Rzeszów miasto cudów

Można powiedzieć, że Rzeszów jest stolicą polskiej prowincji. Radzi sobie lepiej niż reszta regionu i pozostała prowincja. To jedno z niewielu miast, dla których reforma administracyjna z 1999 roku okazała się korzystna. Rzeszów zyskał wtedy szansę na to, by być liderem nowego regionu. No i zaraz potem dostał prezydenta Ferenca.

Można powiedzieć, że w Rzeszowie jak w soczewce skupiły się wszystkie wady i zalety reformy samorządowej wprowadzonej przez rząd Buzka, a wzbogaconej przez SLD o bezpośrednie wybory szefów gmin. Na skutek dominacji prezydenta nad radą miasta (gminy) radnym pozostawało jedynie akceptowanie inicjatyw prezydenckich. To z kolei sprzyjało tworzeniu się wokół prezydenta nieformalnego dworu jako faktycznego ośrodka decyzyjnego w mieście. Im dłużej prezydent sprawował swoją władzę w kolejnych kadencjach, tym bardziej umacniała się rola jego zaplecza, które Ferenc mógł kształtować dosyć swobodnie, niekoniecznie kierując się politycznymi sympatiami jego członków. Obywatelska kontrola nad prezydentem słabła z każdą kadencją, do czego przyczyniała się też słabość partii politycznych. Ich aktywność ograniczała się do rady miasta, której znaczenie sukcesywnie spadało.

Ferenc wykorzystał niemal wszystkie możliwości dostarczane mu przez ustawy samorządowe, fundusze europejskie oraz kapitał, jakim dysponował Rzeszów, głównie, choć nie wyłącznie, z czasów PRL-u. Doświadczenia w administrowaniu i we współpracy z władzami centralnymi Tadeusz Ferenc nabył w poprzedniej epoce. Jako prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Nowe Miasto, największej w Rzeszowie i jednej z większych w kraju, nauczył się także funkcjonowania w nowym systemie i poznał problemy mieszkańców.

Trudno powiedzieć, że kierował miastem źle, ale też trudno wskazać, że liczył się poważnie z mieszkańcami. Wiedział, że samorząd, by uzyskiwać środki na inwestycje, nie może być w sporze z rządem, więc podążał za centralną linią polityczną. Najpierw przeszedł z SLD bliżej centrum, startując po raz drugi z własnego komitetu wyborczego i powtarzał to w kolejnych wyborach. Tak dryfując, dotarł aż do Platformy: w 2015 roku opowiedział się po stronie Bronisława Komorowskiego, choć akurat nie wiedział, że obstawia przegranego konia. Wtedy po raz pierwszy zawiódł go polityczny nos. Nieznane są kulisy rezygnacji prezydenta Rzeszowa z udziału w wyborach parlamentarnych w 2019 roku. Listy były już poukładane, a Ferenc miał jedynkę u swojego nowego partnera politycznego, czyli PO. PiS z jednej strony się cieszyło, bo decyzja Ferenca mogła oznaczać chęć zwolnienia fotela prezydenta, z drugiej patrzyło z pewnym niepokojem, czy to aby nie podniesie za bardzo wyników Platformy. Przedstawiciele mieszkańców apelowali do prezydenta miasta o pozostanie na stanowisku. W rezultacie po rozmowie z ówczesnym szefem PO Grzegorzem Schetyną Tadeusz Ferenc zrezygnował z kandydowania. Czy wpłynęło to na wybory? PO utrzymało w Rzeszowie swoje dwa mandaty, ale PiS dwa mandaty straciło, mimo że uzyskało o 6% lepszy wynik niż w 2015 roku. Zjednoczona (tym razem naprawdę) Lewica zsumowała niemal dokładnie swoje wyniki z 2015 roku, co pozwoliło jej przekroczyć próg wyborczy i zdobyć jeden mandat. Przejmując zapewne część wyborców po Kukizie, jeden mandat wywalczył też Grzegorz Braun dla bloku wyborczego KorWiN.

