Tę pozycję należy wykreślić z budżetu państwa. Zero godzin religii w szkole. Zero złotych na pensje dla katechetów. Szymon Hołownia ma pomysł, aby lekcje religii zredukować o połowę. Ja żądam, aby zredukować je do zera.

Katechizacja i pensje dla katechetów to niejedyne elementy finansowej potęgi Kościoła. Są też inne. Księża nie płacą podatku dochodowego jak zwykli obywatele. Księży obowiązuje podatek dochodowy (PIT) w formie niewielkiego ryczałtu, w zależności od funkcji w Kościele i wielkości parafii – od 131 zł kwartalnie dla wikariuszy do półtora tysiąca dla proboszczów największych parafii. To kwoty nieporównywalnie mniejsze, niż gdyby PIT był płacony na zasadach ogólnych. Dlaczego księża nie mogą płacić podatku dochodowego od tacy? Od ofiar pobieranych za chrzest, ślub i pogrzeb?

Przecież to dochód księdza i jego parafii!

Dzisiaj ZUS księży i zakonnic jest opłacany przez w 80% przez Państwo z Funduszu Kościelnego. Dlaczego księża nie opłacają w 100% swojego ZUS-u? Jak wszyscy inni pracujący Polacy. Tak powinno być. A Fundusz Kościelny po prostu powinien zostać zlikwidowany.

Kościół korzysta z bonifikat przy zakupie nieruchomości (zwłaszcza gruntów) od samorządów. Często są to ulgi w wysokości 90–99 proc. wartości nieruchomości. Hołownia chce te bonifikaty ograniczyć. Jego krakowscy zwolennicy mówią, że ograniczenie ma sięgać AŻ 50 proc. Przelicytuję was. Bonifikaty mają być ograniczone do zera. Żadnych bonifikat dla kleru. To na nich bowiem zbudowano małe imperia księdza Dymera i innych kościelnych oligarchów, którzy na koniec dnia byli „zbyt duzi by upaść”. Nawet jeśli jednocześnie krzywdzili dzieci.

Od 1992 roku do dziś Kościół dostaje na tzw. Ziemiach Odzyskanych za darmo grunty rolne. Po 15ha dla parafii.

Łącznie ponad 76 tys. ha, czyli prawie tyle, ile zwróciła niesławna Komisja Majątkowa. Komisje Regulacyjne powinny zakończyć swoje działanie. I ani jeden hektar na Ziemiach Zachodnich i Północnych nie powinien już trafić w ręce kleru. Lewica w Sejmie wykonuje swoją pracę. Składamy projekty ustaw odbierające Kościołowi jego przywileje, jak ten o nadziałach ziemi na ziemiach Zachodnich i Północnych. Nie mamy wątpliwości, ze PiS tego nie przegłosuje. Ale projekty już są. I zostaną zgłoszone ponownie, kiedy większości już miał nie będzie.

Roczny koszt utrzymania samego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego to ponad 15 mln zł, a kolejne 10 mln zł wynosi rachunek od kapelanów więziennych, szpitalnych oraz zatrudnionych w służbach mundurowych. Moim zdaniem jedynym miejscem, gdzie powinni pozostać kapelani są szpitale. W obliczu śmierci każda osoba wierząca ma prawo wezwać księdza. Tylko niekoniecznie musi być to ksiądz na etacie szpitala. Wystarczy proboszcz, czy wikary z najbliższej parafii.

NIE dla Podatku Kościelnego

Zadaniem opozycji jest rozmontowanie, cegiełka po cegiełce tego fundamentu finansowej potęgi Kościoła. Nie chodzi o to, aby zmienić system finansowania Kościoła przez Państwo, ale aby go rozmontować. Należy postawić tamę przepływom finansowym na linii Państwo-Kościół. Również na linii Spółki Skarbu Państwa – Kościół. Proponuję tutaj opcję zero. Zero złotych dla Kościoła.

Szymon Hołownia proponuje Polakom specjalny Podatek Kościelny. Pomysł to nie nowy. Pojawiał się już w kręgach Platformy Obywatelskiej. Pomysł to nie polski, ale niemiecki. Zasługuje więc na poważne rozważenie.
W mojej ocenie Podatek Kościelny należy jednak odrzucić. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, to będzie tylko zmiana formy finansowania Kościoła przez Państwo. W sytuacji, gdy postulatem powinna być likwidacja przepływów Państwo-Kościół.

Po drugie, wiara i przynależność wyznaniowa powinna być prywatną sprawą każdego człowieka. I należy się tej zasady trzymać w Polsce w sposób ortodoksyjny. Boję się sytuacji, w które Państwo Polskie będzie gromadzić dane o przynależności wyznaniowej (lub jej braku) obywatelek i obywateli. Napiszę wprost: w Polsce wierna lub wierny Gminy Wyznaniowej Żydowskiej dwa razy się zastanowi zanim wpisze do swojego PIT-a, że chce aby procent jej podatku trafiał na rzecz lokalnej wspólnoty żydowskiej. Każdemu przedstawicielowi mniejszości wyznaniowej w Polsce zapali się w takiej sytuacji w głowie lampka ostrzegawcza. A wraz z nią przychodzi refleksja, co będzie jeśli do władzy dojdzie, dajmy na to, Konfederacja i zyska dostęp do spisu polskich żydów, prawosławnych, protestantów, osób bezwyznaniowych? Przy takiej władzy, lepiej nie być na takiej liście. Tego uczy wielowiekowe doświadczenie mniejszości wyznaniowych.

Dlatego ja za Podatek Kościelny panu Hołowni dziękuję. Może intencje są szczytne, ale skutki mogą być groźne. W Polsce trzymajmy się modelu Państwa, które NIE pyta swoich obywatelek i obywateli o wiarę. I nie gromadzi nigdzie odpowiedzi na to pytanie. Wiara to sprawa prywatna każdej obywatelki i każdego obywatela.

Niestety nie każdy element władzy Kościoła można rozmontować za pomocą zwykłych ustaw. Część zapisano w umowie międzynarodowej jaką jest Konkordat. Przypomnę tutaj, że SLD w Sejmie głosowało przeciwko ratyfikacji konkordatu podpisanego w ostatnich dniach premierostwa Hanny Suchockiej. Zostawmy jednak historię i spójrzmy w przyszłość. Co zrobić z Konkordatem? Państwo powinno uczciwie zaproponować Watykanowi renegocjację tej umowy. Jeśli spotka się z odmową należy rozważyć inne kroki z wypowiedzeniem tej umowy międzynarodowej włącznie. A przy najbliższej nowelizacji Konstytucji należy z ustawy zasadniczej wykreślić Konkordat. Umowa z Watykanem może zostać zawarta. Ale Konstytucja nie powinna nadawać jej wyjątkowego charakteru.

Prokuratorzy wejdą do kurii

Inne wielkie zadanie dla Państwa to rozliczenie pedofilii w Kościele. I nie chodzi tylko o łapanie pojedynczych seksualnych drapieżników. Celem państwowej Komisji powinno być pokazanie systemu ochrony pedofilów przez instytucje Kościoła. I doprowadzenie do postawienia zarzutów każdemu hierarsze, który w tym procederze brał udział. Prawica mówi, że pedofile są wszędzie, a podobno statystyki pokazują, że najwięcej ich wśród budowlańców. Tylko jak jakiś murarz jest pedofilem to firma budowlana nie przenosi go z budowy na budowę, tylko zawiadamia prokuraturę.
Napiszę wprost, aby nie było, że nikt księży nie ostrzegał. Pierwszego dnia rządów dzisiejszej opozycji, do kurii biskupich w całej Polsce wejdzie prokuratura i zabezpieczy dowody dotyczące tuszowania pedofilii wśród księży. Przenoszenia z parafii do parafii. Blokowania procesów kościelnych podejrzanych księży. Zaniechań w informowaniu prokuratury o popełnionych przestępstwach. Państwowa komisja ds. Pedofilii to rozsądny pomysł. Ale może taka komisja nie będzie potrzebna. Wystarczy niezależna prokuratura. I solidna prasówka. Bo opisów afer pedofilskich jest aż nadto w materiałach prasowych. W tych opublikowanych. I tych zablokowanych przez różnych redaktorów Lisickich.

