Niech powrócą wspomnienia (4)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Zwierzyniec”.

Gdy w poniedziałki o 16.15 rozlegał się sygnał „Zwierzyńca”, podwórka pustoszały, a rozłożone przed telewizorami maluchy zapominały o całym świecie. Program, co dzisiaj może wydać się wręcz niepojęte, był czarno-biały, a do tego bez szaleńczych pościgów, latających bohaterów i komputerowych efektów specjalnych. Był za to pan. Jeden starszy pan z sumiastym wąsem, który niezwykle malowniczo opowiadał o zwierzętach i otaczającej nas przyrodzie. Banał powiecie? Może i banał. Ale jakże piękny!
Na pomysł programu wpadł Maciej Zimiński:
„W 1967 do któregoś z wakacyjnych wydań postanowiliśmy zaprosić gawędziarza potrafiącego opowiadać o lesie. Niestety, nikogo takiego w kręgu znajomych nie mieliśmy. I wówczas jeden z kolegów zasugerował, że w redakcji Polskiego Radia »Dla tych, co na morzu«, pracuje Michał Sumiński, który jest świetnym gadaczem, wprost niezwykłym malarzem wyobraźni. A przy tym ma o czym mówić. No to go zaprosiliśmy.
W studio postawiliśmy dekorację przedstawiającą leśniczówkę: leżały pnie drzew, na zastawce wisiały rogi jelenia, a w tle stroszył piórka jakiś ptak.
Michał Sumiński:
„Mówiłem o lisie, którego przywabiłem udając mysz. Zainscenizowałem całą sytuację wydając z siebie niezliczoną ilość dźwięków imitujących głosy natury. I chyba z powodzeniem, bo wkrótce przyszło do redakcji kilkadziesiąt listów z prośbą, żeby ten »Pan z Wąsami« – tak mnie przez dłuższy czas nazywano, bo moje nazwisko jeszcze nic nikomu nie mówiło, a moje czarne, sumiaste wąsy widzowie zapamiętali doskonale – no więc, żeby ten pan z wąsami jeszcze coś opowiedział”.
„Układając ramówkę na sezon 1968/1969 uświadomiliśmy sobie, że w ogóle nie poruszamy tematów przyrodniczych – kontynuuje pan Maciej. Mając w pamięci tego genialnego narratora i wspaniałą osobowość kamerową, postanowiliśmy uruchomić »Zwierzyniec«”.
Po raz pierwszy ukazał się 9 października 1968 roku. Była w nim jednografia, były wizyty w ZOO, wycieczki terenowe i spotkania z ludźmi kochającymi naturę. Dzieciom prezentowano przyrodę przez pryzmat zmieniających się pór roku. Oczywiście, główną rolę grała ta najbliższa, ale były też wyprawy egzotyczne. W „Zwierzyńcu” często gościli pracownicy ogrodów zoologicznych, a z nimi: lwy, tygrysy, węże… Właściwie wszystkie zwierzęta, które dało się przewieźć. Na zakończenie zaś emitowano 25 minutowy blok filmowy z misiem Yogi, Pixi i Dixi czy Wally Gatorem. Ale najważniejszym punktem „Zwierzyńca” była gawęda Michała Sumińskiego, który słowami potrafił wspaniale malować świat natury.
Dlaczego »Zwierzyniec« cieszył się tak dużym powodzeniem? – Michał Sumiński zamyśla się na moment. Być może dlatego, że nigdy nie opowiadałem o zwierzętach w ogóle, tylko o moich z nimi spotkaniach. To mógł być zarówno lew w Tanzanii, niedźwiedź na Syberii, ale równie dobrze mysz w moim osobistym pokoju. Mówiłem jak wygląda, co robi, jak prawie ze mną rozmawia… I dlatego, jak sądzę, »Zwierzyniec« cieszył się tak dużym powodzeniem”.