Rezygnacja z kandydowania mogła pomóc prezydentowi w utrzymywaniu lepszych kontaktów z administracją rządową, czego kulminacją być może była wymiana serdeczności między Ferencem a Kaczyńskim po oficjalnym powołaniu prezesa na stanowisko wiceprezesa… Rady Ministrów. Wcześniej Ferenc udzielił poparcia startującemu z ostatniego miejsca listy PiS‑u Marcinowi Warchołowi.

Wskazanie Warchoła jako ewentualnego następcy było jednak niejakim zaskoczeniem. Złośliwi twierdzą, że to niedźwiedzia przysługa dla prawicy, która już nie jest taka zjednoczona. I rzeczywiście wygląda na to, że w przedterminowych wyborach na prezydenta Rzeszowa zmierzy się troje przedstawicieli prawej strony z jednym kandydatem wspieranym przez wszystkie ugrupowania opozycyjne. Matematycznie większe szanse ma Konrad Fijołek, przedstawiciel opozycji, która w samym mieście zebrała w 2019 roku ponad 45 tysięcy głosów, a PiS (tylko) 42 tysiące. (Nie)Zjednoczona Prawica wystawi natomiast prawdopodobnie troje kandydatów: Warchoła z Solidarnej Polski namaszczonego przez Ferenca, Waldemara Kotulę z Porozumienia (Gowina) i Ewę Leniart, oficjalną reprezentantkę PiS‑u, sprawującą urząd wojewody podkarpackiego. Wstępne sondaże potwierdzają niewielką przewagę Fijołka nad każdym z kontrkandydatów. No, ale to wszystko są dane, które zebrano, zanim się okazało, że Rzeszów jest liderem szczepień w Polsce i (bliskiej) zagranicy.

Nawet jeśli faktycznie w statystykach Rzeszowa mieszczą się mieszkańcy sąsiednich gmin, to i tak rzeszowski wynik przebija znacząco średnią dla polskich miast. W sumie nawet bym przyjął argumentację, że z powodu wyborów samorządowych zostaną w trybie pilnym zaszczepieni wszyscy dorośli mieszkańcy miasta. Demokracja ma swoją cenę i przynajmniej ja zgodziłbym się poczekać tydzień czy dwa dłużej na szczepionkę. Tyle że taka decyzja musiałaby być ogłoszona jako część planu walki z koronawirusem. Niektórzy, w tym ja, wątpią, że taki plan w ogóle istnieje. Powiedziałbym raczej, że minister Dworczyk gra w planszówkę i rzuca znaczonymi kostkami. Raz wynik rzutu jest korzystny dla czterdziestolatków – minister ma przypadkiem 45 lat – a raz dla Rzeszowa.

Rzeszowiakom życzę zdrowia i udanych wyborów. A mieszkańcy innych miast mogą przy okazji się zastanowić, czy ich samorządy bardzo różnią się od rzeszowskiego.

A konkordat, tak czy inaczej, należy wypowiedzieć.

Prezydent Rzeszowa zasłużył na więcej…

… niż na niesmaczne ataki ze strony Lewicy.

Dla osób znających realia Podkarpacia decyzja Tadeusza Ferenca o wsparciu polityka Solidarnej Polski, wiceministra w resorcie sprawiedliwości Marcina Warchoła nie była zaskoczeniem. Prezydent Rzeszowa poznał go wcześniej i najwyraźniej dobrze ocenił jego polityczne możliwości. Z funkcji odszedł na własnych warunkach, udzielając wsparcia człowiekowi, który podziela jego wizję rozwoju stolicy regionu. W kraju o bardziej dojrzałej demokracji i mniej podzielonym społeczeństwie, taki gest spotkałby się z uznaniem i szacunkiem ze strony wszystkich sił politycznych. Potraktowano by go jako rozwiązanie modelowe.

