Powyborcze żale

To że Sąd Najwyższy uzna wynik wyborów prezydenckich było wiadomo w momencie gdy porównało się liczbę protestów z różnicą głosów oddanych w drugiej turze na obydwu kandydatów.

Gdyby nawet Sąd uznał za zasadne wszystkie spośród 5 847 protestów, to i tak nie zrównoważyłoby 422 385 głosów, które Rafałowi Trzaskowskiemu brakowało do zwycięstwa – argumentuje umiejący liczyć szewc Fabisiak. Takie są realia z którymi jednak nie chce się zgodzić Platforma Obywatelska, której poniekąd zrozumiała nerwowość przejawia się w nieprzemyślanych i wzajemnie ze sobą sprzecznych reakcjach. Z jednej strony składa ona protest kwestionujący wynik wyborów, z drugiej zaś uznaje ich ważność. Świadczy o tym m .in. to, że Trzaskowski spotkał się z Dudą, choć – jak łatwo było przewidzieć – spotkanie to nie przyniosło żadnych widocznych rezultatów. Obydwaj panowie wymienili się poglądami co równie dobrze mogli uczynić przy pomocy sms-ów ewentualnie poczty elektronicznej.

Kiedy szewc Fabisiak dowiedział się, że Platforma zgłosiła protest kwestionujący wynik wyborów zadał sobie pytanie czy to samo by uczyniła gdyby to jej kandydat wygrał wybory. Podważanie korzystnego dla siebie wyniku byłoby jednak ośmieszającym tę formację objawem paranoi. Jednak podobnie paranoidalnym wydaje się być platformiany protest. PO podnosi zarzut niekonstytucyjności wyborów, tendencyjnej propagandy w telewizji ponoć publicznej czy też zaangażowania rządu w promowanie konkurencyjnego kandydata. Wszystko to jest prawdą tyle, że było o tym wiadomo przynajmniej już po pierwszej rundzie. Skoro Platforma uznała wybory za niekonstytucyjne, to biorąc w nich udział sama złamała konstytucję – wnioskuje szewc Fabisiak. Gdyby była konsekwentna, to powinna zbojkotować drugą turę. Oddanie wyborów walkowerem byłoby jednak wyjątkową głupotą a skoro tak, to głupotą jest również wysuwanie argumentu o niekonstytucyjności. Reguły gry, choć oparte na nierównych szansach, były bowiem wiadome i skoro w tej nierównej grze wzięło się udział, to teraz nie ma sensu biadolenie nad przysłowiowym rozlanym mlekiem – uważa szewc Fabisiak. Ponadto Platforma dała się wpuścić w wariant mecenasa Giertycha, niegdysiejszego faworyta wpływowego toruńskiego księdza a obecnie sprzymierzeńca PO, który optował za unieważnieniem wyborów w przypadku zwycięstwa Andrzeja Dudy.

Również pozostałe argumenty Platformy, skądinąd merytorycznie słuszne, nie dają podstawy prawnej do unieważnienia wyniku wyborów. Prawo nie zabrania bowiem premierowi tudzież jego ministrom rozdawania czeków czy też obiecywania wozów strażackich akurat podczas kampanii. Może to być sprzeczne z poczuciem przyzwoitości ale niestety nie z prawem. Zastrzeżenia co do działalności TVP wydają się być bardziej zasadne. Istotnie, pisowska telewizja prowadziła nachalną kampanię promując jednego i równocześnie gnojąc innego kandydata. Powstaje jednak pytanie o wpływ telewizyjnej propagandy na wyniki głosowania. Czy ludzie zmienili swoje polityczne preferencje pod wpływem tej propagandy czy też jedynie umocniła ona ich w poczuciu trafnego wyboru? – pyta szewc Fabisiak. I ma w tym temacie pewne wątpliwości. Uważa, że traktowanie telewizyjnych oglądaczy jak jakiejś ciemnej masy bezkrytycznie wierzącej w to co się jej wciska z ekranu jest interpretacją dosyć prymitywną. Ponadto niektórym bardziej wrażliwym telewidzom serwowane na okrągło obrazki wrzeszczącego Dudę mogłyby odebrać chęć oddania nań głosu.