Albo klerykalizm, albo modernizacja

Polki na ulicach walczą z piekłem kobiet. Pamiętajmy jednak, kto to piekło zbudował. I nie zrobił tego w ciągu ostatnich 30 lat. Sam termin pochodzi przecież od Boya-Żeleńskiego, który opisywał pozycję kobiet w II RP. I kto za międzywojenne piekło kobiet odpowiadał? Przywołajmy tytuł innej słynnej książki Boya „Nasi okupanci”.

Postawmy sprawę jasno: jeśli potęga Kościoła w Polsce nie zostanie złamana, to w Polsce nigdy nie będzie normalnie. Przynajmniej, jeśli przez normalność rozumiemy rzeczywistość zachodnich demokracji. Polki i Polacy nie będą mogli cieszyć się pełnią praw człowieka, które są oczywiste dla mieszkańców Europy Zachodniej. Będzie obywatelkami i obywatelami Unii Europejskiej, ale niestety obywatelkami i obywatelami gorszego sortu.
Rozdział Kościoła od Państwa nie oznacza walki z religią. Wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Podobnie jak brak wiary. Szanuję osoby wierzące i w pełni popieram wolność religijną. Nie akceptuję jednak sytuacji, w której jedna z instytucji mówi innym ludziom, w tym również nie należącym do tej instytucji, jak mają żyć, jak mają się kochać, jak mają wychowywać swoje dzieci. I czy rodzić dzieci z bezmózgowiem, czy nie.

Kłopoty PiS dopiero się zaczną

– Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji – mówi dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Wróciła sprawa zakazu aborcji. W wielu miastach znowu zawrzało. Dlaczego teraz?

RAFAŁ CHWEDORUK: Ten temat tworzy wspólny mianownik dla różnych grup społecznych, różnych pokoleń, tworzy czytelną linię podziału politycznego. Wreszcie także jest to spór, który, poza kilkoma minipaństwami, wszędzie w Europie został rozstrzygnięty na rzecz liberalnych rozwiązań, z reguły w powojennym półwieczu.

W długoterminowej perspektywie, ze względu na cywilizacyjne przemiany, utrzymanie nie tylko właśnie zaostrzanych przepisów, ale też tzw. kompromisu aborcyjnego, czyli efektu zgody ówczesnej prawicy z częścią liberałów w latach 90., będzie niemożliwe w Polsce, można się tylko zastanawiać nad tym, kiedy i w jakim politycznym kontekście dojdzie do liberalizacji.

Według jednego z ostatnich sondaży wybory wygrałoby Prawo i Sprawiedliwość z poparciem 32,5 proc. Koalicja Obywatelska ma 21 proc., a Polska 2050 16,2. Rozumiem, że nie jest pan zaskoczony takimi wynikami?

Takie wyniki nie są niczym szczególnym i pokazują coś, z czego nie zdajemy sobie sprawy, a mianowicie, że żyjemy w jednym z najstabilniejszych systemów partyjnych już nie tylko w regonie, ale i w całej Europie. W wielu krajach mamy tektoniczne wstrząsy; Włochy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, niektóre z państw nordyckich – widać, że dochodzi tam do przetasowań na historyczną skalę. U nas od ukształtowania się podziału 2+2+1, czyli dwie wielkie partie, dwie średnie w postaci PSL i SLD i jedna mała, z reguły populistyczna, niewiele się zmienia.

Aż chciałoby się powiedzieć, że tak wyczekiwana przez polski naród mieszczańska nuda świata zachodniego, jeżeli chodzi o politykę, zaistniała na dobre.

W ostatnich miesiącach wszyscy zwracali uwagę na spadek PiS-u w sondażach, dziś największe zainteresowanie wzbudza wewnętrzny mecz w PO, w którym dla niepoznaki jeden z graczy występuje pod innymi barwami, mam oczywiście na myśli rywalizację między ruchem Hołowni a PO.

Skąd ta stabilność?

Mamy ogromny skok śmiertelności, ciągnącą się już rok pandemię, protesty, bunt przedsiębiorców plus klasyczny nepotyzm, jak historia z zaszczepieniem posła Girzyńskiego czy narty posłanki Emilewicz.
Sama pandemia raczej konserwuje podziały, nieco ogranicza możliwości oddziaływania polityków, kieruje debatę w stronę jednego tematu. Mógł się zdarzyć zryw w postaci kwestii przerywania ciąży, ale miało to miejsce w zasadzie jeszcze w interludium między głównymi falami pandemii.

Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji. Powszechne stają się wtedy oczekiwania czegoś na kształt rekompensaty za czas wyrzeczeń, nawet jeżeli nie uznajemy, że było to winą rządzących, to od nich oczekujemy np. podwyżki pensji, lepszych warunków zatrudnienia, inwestycji itd. Wiele rządów tego doświadczyło, poniekąd rząd PO-PSL po światowym kryzysie nie zrozumiał rosnących aspiracji i podniósł wiek emerytalny. Zapłacił za to wysoką cenę.

Skoro system partyjny jest stabilny, tzn. że podziały wśród obywateli także są trwałe, czyli podziały partyjne zaczęły się pokrywać z różnicami interesów wielkich grup społecznych.

Przypomnę tylko, że podział PO i PiS zaczął się od niewinnej wojny domowej dwóch postsolidarnościowych partii, które były w zasadzie już w koalicji. Być może to wszystko wymknęło się później spod kontroli i okazało się, że dzielimy się rzeczywiście na liberałów i konserwatystów, na Polskę solidarną i liberalną, na Polskę wielkich miast i prowincji itd.

Dowiedzieliśmy się w ten sposób sporo o sobie jako o społeczeństwie, a nakładanie się na siebie kolejnych osi konfliktów tylko umocniło konflikt. Potem to już same główne partie miały interes, żeby tak pozostało, bo w ten sposób mogły blokować konkurencję.

Szczepienie posła Girzyńskiego nie będzie symboliczną ośmiorniczką PiS-u?

Skoro powyższy podział społeczeństwa jest tak trwały, to znaczy, że większość konsumentów polityki od razu przyjmie za prawdę to, co mówi ugrupowanie, na które głosuje. Narracja drugiej strony jest a priori odrzucana i w tej sytuacji jeden epizod z posłem, jeszcze w sytuacji, kiedy PiS od razu go zawiesił, nie mógł zadziałać.

Oczywiście on sygnalizuje główny problem PiS-u, z którego zresztą opozycja nie potrafi skorzystać, czyli kłopoty kadrowe. Ta kwestia cały czas będzie ciążyć rządzącej partii, która, z wielu powodów, nie może sobie pozwolić na tak elastyczne reagowanie, na jakie mogą sobie pozwolić partie opozycyjne.

W tym kontekście opozycja przez kilka ostatnich lat popełniała błąd, próbując przedstawić jako ofiarę rządów PiS-u przedstawicieli elit społecznych. To w olbrzymim stopniu znieczuliło tę część opinii publicznej, która mogłaby się zawahać w swoich preferencjach i w innej sytuacji stwierdzić, że politycy PiS-u też stali się elitą oderwaną od rzeczywistości.