Regina Sawicka:
„To był okres największej świetności redakcji dziecięcej i prawdziwa telewizja interaktywna. Dzisiaj wiele się o niej mówi, ale tak naprawdę, to właśnie wtedy dzieci niesamowicie angażowały się w życie tych programów. Oczywiście, wszyscy pamiętają „»Niewidzialną Rękę« czy »Klub Pancernych«, ale »Zwierzyniec« też robił niewiarygodne akcje. Widzowie w całej Polsce liczyli bociany, przysyłali informacje o swoich ulubieńcach, wyszukiwali rzadkie rośliny, dokarmiali zimą zwierzęta, strzegli ich ostoi… Gościli u nas botanicy, ornitolodzy, ichtiolodzy – cały przyrodniczy świat. Pan Michał prowadził program i właściwie plotkował o zwierzętach. Chodziło o to, żeby dzieci chciały wyjść na spacer do lasu i popatrzeć na tętniącą życiem naturę”.
„Bardzo ważnym punktem każdego programu była gawęda pana Michała. Mówił o lisach, borsukach, ptakach, czasami nawet owadach, ale moją ulubioną była opowieść o żurawiach – wspomina Regina Sawicka. Zaczynało się niewinnie. Od tego, gdzie żyją, co lubią, jakie mają zwyczaje, a kończyło, jak tokują. I wtedy następowało coś zupełnie niesamowitego, bo pan Michał zaczynał w studio tańczyć. Naśladował żurawia wabiącego samicę. Przyznam szczerze, że marzyłam o dniu w którym, dzięki efektom specjalnym, poleci w nieznane…”
Maciej Zimiński przyznaje, że bywały rożne, a niekiedy bardzo zabawne opowieści Michała Sumińskiego:
„Pamiętam jego cudowną gawędę o wieczornym, czyli w zasadzie mającym już miejsce w ciemności, spotkaniu z zającem. Obserwując go z odległości dwustu metrów widział, jak usiadł na miedzy, wykonał stójkę i uniósł uszy… No, w ciemności z odległości 200 metrów pewno tego tak bardzo dojrzeć nie można, a praktycznie jest to zupełnie niemożliwe, ale właśnie ta gawęda jest jednym z dowodów jego fantastycznej umiejętności czarowania wyobraźni”.
Fotograf i filmowiec Jan Walencik:
„To co robił pan Michał Sumiński było cudowne i ważne, bo mówił z niesamowitą empatią do przyrody i zrozumieniem widzów. Potrafił ująć nie tylko kolorytem swoich gawęd, ale i ekspresją wypowiedzi. A tej mu nie brakowało. Kiedy w studio było plus 40 stopni, bo tak grzały reflektory, pan Michał stawał przed kamerą w kożuszku, dodatkowo oklepując się po ramionach i chuchając w ręce: »jak tu zimno dzisiaj«, bo akurat było coś o zimie. A ja stojąc z boku widziałem stróżki potu spływające mu po skroniach. Był absolutnie zawołanym gawędziarzem. Dajcie mi temat, a ja go rozwinę. Były to piękne historie, czasem może trochę przeholowane, ale musimy pamiętać kogo mieliśmy z drugiej strony ekranu? Setki małych osobowości, które czekały na rozpalenie iskry marzeń, zainteresowań, ciekawości świata, swego miejsca w życiu. I on te iskierki rozpalał”.
„Gospoda pod szarym wróblem”. Wielka akcja, której celem było dokarmianie ptaków.
Maciej Zimiński:
To była rzecz banalna, bo czyż nie jest rzeczą banalną zrobienie karmnika? »Co będziemy robić na zajęciach praktyczno-technicznych?« – pytała pani. »Będziemy robić karmnik dla ptaszków!« NUDZIARSTWO! Natomiast my podnieśliśmy to do rangi rzeczy WAŻNEJ i WIELKIEJ, tzn. opieki nad ptactwem.