Skoro Sąd Najwyższy uznał ważność wyborów, to Platformie nie pozostało nic innego jak kwestionowanie kompetencji samego sądu. Poseł Michał Szczerba argumentuje, iż uchwałę Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie można uznać za stanowisko Sądu Najwyższego jako że izba ta została ustanowiona z naruszeniem prawa. Święta prawda, lecz o tym wiedziano na długo przed wyborami do których kandydaci przystąpili z pełną tego faktu świadomością. Wylewając wiadro wody na rozpalone głowy platformerskich polityków szewc Fabisiak nie może pominąć okazji aby nie przyładować Rafałowi Trzaskowskiemu. Kiedy w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego jego uczestniczka Wanda Traczyk-Stawska mówiła o tym, że w powstaniu walczyli też komuniści, to Trzaskowski pryncypialnie zareagował w stylu tępego antykomunizmu psiocząc na mroczne czasy komuny, która nie pozwalała mówić o powstaniu. Nie wdając się w historyczne dywagacje szewc Fabisiak pragnie jedynie Rafała Trzaskowskiego poinformować, że Plac Wareckich został przemianowany na Plac Powstańców Warszawy właśnie za czasów owej komuny i znajduje się w centrum miasta, którego pan Trzaskowski jest prezydentem.

Platforma Obywatelska nie ma jednak monopolu na powyborcze biadolenie. Dotyczy to także Szymona Hołowni, który czyni to jednak w jeszcze bardziej bezsensownym stylu. Otóż twierdzi on, że Jarosław Kaczyński umożliwił podmiankę platformowego kandydata, ponieważ przestraszył się, że on Szymon Hołownia mógłby wygrać drugą turę wyborczą. A przestraszył się dlatego, że dowiedział się, iż jego Szymona Hołowni ruch ma już biura w 17 miastach. A jak powszechnie wiadomo to właśnie przy pomocy takich biur wygrywa się wybory czego nie jest świadomy ani PiS ani PO choć też posiadają struktury terenowe. Za to wie o tym doskonale Szymon Hołownia.

Jak kompromitujący jest wynik Biedronia?

Biedroń niewątpliwie miał potencjał, ale poległ z kretesem.

Niecałe 2,5 proc. głosów dla kandydata CAŁEJ lewicy mówi z jednej strony o tym, że kandydatura Roberta Biedronia nie była tak uniwersalnie lewicowa, jak tego oczekiwano, a z drugiej – każe się zastanowić nad kondycją polskiej lewicy. Być może po raz kolejny zgubiła ją wiara w siłę nazwiska, które wystawia? A może znów straciła czujność po tym, jak w październikowych wyborach udało się jej wprowadzić do Sejmu 49 posłów i posłanek? To miał być początek odbudowy jej siły politycznej, a nie powód do tego, by spocząć na laurach.

Robert Biedroń w trakcie kampanii sprawiał wrażenie niezbyt zdeterminowanego, choć jak zwykle był uroczy, zachowywał i wypowiadał się poprawnie, uśmiechał się szeroko i chętnie pozował do selfie ze swymi fanami i fankami.

Po poznaniu wstępnych, szokująco niskich wyników, nieco zawstydzony nieporadnie wyrzucał z siebie nieznaczące frazesy o tym, że czasem się wygrywa a czasem przegrywa, a lewica ma piękne wartości o które warto się bić.