Stąd kiedy zdarza się taka sytuacja, jak z panią Emilewicz czy z panem Girzyńskim, to nie będzie efektów sondażowych i wszyscy pozostaną na tych samych pozycjach.

Czy bunt przedsiębiorców może zagrozić stabilności rządów PiS-u, tym bardziej, że buntują się regiony, które w wyborach popierały prawicę, jak Małopolska czy Podkarpacie?

Mamy w Polsce tendencję do zaliczania do przedsiębiorców różnych grup społecznych. Przedsiębiorcą jest zarówno wielki biznesmen kontrolujący bank, jak i właściciel warzywniaka czy ktoś zmuszony do samozatrudnienia. Nie sądzę wobec tego, aby obecny „bunt przedsiębiorców” to było coś bardzo istotnego.

Po pierwsze szeroko pojęci przedsiębiorcy zawsze byli grupą niedoreprezentowaną wśród wyborców PiS-u. Zatem w olbrzymim stopniu ci, którzy zdecydują się na jakąś formę protestu, już wcześniej statystycznie częściej należeli do tych, którzy głosowali na PO. Co do czynnika geograficznego, to można powiedzieć, że zarówno PO, jak i PiS to takie polskie Volksparteien, jak to nazywają Niemcy, czyli wielkie partie, które mają poparcie we wszystkich regionach, we wszystkich grupach, oczywiście nie symetrycznie.

Wiadomo, że np. SPD będzie zawsze potężna w Bremie, a słaba w Badenii-Wirtembergii, a CDU na odwrót. Tak też jest w Polsce, są regiony, gdzie większe poparcie ma PO, swoje regiony ma PiS, ale przecież jak spojrzymy np. na bastion prawicy w Polsce, jakim jest Podhale, gdzie PiS osiąga niebotyczne wyniki, to zauważymy też, że w samym Zakopanem są one wyraźnie niższe. Zatem protesty właścicieli lokalnych firm nie oznaczają, że od rządzącej partii odwraca się większość jej miejscowego elektoratu. Ten protest, póki co, obejmuje w sensie makroekonomicznym niezbyt duży segment gospodarki i nie zanosi się na jego geometryczny rozwój.

Dla PiS problemem będzie raczej wspomniany moment, w którym to, co najgorsze, zacznie przemijać, bo wtedy PiS zderzy się nie tylko z oczekiwaniami tych grup, które najczęściej głosują na drugą stronę – np. pracowników służby zdrowia, nauczycieli, części biznesu, ale i niektórych kręgów wyborców z własnego elektoratu, a spełnienie narastających oczekiwań może być, ze względów ekonomicznych, trudne.

Czyli to nie jest wina opozycji, „która zajmuje się sobą”?

Ze strony opozycji nie doczekaliśmy się spójnej narracji w sprawie walki z pandemią, ponieważ z jednej strony pojawiają się zarzuty, że walka z pandemią jest słabo zorganizowana, a rządzący są niedostatecznie zdeterminowani, czyli poniekąd, że powinno się jeszcze bardziej rygorystycznie walczyć.

Z drugiej strony pojawiają się ukłony w stronę grup, które chcą łamać restrykcje. Te dwie narracje wzajemnie się wykluczają, bo nie można jednocześnie zarzucać rządzącym, że restrykcje są za małe i za duże, ale rozumiem, że stworzenie takiej spójnej narracji jest niezwykle trudne, choćby dlatego, że w liberalnym elektoracie jest obecnych wielu przedsiębiorców.

Dla PiS dużo groźniejsza byłaby konsekwentnie przedstawiana ta pierwsza sytuacja, w której obywatele uznaliby, że PiS sobie nie radzi i nie jest wystarczająco zdeterminowany, że w działania władzy wdarł się chaos, a polityka pełna jest partykularyzmów.

To wynika chociażby ze struktury wiekowej wyborców PiS-u, wśród których odnaleźć można liczne grono osób z grup najbardziej zagrożonych COVID-em.

Dlaczego ruchowi Szymona Hołowni rośnie poparcie?

Bo wszyscy pamiętają jeszcze wybory prezydenckie, a jego zaplecze z wielkim wysiłkiem i determinacją stara się podtrzymywać to zainteresowanie. Także dlatego, że dość trafnie wybrano moment ataku na PO tuż przed jej rocznicą. Wiadomo, że nie mogą istnieć obok siebie dwie, niemal takie same partie, tak samo jak było to z Nowoczesną i PO. Dodatkowo komplikuje sprawę fakt, że na zapleczu Szymona Hołowni mamy liczną reprezentacje osób bliskich Donaldowi Tuskowi.

Z tej sytuacji wynika, że Szymon Hołownia nie jest drugim Macronem i nie będzie pozyskiwał wyborców w poprzek głównych elektoratów. W jego programie prezydenckim niewiele w istocie było oferowane wyborcom bardziej socjalnym, a także bardziej konserwatywnym światopoglądowo, a cały jego wizerunek ukształtowany w kampanii wyborczej czyni go atrakcyjnym dla młodych wyborców o często nieokreślonych poglądach, choć raczej liberalnych niż konserwatywnych, oraz dla tradycyjnych liberalnych wyborców. Ten atak ma sens, bo casus Kukiza i Palikota pokazały, że bez struktur lokalnych zdolnych do uczestniczenia w wyborach samorządowych żadna partia nie przetrwa, niezależnie od tego, jak bardzo popularnego będzie miała lidera.

Szymon Hołownia znajdując się pod presją czasu musi zdążyć z pozyskaniem takich struktur z innych partii, głównie z PO. Wreszcie poparcie dla tego polityka jest znaczące także dlatego, że PO reaguje zupełnie inaczej, niż reagowała w czasach Grzegorza Schetyny, gdy miała problem z Nowoczesną i z KOD-em. Wystarczyło kilka miesięcy i mogliśmy oglądać dwa spektakularne polityczne nokauty, a PO z 15-proc. sondaży awansowała na poziom ok. 25 procent poparcia. Choć dziś jest nieco słabsza, niż za czasów poprzedniego kierownictwa, to w PO nie widać jak dotąd poważniejszych prób wykorzystania swoich zasobów do politycznej walki z Szymonem Hołownią.

Jeśli kierownictwo PO w pełni kontroluje struktury partii i zdecyduje się na taką walkę, to będzie faworytem. Platforma ma wciąż potężne zasoby. Zwracam też uwagę na pewną sztuczność obecnej sytuacji i powszechności tezy o kryzysie Platformy. Notowania PO nie idą w górę, ale nie widać też strategicznego załamania. W ostatnich wyborach ta partia uzyskała paręset tysięcy nowych wyborców. W liczbie oddanych głosów to był najlepszy rezultat PO od 2011 roku. To znaczy, że jej logo już tak bardzo nie odstrasza.

Jeśli dobrze przecież przygotowany atak na PO jednak długofalowo się powiedzie, notowania Platformy zdecydowanie osłabną, to stworzy to nową sytuację wśród opozycji, zakłóci dotychczasowe hierarchie i aktualne stanie się pytanie o nowe przywództwo i nowe ośrodki decyzyjne w miejsce kierownictw głównych partii.

Osoby w otoczeniu Szymona Hołowni mogą być tu pewną podpowiedzią, kto stałby się beneficjentem takich zmian. Oczywiście tym staraniom będzie też przyklaskiwać ulica Nowogrodzka, dla której powrót Donalda Tuska byłby rozwiązaniem wielu dylematów i szansą powrotu na stare, wypróbowane tory, które doprowadziły PiS do władzy.

