Niech powrócą wspomnienia (10)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty.
Dzisiaj przypominamy kapitana „Latającego Holendra” – Bohdana Sienkiewicza.

Pierwszy raz zobaczyłem go na srebrnym ekranie. Prowadził „Latającego Holendra”. Lubiłem ten program, nawet rozwiązywałem zadania, ale tak dla siebie, z ciekawości czy dam radę. Dawałem, choć nigdy formalnie nie zostałem członkiem załogi. Redaktora Sienkiewicza poznałem kilka miesięcy później w Jacht Klubie Morskim „Stal” w Gdyni. Miał przerwę w nagrywaniu reportażu, a ja dość odwagi, by podejść i poprosić o autograf.
Po latach, gdy skończyłem studia dziennikarskie i podjąłem pracę w Gdańskim Ośrodku TV, został moim starszym kolegą. W 2009 roku dla stacji Planete + zrealizowałem film o „Latającym Holendrze”.
Bohdan Sienkiewicz: „Kiedy pokazałeś mi swój dokument o „Latającym Holendrze”, zacząłem dociekać skąd się we mnie wzięło, to wielkie parcie na morze? Nieustająca chęć odkrywania tajemnic drugiego brzegu? Teraz wiem, że mam to w genach. Mówią o tym dokumenty, które właśnie dostałem z Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historycznego Marynarki Wojennej w St. Petersburgu.
Wynika z nich, że mój ojciec, syn szlachetki spod Lidy, ukończył za Mikołaja II słynny Morski Korpus Jego Cesarskiej Wysokości Następcy Tronu w Kronsztadzie. Studiował z późniejszym kontradmirałem Adamem Mohuczym, organizatorem i dowódcą Polskiej Marynarki Wojennej. Przyjaźnił się z wiceadmirałem Kazimierzem Porębskim, Mamertem Stankiewiczem – tytułowym bohaterem książki Karola Olgierda Borchardta „Znaczy kapitan” i Konstantym Maciejewiczem „Macajem” – kapitanem kapitanów”.
Bohdan urodził się na Polesiu, nad rzeką Horyń. Dzieciństwo spędził w Pińsku. Dorastał pod urokiem tamtejszej flotylli. Być może dlatego już w drugiej klasie gimnazjum wiedział co chce w przyszłości robić. Postanowił pójść do Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni.
Po studiach dostał bardzo dobry przydział do Centralnego Zarządu Polskiej Marynarki Handlowej. Pojechał do Gdyni na 10-go Lutego.
„Wchodzę do gabinetu dyrektora. – Dzień dobry, Bohdan Sienkiewicz, przyszedłem z nakazem pracy.
Kazał mi usiąść.
– Czy pan czyta gazety?
– Oczywiście panie dyrektorze, na uczelni każdego dnia była
prasówka.
– Dziwne, bo my już od pół roku nie działamy. Teraz jestem syndykiem masy upadłościowej. Gdzie pański nakaz?
Bohdan podał dokument, a dyrektor podarł go na strzępy.
– Witam wolnego człowieka.
Owszem, byłem wolnym człowiekiem – w głosie Bohdana daje się wyczuć gorzką ironię – ale bez pracy i środków do życia. Musiałem szybko znaleźć jakieś zajęcie. Na szczęście zadzwonił do mnie Włodek Starzecki:
– Słyszałem, że w czasie studiów latałeś z mikrofonem. Chciałbyś zostać dziennikarzem?
– Mogę być dziennikarzem, czemu nie?
– Jestem dyrektorem Oddziału Morskiego Polskiej Izby Handlu Zagranicznego. Wydajemy na zagranicę „Polish Maritime News”. To biuletyn, powiem szczerze niezbyt wysokich lotów, bo redaktor jakiś taki… Nie chciałbyś do nas przyjść?
Od razu dał mi sekretarza redakcji”.
Szybko awansował na zastępcę naczelnego, a wkrótce został naczelnym. Zajął się wydaniem polskiego numeru „Fair Play”. Zebrał artykuły, przetłumaczył na angielski i pojechał do londyńskiego agenta Centromoru na Fleet Street.
„Dopiero tam zobaczyłem, że działalność takich wydawnictw polega na przygotowywaniu dla branżowej prasy morskiej codziennych serwisów złożonych z krótkich informacji. Strona maszynopisu i dwa zdjęcia”.