Jadwiga Baranowa:
„W stałej pozycji »Zwierzyńca« prezentowaliśmy ptaki zimujące w kraju oraz te, które przylatują do nas, aby tu spędzić zimę. Gawędy prowadzone przez red. Michała Sumińskiego uczyły w jaki sposób najskuteczniej przeprowadzać dokarmianie. Były w nich zawarte informacje, jak najprościej zbudować karmnik dla ptaków, gdzie i jak go zawiesić, w jakiej porze karmić i jakim rodzajem pożywienia. W poszczególnych programach pokazywaliśmy, jak dzieci realizowały nasze propozycje. Zdając sobie sprawę, iż nie wszyscy nasi widzowie potrafią pisać, wprowadziliśmy figury geometryczne jako symbole karmienia poszczególnych ptaków”.
Michał Sumiński był dla dzieci autorytetem.
„Kochany »Zwierzyńcu« – pisała Ania Wolska z Lublina – założyłam się z koleżanką, czy istnieją białe wróble? Odpowiedz mi na to pytanie w najbliższej audycji”.
Niektóre listy zawierały tajemnicę tak wielką, że tylko Prezes mógł ją poznać:
„»Zwierzyńcu«! Pokochałem pewnego kundla. Nie jest ładny, ani duży, ani silny. Ciągle przychodzi na moje podwórze. Chciałbym go mieć w domu, żeby nim się opiekować, ale mama nie chce o tym słuchać. Czy jest jakieś lekarstwo na mamę?”
W „Zwierzyńcu” prowadzono również akcję likwidowania sideł i wnyków. Łącznie, z tak zwanymi „kobyłkami”, „oczkami” i „łapkami”, unieszkodliwiono 150 tysięcy pułapek na zwierzęta. Wiele meldunków miało potwierdzenia od leśniczych oraz w dokumentacji fotograficznej. Poza tym redakcyjne archiwum zgromadziło, tylko w tym jednym sezonie 1968/1969, około 30 tysięcy sideł i wnyków, które dzieci nadesłały do telewizji.
Dorośli doceniali i sam program i zaangażowanie maluchów:
„Uprzejmie prosimy Redakcję TV »Zwierzyniec« o przekazanie w swym programie wyrazów naszej wdzięczności dzieciom i nauczycielom ze szkół podstawowych: Porzecze, Bożepole, Wielestowo, Godętowo, Rozłazino i Nawa pow. Lębork, za niesioną pomoc w dokarmianiu zwierząt na naszym obwodzie łowieckim” – napisał zarząd i członkowie Koła Łowieckiego „Wybrzeże” w Gdańsku”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

 

Niech powrócą wspomnienia (2)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Niewidzialną Rękę”.

Dobroć, szacunek, bezinteresowna pomoc, zwykłe „dzień dobry”. Spotykamy je dzisiaj coraz rzadziej, ale w naszych sercach tkwią niczym kamienie milowe. Po prostu dlatego, że czynią świat lepszym.
Taki właśnie cel przyświecał programom Telewizji Dziewcząt i Chłopców – „Niewidzialnej Ręce”, „Klubowi Pancernych”, „Zwierzyńcowi”, „Latającemu Holendrowi”, „Piątkowi z Pankracym” i wielu, wielu innym. TDC to historia kilku milionów dzieci, które przez kilkadziesiąt lat robiły rzeczy cudowne, wręcz niezwykłe.
Przed wielu laty, w 1957 roku, grupa chłopców w jednej z polskich wsi postanowiła pomóc babci Marciniakowej. Posprzątali obejście, naprawili furtkę i oprawili trzonek u siekiery. Na miejscu zostawili kartkę: „Przepraszamy, że bez pozwolenia weszliśmy dzisiejszej nocy na Pani podwórko. Psu daliśmy kawałek kiełbasy, więc nie szczekał. Siekierę, która była bez trzonka, oddamy, po naprawieniu, jutro o północy. Jesteśmy na szlaku „Niewidzialnej Ręki”.
Wszystko opisał dokładnie „Świat Młodych”, a w sierpniu 1957, podczas redakcyjnego kolegium, Maciej Zimiński rzucił pomysł rozpoczęcia akcji pod tą samą nazwą.