Nadchodzi tłuszczokracja

Kiedy PiS zostanie pokonany – a nie jest takie oczywiste, że stanie się to w najbliższych wyborach – to pisizm i wyborcy PiS zostaną, tak samo jak wyborcy Trumpa i trumpizm w USA – mówi prof. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: „Kartką wyborczą możemy decydować, czy w czasach groźnych będzie nami rządził Gang Olsena, czy sprawna ekipa zdająca sobie sprawę z sytuacji” – pisze pan w ostatniej „Polityce”. Rządzi nami Gang Olsena?

MAREK MIGALSKI: Mam coraz większe poczucie, że tak jest, bo duża część tych ludzi jest kompletnie przypadkowa. Tego dotyczy ten tekst, na który się pani powołuje. My przez ostatnie 30 lat byliśmy w zasadzie przyzwyczajeni do tego, że nasze wybory nie są specjalnie istotne, dlatego że na kogokolwiek zagłosujemy, to i tak wszystko będzie szło w jednym kierunku: integracja z Zachodem, nawiązanie relacji transatlantyckich, budowa gospodarki wolnorynkowej, demokracji itd. To się załamało, gdy w 2015 roku okazało się, że w wykonaniu nowego PiS-u to wszystko nie jest już takie oczywiste; nowego w przeciwieństwie do starego z lat 2005-2008.

Po drugie przyszedł COVID i nagle się okazało, że od tego, kto jest wojewodą, ministrem zdrowia, szefem gabinetu politycznego premiera, premierem, prezydentem, zależy, ile osób dziennie umrze. Mówiąc krótko, nagle się okazało, że polityka to bardzo ważna rzecz i jeśli jest się państwem perfekcyjnie zorganizowanym, jak Izrael, to można zaszczepić wszystkich w ciągu trzech miesięcy i w ten sposób ratować życie setek ludzi dziennie. Jeśli władzę w państwie sprawują osoby o ograniczonych kompetencjach, które nigdy nie były weryfikowane, ponieważ nie traktowaliśmy polityki poważne, okazuje się, że mamy Gang Olsena, który nie ma poczucia, że od ich decyzji zależy nie to, czy będziemy zarabiać o 40 zł więcej, tylko czy przeżyjemy i ile tysięcy Polaków nie zdąży się zaszczepić.

Oczywiście nie chcę powiedzieć, że ta ekipa jest unikalna w skali świata, bo ta olsenizacja, używając przykładu Gangu Olsena, przetoczyła się przez cały świat, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, bo dotychczasowy przywódca był niepoważny i nie miał kompetencji do sprawowania tego urzędu. COVID przypomniał nam, że polityka jest bardzo ważną sprawą, w której chodzi o życie ludzi.

Jeżeli sprawna ekipa potrafi zaszczepić w pół roku swoją populację, to znaczy, że ekipa niepoważna bierze na siebie wszystkie ofiary, które po tym umownym półroczu będzie odnotowywać.

Nie chcę powiedzieć, że każda ofiara po 1 lipca będzie ofiarą Morawieckiego, Kaczyńskiego i Dudy, bo wówczas zrównałbym się z ludźmi, którzy twierdzą, że Tusk zabił 96 osób w katastrofie smoleńskiej, i rozumiem, że nie wszystko zależy od ekipy rządzącej, ale trzeba wyciągać wnioski, a ten jest prosty.

Ekipy, które poradzą sobie z COVID lepiej, uchronią życie swoich obywateli, a to oznacza, że spełnią te warunki, które są podstawowym celem funkcjonowania w polityce, czyli zapewnienia bezpieczeństwa.

Jednym z pierwszych tweetów nowego prezydenta Joe Bidena był wpis, aby nosić maski…

To wyraźne potwierdzenie różnicy między politykiem, który rozumie, że jego gest, tweet, słowa mają przełożenie na życie ludzi, a pajacem, który nie rozumiał znaczenia swoich słów. Jego niefrasobliwe tweety i słowa już prawdopodobnie kosztowały kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich w USA.

W Polsce mamy ekipę, która od początku pandemii nie miała świadomości znaczenia swoich gestów i słów – Jarosław Kaczyński biorący udział wiosną w uroczystościach bez maski, ściąganie przez niego rękawiczek na uroczystościach, skandaliczna wypowiedź premiera, który w otoczeniu seniorów 1 lipca zachęcał ich, aby za 12 dni poszli na wybory, bo „nie ma się czego bać” i koronawirus jest w odwrocie.

Trzeba to jasno powiedzieć: niefrasobliwość naszych przywódców, tak samo jak niefrasobliwość Trumpa, kosztowała już ileś istnień ludzkich. To, że ludzie lekceważyli przepisy i tym samym zwiększali transmisję wirusa, jest ewidentnie winą rządzących.

Po jednej stronie mamy Bidena, który jest tego świadomy i dba o swoich obywateli, a po drugiej nieodpowiedzialnych polityków, jak Trump.

Joanna Mucha porzuca KO i przechodzi do ruchu Szymona Hołowni. Czy to epizod politycznego kanibalizmu, czy świadectwo czegoś poważniejszego, co dzieje się w największej opozycyjnej partii?

Z tych dwóch transferów, które ostatnio mieliśmy, czyli senatora Burego i posłanki Muchy, istotniejszy jest ten transfer senacki. Oczywiście transfer Muchy jest o tyle istotny, że dzięki niemu będzie można powołać koło poselskie, co pozwoli zabierać temu kołu głos w debacie publicznej, być może telewizje zaczną zapraszać jego przedstawicieli. Natomiast politycznie ciężkie jest przejście Burego, ponieważ de facto Hołownia staje się trzecim graczem w Senacie.

Po jednej stronie mamy całą opozycję demokratyczną, po drugiej stronie PiS i trzeciego gracza. Teraz do przegłosowywania ustaw w Senacie potrzeba będzie zgody Szymona Hołowni. W politologii mierzy się siłę partii nie tylko liczbą szabel, ale również stosunkiem, czyli tzw. szantażem politycznym. W jakimś sensie można dziś powiedzieć, że PiS, opozycja i Szymon Hołownia mają tę samą siłę w Senacie.

Żeby była jasność: wysłuchałem rozmowy nt. motywów działania z panem Burym i zrobił on na mnie fatalne wrażenie. Okazało się, że za jego przejściem nie ma żadnej ideowości, a tylko rozczarowanie tym, że nie był słuchany w KO.

Co do kanibalizmu, to rzeczywiście pytanie o relacje między Ruchem 2050 a KO jest istotne i można uznać, że te dwa podmioty będą musiały się sobą wzajemnie żywić. Szymon Hołownia nie może się budować bez podbierania wyborców KO.

A może mógłby, tylko nie potrafi?

Gdyby tak założył, to ograniczałby swoje pole manewru, a to byłby błąd. Po drugie, to jest praktycznie niemożliwe. Wielu wyborców KO jest rozczarowanych tym, co się dzieje, i będzie szukało swoich identyfikacji gdzieś obok. Przećwiczyliśmy to w wyborach prezydenckich, gdzie w II turze absolutna większość wyborców Hołowni zagłosowała na Rafała Trzaskowskiego, a to oznacza, że są tam ogromne przepływy. Skoro tak, to terminologia, której pani użyła – kanibalizm, jest aktualna.

