Wzmacnianie naszej wątłej tarczy

Potrzebne są przemyślane działania rządu, umiejętność korzystania z funduszy unijnych, dobra współpraca z samorządami. I odłożenie wyborów prezydenckich.

Dopiero co zaczęła obowiązywać tarcza antykryzysowa, a już okazuje się, że jest ona mało skuteczna i wymaga radykalnego wzmocnienia.
Reprezentanci największych organizacji pracodawców i przedsiębiorców w Polsce, skupieni w nowo utworzonej Radzie Przedsiębiorczości, uważają, że dotychczas przyjęte zmiany nie chronią odpowiednio firm i miejsc pracy przed likwidacją. Apelują więc o pilne wypracowanie nowych rozwiązań i narzędzi, stosownych do potrzeb gospodarki.
Chodzi im zwłaszcza o pilne zapewnienie odpowiednich środków pomocowych dla przychodni i szpitali, które zmagać się będą z drastycznym wzrostem kosztów funkcjonowania, związanych z zakupem wyposażenia i środków ochrony.

Primum non nocere

Branża medyczna ma dzisiaj szczególne znaczenie i nie można dopuścić do pogorszenia jej sytuacji finansowej. Potrzebne działania obejmują w szczególności stworzenie należytych warunków pracy dla personelu medycznego – zapewnienie środków ochrony osobistej oraz możliwości wykonania testów. Koszty związane z kwarantanną personelu medycznego ponoszone przez podmioty lecznicze, powinny zostać przeniesione na budżet państwa. Budżet państwa za pośrednictwem ZUS, powinien przejąć też finansowanie składek na ubezpieczenia społeczne pracowników wykonujących pracę w szpitalach i ratowników medycznych – w części finansowanej przez samych ubezpieczonych. Takie rozwiązanie podniosłoby wynagrodzenia netto osób, które z ogromnym poświęceniem wykonują swoje obowiązki zawodowe, niejednokrotnie przeznaczając swoje prywatne fundusze na zakup brakujących środków ochronnych.
Pożądane byłoby także rozszerzenie zwolnienia ze składek płaconych do ZUS na wszystkie firmy przeżywające trudności ekonomiczne w związku ze skutkami COVID-19, bez ograniczeń co do ich wielkości.
Przedsiębiorstwa czekają również na zwolnienie z podatków dochodowych CIT, PIT, VAT-u, oraz podatku od nieruchomości przez drugi kwartał 2020 r., o ile ich dochody spadną o więcej niż 30 proc. Wiele z nich nie ma szansy osiągnięcia jakiegokolwiek przychodu. Natomiast wciąż muszą opłacać świadczenia, tj. koszty najmu, mediów, telefonów, itp. Powinny otrzymać także zagwarantowanie dopłat wynagrodzeń do połowy ich wysokości, przy obowiązku utrzymania zatrudnienia przez cały okres równy okresowi wsparcia, niezależnie od wielkości firmy. Należy zapewnić im też środki publiczne na pokrycie wydatków i szkód związanych z wykonywaniem obowiązków nałożonych przez władze publiczne związanych z walką z koronawirusem.
Wreszcie, organizacje skupione w Radzie Przedsiębiorczości postulują zniesienie zakazu handlu w niedzielę i umożliwienie dostępu obywateli do niezbędnych im produktów pierwszej potrzeby. Byłoby to konieczne rozwiązanie dla rozładowania powszechnych kolejek, szczególnie w sklepach spożywczych.