Tylko kto ma się o nie bić? Bo wynik Biedronia wskazuje jasno, że nie udało mu się porwać wyborców i wyborczyń nawet do postawienia krzyżyka przy jego nazwisku. O jakiej walce ideologicznej może więc tu być mowa?
Absolutnym zwycięzcą tej kampanii pozostaje z pewnością Szymon Hołownia, który – jak się wydaje – podebrał sporą część wyborców Biedroniowi. Jest w podobnym wieku, część postulatów prozwierzęcych i proklimatycznych miał bardzo zbliżoną do programu kandydata lewicy, ale nie wzbudzał takich kontrowersji. Deklarował, że utrzyma tzw. kompromis aborcyjny, chciał rozdziału państwa od Kościoła, mówił o reformie ochrony zdrowia i wsparciu dla osób starszych oraz z niepełnosprawnościami.
Być może w kraju, w którym uniwersalnym „wrogiem publicznym”, którym straszy prawica jest wciąż gender oraz „lobby” LGBT, orientacja seksualna kandydata na prezydenta ma jednak większe znaczenie, niż się spodziewano.

Dla Lewicy wynik Hołowni powinien stanowić ostateczny wake up call – bo oto „katol” zaproponował dość lewicowe postulaty i przekonał Waszych wyborców i wyborczynie skuteczniej, niż Wy.

Być może formalne zjednoczenie polskiej lewicy nie rozwiązuje problemu?
Być może nadal Lewica nie słucha społeczeństwa wystarczająco uważnie.
Wydaje się, że można zaryzykować twierdzenie, że sukces Hołowni polega na tym, że jest dość wyraźnym, przekrojowym odbiciem polskiego społeczeństwa – wciąż silnie katolickiego, ale coraz bardziej otwartego na dialog (i co najważniejsze – na słuchanie drugiej strony) i coraz bardziej świadomego klimatycznie, ekologicznie oraz prawno-zwierzęco.

Wespół w zespół

Wiesław Michnikowski w kabarecie Starszych panów, rzewnie melorecytował, że kochać nie należy indywidualnie. Tym bardziej zaś nie da się indywidualnie robić polityki.

A Polacy coraz to próbują. I oczywiście ponoszą porażki.

Jednym z najczęstszym zarzutem podnoszonym w debatach okołopolitycznych jest partyjność. Bezpartyjność jest uznawana za cnotę partyjność za grzech. Marność polskich partii politycznych to oczywista oczywistość. Popełniły wszystkie możliwe grzechy, i popełniają je nadal, co dobitnie widać w kolejnych kampaniach wyborczych łącznie z bieżącą.

Jednak system, w jakim współczesny, względnie demokratyczny, świat funkcjonuje oparty jest na partiach politycznych. Słabość partii osłabia demokrację, słaba demokracja osłabia partie polityczne. Wszelkie patologie systemu partyjnego uderzają od razu w demokrację. Jednym z ważnych zadań partii politycznej jest organizowanie dyskursu demokratycznego poprzez formułowanie politycznych postulatów i ich uzasadnień. To prawda, że polskie partie słabo wywiązują się ze swoich zadań, a już najgorzej to wygląda gdy sprawują władzę. Sprawując władzę polskie partie, w zasadzie bez wyjątków, budowały system oligarchiczny. PiS trafnie diagnozując sytuację i odczytując opinie Polaków, obiecywał walkę z oligarchią. Obietnicy poniekąd dotrzymał, pokonując zastana oligarchię, zastępując ja nową.

Aktualne kampania wyborcza, podobnie jak ta jesienią ubiegłego roku, jest mocno odrealniona. Choć tym razem PO sprawia wrażenie, że jednak chciałaby przejąć władzę, choćby tylko prezydencką. Wymiana kandydatów, przeprowadzona bardzo sprawnie, to jeden z sygnałów determinacji. Kompletnie nie pasująca to wyborczej walki na obelgi i potwarze, Kidawa Błońska nie poradziła sobie z wyzwaniem. Choć warto pamiętać, że miał ją wspierać cały sztab KO… A zaraz potem się okazało, że nie wspiera jej (prawie) nikt a do jej ewentualnego zastąpienia co rusz to zgłaszali się kandydaci. Teraz Trzaskowski po restarcie kampanii daje szanse na pokonanie PiS… choć szanse Dudy dalej stoją nieco wyżej.