KO nie jest w stanie prześcignąć PiS-u bez degradacji Ruchu 2050 i z drugiej strony ruch Hołowni nie jest w stanie gonić PiS bez zjadania przede wszystkim PO, a szerzej KO. Oczywiście to nie oznacza, że na końcu oba ugrupowania się nie dogadają i nie pójdą szeroką koalicją. To byłoby bardzo racjonalne, zwłaszcza że większość wyborców waha się pomiędzy oboma ugrupowaniami. Paradoksalnie, aby się dogadać, to najpierw muszą się zbudować i dopiero po porównaniu wzajemnych potencjałów, powiedzmy na pół roku przed wyborami, mogą zawrzeć układ polityczny.

Na razie muszą się budować osobno i niestety kanibalizując się.

Nie możemy mieć o to pretensji do liderów i nawoływać ich do podania sobie rąk i budowania wspólnego ugrupowania. To nie jest źle dla opozycji, jeżeli ma tak zróżnicowaną ofertę, oczywiście dopóki nie będzie miedzy tymi ugrupowaniami zimnej wojny. Tam może być rywalizacja, pstryczki w nos, podkradanie sobie polityków i postulatów i dziś próba zlikwidowania tego napięcia byłaby szkodliwa dla całej opozycji.

Wygrana Bidena daje nadzieję, ale trumpizm w Stanach Zjednoczonych się nie kończy. Czy to, co i jak robi Biden, może być dla nas lekcją, jak wracać do modelu liberalnej demokracji?

Jeśli kiedyś PiS zostanie pokonany – a nie jest takie oczywiste, że stanie się to w najbliższych wyborach – to pisizm zostanie i wyborcy PiS-u zostaną, tak samo jak wyborcy Trumpa i trumpizm w Stanach. Przyznam, że nie wierzę w skuteczność godzenia i uważam, że świat zachodni odchodzi od demokracji liberalnej i zmierza jednak do takiej mobokracji – od słowa mob, którego użył Joe Biden w jednym ze swoich przemówień po ataku na Kapitol, gdy mówił, że to motłoch atakuje.

Ta mobokracja czy tłuszczokracja napędzana jest jeszcze dodatkowo wzajemną nienawiścią. Moim zdaniem ogromna większość wyborców PiS-u cieszy się widząc bite lewaczki, gejów, targowicę itd.

Szczerze trzeba też niestety przyznać, że część wyborców opozycji chce zobaczyć w roli upokarzanych i bitych szczególnie znienawidzonych polityków dzisiejszej koalicji rządowej. Musimy zrozumieć, że te emocje nienawiści, niechęci, plemienności, neotrybalizmu są po wszystkich stronach sceny politycznej i napędzają wyborców i politykę. Wszyscy politycy muszą bazować na tych emocjach, które zresztą badam pod względem neurobiologicznym, bo to one ukształtowały nasz gatunek od setek tysięcy lat.

Źli politycy je wykorzystują i wzmacniają, a dobrzy powściągają, i to jest różnica między Trumpem a Bidenem. Przecież Biden doszedł do władzy m.in. dlatego, że co prawda mówił czasem o pojednaniu, ale rozumiał, że duża część jego wyborców życzy jak najgorzej Trumpowi i jego wyborcom.

W Polsce jest podobnie i gdyby opozycja stwierdziła, że po zwycięskich wyborach oni pogodzą się z pisowcami i będą chcieli budować z nimi wspólnotę, to od razu by przegrali. To przykre, ale prawdziwe, i jednym z podstawowych wniosków, do których doszedłem w ciągu ostatnich lat badań nad naukami biologicznymi, prymatologią, neurobiologią, jest to, że w polityce emocje negatywne są co najmniej tak samo istotne, jak pozytywne, a czasem nawet ważniejsze, bo bardziej pierwotne i ewolucyjnie nam bliskie.

To z kolei oznacza, że także poprzez media społecznościowe poczucie grupowości się pogłębia, a kanały wylewania nienawiści się otwierają, a co za tym idzie – od demokracji zmierzamy ku mobokracji i od powściągania emocji negatywnych, które jeszcze 20 lat temu były tamowane np. przez telewizję i prasę, do sytuacji, w której będą wypływać i nas zalewać.

To oznacza, że Biden może mówić o pojednaniu, ale musi pamiętać, że te nienawiści po obu stronach nie znikną i gdyby się ich wyrzekł, to zdradziłby swoich wyborców, którzy chcą rewanżu na trumpizmie, i przegrałby następne wybory. Chodzi tylko o to, aby tego nie wzmacniać i panować nad tym.

Oczywiście druga strona nie ma żadnych skrupułów. W Polsce też to widzimy; jeśli opozycja chce wygrać z PiS-em, to nie może uwierzyć w swoje słowa o pojednaniu, bo ogromna część wyborców opozycji chce rewanżu na tych wszystkich, którzy dziś plują im w twarz. Którzy narażają ich i najbliższych na śmierć, bo państwo działa fatalnie. Którzy plują im w twarz propagandą z ekranów telewizorów. Którzy wyśmiewają ich wartości, biją i gazują ich liderów.

Powiedzenie im teraz, że gdy PiS odda władzę, to usłyszą wielkie „kochajmy się” jest błędem.

Zaryzykuję nawet tezę, że większość wyborców po obu stronach chce, żeby ta druga strona cierpiała, a to jest charakterystyczne dla mobokracji. Oczywiście to nie oznacza, że wszyscy są tacy sami i nie ma znaczenia, na kogo głosujemy, bo jedni politycy będą to rozumieć i powściągać, i to jest w Polsce opozycja, przynajmniej mam taką nadzieję, a inni politycy nie tylko z tego korzystają, ale i podsycają, i nie mam wątpliwości, że to modus operandi obecnie rządzących Polską polityków.

Opozycja wobec opozycji?

Takie pytanie zadaje sobie szewc Fabisiak obserwując relacje pomiędzy Szymonem Hołownią a Rafałem Trzaskowskim.

Obydwaj opozycyjni kandydaci, którzy uzyskali najlepszy wynik w drugiej turze postanowili iść za ciosem i tworzyć wokół siebie struktury mające – w założeniu – doprowadzić ich do zwycięstwa w najbliższych wyborach parlamentarne. Politycy ci różnią się między sobą programowo w sposób mało czytelny dla przeciętnego wyborcy. Logiczne zatem byłoby łączenie sił. Jednak – zdaniem szewca Fabisiak – na przeszkodzie stoją naturalne, zwłaszcza wśród polskich polityków, względy ambicjonalne. Każdy z nich uważa się za przywódcę opozycji jak swego czasu Ryszard Petru.

Tymiż ambicjami kieruje się Platforma Obywatelska zabiegając o tworzenie sojuszu z rodzącym się ruchem Hołowni. Trzaskowski uważa, że ma tu lepszą niż Hołownia pozycję przetargową nie tylko z powodu lepszego wyniku wyborczego lecz także dlatego, że ma za sobą czy też pod sobą gotowe już partyjne zaplecze natomiast Hołownia dopiero je tworzy. Z kolei Hołownia uprzejmie informuje, iż ma już kilkanaście tysięcy aktywistów i chętnie podzieli się z Trzaskowskim doświadczeniami w tworzeniu ruchu społecznego dając mu tym samym delikatnie do zrozumienia, że na tym odcinku jest bardziej skuteczny.