Już 13 sierpnia 1957 gazeta krzyczała z pierwszej strony: „Nasz trop prowadzi na szlak „Niewidzialnej Ręki”, a dowództwo „Wyprawy 1000 Przygód” wydało komunikat nr 11:
„Na szlaku „NR” możecie wykonać coś dla jednej osoby, a także dla wielu. (Np. zreperować mostek, zrobić tablicę ogłoszeń przy Gromadzkiej Radzie Narodowej, urządzić kwietnik na podwórku, albo piaskownicę dla małych dzieci)”.
Był wszakże jeden warunek: „To co zrobicie, musi być pożyteczne”. Niewidzialni powinni też działać zawsze wtedy, kiedy ktoś potrzebuje ich pomocy.
Kilka lat później Maciej Zimiński przeszedł do telewizji.
25 czerwca 1968 roku w „Teleferiach” ogłosił kontynuację „Niewidzialnej Ręki”. Tym razem jednak wzbogacono ją o „bilet wizytowy”, dzięki któremu przestała być hasłem, a stała się zorganizowaną akcją niesienia pomocy. Każdy był oznaczony indywidualnym numerem nadawanym przez Sztab NR, a nazwiska chłopców i dziewczynek, którzy nadesłali zgłoszenia, stawały się od tego momentu pilnie strzeżoną tajemnicą.
„Przechodząc przez przypadek przez strumyk zauważyliśmy, że leży zrobiona kładka na strumyku, a na niej ten oto bilet” – pisał Zdzisław Szkodun z Niewnic. „Z wielkim zdziwieniem zobaczyłem dziś rano dwie ławki na przystanku autobusowym PKS w Widnej” – informował redakcję Józef Szumiński z Kidałowic. Mieszkanka Warszawy, Krystyna Święcichowska, natknęła się na grób żołnierzy AK, poległych w Powstaniu Warszawskim: „Grób oczyszczony, na nim ładne, świeże kwiaty, aż miło popatrzeć. Przyjemnie, że po 24 latach czcimy i szanujemy miejsca straceń ludzi walczących o naszą wolność. Znalazłam bilecik NR o numerze 7913 i domyślam się, że to ona dba o ten grób”.
Setki tysięcy maluchów pomagały potrzebującym na miarę swoich możliwości: naciągali wody ze studni, znosili siano do stodół, opiekowali się chorymi, organizowali place zabaw dla dzieci. Małe, ale jakże wielkie uczynki. Dzieci pokochały „Niewidzialną Rękę”. Były jej anonimowymi bohaterami. To one decydowały komu, kiedy i jak pomóc. Dzięki ich uczynkom świat stawał się lepszy, a i one zmieniały się także na lepsze.
Maria Kapusta z Kutna, matka 11 letniego Marka i o rok młodszego Zbyszka, nie kryła swego zdumienia:
„Chłopcy do tej pory trudni, rozkapryszeni, przysparzali mi wiele kłopotów. Sąsiedzi często skarżyli się na ich brak zdyscyplinowania i swawolę. Proszę wyobrazić sobie moją radość, kiedy pewnego dnia dowiedziałam się, że mieszkającej w podwórku umysłowo chorej p. „Z”, której do tej pory dokuczali, narąbali z kolegą Markiem drzewa, przynieśli węgla. Każdy ze swego domu, oczywiście ukradkiem. Następnie zaczęli opiekować się młodszymi dziećmi dla których byli do tej pory postrachem. Kolejnego dnia, w zawsze brudnej podwórkowej ubikacji, zapanował niebywały porządek. Przybity został urwany haczyk, a na drzwiach odcisk małej dłoni i nr 1726. Rozczuliło to mnie do łez. Wszyscy oniemieli ze zdziwienia. Co się dzieje? Chłopcy nie ci sami. Ich dobre uczynki można by długo wyliczać – aby tylko trwało to jak najdłużej”.