Nową zagadką jest elektorat Szymona Hołowni. To kandydat niespełnionego PO-PiS-u. Z jednej strony łagodny katolicki fundamentalizm z ludzką twarzą, obiecujący nawet rozdział państwa od kościoła, pod warunkiem że Państwo będzie działać w ramach etyki katolickiej. A więc łagodny antyklerykalizm i powrót do prawdziwego chrześcijaństwa. A z drugiej strony, mięciutki jak sierść kota, liberalizm i powrót do konstytucyjnych wartości, w interpretacji Andrzeja Zolla. Oczywiście to znacznie bliższe demokracji niż PiSowska anokracja ale uprzejmie proszę wybierających Hołownię by nie nazywali się lewicą, albowiem są nią jedynie względem PiS.

Na koniec zostawiłem Roberta Biedronia. Jego wybór na Kandydata Zjednoczonej lewicy nie był najlepszym rozwiązaniem. Początek kampanii to była prawdziwa katastrofa, całkowicie zlekceważył zeszłoroczny dorobek partii lewicowych. Mieliśmy w kampanii tak naprawdę niegdysiejsze stopione na szaro śniegi czyli popłuczyny po wiośnie.

W rezultacie nie uzyskał ani wsparcia partii ani wyborców. Dodatkowo parlamentarna, ograniczona ale jednak, współpraca Lewicy z PiS dezorientowała wyborców domagających się bezwzględnej walki z rządem. Reaktywacja kampanii wyborczej zmieniła nieco sytuację. Klub parlamentarny zaangażował się zdecydowanie w kampanię przedstawiając szereg inicjatyw. Tyle, że cześć wyborców odpłynęła już do Trzaskowskiego i do Hołowni.

O wyborze prezydenta zdecydują przepływy elektoratów drugiej turze. Jednak zależą one też po części od wyników pierwszej. Porzucanie kandydata pierwszego wyboru na rzecz ułudy zwycięstwa w pierwszej turze świadczy o tym, że wyborcy nie rozumieją demokracji. No, ale politycy też jej nie rozumieją.

Każdy kto uważa się za socjaldemokratę, czy choćby tylko lewicowca, powinien pomimo oporów, głosować w pierwszej turze na Roberta Biedronia. Pomimo ewentualnych wątpliwości. Bo głos na niego jest głosem na lewicową alternatywą, która rodzi się powoli, w bólach, niedoskonała i fragmentaryczna. Rodzi się w klubie parlamentarnym lewicy. I tylko tam może powstać. Ale to jak szybko powstanie i jak szybko będzie w stanie dotrzeć do społeczeństwa, zależy też trochę od wyniku Biedronia.

Każdy lewicowiec ma wątpliwości ale każdy, w decydującym momencie powinien wiedzieć jak postąpić. I wespół w zespół…

A konkordat należy wypowiedzieć, z pomocą Hołowni lub bez.

Trzaskowski nadzieją opozycji?

Koalicja Obywatelska wyszła z założenia, że Małgorzata Kidawa-Błońska już nie nadrobi sondażowych strat. Co w wyborczym wyścigu zmieni pojawienie się Rafała Trzaskowskiego?

Jedno jest pewne – teraz już na pewno nie przydadzą się karty do głosowania drukowane z myślą o wyborach pocztowych. Widniejąca na nich lista kandydatów stała się nieaktualna.

Skręt progresywny

Małgorzatę Kidawę-Błońską komentatorzy opisywali jako przedstawicielkę prawego skrzydła opozycji, raczej konserwatystkę niż progresywistkę, ukłon w stronę zachowawczego elektoratu. Cała jej kampania wyborcza opierała się na hasłach stałości i powagi. Hasło „prawdziwa prezydent” sugerowało dostojeństwo i wzniesienie się ponad doraźne spory na rzecz dialogu. Także stałe przypominanie o rodzinnych korzeniach kandydatki, momentami wręcz przerysowane i łatwo stające się powodem do drwin, miało przekonywać o jej szczególnych predyspozycjach do mądrego kierowania państwem. Powaga przekładała się na niezłe sondażowe wyniki, zanim zaczęła się epidemia. Faktyczne wygaszenie kampanii wyborczej wszystkich kandydatów poza urzędującym prezydentem błyskawicznie podcięło im notowania – jeszcze zanim zaczęła się dyskusja o możliwym bojkocie głosowania.

