Czasem tęcza, czasem grad

Polska jest krajem, w którym nawet rozmowy o pogodzie nie są już bezpieczne. Bo rozmowy o uczuciach zawsze były trudne, a czasem groźnie. Pewnie dlatego, że termin poetycki stał się terminem prawnym, ale nie został prawnie zdefiniowany.

Tak właśnie uczucia, mimo że prawdopodobnie nie istnieją realnie (co innego emocje), znalazły się w kodeksie karnym, choć żaden z prawników nie wie, czym są. Nie martwmy się jednak, bo łaskawy ustawodawca wskazał nam, co może uczucia urażać, a raczej w jaki sposób urażać ich nie wolno.

Od razu zresztą widać, że twórcy brzmienia przepisu opierali się raczej na teologii niż na wiedzy, którą posługuje się religioznawstwo. Teoria religii zna termin „przedmioty kultu”, czcią natomiast (również religijną) można otaczać każdą rzecz: przedmiot, postać literacką, istotę. Tak czynią radykalni buddyści, otaczający czcią wszystko, co żyje. Gdyby jednak ci sami buddyści domagali się od innych respektowania swoich przekonań, życie na ziemi byłoby niemożliwe. A przynajmniej życie człowieka.

O co więc może chodzić w słynnym paragrafie 22 – pardon, oczywiście w paragrafie 196 naszego kodeksu karnego? „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Załóżmy – może trafnie, a może jednak nie – że ustawodawcy chodziło o szczególną ochronę przedmiotów kultu religijnego (a nie czci, jak raczył napisać): taką ochronę, jaka przysługuje pomnikom i miejscom pamięci narodowej, lub nawet większą.

O wiele łatwiej jest wskazać miejsca przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Wiadomo, są to kościoły wszystkich (zarejestrowanych?) kultów, kaplice, klasztory (ale czy całe?). Czyli mniej więcej wiemy, co. Ale czy wiemy, jak? Wiemy, jak można znieważyć człowieka. Czy w ten sam sposób można znieważyć miejsce ?

Publiczne miotanie obelg pod adresem człowieka może być znieważeniem, ale czy wygłaszanie uwag na temat architektury kościoła też? Rozumiem, że nazwanie kogoś tłuściochem (bez względu na jego wagę) może być obraźliwe, ale czy obraźliwe jest nazwanie kościoła koszmarem architektonicznym? Czy w stosunku do przedmiotów kultu, miejsc wykonywania obrzędów możemy stosować dokładnie te same zasady co w stosunku do osób?

A te przedmioty kultu (czci) to jak określić? Możemy w pewnym zakresie przyjąć, że przedmiotem kultu jest to, co wyznawcy za przedmiot kultu uznają. To jednak bardzo ryzykowny pogląd, zwłaszcza gdy przyjmiemy, że wzmiankowany paragraf odnosi się do wszystkich (zarejestrowanych?) kultów. To by tłumaczyło, dlaczego nie zarejestrowano w Polsce Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Producenci makaronów mogliby mieć problem z uczuciami, jakimi wyznawcy tego kościoła darzą makaron, że o klopsikach nie wspomnę.

Żeby jednak zbytnio nie mieszać w argumentach, skupmy się na zarejestrowanych w Polsce wyznaniach. Policja raportuje, że ciągu 20 lat (1999–2019) stwierdzono 1115 przypadków naruszenia art. 196 KK, czyli nieco ponad 50 rocznie. Niemal jeden tygodniowo. Niestety, w statystykach nie podano najczęstszych sposobów naruszania.

Można przyjąć, że przedmiotami kultu są figury świętych czy obrazy z wizerunkami bogów, świętych i błogosławionych. Przyjmuję bezdyskusyjnie, że przedmiotem kultu jest obraz Czarnej Madonny z Dzieciątkiem z klasztoru w Częstochowie – dla jednych z powodu jakoby zdolności do czynienia cudów, dla drugich z powodu Ewy Demarczyk. Ale czy reprodukcja zdjęcia obrazu też jest przedmiotem kultu i powinna podlegać tej samej ochronie? Czy taki obrazek staje się przedmiotem kultu, dopiero gdy poświęci go uprawniona do święcenia osoba? Mniejsza już o to, czy ma moc oryginału albo magię Ewy Demarczyk.