Stanisław Witas był inwalidą. Miał amputowane obie nogi. Wózek, którym jeździł po ulicy, stał zawsze w komórce na podwórku. Była zniszczona, a wózek zardzewiały:
„Któregoś dnia ktoś zadzwonił do drzwi – wyjrzałem, ale były tylko kluczyki i karteczka: „to są klucze do pana komórki!”. Kiedy znalazłem się na podwórku – oczom nie chciałem wierzyć. Komórka była wyremontowana, pokryta nową papą. A kiedy otworzyłem drzwi i zobaczyłem mój wózek – oniemiałem. Był jak nowy. Wyczyszczony z rdzy, pomalowany… Na wózku leżał bilet z numerem 56860. Rozpłakałem się”.
Takich listów redakcja Telewizji Dziewcząt i Chłopców dostawała tysiące. Ale jedna akcja była wyjątkowa. Jej bohaterem był Antek Koszyk z Gorlic – Niewidzialny o numerze 13128. Pewnego dnia zadzwonił do dyrektora Jana Bochenka z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach. Przedstawił się jako Niewidzialny i zapytał:
– Czy zgodziłby się Pan, aby dzieci spędziły część wakacji u rodzin z Szymbarku?
– Zgadzam się, ale pod warunkiem, że przyjdą z dowodami osobistymi – padła odpowiedź.
W piwnicy, przy migotliwym płomyku świeczki, Antek zaczął realizować potajemnie drugą część planu. Za pieniądze zarobione ze sprzedaży makulatury i butelek kupił koperty, kartki brystolu i kredki. W czerwcu 1973 zaczęły napływać do mieszkańców Szymbarku takie oto listy:
„Bardzo proszę o przyjęcie do swego grona rodzinnego sieroty z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach na okres wakacji, to znaczy od 25 czerwca do 1 sierpnia br. NIEWIDZIALNA RĘKA w porozumieniu z kierownictwem P.D.Dz. w Zagórzanach prosi powiadomione rodziny o odbiór dzieci (wraz z dowodem osobistym) w dniu 25 czerwca br.”
Każdy list kończył się zdaniem napisanym wielkimi literami:
„Pamiętajmy, że za miłość dziecko płaci miłością”.
Antek Koszyk:
– Bardzo się obawiałem, że pomysł nie wypali – wspomina.
Trudno powiedzieć co ujęło mieszkańców Szymbarku. Piękny gest Antka? Jego wrażliwość? Samotność sierot czy też ujmujące malowanki 11-letniego chłopca?
„Przyszedł list – wspomina Zofia Tomasik. Myślałam, że to jakieś życzenia świąteczne, lecz to była kartka. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi, może kawał jakiś? A potem przyszedł mąż z pracy. Gadaliśmy trochę na ten temat, ale ciągle były wątpliwości, czy to nie pisane tak dla zabawy, na prima aprilis. W tym samym dniu dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi dostali takie same kartki. Zastanawialiśmy się z mężem, czy by rzeczywiście nie wziąć dziecka (…). Zrobiło się nam żal dzieci. (…). Właściwie nawet nie wiem, kiedy i jak zapadła decyzja. W każdym razie mąż nazajutrz pojechał do Zagórzan”.
W biurze dyrektora Bochenka zjawiło się tylu mieszkańców Szymbarku, że zabrakło dzieci. Zostawały u przybranych rodzin na całe wakacje, później gościły u nich w każde ferie i święta. Akcja Antka Koszyka z Gorlic przeszła do historii „Niewidzialnej Ręki” i obrosła legendą.
Kilka lat temu były student Macieja Zimińskiego red. Maciej Wasielewski pojechał do Zagórzan śladami akcji chłopca z Gorlic. Mieszkańcom zadał tylko jedno pytanie, a odpowiedzi, które usłyszał bardzo smutno świadczą o naszej dzisiejszej rzeczywistości:
– Czy wzięlibyście chłopca lub dziewczynkę z Domu Dziecka na święta?
– Nie – padała jedna i ta sama odpowiedź.