Niezbyt eleganckie odstawienie kandydatki, której przyszło informować o rezygnacji na samotnej konferencji prasowej i postawienie na Trzaskowskiego oznacza całkowitą zmianę strategii. Notowania KO ma ratować więcej kampanijnej agresji i zwrot w stronę bardziej liberalnych wyborców.

Na początek awaria

TVP już na starcie ochrzciła Trzaskowskiego mianem „człowieka-awarii”, przypominając o zeszłorocznych problemach z oczyszczalnią Czajka. KO już szykuje się, że następnym punktem będzie „deprawacja nieletnich”. Wszak to Trzaskowski podpisał kartę LGBT+, na co prawicowe media zareagowały oskarżeniami o chęć przyuczania najmłodszych do masturbacji i rozbijania rodzin. Ruszyła machina nienawiści, która rozlała się daleko poza Warszawę. Tymczasem w rzeczywistości w karcie znajdowały się takie postulaty, jak stworzenie hostelu interwencyjnego dla osób LGBT, udzielenie patronatu Paradzie Równości przez prezydenta miasta, a także monitoring przestępstw motywowanych uprzedzeniami. To, co dla prawicy było obiektem ataku, dla wyborców opozycji jest dowodem gotowości do budowania tolerancyjnego i inkluzywnego społeczeństwa. Jedna i druga strona będą na tej podstawie mobilizować swoich wyborców. Czy skutecznie?

Wyprzedzi Hołownię?

Na niekorzyść Rafała Trzaskowskiego bardziej skutecznie niż telewizyjna propaganda grać może schemat myślenia, które sama KO wpajała swoim wyborcom (ale i wyborcom Lewicy): że należy przeciwko PiS stawać po stronie najsilniejszego z dostępnych kandydatów. Przy obecnym układzie sił, jeśli brać za dobrą monetę sondaże, mogłoby to oznaczać potrzebę wspierania Szymona Hołowni, który po kilku udanych występach w internecie i podczas debaty kandydatów systematycznie pojawiał się w rankingu tuż za niezmiennie prowadzącym Dudą. Zapewne przejmując również część elektoratu Roberta Biedronia, dla którego ostatnie sondaże nie są korzystne – chociaż trudno byłoby oskarżać tego kandydata o brak merytorycznych propozycji na czas kryzysu. Ale i tutaj trudno o czymkolwiek przesądzać. Pierwsze sondaże, w których notowany był Trzaskowski, dawały mu 11-14 proc., sytuując go za Hołownią i za Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Jednak opublikowany w sobotę 16 maja sonda United Survey dla RMF FM dał właśnie Trzaskowskiemu drugą pozycję i drugą turę.

Jeśli obecny prezydent Warszawy w najbliższym czasie pokaże się jako efektywny w zarządzaniu gospodarz, zdolny przeprowadzić swoje miasto przez czas pandemii, może urosnąć na dobre. Pytanie, czy na tyle mocno, by przebić mobilizację elektoratu PiS. Z tej grupy przepływów do opozycyjnego obozu już raczej nie będzie. Wręcz odwrotnie – kiedy zwolennicy rządzącej prawicy zorientują się, że głównym adwersarzem ich prezydenta nie jest bezpartyjny Hołownia, ale jedna z twarzy Koalicji Obywatelskiej, mogą ruszyć do lokali wyborczych z tym większym zapałem. Wszak właśnie niechęcią do PO czy też KO karmiono ich nader systematycznie.