Z unijnej kasy

Polska tarcza antykryzysowa szwankuje, natomiast Unia Europejska, odsądzana od czci i wiary przez Prawo i Sprawiedliwość za rzekomy brak solidarności, uruchomiła już 1 miliard euro z Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych na gwarancje kredytowe. Przyznaje je Europejski Bank Inwestycyjny za pośrednictwem krajowych instytucji finansowych. Ma to pomóc w zapewnieniu płynności finansowej co najmniej 100 000 europejskich średnich i małych firm, dotkniętych skutkami gospodarczymi pandemii COVID 19.
Jest to pierwsza część pakietu unijnych środków pomocowych mających zapewnić szybkie wsparcie dla europejskich MŚP. Małe i średnie przedsiębiorstwa są najbardziej dotknięte kryzysem i konieczne jest zapewnienie im odpowiedniej płynności, aby mogły przetrwać kryzys. Nie chcą tego robić banki komercyjne, zainteresowane wyłacznie własnym, bezpiecznym zyskiem. Zawsze w okresach kryzysu banki te z większą ostrożnością podchodzą do oceny ryzyka i pożyczania środków. Dlatego konieczne są specjalne zabezpieczenia – przede wszystkim takie jak gwarancje UE, wspierające podobne finansowanie.
Valdis Dombrovskis, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej ds. gospodarki, zwrócił uwagę, iż firmy walczą, a UE szybko reaguje, aby pomóc w łagodzeniu ciosu i pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, które są szczególnie narażone. Wspomniany miliard euro może przynieść natychmiastową ulgę pieniężną dla mniejszych firm w Europie dotkniętych pandemią koronawirusa. Już w tym miesiącu pieniądze będą płynąć za pośrednictwem lokalnych banków i pożyczkodawców, aby pomóc osobom i przedsiębiorstwom najbardziej dotkniętym kryzysem.
Ten 1 miliard euro przyniesie wielokrotnie większe wsparcie. Umożliwi on bowiem Europejskiemu Funduszowi Inwestycyjnemu udzielenie gwarancji o wartości 2,2 miliarda euro, co z kolei powinno się przełożyć na uruchomienie 8 miliardów euro kredytów dla europejskich małych i średnich przedsiębiorstw. Gwarancje są oferowane przez EFI na podstawie składanych wniosków. Pokryją one do 80 proc. potencjalnych strat z tytułu udzelonych kredytów (w przeciwieństwie do standardowych 50 proc.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości woli omijać temat pomocy, jakiej udziela Unia Europejska, bo to kłóci się z obowiązującą propagandową narracją o wrednej UE. Polski Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Instrumentów Finansowych UE (niezależny od rządu) informuje jednak, że każda zainteresowana instytucja finansowa, obsługująca lub zamierzająca obsługiwać polskich przedsiębiorców przy pomocy instrumentów finansowych UE, w szczególności klientów dotkniętych COVID-19, otrzyma niezwłoczne i bezpłatne wsparcie. Pytanie, czy krajowe instytucje finansowe – chodzi tu zwłaszcza o państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego – skorzystają z unijnej oferty finansowej?

Wykuć nową tarczę

Z ofertą pomocy unijnej koresponduje opinia organizacji Business Centre Club. BCC uznaje bowiem przedsiębiorców za „jedną z najbardziej zagrożonych grup negatywnymi skutkami epidemii koronowirusa i jej negatywnego wpływu na gospodarkę” (z czym oczywiście trudno się zgodzić, ale taki jest pogląd organizacji przedsiębiorców). W związku z tym uznaje, że niezbędne są wszelkie działania, które pomogą firmom przetrwać najgorszy czas.
Dotyczy to w szczególności przedsiębiorców realizujących projekty finansowane ze środków UE. W najbliższym czasie mogą one być jedynymi w Polsce inwestycjami o charakterze rozwojowym. Należy zatem podjąć szczególne środki, umożliwiające kontynuację tych projektów przez przedsiębiorców, którzy je rozpoczęli, bądź będą chcieli rozpocząć.
Na początku marca w Polsce, w systemie funduszy europejskich realizowanych było 59 797 umów o pełnej wartości ponad 451 mld zł, z czego wkład unijny wynosił 274 mld zł. Oczywiste jest, że Ministerstwo Rozwoju oraz Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej powinny podjąć wszelkie działania, które umożliwią dokończenie tych inwestycji. Chodzi zwłaszcza o skrócenie okresu oczekiwania na zwrot refundacji, zwiększenie poziomu dofinansowania ze środków publicznych, poszerzenie kategorii kosztów kwalifikowanych.
„Należy w tym zakresie rozpocząć pilne rozmowy z Komisją Europejską, a zmiany i środki, które zaproponowała do tej pory Komisja Europejska powinny być pilnie wdrożone do systemu krajowego” – postuluje słusznie BCC.
To jednak nie wszystko. Te rozwiązania, które już zostały przygotowane i stanowią zapisy programu Tarczy Antykryzysowej, powinny przebiegać w warunkach umożliwiających współpracę zarówno z opozycją jak i deklarującymi taką wolę organizacjami przedsiębiorców. Aby było to możliwe i osadzone w realiach możliwości finansowych państwa należy niezwłocznie, w oparciu o przepisy Konstytucji, odsunąć w czasie wybory na urząd Prezydenta RP oraz podjąć prace nad nowelizacją budżetu – uważa dr. Janusz Steinhoff z Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC.
Rzecz jest to pilna, gdyż zdaniem wspomnianego gabinetu, w świetle dynamicznie zmieniającej się sytuacji w gospodarce europejskiej i polskiej, jako całkowicie nieaktualne i niewiarygodne należy ocenić prognozy makroekonomiczne prezentowane przez administrację rządową i Narodowy Bank Polski.
Natomiast priorytetem dotyczącym pomocy publicznej powinny być naturalnie objęte te branże, które w wyniku narzuconych przepisów administracyjnych utraciły całość przychodów (gastronomia, kultura, branża eventowa, niektóre usługi, w tym transportowe). Oczywiste także, że przy realizacji programu antykryzysowego niezbędna jest partnerska współpraca z samorządem terytorialnym. Niestety, dla obecnej władzy, te samorządy które nie zostały opanowane przez PiS, są wrogiem i celem do unicestwienia lub zdobycia.
Dodatkowym czynnikiem komplikującym konieczne działania antykryzysowe jest faktyczny (czyli kiepski) stan finansów publicznych oraz problemy strukturalne naszego państwa, związane z zaniechaniem koniecznych reform w służbie zdrowia, edukacji czy energetyce. W związku z tym, zdaniem J. Steinhoffa, należy odejść wreszcie od modelu sceny politycznej, na której dominuje socjotechnika i populizm.
I tak właśnie gospodarka nieuchronnie łączy się z polityką.