Prawie dwa miliony biletów wizytowych pozostawionych przez Niewidzialnych na miejscu dobrych uczynków. Ale to tylko dane dotyczące zarejestrowanych w Sztabie Niewidzialnej Ręki dziewcząt i chłopców. Drugie, a może nawet trzecie tyle działało poza oficjalnymi strukturami. Tak jak Joasia Modzelewska i jej koleżanki z Elbląga:
– Nikogo o nic nie prosiłyśmy. Pomoc miała pochodzić od nas, z naszej pracy. Zbierałyśmy więc makulaturę, butelki i sprzedawałyśmy, aby robić zakupy. W naszych ogrodach zbierałyśmy owoce i rozdawałyśmy osobom, które ich nie miały. Wiem, że byli z nas dumni rodzice i dziadkowie. Moja babcia, Marianka Tokarska, pewnego razu „przyłapała” mnie na robieniu paczki dla biednej rodziny. Stanęła, popatrzyła, zakręciła się na pięcie, a po chwili przyniosła z komórki słoninę i jajka. – Masz dziecko, weź, aby te biedniejsze ludzie nie były głodne – pogłaskała mnie wzruszona. Jej słowa dźwięczą mi w pamięci do dziś. Chociaż w ten sposób chciała spłacić dług, kiedy w czasie wojny jej i moim ciociom obcy dawali kawałek chleba na przeżycie. Czułam, że była wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie.
Akcja „Niewidzialnej Ręki” zakończyła się w grudniu 1981 roku. Żadna telewizja nie świecie nigdy nawet nie pokusiła się aby zrobić coś podobnego. Choć od tamtego czasu minęło kilkadziesiąt lat „Niewidzialna Ręka” żyje w sercach dziewcząt i chłopców, którzy byli jej anonimowymi bohaterami oraz setek tysięcy ludzi, którzy doświadczyli odruchu ich serca.

Niech powrócą wspomnienia

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Klub Pancernych”.

„Klub Pancernych” był kolejnym niezwykłym zjawiskiem na telewizyjnej mapie świata. Narodził się we wrześniu 1966 roku, niemal dokładnie wtedy, gdy rozpoczęto emisję „Czterech pancernych i psa”. Do redakcji Telewizji Dziewcząt i Chłopców zaczęły napływać listy w których dzieci opisywały tworzenie podwórkowych załóg, zadań jakie przed sobą stawiały oraz koordynacji poczynań przez Sztaby. TDC podłapała pomysł i tak powstał „Telewizyjny Klub Pancernych”. Program namawiał dzieci by dbały o przyrodę, czystość podwórek, kondycję fizyczną, opiekowały się zwierzętami, walczyły z chuligaństwem. Każda załoga musiała mieć swego Szarika, ale nie wszystkie miały psa, więc niekiedy, choć zdarzało się to niezwykle rzadko, Szarikiem mianowano jakąś koleżankę. Były też załogi w których jego rolę spełniał podwórkowy kot, królik, świnka morska lub chomik. Pewna czwórka przyjaciół tak napisała do dowództwa klubu:
„Nie da rady. Psa nie ma. Ale mamy akwarium i złote rybki. Więc zgłaszamy się do Klubu Pancernych jako łódź podwodna. Prosimy o przyjęcie. Taka łódź, to też rzecz pancerna”.
Dzieci pełne były pomysłów. Jedna z załóg KP zrobiła swoją odznakę – kapsel bojowy. Zwykły kapsel od piwa z pięcioma dziurkami. Dlaczego pięcioma? Bo czterech pancernych i pies piąty.
Inne robiły swoje proporce, a nawet sztandary. Sztab zaś planował kolejne akcje i koordynował ich realizację.
Jeden z pierwszych rozkazów – ocieplamy psie budy na zimę.
Dzieci szybko uporały się z zadaniem i to na piątkę. Założyły „pancerz przeciwmrozowy” na prawie dziewięciu tysiącach psich domków. Meldunki opatrzone były podpisami członków załóg oraz odciskami zwierzęcych łap i łapek.