Oddychać coraz trudniej

Nie z powodu koronawirusa. Szczęśliwie, przynajmniej póki co, jestem zdrowy. Obejrzałem jednak wczorajszą „debatę” prezydencką zorganizowaną przez TVP i zaniemogłem. Nie tylko na fizjologii, także na świadomości. Mój największy polityczny dylemat, po obejrzeniu tego, to upić się czy też po prostu machnąć ręką i uznać, że polska państwowość przestała istnieć. Jeżeli pretensje do prezydentury wysuwane są przez takie indywidua, to oznacza to, że polityka stała się ringiem ciamajd zagubionych w rzeczywistości i to równoległej.

Już po pierwszym kwadransie wystąpień poszczególnych kandydatów, z których każdy zaprogramowaną miał swoją plemienną mantrę, miałem ochotę przerwać oglądanie nagrania. Nie do strawienia był Tanajno. Oglądanie nawiedzonego dziamdziaka wrzeszczącego o przedsiębiorcach to eksperyment ponad siły normalnego człowieka.

Apopleksji dostałem też, gdy z ekranu spozierać na mnie zaczął niejaki Piotrowski, jakiś radiomaryjny fundamentalista. Licytował się trochę w sprawie 447 z Bosakiem, a na pytanie o Unię Europejską odpowiedział, że Tusk oddał śledztwo smoleńskie Rosjanom. Inny egzotyczny kandydat, niejaki Żółtek, powiedział, że kwestię „małżeństw homoseksualnych” (nawiasem mówiąc, zostało to postawione przez prowadzącego jako główna kwestia w segmencie „debaty” o polityce społecznej) można rozwiązać, likwidując podatek dochodowy. Dodajmy Jakubiaka, który oskarżył UE o to, że „zdziera z nas szaty porządnych chrześcijan”. Browar temu, kto wyjaśni, o co chodzi pierwszemu piwowarowi RP.

Wszyscy ci trzej kandydaci mieli jednak wspólną cechę – zarażeni byli korwinowirusem, bo szczególnie nakręcali się, gdy mówili o – nie zgadniecie – obniżaniu podatków. Ilekroć podejmowali wątek fiskalny, podniecali się i mówili coraz głośniej i coraz szybciej. Nie wiedziałem, że jest tylu ludzi, którym wciąż się wydaje, że lata 90. się nie skończyły. Byłem przekonany, że poza członkami Platformy Obywatelskiej są jeszcze tylko Adam Słomka i Henryk Pająk. Aha, Jakubiak powiedział też dwa razy, że „przedsiębiorcy umierają na naszych oczach”.

Trzeba jednak im przyznać, że coś jednak powiedzieli – tak straszne niedorzeczności, że nawet chwilowo zapadły w pamięć. Za to Duda i Kidawa-Błońska nie powiedzieli kompletnie nic. Gdyby nie wzięli udziału w tej „debacie” męczyłbym się z kwadrans krócej. Kosiniak-Kamysz oznajmił, że zmienił zdanie w sprawie emerytur i że dziś nie zagłosowałby za podniesieniem wieku emerytalnego, Bosak, że jest za emeryturą obywatelską.

Wybijające się minimalnie ponad poziom były wystąpienia demokraty Roberta Biedronia i popowego katolickiego integrysty Szymona Hołowni. Nie zaimponowali poglądami, ale dali znać, że traktują swój udział w wyborach poważnie i jakiś minimalny komunikat nawet z siebie wygenerowali. Biedroń wyraźnie chciał się przypodobać progresywistom i socjalnej lewicy – było o Jolancie Brzeskiej, o ludziach, którzy cierpią z powodu śmieciowego zatrudnienia itp. Zza Hołowni zaś od razu wyjrzał duch Michała Kobosko, szefa warszawskiego biura Rady Atlantyckiej, czyli agresywnego NATO-wskiego komsomołu. Już na początku oświadczył, że gdy zostanie prezydentem, to pojedzie do Kijowa z pierwszą wizytą, bo „niepodległa Ukraina” jest najważniejsza. Poza tym ważna jest Litwa. No cóż, mówiąc szczerze, od tego trójkąta Warszawa-Wilno-Kijów, to wolałem już patologiczne trumpowskie Trójmorze, choć i od tego przecież spazmy wymiotne chwytają.