Nie ulega też dla mnie wątpliwości, że przedmiotem kultu może być przechowywany w specjalnym miejscu kościoła mszał albo też specjalne wydanie świętej księgi tego czy innego wyznania. Ale czy to samo dotyczy każdego egzemplarza tych tekstów? Czy użycie zwykłego wydania Biblii (innym niż zwykłe nie dysponuję, jak pewnie i większość wierzących) do zablokowania okna w trakcie wietrzenia pokoju jest już wypełnieniem znamion czynu zabronionego? O ile oczywiście uznamy, że samo wietrzenie pokoju nie jest w Polsce naruszeniem norm społecznych.

Nawiązuję teraz do sprawy Nergala, który jakoby oparł obutą stopę na świętej księdze. No, ale czy na pewno na świętej? Czy był to poświęcony przedmiot kultu czy też nieco zakurzony egzemplarz, jeden z tych, które można jeszcze znaleźć w niektórych hotelach nie tylko w USA? Czy to ma znaczenie? Powinno mieć. Choć osobiście nie oparłbym buta na książce, nawet gdyby był to poradnik samodoskonalenia czy wiersze Horsta Wessela. Ale przecież nie chodzi o to, czy ktoś inny zrobiłby podobnie czy nie, tylko o to, czy taki czyn powinien podlegać karze.

Więcej szczęścia miał Jerzy Urban. Został prawomocnie uniewinniony, choć sprawa rysunku, na którym przedstawiono trudno powiedzieć kogo, nie powinna w ogóle trafić do sądu. Co prawda, są tacy, którym wszystko z jednym się kojarzy, ale zapewne mało kto przypuszczał, a już na pewno nie ja, że chodzi akurat o Jezusa.

A może ktoś pamięta przykład renowacji świętego obrazu w czynie społecznym, po której obraz przestał być do siebie podobny, a święty przypominał bardziej pyzę (Pyzę z polnych polskich dróżek)? Czy społeczna renowatorka popełniła czyn karalny? Czy obraz przestał czynić cuda? O ile czynił je wcześniej. Tyle pytań, a znikąd pomocy. Współczuję sędziom, choć religioznawcy mogliby pomóc. Specjaliści od cudów raczej nie.

Jestem za tym, by chronić słabych i tych, którzy sami nie potrafią się bronić. Ale Kościół katolicki nie jest ani słaby, ani bynajmniej bezbronny. Państwo nie powinno stać na straży Kościoła, a na pewno nie powinno go bronić przed jego wiernymi, bo większość zwolenniczek tęczowych wizerunków świętych i błogosławionych Kościoła albo wierzy w tego samego boga, albo wierzyć by chciała.

Ja osobiście wolę świątynię dumania, w której gra inna muzyka, nie ma kadzideł, choć może być miejsce na świece. A na pewno na kaganek oświaty. I też chciałbym jak Goethe zobaczyć więcej światła, zanim pojawi się światełko w tunelu. Bo zgadzam się z Boyem Żeleńskim, że są bakterie (i wirusy), które zabija się światłem.

A po za tym uważam, że konkordat należy wypowiedzieć.