Krajobraz po tarczy

Rząd pomaga największym ofiarom zarazy. Bankierom i działaczom PiS.

Dla ludzi mających pojęcie o ekonomii, opowieści Morawieckiego, Dudy i ministrów o tarczy antykryzysowej za 212 mld zł, oprócz kaszlu wywołanego śmiechem, przywodzą wspomnienie kwoty 2 bilionów złotych.
Tyle państwo PiS miało wydać na inwestycje do roku 2020, w ramach Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, zwanej również planem Morawieckiego. Te 2 biliony miały sprawić, że dziś winniśmy być zreidnustializowani, innowacyjni, popieprzać szybkimi pociągami, mieć milion samochodów elektrycznych i zarobki na poziomie średniej unijnej. No i państwo mieliśmy mieć silne, sprawne i błyskawicznie reagujące na bolączki obywateli.
Co mamy widać. Inflację już przed epidemią, na poziomie 5 procent. Niesprawne służby. Lecącą na pysk złotówkę. Powiększającą się – dzięki nietrafionym transferom socjalnym – sferę ubóstwa. Film o Zenku Martyniuku. I rosnące z roku na rok, w tempie szybszym niż PKB, zyski sektora bankowego.
Przez cztery lata, niemal co tydzień, piszę o niedowładzie państwa, nieumiejętności robienia przezeń czegokolwiek poza wypełnianiem przekazów bankowych. No i o panoszeniu się pisowskich analfabetów od gospodarki i zarządzania. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze koronawirus..
Wirtualny pieniądz
Oficjalną odpowiedzią państwa PiS na zarazę i szykujący się mega kryzys ekonomiczny, stało się to, co można wyczytać w podręcznikach do historii ekonomii. Tylko głupiej znacznie. Czyli rozruszanie gospodarki, przez de facto dodruk pieniądza – wspomnianych 212 miliardów. Nie jest to jednak nawet ćwierć prawdy o „tarczy antykryzysowej”.
Ciekawe są już same proporcje podzielenia tych środków. 30 miliardów ma iść na „Program Inwestycji Publicznych”. Co rząd przez to rozumie, nikt nie wie. Poza tym, oczywiście, że Morawieckiemu et consortes jeszcze żadna inwestycja nie wypaliła. W związku z tym, tą pozycją nie ma sobie co zawracać głowy, bo jakby jej nie było.
Tak samo jak 7,5 miliardami zł, mającymi pójść w „Ochronę zdrowia”. Kasa ta oczywiście do szpitali pójdzie. I na początku nawet na na walkę z koronawirusem, podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek oraz sprzęt. Szpitale będą musiały tę kasę błyskawicznie wydawać na prawo i lewo. Tarcza antykryzysowa nie pozwala tych pieniędzy przeznaczać dla komorników ściągających szpitalne wierzytelności. Ale gdy epidemia się skończy, a jakieś niewydane środki pieniądze zostaną na kontach placówek medycznych, to łapę na nich położą wierzyciele. Dlatego jeśli nawet te 7,5 miliarda trafi z budżetu do szpitali, to przynajmniej jedna trzecia tych środków zostanie wydana w pośpiechu i na rzeczy bezsensowne. Mimo to firmy u których zadłużały się szpitale, i tak liczą że co najmniej 2 miliardy po zarazie placówkom zostanie, i komornicy je wierzycielom przekażą. A ponieważ placówki zadłużały się u firm produkujących sprzęt i lekarstwa, które z kolei zadłużały się w bankach, to najbardziej z takiego stanu rzeczy zadowolone będą te ostatnie. Dostaną część kasy, ale za to z dużymi odsetkami.
Resztki z pańskiego stołu
Na dopłaty do zarobków pracowników, którzy z powodu epidemii roboty nie mają, rząd zarezerwował 30 miliardów.