A następnego dnia dowiedziałem się, że całe gadanie na nic, bo 10 maja wyborów i tak nie będzie. Przed następnym terminem, może lipcowym, może czerwcowym, czeka nas następna edycja, bo tę przecież wszyscy zapomną. Nie przewiduję jednak zwyżki poziomu. Urzędujący prezydent może spać spokojnie.

Flaczki tygodnia

Kto sfinansuje kampanię wyborcza Szymona Hołowni? Na to pytanie powinien odpowiedzieć kandydujący na prezydenta dziennikarz i szołmen. Odpowiedzieć uczciwie, bez ściemniania. Bez opowiadania bajek, że przeprowadzi zbiórkę w Internecie, albo pozyska pieniądze na kampanię ze sprzedaży gadżetów z jego cudownym wizerunkiem.

W Polsce można zostać radnym, parlamentarzystą bez używania wielkich nakładów finansowych. Bo da się zrobić tanio, spontanicznie, bez wielkiego zaplecza organizacyjnego kampanię na terenie jednego okręgu wyborczego. Kampanię prezydencką trzeba prowadzić w całym kraju, niestety. Oczywiście można też kandydować na prezydenta z góry wiedząc, że się nie wygra. Ale wykorzysta kampanię na lans i reklamę. Był już producent, który kandydował na prezydenta RP jedynie aby reklamować swój produkt – cudowne wkładki do butów. Każda z mieniących się poważną partia polityczna wystawia swojego kandydata aby skutecznie reklamował jej program oraz dobrym wynikiem wzmacniał jej pozycję polityczną. Jaki produkt zamierza reklamować Szymon Hołownia?

Z kontrolowanych przecieków informacji ze sztabu wyborczego Hołowni mogliśmy już dowiedzieć się, że kandydat chce mieć miano „kandydata obywatelskiego”, czyli bezpartyjnego.
Chce wykorzystać powszechną w naszym kraju niechęć społeczeństwa do partii politycznych, pogardę dla „partyjniactwa”. Czyli chce już na starcie oszukać swych przyszłych wyborców.

W demokracji parlamentarno – gabinetowej, a taką w Polsce mamy, nie da się uprawiać polityki bez członkostwa lub kooperacji z partiami politycznymi. Można być bezpartyjnym aktywistą miejskim i zostać wybranych do Rady Miasta. Ale już na wyższym szczeblu, czyli wojewódzkim, krajowym miejsca dla solistów politycznych nie ma. Przekonała się o tym Monika Jaruzelska. Radna miejska wybrana z listy SLD, kandydująca do Senatu RP jako „obywatelska”. Szymon Hołownia może zatem udawać, ściemniać, że jest spoza „układu politycznego”. Udawać cynicznie, lub nieświadomie. Może rzeczywiście do końca nie wiedzieć, kto finansuje i organizuje mu kampanię. Pamiętam z czasów Polski Ludowej członków PZPR, których zadaniem partyjnym było bycie bezpartyjnymi działaczami społecznymi.

Szymon Hołownia jest wielce inteligentnym człowiekiem. Zapewne doskonale wie, że on tych wyborów nie wygra. Zatem kandyduje po to, aby osłabić szanse innego kandydata lub kandydatów.
Komu może odebrać głosy ten nowoczesny, postępowy katolik?

Na pewno nie odbierze głosów kandydatowi Konfederacji. Bo wyborcy Konfederacji wykluczają takiego modernistę jak Hołownia ze swej katolickiej wspólnoty. Nie odbierze też głosów kandydatce Lewicy. Bo zbyt pachnie im kościelną kruchtą.

Może za to odebrać głosy katolikowi Władysławowi Kosiniakowi – Kamyszowi, centrowej kandydatce/ kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, no i panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Jako nowoczesna wersja obecnego pana prezydenta.

Może też pozyskać grono wyborców, którzy nie mają przekonania do istniejących partii politycznych i ich kandydatów.