Podczas gdy Rafał Trzaskowski w sposób zrównoważony napomyka o ewentualnej współpracy z ruchem Hołowni, to Borys Budka wykazał się tu z lekka słoniowatą delikatnością proponując Hołowni wejście do Koalicji Obywatelskiej. Można było z góry przewidzieć – zauważa szewc Fabisiak – że dla Hołowni wtopienie się w strukturę zdominowaną przez PO, tak jak zmuszona była to zrobić upadająca Nowoczesna, nie stanowi żadnej atrakcji. W wyborach parlamentarnych zamierza startować samodzielnie i chce aby to on, a nie władze Platformy, miał decydować o tym kogo i na jakich miejscach wystawić na listach kandydatów. Szewc Fabisiak zwraca też uwagę na deklarację Hołowni o możliwości współpracy z ludźmi z ugrupowania Gowina, którzy – jak się wyraził – nie są zaczadzeni PiS-owską ideologią. Jednocześnie nie wykluczył współdziałania z Platformą zaznaczając jednakże, że „wyłącznie wtedy, gdy będzie nam po drodze” podkreślając tym samym swoją samodzielność i niezależność wobec PO.
Decyzję Rafała Trzaskowskiego o tworzeniu wokół siebie ruchu obywatelskiego da się racjonalnie wytłumaczyć. Byłoby błędem z jego strony, gdyby tego w odpowiednim momencie nie zadeklarował ryzykując nawet to, że cała para może pójść w gwizdek – twierdzi szewc Fabisiak. Oficjalnym uzasadnieniem dla tej inicjatywy jest, jak to niejednokrotne podkreślał Trzaskowski, chęć aktywizacji tych wyborców, którzy poparli go w drugiej turze. Idzie tym samym tropem Hołowni mimo tego, że między obydwoma tymi tworzącymi się ruchami obywatelskimi są istotne różnice jeśli chodzi o bazę społeczną. Szymon Hołownia ma za sobą dość jasno określoną grupę zwolenników, którzy zdecydowali się poprzeć go w pierwszej turze, natomiast glosujący w drugim podejściu na Rafała Trzaskowskiego stanowią swoisty konglomerat zarówno jego zdeklarowanych zwolenników, jak i tych, którzy głosowali przeciwko Dudzie co bynajmniej nie oznacza, że mają ochotę włączenia się w działalność nowego ruchu. Zwłaszcza, że mają jeszcze do wyboru ruch Hołowni o partiach politycznych nie wspominając. Ponadto szewc Fabisiak sceptycznie zapatruje się na ewentualne masowe uczestnictwo samorządowców w działalności ruchu Trzaskowskiego. Prawdą jest, że stosunkowo spora liczba prezydentów miast otwarcie go poparła. Jednak to poparcie niekoniecznie musi się przełożyć na aktywność mieszkańców tychże miast, którzy w wyborach samorządowych w końcu głosowali, z różnych względów, na konkretnego kandydata a nie na prezydenta Warszawy.

Trzaskowski zapowiada inaugurację swojego przedsięwzięcia w rocznicę Porozumień Sierpniowych licząc zapewne na oddźwięk ze strony sentymentalistów wciąż identyfikujących się emocjonalnie z ruchem „Solidarności”, choć są to ludzie w starszym wieku, którzy w większości głosowali na Dudę. Jednocześnie wpisuje się w rocznicowo-celebracyjną narrację w stylu dla PiS. Z kolei Hołownia jak by się nie spieszył. Na razie zapowiedział utworzenie think tanku, czyli mówiąc po polsku zaplecza eksperckiego, oraz uruchomienie prawdopodobnie od września całodobowego radia internetowego. O tym czy, jak i kiedy ziszczą się plany obydwu panów dowiemy się już niebawem.

Powyborcze żale

To że Sąd Najwyższy uzna wynik wyborów prezydenckich było wiadomo w momencie gdy porównało się liczbę protestów z różnicą głosów oddanych w drugiej turze na obydwu kandydatów.

Gdyby nawet Sąd uznał za zasadne wszystkie spośród 5 847 protestów, to i tak nie zrównoważyłoby 422 385 głosów, które Rafałowi Trzaskowskiemu brakowało do zwycięstwa – argumentuje umiejący liczyć szewc Fabisiak. Takie są realia z którymi jednak nie chce się zgodzić Platforma Obywatelska, której poniekąd zrozumiała nerwowość przejawia się w nieprzemyślanych i wzajemnie ze sobą sprzecznych reakcjach. Z jednej strony składa ona protest kwestionujący wynik wyborów, z drugiej zaś uznaje ich ważność. Świadczy o tym m .in. to, że Trzaskowski spotkał się z Dudą, choć – jak łatwo było przewidzieć – spotkanie to nie przyniosło żadnych widocznych rezultatów. Obydwaj panowie wymienili się poglądami co równie dobrze mogli uczynić przy pomocy sms-ów ewentualnie poczty elektronicznej.

Kiedy szewc Fabisiak dowiedział się, że Platforma zgłosiła protest kwestionujący wynik wyborów zadał sobie pytanie czy to samo by uczyniła gdyby to jej kandydat wygrał wybory. Podważanie korzystnego dla siebie wyniku byłoby jednak ośmieszającym tę formację objawem paranoi. Jednak podobnie paranoidalnym wydaje się być platformiany protest. PO podnosi zarzut niekonstytucyjności wyborów, tendencyjnej propagandy w telewizji ponoć publicznej czy też zaangażowania rządu w promowanie konkurencyjnego kandydata. Wszystko to jest prawdą tyle, że było o tym wiadomo przynajmniej już po pierwszej rundzie. Skoro Platforma uznała wybory za niekonstytucyjne, to biorąc w nich udział sama złamała konstytucję – wnioskuje szewc Fabisiak. Gdyby była konsekwentna, to powinna zbojkotować drugą turę. Oddanie wyborów walkowerem byłoby jednak wyjątkową głupotą a skoro tak, to głupotą jest również wysuwanie argumentu o niekonstytucyjności. Reguły gry, choć oparte na nierównych szansach, były bowiem wiadome i skoro w tej nierównej grze wzięło się udział, to teraz nie ma sensu biadolenie nad przysłowiowym rozlanym mlekiem – uważa szewc Fabisiak. Ponadto Platforma dała się wpuścić w wariant mecenasa Giertycha, niegdysiejszego faworyta wpływowego toruńskiego księdza a obecnie sprzymierzeńca PO, który optował za unieważnieniem wyborów w przypadku zwycięstwa Andrzeja Dudy.

Również pozostałe argumenty Platformy, skądinąd merytorycznie słuszne, nie dają podstawy prawnej do unieważnienia wyniku wyborów. Prawo nie zabrania bowiem premierowi tudzież jego ministrom rozdawania czeków czy też obiecywania wozów strażackich akurat podczas kampanii. Może to być sprzeczne z poczuciem przyzwoitości ale niestety nie z prawem. Zastrzeżenia co do działalności TVP wydają się być bardziej zasadne. Istotnie, pisowska telewizja prowadziła nachalną kampanię promując jednego i równocześnie gnojąc innego kandydata. Powstaje jednak pytanie o wpływ telewizyjnej propagandy na wyniki głosowania. Czy ludzie zmienili swoje polityczne preferencje pod wpływem tej propagandy czy też jedynie umocniła ona ich w poczuciu trafnego wyboru? – pyta szewc Fabisiak. I ma w tym temacie pewne wątpliwości. Uważa, że traktowanie telewizyjnych oglądaczy jak jakiejś ciemnej masy bezkrytycznie wierzącej w to co się jej wciska z ekranu jest interpretacją dosyć prymitywną. Ponadto niektórym bardziej wrażliwym telewidzom serwowane na okrągło obrazki wrzeszczącego Dudę mogłyby odebrać chęć oddania nań głosu.