O tym elemencie tarczy nader chętnie wypowiadała się minister Emilewicz. I im więcej mówiła, tym bardziej było widać, że zamiast konkretnej pomocy ludzie dostaną grosze, obarczone na dodatek wypełnianiem stert papierów, które potem i tak w większości zostaną odesłane przez urzędników z powodu braków formalnych.
Rząd oszacował, że bez środków do życia z powodu obostrzeń koronawirusowych jest teraz 2 – 2,5 mln osób do tej pory pracujących na śmieciówkach i samozatrudnieniu. Kolejne 3 miliony pracują w branżach, którym nie wolno prowadzić działalności i nie mają hajsu, żeby zatrudnionym płacić. W związku z czym towarzystwo to, lada moment spodziewa się wypowiedzeń.
Dla „śmieciówkowców” pani Emilewicz zaproponowała początkowo 2 tys zł brutto, czyli po ok.1,4 tys. zł miesięcznie na rękę. Ale tylko przez 2 miesiące. Dla zagrożonych etatowców też nie była szczodrzejsza. Państwo miało sfinansować 40 proc. ich płacy – drugie 40 proc. miał pokrywać pracodawca.
Dla kogoś, kto dysponował kalkulatorem, to się nie trzymało kupy. Gdyby bowiem wszyscy śmieciówkowcy poszli po zasiłek, to budżet byłby uboższy o ledwie 3,5 mld zł. Dokładając do tego dotowanie zagrożonych etatowców kwotą góra 4,5 miliarda zł, do deklarowanych przez rząd 30 miliardów było strasznie daleko.
Tyle, że to był punkt wyjścia do operacji propagandowej. Przez tydzień Emilewicz dostawała joby od wszystkich. I w końcu uznała słuszność zarzutów, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Z 2 tys zł brutto zrobiło się zatem dla śmieciówkowców i samozatrudnionych 2080 zł na rękę. I trzy miesiące zwolnienia z ZUS. A na dodatek dla wszystkich, bo kryteria ubiegania się o zapomogę prawie przestały istnieć. Tak jak i biurokracja związana z wnioskami. Poza tym zasiłki będą nie płacone przez miesiąc, ale przynajmniej trzy. Zaprojektowane na to 30 miliardów jest w tej sytuacji kwotą dużo za małą. Więc pani minister zaczęła mówić, że dzięki wsłuchiwaniu się w głos obywateli na pomoc dla pracowników pójdzie 70 miliardów zł. Tyle, że w ustawie taka kwota nie padła.
Udawany sukurs
Są w niej jednak zapisy o 74 miliardach zł, które zdaniem rządu mają trafić do przedsiębiorstw. Gówno otóż prawda. Trafią do niektórych przedsiębiorstw – banków mianowicie.
Pani Emilewicz radośnie zapowiedziała, że pół miliona mikro firm zatrudniających do 9 pracowników będzie mogło skorzystać z pożyczek w wysokości 5 tys. zł.
Po tygodniu zdania nie zmieniła, ale żeby udawać, że słucha ludzi, dołożyła do tego zwolnienie z ZUS przez kwartał wszystkich pracowników, dotkniętych epidemią firm. Tyle, że ustawie o tarczy też nie ma o tym słowa. Jest za to o przesunięciu płatności.
Po zamknięciu knajpy, zakładu fryzjerskiego albo sklepu z butami, czy garnkami zaproponowane właścicielowi 5 tysięcy zł to kwota żenująca. I na dodatek to nie dotacja, ale pożyczka. A na pożyczkach zarobią oczywiście banki. Dlatego żaden drobny biznesmen nie będzie wchodził w obliczu światowego załamania gospodarki w niczego mu nie dający kredyt. Chyba, że jest samobójcą albo cwaniakiem, który z góry wie, że tej kasy nie odda. Ale nawet wtedy bank nie straci, bo pożyczki te gwarantowane są przez państwo. I dlatego za zdefraudowane kredyty zapłaci podatnik. Ale i tak niedużo, bo nawet gdyby wszyscy drobni przedsiębiorcy wzięli kasę i splajtowali bezzwrotnie, to kosztowałoby to budżet ledwie 2,5 miliarda zł.