„Dzieci miejskie wykonały wiele tysięcy legowisk dla psów domowych, zadbały o czystość psich misek – podkreślał w „Trybunie Mazowieckiej” Tadeusz Jaszczyk. Batalię, której nie udało się przeprowadzić Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt, wygrał „Klub Pancernych”.
Dziewczęta i chłopcy odnajdywali weteranów walk o wyzwolenie Polski spod niemieckiej okupacji i spisywali ich wspomnienia. W sumie odszukano trzy tysiące byłych pancernych i pięć tysięcy wyróżnionych bojowymi odznaczeniami.
Inne zadanie – ustalenie daty wyzwolenia rodzinnej miejscowości, opisanie pierwszego dnia wolności.
„Za chałupą stała armata”. „Od lasu, koło spalonych domów, szło wojsko polskie”. Po latach dzieci wyciągały od rodziców strzępki wrażeń, wspomnień, oglądały to, co zbudowano dziś w ich wsi, w miasteczku, zaczynały porównywać, dojrzalej patrzeć na aktualne sprawy naszego kraju.
Zadań przekazywanych przez Sztab było bez liku. Jedne polegały na konkursach sprawnościowych, inne na „rozpoznaniu terenu” czyli zebraniu najważniejszych telefonów alarmowych do: Milicji, Pogotowia Ratunkowego, Straży Pożarnej, Pogotowia Energetycznego, inne na zakładaniu podwórkowej łączności, kolejne na porządkowaniu placów zabaw i dbaniu o ich czystość. Było także zadanie, które miało pomóc płk. Januszowi Przymanowskiemu w pisaniu dalszych przygód ulubionych bohaterów z załogi „Rudego” – wymyślić nowe przygody „Czterej pancerni i psa”.
W akcji „Choinka dla dzieci chorych” pacjentom dwóch sanatoriów w Konstancinie przysłano setki paczek z własnoręcznie wykonanymi upominkami – zabawkami, szalikami, rękawiczkami.
To wszystko sprawiało, że maluchy stawały się bardziej dojrzałe, odpowiedzialne, obowiązkowe. Tak wspominał Maciej Zimiński tamte dni: „Siedzę w redakcyjnym pokoju, a tu przychodzi kawaler mający około 11 lat i przynosi flagę swojej załogi, na której coś było namalowane. Już nie pomnę, bo miało to miejsce ponad 40 lat temu, więc wybacz. Wziąłem ją od niego, jako dostojny podarek dla „Klubu Pancernych”. Po chwili kolejne pukanie. Wchodzi jego mama: Proszę pana, nie poznaję syna. Co wyście z nim zrobili? Gdy namalował tę flagę, to wszystko tak posprzątał, że nie było najmniejszych śladów na podłodze. Teraz idąc spać ubranie w kostkę składa, bo kiedyś pokazaliście, jak żołnierz układa swój mundur przed capstrzykiem”.
„Piszą do Telewizji zdumione matki i nauczycielki – dodawał Tadeusz Jaszczyk w „Trybunie Mazowieckiej” – nie poznajemy swoich dzieci i uczniów – sprzątają mieszkania i myją naczynia, systematycznie odrabiają lekcje, dziewczęta przestają się bać pająków i myszy”.
W drugim wydaniu „Klubu Pancernych” (1969/1970) wzięło udział prawie 40 tysięcy załóg czyli, w wielkim przybliżeniu, około 160 tysięcy dziewcząt i chłopców. Nie od razu towarzyszył mu serial Przymanowskiego. Dlaczego?