Skoro Sąd Najwyższy uznał ważność wyborów, to Platformie nie pozostało nic innego jak kwestionowanie kompetencji samego sądu. Poseł Michał Szczerba argumentuje, iż uchwałę Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie można uznać za stanowisko Sądu Najwyższego jako że izba ta została ustanowiona z naruszeniem prawa. Święta prawda, lecz o tym wiedziano na długo przed wyborami do których kandydaci przystąpili z pełną tego faktu świadomością. Wylewając wiadro wody na rozpalone głowy platformerskich polityków szewc Fabisiak nie może pominąć okazji aby nie przyładować Rafałowi Trzaskowskiemu. Kiedy w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego jego uczestniczka Wanda Traczyk-Stawska mówiła o tym, że w powstaniu walczyli też komuniści, to Trzaskowski pryncypialnie zareagował w stylu tępego antykomunizmu psiocząc na mroczne czasy komuny, która nie pozwalała mówić o powstaniu. Nie wdając się w historyczne dywagacje szewc Fabisiak pragnie jedynie Rafała Trzaskowskiego poinformować, że Plac Wareckich został przemianowany na Plac Powstańców Warszawy właśnie za czasów owej komuny i znajduje się w centrum miasta, którego pan Trzaskowski jest prezydentem.

Platforma Obywatelska nie ma jednak monopolu na powyborcze biadolenie. Dotyczy to także Szymona Hołowni, który czyni to jednak w jeszcze bardziej bezsensownym stylu. Otóż twierdzi on, że Jarosław Kaczyński umożliwił podmiankę platformowego kandydata, ponieważ przestraszył się, że on Szymon Hołownia mógłby wygrać drugą turę wyborczą. A przestraszył się dlatego, że dowiedział się, iż jego Szymona Hołowni ruch ma już biura w 17 miastach. A jak powszechnie wiadomo to właśnie przy pomocy takich biur wygrywa się wybory czego nie jest świadomy ani PiS ani PO choć też posiadają struktury terenowe. Za to wie o tym doskonale Szymon Hołownia.

Jak kompromitujący jest wynik Biedronia?

Biedroń niewątpliwie miał potencjał, ale poległ z kretesem.

Niecałe 2,5 proc. głosów dla kandydata CAŁEJ lewicy mówi z jednej strony o tym, że kandydatura Roberta Biedronia nie była tak uniwersalnie lewicowa, jak tego oczekiwano, a z drugiej – każe się zastanowić nad kondycją polskiej lewicy. Być może po raz kolejny zgubiła ją wiara w siłę nazwiska, które wystawia? A może znów straciła czujność po tym, jak w październikowych wyborach udało się jej wprowadzić do Sejmu 49 posłów i posłanek? To miał być początek odbudowy jej siły politycznej, a nie powód do tego, by spocząć na laurach.

Robert Biedroń w trakcie kampanii sprawiał wrażenie niezbyt zdeterminowanego, choć jak zwykle był uroczy, zachowywał i wypowiadał się poprawnie, uśmiechał się szeroko i chętnie pozował do selfie ze swymi fanami i fankami.

Po poznaniu wstępnych, szokująco niskich wyników, nieco zawstydzony nieporadnie wyrzucał z siebie nieznaczące frazesy o tym, że czasem się wygrywa a czasem przegrywa, a lewica ma piękne wartości o które warto się bić.

Tylko kto ma się o nie bić? Bo wynik Biedronia wskazuje jasno, że nie udało mu się porwać wyborców i wyborczyń nawet do postawienia krzyżyka przy jego nazwisku. O jakiej walce ideologicznej może więc tu być mowa?
Absolutnym zwycięzcą tej kampanii pozostaje z pewnością Szymon Hołownia, który – jak się wydaje – podebrał sporą część wyborców Biedroniowi. Jest w podobnym wieku, część postulatów prozwierzęcych i proklimatycznych miał bardzo zbliżoną do programu kandydata lewicy, ale nie wzbudzał takich kontrowersji. Deklarował, że utrzyma tzw. kompromis aborcyjny, chciał rozdziału państwa od Kościoła, mówił o reformie ochrony zdrowia i wsparciu dla osób starszych oraz z niepełnosprawnościami.
Być może w kraju, w którym uniwersalnym „wrogiem publicznym”, którym straszy prawica jest wciąż gender oraz „lobby” LGBT, orientacja seksualna kandydata na prezydenta ma jednak większe znaczenie, niż się spodziewano.

Dla Lewicy wynik Hołowni powinien stanowić ostateczny wake up call – bo oto „katol” zaproponował dość lewicowe postulaty i przekonał Waszych wyborców i wyborczynie skuteczniej, niż Wy.

Być może formalne zjednoczenie polskiej lewicy nie rozwiązuje problemu?
Być może nadal Lewica nie słucha społeczeństwa wystarczająco uważnie.
Wydaje się, że można zaryzykować twierdzenie, że sukces Hołowni polega na tym, że jest dość wyraźnym, przekrojowym odbiciem polskiego społeczeństwa – wciąż silnie katolickiego, ale coraz bardziej otwartego na dialog (i co najważniejsze – na słuchanie drugiej strony) i coraz bardziej świadomego klimatycznie, ekologicznie oraz prawno-zwierzęco.

Wespół w zespół

Wiesław Michnikowski w kabarecie Starszych panów, rzewnie melorecytował, że kochać nie należy indywidualnie. Tym bardziej zaś nie da się indywidualnie robić polityki.

A Polacy coraz to próbują. I oczywiście ponoszą porażki.

Jednym z najczęstszym zarzutem podnoszonym w debatach okołopolitycznych jest partyjność. Bezpartyjność jest uznawana za cnotę partyjność za grzech. Marność polskich partii politycznych to oczywista oczywistość. Popełniły wszystkie możliwe grzechy, i popełniają je nadal, co dobitnie widać w kolejnych kampaniach wyborczych łącznie z bieżącą.

Jednak system, w jakim współczesny, względnie demokratyczny, świat funkcjonuje oparty jest na partiach politycznych. Słabość partii osłabia demokrację, słaba demokracja osłabia partie polityczne. Wszelkie patologie systemu partyjnego uderzają od razu w demokrację. Jednym z ważnych zadań partii politycznej jest organizowanie dyskursu demokratycznego poprzez formułowanie politycznych postulatów i ich uzasadnień. To prawda, że polskie partie słabo wywiązują się ze swoich zadań, a już najgorzej to wygląda gdy sprawują władzę. Sprawując władzę polskie partie, w zasadzie bez wyjątków, budowały system oligarchiczny. PiS trafnie diagnozując sytuację i odczytując opinie Polaków, obiecywał walkę z oligarchią. Obietnicy poniekąd dotrzymał, pokonując zastana oligarchię, zastępując ja nową.

Aktualne kampania wyborcza, podobnie jak ta jesienią ubiegłego roku, jest mocno odrealniona. Choć tym razem PO sprawia wrażenie, że jednak chciałaby przejąć władzę, choćby tylko prezydencką. Wymiana kandydatów, przeprowadzona bardzo sprawnie, to jeden z sygnałów determinacji. Kompletnie nie pasująca to wyborczej walki na obelgi i potwarze, Kidawa Błońska nie poradziła sobie z wyzwaniem. Choć warto pamiętać, że miał ją wspierać cały sztab KO… A zaraz potem się okazało, że nie wspiera jej (prawie) nikt a do jej ewentualnego zastąpienia co rusz to zgłaszali się kandydaci. Teraz Trzaskowski po restarcie kampanii daje szanse na pokonanie PiS… choć szanse Dudy dalej stoją nieco wyżej.