Tak samo ma się rzecz ze 100 tysiącami firm, na które czekają w bankach komercyjnych, gwarantowane przez państwo kredyty do 3,5 mln zł. Tu przekręciarze mogą się już nachapać, bo 3,5 mln zł to już coś, co warto zawłaszczyć. I za co bankom oczywiście zapłacimy wszyscy.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy w ustawie jest mowa o naprawdę dużych firmach prywatnych. „Tarcza antykryzysowa” jednak nie tyle ma je ochronić, co umożliwi ich przejmowanie przez państwo. Mechanizm jest prosty – Państwowy Fundusz Rozwoju, chętnie wielkich producentów wspomoże i to kasą z budżetu. Tyle, że w zamian za udziały, czy inne obligacje, które potem zamienią się w to, że firma prywatna – jak niegdyś PESA – stanie się firmą państwową. PFR na taki zabieg ma w „tarczy” 6 mld zł.
W tym ostatnim przypadku beneficjentami nie będą akurat banki, ale politycy PiS, bo zrenacjonalizowane za długi firmy będą wymagały na stanowiskach prezesów ludzi z klucza partyjnego.
I właśnie w tym myku tkwi tajemnica, której nie mogą zrozumieć biznesmeni. Dlaczego rząd podzielił firmy na te do 9 pracowników i powyżej. I tym małym dał ulgi, a większym nie. Dlatego otóż, że jak duże firmy szlag trafi, to państwo płacąc ich zagwarantowane długi będzie mogło przejąć te firmy. Ale tylko takie, które uzna za stosowne do obsadzenia swoimi. Stąd państwu zależy, żeby duże przedsiębiorstwa prywatne przędły jak najsłabiej. I jak będą na skraju bankructwa, to się je znacjonalizuje opowiadając w TVP Info, o niesamowitej pomocy dla biznesu.
Prawdziwi beneficjenci
Prawie jedna trzecia z 212 miliardów zł na tarczę, ma iść na „Wzmocnienie Systemu Finansowego”. Ponad 70 mld zł ma zatem wprost trafić do banków w formie tej czy innej pomocy. Doliczając do tego gwarancje kredytowe na drugie tyle, można domniemać, że nasz sektor finansowy będzie bogatszy dzięki kryzysowi o setki miliardów złotych. Bo trzeba pamiętać, że gwarantowane przez państwo kredyty dla przedsiębiorców nie mają żadnych obostrzeń. Banki udzielą ich na zasadach jakie im pasują. W końcu, gdy kredytowana firma splajtuje, to, nawet najwyżej oprocentowany kredyt i tak zapłaci gwarantujące go państwo. I to z odsetkami.
Nie ma co liczyć, że rząd wprowadzi tu jakieś widełki czy kontrolę. Skończy się jak przy wprowadzaniu podatku bankowego, który zdaniem rządu miał nie być przerzucony na klientów. Tymczasem w państwowym, zaprzyjaźnionym z Morawieckim, PKO BP wszystkie usługi zdrożały już tydzień przed pojawieniem się projektu nowej daniny. W innych bankach było to samo. W Santanderze, w którym od 5 lat rośnie kupka pieniędzy dla Morawieckiego – też. I nikomu z tego powodu nie spadł włos z głowy.
Dzień po oficjalnym ogłoszeniu założeń „tarczy antykryzysowej” złotówka poleciała na pysk. Tak światowe rynki oceniły ekonomiczną wiarygodność enuncjacji Dudy i Morawieckiego. To co delikatnie wzrosło, to zagraniczne wyceny polskich banków. Ekonomiści dostrzegli o co w tym chodzi. I są pewni, że w kontekście wspomagania banków rząd Morawieckiego na pewno ze zobowiązań się wywiąże.
Ale do Polaków, prawda o tym, że pomoc dla ofiar kryzysu sprowadza się do pompowaniu zysków bankom i szykowaniu posad dla Pisowców, dociera znacznie wolniej.