Zakaz aborcji czyli hańba domowa

Na obecny rok przypada 90 rocznica ukazania się „Dziewic konsystorskich” (1929), sławnego pamfletu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, którym rozpoczął on swoją wielką kampanię krytyczną w stosunku do Kościoła katolickiego w II Rzeczypospolitej i jego szkodliwej roli w sferze życia społecznego, skrajnie restrykcyjnej w warstwie obyczajów, represyjnej wobec praw kobiet, destrukcyjnej w odniesieniu do kultury i wolności słowa oraz praw obywatelskich, hamującej (choć takie określenie było wtedy nieznane) rozwój społeczeństwa obywatelskiego oraz, w konsekwencji, zamykającej większość Polaków w ciasnej, niewolniczej, niedojrzałej, nietolerancyjnej mentalności. Po upływie dekady od odzyskania przez Polskę państwowej niepodległości, Boy uświadamiał swoim tekstem, że okupantów w postaci obcych potęg zaborczych zastąpiła w znaczącym stopniu organizacja, która czerpie legitymizację swoich uroszczeń z – co najmniej dyskusyjnych – zasług historycznych dla utrzymania polskiej świadomości narodowej i dla przywrócenia niepodległości oraz z całkowicie niepodlegających racjonalnej weryfikacji źródeł o charakterze fideistycznym. Rok po „Dziewicach konsystorskich” Boy dał temu pełny wyraz w równie głośnym tekście „Nasi okupanci” (1930), w którym pokazał Kościół katolicki jako agresywną, pasożytniczą, rakowatą narośl na czele narodu i społeczeństwa polskiego, narzucającą mu swoją władzę (nie tylko perswazyjną) i wysysającą z niego soki żywotne. W 1932 ukazał się jego kolejny tekst, „Piekło kobiet”, w którym Boy skoncentrował się na jednym z najbardziej szkodliwych aspektów represyjnej i antywolnościowej roli Kościoła katolickiego, czyli jego wpływowi na prawo karne w Polsce i na mentalność społeczną, co spowodowało zepchnięcie kobiet w sferze ich praw osobistych, w tym związanych z prokreacją, na pozycję pariasów i gorszego, dyskryminowanego ze względu na płeć, sortu.

„Dziewięć rozmów o aborcji”, Krystyny Romanowskiej i Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin, książka, na którą jeszcze można natrafić w księgarniach, uświadamia, że 87 lat po ukazaniu się pierwszego wydania „Piekła kobiet”, sytuacja kobiet w Polsce w zakresie praw reprodukcyjnych lokuje ich prawa w punkcie wyjścia sprzed blisko 90 lat i że tekst Boya jest przerażająco aktualny. Na kilkadziesiąt lat PRL okupacyjna rola Kościoła katolickiego uległa radykalnej redukcji, ale po przełomie 1989 roku powróciła do stanu bliskiemu czasom II Rzeczypospolitej. Kościół bez skrupułów sięgnął po zapłatę za to, co przypisano mu mocno na wyrost – za udział w kontestacji PRL. Na wyrost, bo Kościół w wielu wymiarach (choćby budownictwa sakralnego) dobrze się w Polsce Ludowej miał, otoczony ogólnym szacunkiem, wspierany finansowo i wolny od obecnej krytyki. Jak widać, pozycję Kościoła w PRL cechuje stan sprzeczności, swoisty paradoks, polegający na tym, że ograniczony w swoich uroszczeniach ideologicznych, cieszył się (na ogół, jeśli nie liczyć trudniejszych okresów czy dramatycznych epizodów) jednocześnie dość wszechstronnym komfortem w funkcjonowaniu. Był więc Kościół katolicki przez znaczącą część okresu PRL – męczennikiem na pluszowym krzyżu. Jest bardzo znamiennie, że tym na co już w pierwszych miesiącach 1989 roku Kościół katolicki i jego polityczni akolici podnieśli rękę, były osobiste prawa kobiet w sferze prokreacyjnej. O dramatycznych tego rezultatach mówi właśnie „Dziewięć rozmów o aborcji”. Zakaz aborcji wywołuje od 30 lat nieustanny, społeczno-polityczny stan zapalny. To nieustające, boyowskie „piekło kobiet” w praktyce, z przerwami aktualne od 90 lat.

Przypomnę pokrótce, dla porządku: tuż po przełomie 1989 roku, zanim jeszcze na dobre uformowały się struktury nowego, demokratycznego państwa polskiego, zanim jeszcze, w rezultacie wyborów 4 czerwca, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kościół katolicki dał sygnał do szturmu politycznego na prawa kobiet i otwarcie wezwał do zniesienia ustawy z kwietnia 1956 roku zezwalającej na aborcję. Hierarchowie i proboszczowie nie cofnęli się przy tym przed kłamstwem, przed manipulacją. Głosili wszem i wobec, wbrew faktom, że ustawa z 1956 roku to prawo stalinowskie, choć w rzeczywistości był to jeden z aktów destalinizacji, o czym świadczy także data jej uchwalenia na fali odwilży przedpaździernikowej. Władze stalinowskie zachowały bowiem przedwojenne prawo antyaborcyjne zawarte w prawie karnym z 1932 roku (osobnej ustawy antyaborcyjnej wtedy nie było) i przez cały okres stalinowski (1945-1955) aborcja, czyli „spędzanie płodu”, jak to wówczas określano, była w Polsce zakazana.