Nową zagadką jest elektorat Szymona Hołowni. To kandydat niespełnionego PO-PiS-u. Z jednej strony łagodny katolicki fundamentalizm z ludzką twarzą, obiecujący nawet rozdział państwa od kościoła, pod warunkiem że Państwo będzie działać w ramach etyki katolickiej. A więc łagodny antyklerykalizm i powrót do prawdziwego chrześcijaństwa. A z drugiej strony, mięciutki jak sierść kota, liberalizm i powrót do konstytucyjnych wartości, w interpretacji Andrzeja Zolla. Oczywiście to znacznie bliższe demokracji niż PiSowska anokracja ale uprzejmie proszę wybierających Hołownię by nie nazywali się lewicą, albowiem są nią jedynie względem PiS.

Na koniec zostawiłem Roberta Biedronia. Jego wybór na Kandydata Zjednoczonej lewicy nie był najlepszym rozwiązaniem. Początek kampanii to była prawdziwa katastrofa, całkowicie zlekceważył zeszłoroczny dorobek partii lewicowych. Mieliśmy w kampanii tak naprawdę niegdysiejsze stopione na szaro śniegi czyli popłuczyny po wiośnie.

W rezultacie nie uzyskał ani wsparcia partii ani wyborców. Dodatkowo parlamentarna, ograniczona ale jednak, współpraca Lewicy z PiS dezorientowała wyborców domagających się bezwzględnej walki z rządem. Reaktywacja kampanii wyborczej zmieniła nieco sytuację. Klub parlamentarny zaangażował się zdecydowanie w kampanię przedstawiając szereg inicjatyw. Tyle, że cześć wyborców odpłynęła już do Trzaskowskiego i do Hołowni.

O wyborze prezydenta zdecydują przepływy elektoratów drugiej turze. Jednak zależą one też po części od wyników pierwszej. Porzucanie kandydata pierwszego wyboru na rzecz ułudy zwycięstwa w pierwszej turze świadczy o tym, że wyborcy nie rozumieją demokracji. No, ale politycy też jej nie rozumieją.

Każdy kto uważa się za socjaldemokratę, czy choćby tylko lewicowca, powinien pomimo oporów, głosować w pierwszej turze na Roberta Biedronia. Pomimo ewentualnych wątpliwości. Bo głos na niego jest głosem na lewicową alternatywą, która rodzi się powoli, w bólach, niedoskonała i fragmentaryczna. Rodzi się w klubie parlamentarnym lewicy. I tylko tam może powstać. Ale to jak szybko powstanie i jak szybko będzie w stanie dotrzeć do społeczeństwa, zależy też trochę od wyniku Biedronia.

Każdy lewicowiec ma wątpliwości ale każdy, w decydującym momencie powinien wiedzieć jak postąpić. I wespół w zespół…

A konkordat należy wypowiedzieć, z pomocą Hołowni lub bez.

Trzaskowski nadzieją opozycji?

Koalicja Obywatelska wyszła z założenia, że Małgorzata Kidawa-Błońska już nie nadrobi sondażowych strat. Co w wyborczym wyścigu zmieni pojawienie się Rafała Trzaskowskiego?

Jedno jest pewne – teraz już na pewno nie przydadzą się karty do głosowania drukowane z myślą o wyborach pocztowych. Widniejąca na nich lista kandydatów stała się nieaktualna.

Skręt progresywny

Małgorzatę Kidawę-Błońską komentatorzy opisywali jako przedstawicielkę prawego skrzydła opozycji, raczej konserwatystkę niż progresywistkę, ukłon w stronę zachowawczego elektoratu. Cała jej kampania wyborcza opierała się na hasłach stałości i powagi. Hasło „prawdziwa prezydent” sugerowało dostojeństwo i wzniesienie się ponad doraźne spory na rzecz dialogu. Także stałe przypominanie o rodzinnych korzeniach kandydatki, momentami wręcz przerysowane i łatwo stające się powodem do drwin, miało przekonywać o jej szczególnych predyspozycjach do mądrego kierowania państwem. Powaga przekładała się na niezłe sondażowe wyniki, zanim zaczęła się epidemia. Faktyczne wygaszenie kampanii wyborczej wszystkich kandydatów poza urzędującym prezydentem błyskawicznie podcięło im notowania – jeszcze zanim zaczęła się dyskusja o możliwym bojkocie głosowania.

Niezbyt eleganckie odstawienie kandydatki, której przyszło informować o rezygnacji na samotnej konferencji prasowej i postawienie na Trzaskowskiego oznacza całkowitą zmianę strategii. Notowania KO ma ratować więcej kampanijnej agresji i zwrot w stronę bardziej liberalnych wyborców.

Na początek awaria

TVP już na starcie ochrzciła Trzaskowskiego mianem „człowieka-awarii”, przypominając o zeszłorocznych problemach z oczyszczalnią Czajka. KO już szykuje się, że następnym punktem będzie „deprawacja nieletnich”. Wszak to Trzaskowski podpisał kartę LGBT+, na co prawicowe media zareagowały oskarżeniami o chęć przyuczania najmłodszych do masturbacji i rozbijania rodzin. Ruszyła machina nienawiści, która rozlała się daleko poza Warszawę. Tymczasem w rzeczywistości w karcie znajdowały się takie postulaty, jak stworzenie hostelu interwencyjnego dla osób LGBT, udzielenie patronatu Paradzie Równości przez prezydenta miasta, a także monitoring przestępstw motywowanych uprzedzeniami. To, co dla prawicy było obiektem ataku, dla wyborców opozycji jest dowodem gotowości do budowania tolerancyjnego i inkluzywnego społeczeństwa. Jedna i druga strona będą na tej podstawie mobilizować swoich wyborców. Czy skutecznie?

Wyprzedzi Hołownię?

Na niekorzyść Rafała Trzaskowskiego bardziej skutecznie niż telewizyjna propaganda grać może schemat myślenia, które sama KO wpajała swoim wyborcom (ale i wyborcom Lewicy): że należy przeciwko PiS stawać po stronie najsilniejszego z dostępnych kandydatów. Przy obecnym układzie sił, jeśli brać za dobrą monetę sondaże, mogłoby to oznaczać potrzebę wspierania Szymona Hołowni, który po kilku udanych występach w internecie i podczas debaty kandydatów systematycznie pojawiał się w rankingu tuż za niezmiennie prowadzącym Dudą. Zapewne przejmując również część elektoratu Roberta Biedronia, dla którego ostatnie sondaże nie są korzystne – chociaż trudno byłoby oskarżać tego kandydata o brak merytorycznych propozycji na czas kryzysu. Ale i tutaj trudno o czymkolwiek przesądzać. Pierwsze sondaże, w których notowany był Trzaskowski, dawały mu 11-14 proc., sytuując go za Hołownią i za Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Jednak opublikowany w sobotę 16 maja sonda United Survey dla RMF FM dał właśnie Trzaskowskiemu drugą pozycję i drugą turę.

Jeśli obecny prezydent Warszawy w najbliższym czasie pokaże się jako efektywny w zarządzaniu gospodarz, zdolny przeprowadzić swoje miasto przez czas pandemii, może urosnąć na dobre. Pytanie, czy na tyle mocno, by przebić mobilizację elektoratu PiS. Z tej grupy przepływów do opozycyjnego obozu już raczej nie będzie. Wręcz odwrotnie – kiedy zwolennicy rządzącej prawicy zorientują się, że głównym adwersarzem ich prezydenta nie jest bezpartyjny Hołownia, ale jedna z twarzy Koalicji Obywatelskiej, mogą ruszyć do lokali wyborczych z tym większym zapałem. Wszak właśnie niechęcią do PO czy też KO karmiono ich nader systematycznie.