Do władzy za każdą cenę

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości wykorzystują epidemię dla własnych celów partyjnych. Wybory mają być 10 maja i ma w nich wygrać kandydat PiS.

Sejm przyjął ustawę, wprowadzającą pakiet działań antykryzysowych. Przy okazji uchwalania tego aktu prawnego doszło do pokazu bezprzykładnego wręcz cynizmu ze strony prominentów Prawa i Sprawiedliwości – zdumiewającego nawet jak na ich własne standardy. Wykorzystali oni epidemię koronawirusa i tragedię Polaków, do załatwienia swych interesów partyjnych – czyli, przeprowadzenia wyborów prezydenckich 10 maja, niezależnie od epidemii, oraz maksymalnego zwiększenia szans wyborczych kandydata PiS Andrzeja Dudy.
Do przepisów antykryzysowych nad którymi debatowali posłowie, PiS niespodziewanie włączył poprawkę wprowadzającą zmiany w kodeksie wyborczym: zapis umożliwiający korespondencyjne głosowanie ludziom po 60 roku życia oraz odbywającym kwarantannę. PiS-owi chodziło o to, by w ten sposób pokazać, że władza stworzyła warunki, które niezależnie od epidemii, umożliwiają przeprowadzenie wyborów 10 maja – choć oczywiście wszem i wobec wiadomo, że organizowanie powszechnego głosowania w warunkach epidemii zwiększy zagrożenie dla życia i zdrowia Polaków.
Dla prominentów PiS ważny jest jednak wynik wyborów prezydenckich, a nie życie i zdrowie Polaków. Głosowanie już w dniu 10 maja, w czasie, gdy tylko prezydent Andrzej Duda może prowadzić swoją kampanię wyborczą, znacznie zwiększa bowiem jego szanse na reelekcję.
Zapis o korespondencyjnych wyborach, wrzucony znienacka przez PiS do tarczy antykryzysowej ma się nijak do zwalczania ekonomicznych skutków epidemii koronawirusa – i oczywiste jest, że przy jego wprowadzaniu złamano wszelkie zasady, już nie tylko pracy ustawodawczej, ale zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Wykorzystywanie tragicznej epidemii, aby pod pretekstem wsparcia dla gospodarki zwiększać szanse zachowania pełnej władzy – to się w głowie nie mieści. Dla prominentów PiS takie zarzuty są jednak kompletnie bez znaczenia i spływają po nich, jak nomen omen, woda po kaczce. W tym miejscu wypada skierować pytanie do działaczy Prawa i Sprawiedliwości: Jak mogliście upaść aż tak nisko?
Na tle, gwałcącego reguły przyzwoitości, działania liderów PiS, bardzo racjonalnie i uczciwie zachowała się Koalicja Obywatelska. Poparła ona tarczę antykryzysową mimo wrzucenia w nią zapisu o korespondencyjnych wyborach. Jak wytłumaczyli logicznie przedstawiciele PO, zagłosowali za pomocą dla Polaków, którzy znaleźli się w dramatycznej sytuacji.
I słusznie, bo tarcza, choć jest mała, niekompletna, dziurawa i skażona zapisem o korespondencyjnych wyborach, może jednak okazać się jakimś wsparciem dla ludzi poszkodowanych przez kryzys gospodarczy wywołany epidemią – choć niestety może stać się również narzędziem wyzysku pracowników przez pracodawców.
Poza tym, łatwo sobie wyobrazić jak ujadałaby i szczuła PiS-owska telewizja „publiczna”, gdyby okazało się, że Koalicja Obywatelska zagłosowała przeciw tarczy antykryzysowej. Zresztą, nawet poparcie tarczy przez KO stało się powodem do ataku ze strony „publicznej” TVP, która dziwiła się, dlaczego posłowie Koalicja Obywatelskiej poparli tarczę antykryzysową, skoro znalazł się tam zapis o zdalnych wyborach, ich zdaniem sprzeczny z prawem?
Cyniczne były również wezwania premiera PiS-owskiego rządu, by Senat natychmiast, najlepiej w tym samym dniu co Sejm i bez dyskusji, przyjął rozwiązania antykryzysowe, bo każda godzina jest droga. Dla rządu jakoś nie była droga, skoro na spisanie działań antykryzyzysowych potrzebował dziesięciu dni. Można jednak zrozumieć, że ten czas był mu niezbędny, aby wmontować w tarczę zapis o korespondencyjnym głosowaniu.
Szkoda, że podobnej troski co o zapewnienie reelekcji Andrzejowi Dudzie, nie wykazano o przygotowanie kraju do nadciągającej epidemii koronawirusa – mimo, że rząd miał i czas, i wiedzę, i pieniądze.
Skandalem jest choćby niedostatek testów – w związku z czym nawet lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni czy laboranci są poddawani testom dopiero wtedy, gdy już mają objawy wskazujące na możliwość zakażenia koronawirusem. Dramatycznego wymiaru nabierają też i inne zaniedbania obecnej ekipy – doprowadzenie do zapaści w służbie zdrowia czy brak działań antysmogowych.
W związku z tym wszystkim, termin „Po trupach do władzy” mający określać sens poczynań prominentów Prawa i Sprawiedliwości, staje się coraz popularniejszy. I niestety, nabiera ponurej dosłowności w miarę rosnącej liczby ofiar koronawirusa.

Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes Kaczyński nie wierzy w skuteczność zaproponowanej przez siebie „Tarczy antykryzysowej”. I przyjętej przez jego większość sejmową.
Dlatego nakazał aby dorzucić do pakietu „antykryzysowych” propozycji dodatkową poprawkę zmieniającą Kodeks Wyborczy.
I tak pod przykrywką „Tarczy antykryzysowej” uchwalono dodatkowo osłaniającą go „tarczę polityczną”.
Bramę dla przyszłych szalbierstw i manipulacji wyborczych dokonywanych przez elity PiS.

Jaśnie pan prezes jest wyjątkowo zdolnym uczniem genseka Stalina. Wie, że w autorytarnej demokracji nieważnym jest kto na kogo głosuje, ważne jest kto i jak liczy oddane głosy.
Przegłosowana przez większość sejmową PiS poprawka daje duże pole do fałszerstw wyborczych stronie rządzącej. Kontrolującej administrację państwową, państwową pocztę, prokuraturę, policję, wojsko. Zwłaszcza wojsko „obrony terytorialnej”, traktowane jak psy pociągowe w zaprzęgach jaśniepaństwa PiS.