„Dlatego, że sięgnęliśmy do historii i etosu polskiego rycerstwa – odpowiada pan Maciej. Wykorzystywaliśmy pojęcie słowa pancerni, a zwłaszcza tego, co znaczyło w polskiej tradycji militarnej. Na początku poszło 5-odcinkowe widowisko Gniewko syn rybaka w reżyserii Huberta Drapelli. W roli głównej wystąpił Marek Perepeczko, a partnerowało mu grono wspaniałych aktorów. Później w oparciu o książkę, która powstała po emisji cyklu teatralnego, nakręciliśmy serial filmowy pod tym samym tytułem, a w roku 1977 Znak Orła. Tam Gniewka grał nieżyjący już Krzysztof Kołbasiuk.
Potem nadaliśmy 13 odcinków Przygód Pan Michała, a dopiero na koniec 21 odcinków Czterech pancernych i psa, w tym trzynaście nowych”.
W ten właśnie sposób uczono dzieci historii Polski, tradycji oręża polskiego, wreszcie patriotyzmu. Były to mądre zabawy organizowane przez ludzi, którzy nie tylko dzieci rozumieli, ale traktowali je jak partnerów. Młodszych, ale partnerów.
To właśnie „Klub Pancernych” przeprowadził wielką „Bitwę z ogniem” w której dzieci uczyły się bezpieczeństwa przeciwpożarowego, a organizując wyprawy po skarby do piwnic i na strychy robiły porządki, tym samym zmniejszając niebezpieczeństwo wybuchu pożaru.
Niedoścignionym wzorem telewizji interaktywnej była „Bitwa o życie”. Rozpoczęła się 10 maja 1970. Maciej Zimiński:
„Zabawa nie polegała na opatrywaniu ofiar wypadków, lecz wytłumaczeniu maluchom znaczenia bezpiecznego poruszania się po drogach. W całym kraju zorganizowaliśmy kursy na pierwsze prawo jazdy, czyli… kartę rowerową”.
W akcję włączyło się wiele instytucji i organizacji: redaktorzy centralnych pism, przedstawiciele TV i Polskiego Radia, GZP Wojska Polskiego, PZU, Straży Pożarnych, Biura Prewencji i Ruchu Drogowego Komendy Głównej MO oraz Telewizji Dziewcząt i Chłopców, Ministerstwa Oświaty i Szkolnictwa Wyższego, Związku Harcerstwa Polskiego, Ligi Obrony Kraju, Automobilklubu i Polskiego Związku Motorowego, a także Zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych, Państwowego Zakładu Ubezpieczeń i Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.
W całej Polsce rozpoczęły pracę 11 563 punkty konsultacyjne. Do akcji włączyli się nauczyciele i komitety rodzicielskie. W szkołach milicjanci i instruktorzy PZMot oraz Automobilklubów prowadzili wykłady ucząc nas zasad poruszania się po drogach i znaków drogowych.
Ustalono, że egzamin odbędzie się 31 maja 1970. Zbieżność terminu przeprowadzenia ogólnokrajowych egzaminów z Międzynarodowym Dniem Dziecka oraz bezpłatne wydawanie kart rowerowych (na co wyjednano zgodę Ministerstwa Finansów), potraktowano jako prezent dla dzieci z okazji ich święta.
31 maja wydano rozkaz: „Wszyscy pancerni, którzy skończyli 10 lat zdobywają kartę rowerową”.
Wprost sprzed telewizorów ruszyliśmy na egzamin.
O 10.00 rozpoczęło pracę ponad 11 tysięcy komisji egzaminacyjnych przed którymi stanęło 850 tysięcy dziewcząt i chłopców!
7 czerwca 1970 „Klub Pancernych” ogłosił zakończenie „Bitwy o życie”. Wyemitowano felieton o 10-letnim Rudolfie Jeneku z Nowej Wsi Prudnickiej, który uratował z pożaru 2-letnie dziecko. Pokazano także reportaż o przebiegu egzaminu na kartę rowerową, a dyrektor Biura Prewencji Komendy Głównej MO płk Michał Syczewski pogratulował „Pancernym” odniesienia wielkiego zwycięstwa, po czym odbył się milicyjny salut na cześć Pancernych – honory załogom oddali fanfarzyści, milicja zmotoryzowana i przewodnicy z psami.