Jeśli redaktor Hołownia spłaszczy wyniki wszystkich opozycyjnych katolickich kandydatów to okaże się pożytecznym idiotą pana prezydenta Dudy. Jeśli urwie kilka procentów panu prezydentowi to okaże się zdolnym politycznym dywersantem. A w przyszłości pewnie kolejnym „antysystemowym” parlamentarzystą. Ale aby taki efekt uzyskać, musi mieć duże wsparcie finansowe i organizacyjne.
Kto naprawdę sponsorować będzie kampanię Hołowni?

O tym, że w polityce pieniądze mogą zadusić, przekonał się nowy poseł Lewicy Marcin Kulasek. Lekkomyślnie zwierzył się ze swych pierwszych doznań na początku poselskiej drogi. Ze spostrzeżenia, że za drogo jest w tej Warszawie, znacznie drożej niż w rodzinnym Olsztynie. Że wbrew medialnym pozorom warunki do życia w sejmowym hotelu poselskim są skromne, a wydatki galopujące. I te 9 tysięcy uposażenia poselskiego to nie tak wiele, zwłaszcza kiedy prowadzi się dwa domy. Rodzinny w Olsztynie i poselski w Warszawie.

Flaczki wiodły poselski żywot przez 10 lat. Prowadziły tylko jeden dom. Ale doskonale pamiętają jak pieniędzochłonny jest poselski zawód. Trzeba nie tylko być w gotowości przez 24 godziny na dobę, jeść i pić poza domem, ale też stale wyglądać jakby się szło do ślubu. Albo do telewizji. Bo wyborcy nie chcą, by parlamentarzysta wyglądał jakby wyszedł z lumpeksu. Chcą, by wyglądał jak telewizyjny celebryta. Zapominają, że to jednak kosztuje.

Flaczki nie uważają, że polscy parlamentarzyści zarabiają za dużo. Da się z tego wyżyć. Ale największym ich problemem, nie jest uposażenie, co brak dobrych warunków do pracy. Polski parlamentarzysta nie ma w sejmie pokoju do pracy. Tak jak jego koledzy w każdym cywilizowanym parlamencie. Nie ma tylu pieniędzy na biura poselskie, jak koledzy w Parlamencie Europejskim. Polski parlamentarzysta często musi dokładać ze swego uposażenia aby efektywnie wykonywać swój mandat.

Zatem niech uposażenia poselskie zostaną na tym poziomie. Ale niech każdy z nich ma miejsce do pracy i znacznie większe środki finansowe na biura poselskie.

Pamięć o tym, co się wydarzyło w Auschwitz-Birkenau, to odpowiedzialność, która nigdy się nie skończy. A świadomość tej odpowiedzialności jest częścią naszej tożsamości narodowej, powiedziała kanclerz Angela Merkel podczas swojej pierwszej wizyty w byłym niemieckim obozie koncentracyjnym.

I od razu wrócił temat reparacji niemieckich za krzywdy wyrządzone obywatelom Polski w czasie II wojny światowej. Najbardziej dotkliwe straty to zabici obywatele II Rzeczpospolitej. I nie przeliczalne na pieniądze.

Dlatego „Flaczki” proponują aby w ramach reparacji wojennych Niemcy przysłali do Polski przynajmniej 6 milionów swych obywateli. Trzy miliony Żydów i trzy miliony osób Polakopodobnych.

Rządzić będzie trudniej

– Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona.
Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.
Pani Emilewicz zyskała nowe kompetencje, i będzie miała nowe kompetencje i będzie miała sporo do powiedzenia w rządzie, a wiadomo, że nie zawsze była z tych grzecznych.
Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od dwóch miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

Powstało też nowe ministerstwo ds. klimatu.

To pokazuje, że PiS przygotowuje się na kłopoty z UE, jeśli chodzi o sprawy klimatyczne i ochronę środowiska.
Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?

Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera.

Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?

Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to daliby elektoratowi sygnał, że są niepoważni.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może.będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?

Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.