Gdyby jaśnie pan Jarosław Kaczyński wierzył w skuteczność promowanej przez jego premiera „Tarczy antykryzysowej”, to nie musiałby się uciekać do podsuwania Sejmowi RP kolejnych ustaw niezgodnych z Konstytucją RP i innym prawem niższego rzędu.
Nie manipulował by tak prawem, aby maksymalnie oddalić dzień oddania swojej władzy. Widmo grożącej mu odpowiedzialności za wielokrotne łamanie prawa i sprawiedliwości społecznej.
Bo przecież skuteczność lansowanej przez elity PiS „Tarczy antykryzysowej” byłaby najlepszą gwarancją dla utrzymania wysokiego społecznego poparcia dla nich. Skuteczność rządowej polityki antykryzysowej najlepiej zagwarantowałaby wysoką wygraną i reelekcje pana prezydenta Dudy jesienią 2020 roku lub wiosną 2021.
Zagwarantowałaby też trzecią kadencję rządów PiS. Bez szalbierstw w rodzaju „korespondencyjnego głosowania dla sześćdziesięciolatków +”.

Skoro jaśnie pan prezes nie wierzy w skuteczność „Terczy antykryzysowej”, czyli też w uczciwą wygraną i reelekcję pana prezydenta Dudy, to musi uciekać się do wyborczych szalbierstw.
Do wprowadzenia „wyborców korespondencyjnych”. Wygrywanych przez służby pocztowe jaśnie pana prezesa na jego korzyść”.

Co się stało z polską demokracją, z polskim poczuciem wolności i godności obywatelskiej ?
Oto jeden zgorzkniały, zdezelowany psychicznie polityk, formalnie szeregowy poseł, nakazuje społeczeństwu polskiemu iść do wyborów, czyli na śmierć, i nikt z elit PiS nie odważy się zaprotestować?
To tak wysokie posłuszeństwo czy skurwienie ?

Oficjalnie rząd pana premiera Morawieckiego odwołał wyjazd delegacji Federacji Rodzin Katyńskich na obchody Dziesiątej rocznicy katastrofy smoleńskiej i Osiemdziesiątej rocznicy zbrodni katyńskiej. Z powodu zarazy konornawirusem.
Początkowo, jak już informowaliśmy, do Smoleńska lecieć miał pan premier, a do Charkowa i Bykowni pan prezydent. Początkowo jaśniepan prezes nie wyrażał zainteresowania lotem. Ale potem zmienił zdanie. Dlatego kancelaria pana premiera ma przygotowany wariant lotu do Smoleńska. W wąskim gronie. Jaśniepan prezes, pan premier, któryś z marszałków. Nie więcej niż 30 – 50 osób.
Już się lizusy z PiS na listę pokładową pchają.

Walcząc z rozpowszechniająca się zarazą pan prezydent Duda udał się z pielgrzymką na Jasną Górę. Tam lansował się podczas Apelu Jasnogórskiego korzystając z wielkiej popularności wśród polskich katolików czarnej Żydówki, zwanej też „Matką Boską Częstochowską”. Czynił to łamiąc obowiązujący polskich obywateli limit „pięciu osób w obrzędach liturgicznych”. Ale pan prezydent Duda jest w Polsce ponad prawem. I sprawiedliwością też.

Pamiętacie zbliżające się święta wielkanocne w czasach Polski Ludowej i zapowiedzi w dziennikach telewizyjnych o zbliżających się statkach z cytrusami od bratnich chińskich komunistów?
Teraz walcząc z rozpowszechniającą się zarazą pan prezydent Duda przez trzy dni zapowiadał samolot, który przyleci z Chin ze środkami ochrony dla służby zdrowia, też od bratnich komunistów chińskich.
Potem było jak w Radio Erewań. Nie jeden, ale trzy, nie dary, lecz towary, czyli płatne.
Ale warto było patrzeć jak zawodowi, PiS – owscy antykomuniści dostają orgazmu na widok komunistycznych maseczek na twarze.
Tak to komunizm na kolana rzucił PiS.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

MASZ WYBÓR

Sejm obradował głuchą nocą
by znowu prawo zepsuć z mocą
i osobliwym rozwiązaniem
„urozmaicić głosowanie”.
Jeśli 60 lat skończyłeś
mam dziś dla Ciebie wieści miłe.
Chociaż to niezbyt wiele zmienia,
masz wybór miejsca zakażenia.
Możesz wirusa, tak jak wszyscy
z wyborczej przynieść w dom komisji
lub go na poczcie w płuca przyjmiesz
głosując korespondencyjnie.
Niestety dalej – daję słowo
wszystko już pójdzie standardowo,
zaś konsekwencją będzie tłumny
ogólnopolski „marsz do trumny”
Niech zatem zabrzmią gromkie brawa
dla tej wspaniałej zmiany prawa.

Ryszard Grosset

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Ciągle bez ochrony

Zdaniem przedsiębiorców, zanim, dość zresztą dziurawa, „tarcza antykryzysowa” zacznie obowiązywać, wielu z nich może upaść.