Moim zdaniem Tadeusz Ferenc jako jedyny tej rangi samorządowiec, zdecydował się poprzeć osobę, wywodzącą się z innego, jakże odległego od Lewicy obozu politycznego. Pamiętajmy, prezydent Rzeszowa od 1964 roku był członkiem PZPR, następnie SdPR a od roku 1999 Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Był posłem na Sejm w latach 2001 – 2002, a przez dwie dekady jedną z najważniejszych figur politycznych Podkarpacia. Regionu, którym prawica – ostatnio pod szyldem Prawa i Sprawiedliwości – rządzi niepodzielnie. Dziś jego lewicowi krytycy – nie szczędząc epitetów – zarzucają mu, że zbyt ostro skręcił w prawo i zdradził ideały młodości. Nic podobnego!

Tadeusz Ferenc mawiał, że jego partię są mieszkańcy Rzeszowa. Uważał, że poglądy polityczne i różnice ideologiczne nie mają znaczenia, gdy chodzi o sprawne zarządzanie infrastrukturą, czy dbanie o rozwój aglomeracji miejskiej.Między innymi, jego staraniem powstał imponujący drogowy most wantowy przez rzekę Wisłok będący wizytówką stolicy Podkarpacia. Nosi on imię Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera, który w pełni zasłużył sobie na ten pomnik. Wzniesiony staraniem lewicowego prezydenta miasta. Czyż ten fakt nie powinien stać się symbolem naszych czasów?

Tadeusz Ferenc ciężką pracą zasłużył na miano jednego z najlepszych samorządowców w kraju. Jego autorytetu nie kwestionował nikt. U rywali budził szacunek i uznanie. Świetnie rozumiał, że sukces Rzeszowa możliwy jest tylko wtedy, gdy bezwzględna rywalizacja zostanie zastąpiona kompromisem i współpracą przedstawicieli różnych środowisk.

Przekonał tym do siebie mieszkańców i dlatego bez wysiłku wygrywał kolejne wybory. Zazwyczaj w pierwszej turze. W naszym kraju jest zaledwie kilku podobnych lokalnych liderów. W przypadku takich osób szyldy partyjne tracą na znaczeniu. To raczej oni potrzebni są partiom. Przypomnę konwencję Sojuszu Lewicy Demokratycznej na Podkarpaciu, która odbyła w roku 2018. Tadeusz Ferenc miał bardzo udane wystąpienie, które zebrani przyjęli owacją na stojąco. Jednym z aktywnie oklaskujących prezydenta Rzeszowa był przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty. Nie mam wątpliwości, że Tadeusz Ferenc był i nadal jest człowiekiem lewicy. Przy czym należy do niewielkiej grupy polityków, którzy mieli szczęście odejść na własnych warunkach w chwili największej popularności. Przypomnę, że w uznaniu zasług dla uczelni, miasta i regionu Politechnika Rzeszowska wyróżniła go tytułem doktora honoris causa.

Gdy Tadeusz Ferenc obejmował prezydenturę Rzeszowa było to miasto traktowane jako prowincjonalne, reprezentujące Polskę B. Dziś jest to szybko rozwijająca się metropolia, o bogatej, nowoczesnej architekturze, która w ostatnich dekadach znacząco powiększyła swój obszar a liczba mieszkańców wzrosła do blisko 200 tysięcy. Rzeszów to miasto rozwijającego się przemysłu, innowacji i handlu. To także zasługa prezydenta Ferenca. Dlatego uważam, że źle się stało, że kierownictwo Lewicy nie było w stanie właściwie ocenić jego zasług.