W 1989 roku Kościół znalazł wśród posłów i senatorów „solidarnościowych” pokaźny szereg (ściślej biorąc: miażdżącą większość) promotorów wprowadzenia totalnego zakazu aborcji. W tej walce, która toczyła się przez blisko 4 lata, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia maksimum. W krańcowych wariantach rozważano nawet wprowadzenie zakazu niektórych środków antykoncepcyjnych, w szczególności pigułek oraz spiral domacicznych, a także wprowadzenia przymusu regularnych, kontrolnych badań ginekologicznych, na podobieństwo praktyk w Rumunii Nicolae Ceausescu.

W dążeniu do maksymalnych restrykcji Kościół zlekceważył nawet sensowny projekt wybitnego przedstawiciela inteligencji katolickiej, człowieka o nieposzlakowanej moralności, ojca wielodzietnej rodziny, Andrzeja Wielowieyskiego. Proponował on pozostawić kobietom prawo do wyboru, czy chcą czy nie chcą utrzymać ciążę, przy jednoczesnym wprowadzeniu dla nich obowiązku dwukrotnej konsultacji psychologiczno-lekarskiej. Kościół odrzucił to rozsądne rozwiązanie, a jednocześnie odwrócił się od kręgów światłej inteligencji katolickiej skupionej wokół „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, znajdując sobie sojusznika w radykalnych fanatykach katolickich.

Skończyło się na tzw. „kompromisie”, czyli na restrykcyjnej ustawie zasadniczo zakazującej aborcji, co prawda zostawiającej kilka wyjątków od zakazu, jednak bardzo często trudnych do wyegzekwowania w praktyce, z powodu nieustannego nacisku Kościoła. I tak jest do dziś, choć być może Czarny Protest z 3 października 2016 roku choć trochę otrzeźwił przynajmniej niektórych hierarchów (bo fanatyków od Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego i „Ordo Iuris” już nie).

Ostatnią odsłoną wokół aborcjnej gorączki była inicjatywa środowiska prolajf skupionego wokół wspomnianej Godek, zmierzająca, poprzez projekt „Zatrzymaj aborcję” do radykalnego ograniczenia i tak represyjnego prawa aborcyjnego, poprzez zakaz tzw. aborcji eugenicznej, czyli zniesienia prawa do przerwania ciąży w przypadku wystąpienia znaczących i nieusuwalnych wad płodu. Aktualnie inicjatywa ta została zamrożona przez PiS w obawie przed konfliktem społecznym i masowym protestem kobiet, co mogłoby zagrozić stabilizacji obecnej władzy. Jednak emocje polityczne, hasła i zawołania bojowe, spory aktywistów pro-life i pro-choice, projekty i kontrprojekty ustaw dotyczących tej kwestii, to jedno, a konkretna, bardzo dokuczliwa rzeczywistość, która dramatycznie dotykała i dotyka tysięcy kobiet padających ofiarami opresyjnego prawa i opresyjnych postaw wielu lekarzy, to drugie.

Książka składa się z dziewięciu rozmów, które Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin przeprowadziły z kobietami, które stanęły przed problemem niechcianej ciąży. Wiem, że to słowo jest zdewaluowane, ale mogę określić te rozmowy jako „wstrząsające”, przerażające świadectwa kobiet, świadczące o tym w jak zacofanym obyczajowo żyjemy kraju. I jak wielkim jest to powodem do społecznego wstydu i do wyrzutu społecznego sumienia oraz powodem do wstydu po stronie państwa polskiego, które w XXI wieku taki los gotuje swoim obywatelkom.

Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin –„Dziewięć rozmów o aborcji”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str. 258, ISBN 978-83-7700-284-1.