Rząd PiS wciąż nie wdrożył „tarczy antykryzysowej”, mającej chronić przedsiębiorstwa w Polsce przed skutkami epidemii koronawirusa.

Sytuacja robi się jednak coraz bardziej nagląca, trzeba działać, a więc Zakład Ubezpieczeń Społecznych wprowadził pierwsze rozwiązania, które powinny łagodzić problemy firm w naszym kraju. Budzą one jednak liczne zastrzeżenia tych, do których są adresowane.

I tak, przyjęte zostało rozwiązanie, zgodnie z którym, jeśli firma z powodu epidemii ma problemy, aby zapłacić bieżące składki lub należności – mimo zawartej już z ZUS umowy o rozłożeniu zadłużenia na raty bądź odroczeniu terminu płatności –  to może skorzystać z tzw. uproszczonych form pomocy.

Polegają one na odroczeniu o trzy miesiące terminu płatności składek, za okres od lutego do kwietnia 2020 r. – oraz na wydłużeniu o trzy miesiące terminu realizacji zawartej już z ZUS umowy, w której płatności rat bądź składek wyznaczono w okresie od marca do maja 2020 r. 

Jak informuje Warszawska Izba Gospodarcza, aby skorzystać z takiego odroczenia, należy złożyć odpowiedni wniosek. We wniosku trzeba wskazać, w jaki sposób epidemia koronawirusa wpłynęła na sytuację finansową firmy i brak możliwości terminowego opłacenia należności. Następnie trzeba uzupełnić dokumentację o dodatkowe dokumenty dotyczące ewentualnego korzystania z pomocy publicznej. Jak widać, formalności jest niemało. Jeżeli w ciągu trzech miesięcy sytuacja finansowa przedsiębiorstwa nie ulegnie poprawie, będzie możliwość wystąpienia z wnioskiem o przedłużenie odroczenia.

Dodatkowo ZUS planuje wstrzymanie działań egzekucyjnych dotyczących należności od lutego do kwietnia 2020 r. Wstrzymanie egzekucji dotyczy jednak tylko aktywnych płatników, którzy do końca stycznia 2020 r. nie zalegali z opłacaniem żadnych składek.

Wszystkie te rozwiązania nie budzą entuzjazmu osób prowadzących działalność gospodarczą. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że działania ZUS są: „absolutnie niewystarczające”. Wskazuje, iż odroczenie terminu płatności składek oznacza, że za trzy miesiące przedsiębiorcy zostaną obarczeni podwójnymi kosztami składek – a to może mieć fatalny wpływ na kondycję ich firm oraz tempo przywracania polskiej gospodarki do stanu normalności po kryzysie.

ZPiP uważa, że mikro przedsiębiorstwa, w których płatnik jest jednocześnie ubezpieczonym, powinny mieć możliwość zawieszenia płatności składek za okres od lutego bieżącego roku,  na okres od dwóch miesięcy z możliwością przedłużenia tego okresu. Czas zawieszenia nie byłby wliczany w okres składkowy.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaapelował więc o wdrożenie pakietu rozwiązań, dotyczącego ulg i umorzeń długów wobec ZUS.

Cezary Kaźmierczak, prezes ZPiP mówi:  – Jeśli ktoś chce wyłożyć mikro i mały biznes, to niech dalej lansuje pomysły “odroczenia płatności ZUS”. Wówczas ci, którzy przetrwają teraz, mogą paść pod ciężarem skumulowanych długów w czasie odbudowy gospodarki. ZUS dla mikro i małych firm należy zawiesić do czerwca (bez wliczania tego w okres składkowy.

Przedsiębiorcy wskazują także, że już sam czas ograniczenia terminów odroczeń i zawieszeń proponowanych przez ZUS jedynie na miesiące luty – kwiecień 2020 r. budzi poważne wątpliwości. Perturbacje związane z stanem zagrożenia epidemiologicznego, mogą mieć przecież wpływ na działanie firm w znacznie dłuższym okresie.

Zdaniem ZPiP, Zakład Ubezpieczeń Społecznych powinien również ponosić całkowity koszt wypłacania wynagrodzenia chorobowego dla pracowników poddanych obowiązkowej kwarantannie – od pierwszego dnia trwania kwarantanny.

Przedsiębiorcy mają oczywiście swoje racje. Ale trzeba też pamiętać, że możliwości finansowe ZUS-u, utrzymywanego ze składek pracowników, nie są nieograniczone. A wszelkie – tak optymistyczne jak i pesymistyczne – scenariusze finansowania ubezpieczeń Polaków w kolejnych latach, przewidują, że konieczny będzie wzrost dotacji z budżetu państwa do ZUS. Z tego coraz bardziej pękającego w szwach budżetu, zasilanego pieniędzmi podatników. Cała ta kasa nie jest więc bez dna.