Nie zdobyło się na życzliwy gest podziękowania za lata wspólnej działalności. Pamiętajmy, że ostateczne rozstanie prezydenta Rzeszowa z SLD zostało, delikatnie mówiąc, spowodowane niezbyt przemyślanym atakiem ze strony jednej z młodych działaczek. Ferenc z pewnością na to nie zasłużył. Zaś owa działaczka, jak na razie ani szczególnymi dokonaniami ani talentami się nie wykazała. Jestem pewien, że mieszkańcy Rzeszowa z sentymentem będą wspominali czasy jego prezydentury. I z pewnością będą porównywali jego dokonania z dokonaniami następcy.
Poparcie, jakie otrzymał Marcin Warchoł ze strony ustępującego prezydenta Rzeszowa jest zobowiązaniem i wyzwaniem, któremu nie będzie łatwo sprostać. Bo poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko. Oczywiście nie wiemy na kogo oddadzą swe głosy rzeszowianie. Nie zdziwię się jeśli w szranki stanie wielu kandydatów. Prawo i Sprawiedliwość od lat ma chrapkę na stolicę Podkarpacia, i kandydatura Warchoła nie jest prawdopodobnie tej formacji na rękę. W niełatwej sytuacji są też partie opozycyjne, które nawet gdyby doszły do porozumienia , to bez poparcia Tadeusza Ferenca nie mogą liczyć na sukces wyborczy. Zaś Marcin Warchoł, jeśli poważnie myśli o kontynuowaniu kariery samorządowca, gospodarza pięknego miasta z interesującymi perspektywami, będzie musiał skorzystać z osiągnięć i doświadczeń poprzednika. Powinien zrezygnować z radykalizmu tak charakterystycznego dla formacji Zbigniewa Ziobry. Będzie musiał szukać rozsądnego porozumienia ze wszystkimi siłami politycznymi.
Łaskawość władz centralnych bywa zmienna, a miasto potrzebuje środków i właściwego klimatu. Tadeusz Ferenc potrafił budować zaplecze. Był elastyczny i zawsze szukał porozumienia, a nie okazji do starcia. Dzięki temu mógł uczynić dla Rzeszowa tak wiele. Dlatego mieszkańcy tak chętnie głosowali na niego. Jeśli Marcin Warchoł nie dorówna tym standardom, za kilka lat opuści ratusz w niesławie. I mało kto będzie za nim tęsknił.
Tak czy inaczej jesteśmy świadkami niezwykłego politycznego eksperymentu, gdy odchodzący, popularny i doświadczony polityk wskazuje młodego następcę… Kto wie, może stanie się to dobrym przykładem i zwyczajem… Najtrwalszym dziedzictwem Tadeusza Ferenca.

Skąd wieje wiatr, panie Ferenc?

Stałem sobie dłuższą chwilę w zeszły piątek na zewnętrzu, i patrzyłem, jak wiatr miota pustym opakowaniem po prezerwatywie.

Szedłem akurat wyrzucić śmieci i fant wyleciał mi z rozerwanego worka. Przypomniała mi się wtedy słynna scena z „American Beauty”, z tańczącym na wietrze, plastykowym woreczkiem. Dookoła śnieg, mróz skrzypi pod nogami, a z pustego pazłotka po kondomie ulatuje życie, którego nigdy nie miało prawa tam być. A wiatr uniósł je i tak, i poniósł, hen, ponad korony drzew.

Najgorętszym miejscem w skutej lodem i smaganej wiatrem Polsce, będzie niebawem Rzeszów. Stolica Podkarpacia, prócz podmuchów od wschodu, smagana będzie też wiatrem zmian. Oto nestor polskiego samorządu, Tadeusz Ferenc, wieloletni prezydent miasta, podał się do dymisji ze względu na zły stan zdrowia. O jego nadwątlonej kondycji, zbożny lud rzeszowski wiedział już od dawna. Prezydent jednak niewiele sobie z tego robił. Co elekcja stawał szranki z młodszymi i ku ich wściekłości, zostawiał konkurencję w tyle.

Przez te kilkanaście lat, od kiedy rządził Rzeszowem, zdążył Ferenc przejść długą i mozolną polityczną przemianę, od lewa, przez centrum, do prawa. Kiedyś dużo SLD, potem mało SLD, później PO, Komorowski, Kosiniak-Kamysz, a dziś Porozumienie gowinowskie. Cały czas jednak budował własne zaplecze w Radzie Miasta, uwieszone na swoim fejmie. W chwili podawania się do dymisji, wskazał Ferenc swojego następcę. Tzn. namaścił, bo wskażą go za 90 dni wyborcy, o ile do wyborów przyspieszonych dojdzie. Najlepszym kandydatem, podług Ferenca, który ma objąć po nim schedę, będzie wiceminister od Ziobry, Marcin Warchoł. Zaiste, takiego wskazania mało kto się po Ferencu spodziewał, a już zwłaszcza jego ludzie. Ja jednak w wyborach Tadeusza Ferenca dostrzegam` żelazną konsekwencję i patriotyzm, który równie dobrze, jeśli przyłożyć doń inny pryzmat, może się okazać się oportunizmem i zawiścią. Albo naiwnością.

Ferenc, mimo że z pezetpeerowskim rodowodem, zdołał przekonać do siebie mieszkańców tradycyjnie prawicowego Podkarpacia. Oczywiście, nie całego. W dużych miastach, nawet po prawej stronie, odsetek inaczej myślących jest zawsze większy niż w całym regionie, en masse. Tak czy inaczej, dokonał on, były komunista, członek SdRP i SLD, rzeczy wielkiej. Zdobył stolicę prawicowego zagłębia, bez mała 20 lat temu, i do tej pory nie wypuścił jej z rąk. W międzyczasie zmieniały się rządy i koalicje, a Ferenc trwał na posterunku. Trwał, rozwijał miasto i dumał: z kim grać, żeby Rzeszów rósł w siłę, a ludzie żyli w nim dostatniej. I wymyślił, że trzeba, tak jak w piosence Kaczmarskiego, zawsze trzymać z władzą. Jaka by ona nie była. Poglądy można mieć, nawet trzeba. Ale za bardzo się nimi nie obnosić. Coś jak z prąciem. Warto mieć je przy sobie w razie konieczności, ale nie wyciągać publicznie na wierzch. Tym, co powinno determinować politykę prezydenta miasta musi być…ono samo. Jego dobrostan. Przyciąganie inwestorów. Miejsc pracy. Ludzi, którzy je wezmą. Studentów. Nowych technologii. Sportu. Biznesu. To wszystko Ferencowi wychodziło. Kto bywał w Rzeszowie, ten widział ferencową robotę i ciężko było zaprzeczyć, że miasto pod jego rządami zrobiło gigantyczny postęp. A polityka? A niech sobie będzie. W myśl zasady: sprzymierzę się z samym diabłem, dla dobra moich wyborców. Zaprzedam czartowi duszę, wypiję z nim wannę wódki w piekle, ale nie pozwolę na to, żeby doraźna walka polityczna przesłoniła mi wizję progresu mojego miasta, któremu się w pełni oddam i poświęcę.

Trzeba pójść klamkować do Platformy, pójdę. Zdradzić starych towarzyszy z prawicą, zdradzę. Wystawić na szwank swoje własne interesy, zrobię to, bylebym dokończył swojego działa, bo Rzeszów mój widzę dziś wielki. Poprę tego, ujmę tamtemu, wyślę sygnał do trzeciego, co mi tam. Ale miasta nie dam na zatracenie, tylko dlatego, że ktoś chodzi do Kościoła częściej, niż ja za młodu. I takie stawianie sprawy ja, po części przynajmniej, rozumiem i szanuję. Jak decydujesz się być prezydentem miasta, dużego czy małego, i chcesz, żeby ludzie cię zapamiętali jako dobrego włodarza, musisz mieć wizję jego rozwoju. I konsekwentnie tę wizję, niezależnie od tego, skąd wieje wiatr, umieć realizować. Bezwzględnie. Tadeusz Ferenc posiadł tę umiejętność w stopniu najwyższym. Z czasem jednak zaczął grać coraz bardziej zachowawczo, z efektem mierzonym na doraźny sukces. Gdzieś poczęła uciekać wizja, którą przysłaniać zaczęły partykularyzmy. A że byt określa wiadomość, o czym też Ferenc doskonale wie, wkradać się zaczęły do otoczenia Ferenca persony, którym łatwiej, niż dekadę temu, było zaskarbić sobie prezydencką wdzięczność i uznanie. Platforma się zużyła. Ferenc zaczął szukać wsparcia u pisowczyków. Ten zabieg oczywiście wpisuje się w jego taktykę a’la „sąsiad zawsze trzyma z władzą”, ale już jawne wspieranie kandydata od Gowina na prezydenta, wbrew woli własnego, tworzonego przez lata, ponadpartyjnego, rzeszowskiego środowiska lokalnych patriotów? Coś tu jest nie tak.

Wiatr tymczasem targał papierek po prezerwatywie po całym osiedlu. Szła pani z dzieckiem na sankach. Pazłotko przemknęło jej koło nosa i poleciało dalej. Szedł dozorca i sypał sól na chodnik. Opakowanie po prezerwatywie musnęło go lekko w ramię, uniosło się ku górze, i wzleciało ponad horyzont, szukać swojego wybawcy. Który je pochwyci.

Wioskę swą widzę ogromną…

Na całym cywilizowanym świecie ludzie z miast wynoszą się na wieś. W Rzeszowie i Zielonej Górze wyciągnięto z tego wnioski.

Standardowi samorządowcy to tacy, co zamiast wizji mają programy unijne. Dlatego koncentrują się na budowaniu aquaparków, fontann i malowaniu trawy na pokrytych kostką rynkach swoich miast i miasteczek. Ci z ambicjami, mają inaczej. Stawiają sobie cele, których przeciętny rozum nie ogarnie. Takie, które wbrew logice i ekonomii, pozwolą im przejść do historii.

Gdy Tadeusz Ferenc – jako kandydat SLD – obejmował władzę prezydencką w Rzeszowie w 2002 roku, miasto liczyło sobie marne 53 kilometry kwadratowe, na których pomieszkiwało sobie niecałe 160 tysięcy ludzi. Przy porównywalnej liczbie mieszkańców, Bruksela była przy Rzeszowie kurduplem. Miała ledwie 32,6 km kw. Dla Ferenca to nie był żaden argument. Od początku zapowiedział, że jego celem jest aglomeracja, w której będzie mieszkało na 200 kiliometrach kwadratowych – 200 tys Rzeszowian. Podbój okolicznych ziem zaczął już po 2 latach. Po dokonaniu 2 podbojów okolicznych ziem, w roku 2010 władztwu prezydenta podlegał już obszar 116 kilometrów kwadratowych z ogonkiem.

Rzeszów mając ponad 2 razy taką powierzchnię jak 10 lat wcześniej, miał ledwie 20 tysięcy mieszkańców więcej. Więcej dlatego, że inkorporowane ziemie były przez takąż populację zamieszkiwane. Poza tym, wsie, wcielone do Rzeszowa już lata temu, wciąż były tymi samymi wsiami, tyle, że z miastowym adresem. Dla prezydenta to było nieistotne. W granicach Rzeszowa widział już nowe tereny. Okolicznym nie paliło się jednak do zmian. Nie przekonywało dowartościowanie mające wypływać z bycia mieszkańcem Rzeszowa. Nie pomagały też prezydentowi obietnice posad dla lokalnych kacyków. Ferencowi nie pozostawało zatem nic innego jak odwołanie się do argumentu siły. Zdobył poparcie Rady Miasta, uzyskał wsparcie ze strony wojewody, murem stanął za nim nawet Sejmik wojewódzki. Z takimi siłami ruszył w 2013 roku na podbój kilku sołectw. Nie udało się. Okoliczni tak okopali się na swoich pozycjach, że zdaniem rządu Tuska – w gestii którego była zmiana granic Rzeszowa – byli nie do ruszenia.

Całkiem inaczej miała Zielona Góra. Tamtejszy prezydent tak pokierował sprawą, że załatwił zgodę 17 wsi i rządu w Warszawie. Od 1 stycznia 2015 roku powierzchnia lubuskiej metropolii skoczyła prawie pięciokrotnie. Miała teraz 278 km kwadratowych. Pod względem obszaru stała się szóstą aglomeracją w kraju. Była teraz większa od Poznania i Gdańska liczących po 261 km kw. I prawie wyrównała Łódź mającą 293 km. kw. Tyle, że w Łodzi mieszka 700 tys ludzi, a Zielonej Górze liczba obywateli na skutek przyłączenia skoczyła ze 118 do 138 tysięcy. Pytani dziś o powiększenia miasta Zielonogórzanie pukają się w czoło. Dotarło do nich, że głupia decyzja wypływała z tego, że władze miasta chciały w debilny sposób udowodnić Gorzowowi Wielkopolskiemu, że są godniejsze do bycia stolicą regionu. Udowodniły zaś tylko tyle, że po pięciu latach po minięciu drogowych tabliczek z napisem Zielona Góra przez wiele kilometrów jedzie się przez kolejne wsie.

Po podbojach Zielonej Góry, Ferenc przyspieszył. Uparł się na włączenie do Rzeszowa całej gminy Krasne oraz paru wsi. Aby tak się jednak stało, zgodę na na to muszą wyrazić dwie strony, a więc radni z Rzeszowa oraz wybrańcy ludu z gmin ościennych. A ci nie chcieli i to bardzo. I na dodatek posiłkowali się lokalnymi referendami. Ich wyniki były zaś dla Ferenca miażdżące. Przeciw przyłączeniu terenów sołectwa Kielanówka i części sołectwa Racławówka opowiedziało się 2 552 osoby. Za przyłączeniem opowiedziało się 179 osób. Wstrzymało się 79 osób. 5 głosów było nieważnych.

Podobnie rzecz się miała z gminą Krasne. Gdyby udało się ją Ferencowi zdobyć, byłaby prawdziwą perłą w koronie. Ma ponad 39 km. kw i liczy prawie 11 tysięcy dusz. Prezydentowi nie pomogło, że podatek od gruntu, na którym stoi dom w Rzeszowie to 25gr/m2, zaś w gminie Krasne – 40gr/m2. Przy działkach średnio 10-arowych, podatek w gminie wynosi zatem ok. 400zł, a w mieście 250zł. Wbrew temu co sądził Ferenc zaoszczędzenie 150 zł w gminie Krasne nie robiło na nikim wrażenia. Nie zrobiły go też zapowiedzi, że po wcieleniu Rzeszów wpompuje natychmiast w gminę 100 milionów złotych. Na domiar wszystkiego, miejscowy wójt wypiął się na bycie rzeszowskim wiceprezydentem.

Powiększeniowe koncepcje Ferenca dostały po łapach. Z jednym małym wyjątkiem. W konsultacjach społecznych w Bziance na pytanie: „Czy jesteś za zmianą granic Gminy Świlcza polegającej na wyłączeniu z jej obszaru sołectwa Bzianka i włączeniu obszaru tego sołectwa do Gminy Rzeszów?”, na „tak” opowiedziało się 65,2 proc. głosujących. Jednak Ferenc przesłał do Rady Ministrów wniosek o powiększenie miasta nawet o tereny, których mieszkańcy byli przeciw.

W lipcu 2016 r. nad wnioskiem pochylił się rząd i uznał, że demokracja musi być. A skoro pisowskie wioski pod Rzeszowem nie chcą być zarządzane przez SLD-owskiego prezydenta, to nie będą.

Do Rzeszowa przyłączono jedynie Bziankę. Ferenc zyskał 404 ha i 600 obywateli. W Nowy Rok 2017 odbyła się uroczystość, na której mieszkańcy Bzianki przywitali prezydenta transparentem „Witamy w Rzeszowie”. Tadeusz Ferenc wygłosił spicz witający nowych mieszkańców Rzeszowa, i ogłosił, że już zaczyna im budować szkołę. Odegrano hymn miasta, przecięto wstęgę. Wypito również szampana.

W tym samym czasie podobna feta odbywała się w Opolu. Powiększono miasto o kilka wiosek. Nie o hektary jednak chodziło. Wszystkie inkorporowane do Opola miejscowości miały na swoich terenach przemysłowe giganty, które zamiast zasilać podatkami budżety gminne, od tej pory ubogacały w grube miliony złotych kasę opolskiego ratusza. Dlatego z tego podboju nikt się nie śmiał. A wręcz prezydentowi Opola zazdroszczono pomysłu na zdobycie kasy.

Ferencowi o pieniądze nie chodziło, bo gminy poza hektarami, nic nie miały miastu do zaofiarowania. Wiosną 2017 r. prezydent wysmarował do rządu kolejny wniosek o włączenie w granice Rzeszowa części Racławówki z gminy Boguchwała, Miłocina i Pogwizdowa Nowego z gminy Głogów Małopolski, a z gminy Trzebownisko miasto chciało przejąć Zaczernie, Nową Wieś oraz części Jasionki. Łącznie rzeszowskiej ekspansji terytorialnej miało ulec 2197,66 ha.

Rząd wniosek wysłał do kosza.

Dzięki kościelnym koneksjom SLD-owski prezydent zawiera cichy pakt o nieagresji z panią wojewodą podkarpacką. Z PiS oczywiście. Procentuje to w kolejnym roku. Wojewoda Ewa Leniart w kolejnym roku pozytywnie opiniuje wniosek o urzeszowienie 2 sołectw – Matysówki i Miłocina. Rząd się przychyla, i od 1 stycznia 2019 włości Tadeusza Ferenca rosną o ponad 6 kilometrów kwadratowych. Pogłowie rzeszowian zaś o 3,5 tys obywateli.
Ferenc wciąż przekonywał mieszkańców gminy Krasne, że jak zgodzą się być Rzeszowianami, to miasto natychmiast zainwestuje tam już nie 100, ale 300 mln zł. Ma szanse bo konsultacje o wchłonięciu gminy przegrał w lutym 2018 ledwie o włos. Uprawnionych do głosowania było ponad 11 tys. mieszkańców gminy Krasne. Z których 95 procent miało na tę kwestię wyjebane. Stąd za przyłączeniem gminy do stolicy Podkarpacia było 257 osób, przeciwko – 259.

Ferenc wybrany jesienią 2018 na kolejne 5 lat zyskał czas. Wykorzystał go na lifting polityczny. Wywołał więc burzę w szklance wody z SLD o Paradę Równości i jebnął legitymacją partyjną. Stał się prezydentem niezależnym. Potrzebne mu to było – rzecz jasna – do podbojów terytorialnych. Tuż przed pandemią zrobił plebiscyt dla Pogwizdowa Nowego, Malawy i części sołectwa Racławówka.

Gdyby wszystko poszło po jego myśli, to od 1 stycznia mógłby osiągnąć pierwszy ze swoich planów – dobić z ilością rzeszowian do 200 tysięcy. Wioski te zamieszkiwał bowiem 4972 osoby. A ponieważ na koniec stycznia ratusz rzeszowski doliczył się 195 734 Rzeszowian, to byłoby idealnie.
Referendum poszło dobrze dla Ferenca tylko w Pogwizdowie Nowym. Pani wojewoda zgodziła się z jego wynikami i rekomenduje rządowi włączenie wsi do Rzeszowa.

Ferenc dołoży zatem kolejne 2 kilometry kwadratowe miasta. Osiągnie więc 128,6 kilometrów kw. metropolii. Niestety nie 200 tysięcznej. Pogwizdów dołoży Rzeszowowi ledwie 1149 osób. O 3 tys. za mało.

A będzie jeszcze mniej, bo w tamtym roku powiat rzeszowski zajął drugie miejsce w kraju w kategorii odpływ mieszkańców. Ubyło prawie tysiąc dusz. Walki Ferenca, któremu w lutym stuknęła „osiemdziesiątka” od dawna nikt, poza jego przydupasami nie rozumie. Nie chodzi przecież ani o korzyści podatkowe dla miasta, ani tereny te nie są potrzebne pod nowe osiedla, bo tych jest w cholerę. Nikt, nie jest w stanie powiedzieć po jaką cholerę od tylu lat, tyle kasy i bezsensownej pracy idzie po to, żeby dmuchać obszar miasta, w którym tak niewielu chce mieszkać.

To dziwne tym bardziej, że Ferenc jest naprawdę dobrym prezydentem. Ta część Rzeszowa, którą objął 18 lat temu rozkwitła i z roku na rok ma się coraz lepiej.