Gdy jego kariera zaczynała nabierać rumieńców, a on coraz częściej wyjeżdżał za granicę na targi, wystawy i branżowe konferencje, spotkał Władysława Snarskiego, który zaczynał organizować w Gdańsku telewizję. Tak opowiada o spotkaniu z nim:
„– Sokorski podesłał mi parę etatów. Bierzesz?
– Biorę – odpowiedział bez namysłu zwłaszcza, że już u niego dorabiał. – A jaki masz dla mnie etacik?
– Poważny. Zastępcy naczelnego.
– Czy będę miał obowiązkową wierszówkę?
– Nie, będziesz z wierszówki zwolniony.
– Biorę jeszcze szybciej”.
I tak w 1965 roku Bohdan Sienkiewicz przeszedł do telewizji. Wkrótce przekonał się jak wielkie daje możliwości.
„Osz, kurcze – pomyślałem – muszę to wykorzystać”.
W „Morzu” redaktorem naczelnym był Jerzy Miciński. Wydawał również „Żeglarza”, który w ramach Szkoły Jungów, przygotowywał młodych ludzi do pracy na statkach. To było to, co chciał robić. Poszedł więc do redakcji:
„– Dzisiaj każdy za punkt honoru obiera posiadanie telewizora – oznajmił. A ja chcę zrobić program o morzu, by każdy mógł go dotknąć chociaż przez ekran”.
Przytaknęli. Trzeba było jeszcze wymyślić nazwę audycji.
– Latający Holender – wypalił bez namysłu Jurek Miciński.
– Dlaczego Latający Holender? – stanął zaskoczony.
– Bo to dziwny statek o którym wszyscy słyszeli, ale nikt go nie widział. Wszystko też na tej zaczarowanej łajbie może się zdarzyć.
I tak narodził się „Latający Holender”.
Sienkiewicz szybko napisał założenia programu, scenariusze kilku pierwszych odcinków i pojechał do Warszawy. Przyjął go Maciej Zimiński.
„Przeczytał, odłożył kartki i spojrzał mi w oczy” – wspomina.
„– Trafiłeś w dziesiątkę. Ale pamiętaj, nie możesz widowni nabrać lub pójść na łatwiznę. Jeżeli raz puścisz knota od razu się zorientują. Wtedy po tobie”.
Po roku dostał doroczną nagrodę prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji.
„– Od tego czasu nie musiałem dbać o miejsce w ramówce, bo miałem to zaklepane. Dyrektor programowy zawsze dzwonił do mnie z wyprzedzeniem:
– To co, bierzemy „Holendra” w tym roku?
– Jasne, że bierzemy.
– Coś nowego będzie.
– Będzie.
– Wystarczy te pół godziny czy chcesz więcej?
– Wystarczy.
– Zostawiamy godzinę emisji czy chcesz inną?
– Zostawiamy.
Gdy w pierwszym wydaniu podyktowano zadania listonosz ledwo wniósł do redakcji dwa worki z odpowiedziami:
– Ależ tego jest. Ciężkie jak cholera – wysapał.
– A będzie jeszcze więcej – odpowiedział Sienkiewicz szczęśliwy z odzewu młodzieży.
– Taaak…? – zasępił się listonosz. To ja zmieniam rejon.
I zmienił.

A co było dalej? O tym w książce „Telewizja Dziewcząt i Chłopców – historia niczym baśń z innego świata”.

Niech powrócą wspomnienia (9)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty.
Dzisiaj przypominamy gospodarza „Zwierzyńca” – Michała Sumińskiego.

Zawsze, gdy umawiałem się z Michałem Sumińskim na spotkanie z uprzejmością i niezwykłym wdziękiem deklarował:
– Jestem do „d”.
– A to świetnie, w takim razie możemy zabierać się do pracy – odpowiadałem. Bo jego: „Jestem do „d”, wbrew temu co pomyśli większość czytelników, nie oznaczała wcale braku sił witalnych, lecz gotowość do działania – „Jestem do „d”, czyli… „jestem do dyspozycji!”.
Maciej Zimiński nazywał Michała Sumińskiego malarzem wyobraźni:
– Był genialnym samorodkiem, który swoimi gawędami, sposobem narracji, gestykulacją wręcz czarował. Przy tym robił to tak fantastycznie, że dzieciarni wręcz zatykało dech w piersiach.
– Może pan nie uwierzy, ale jestem dziedzicznie obciążony – Sumiński uśmiecha się pod sumiastym wąsem – mój ojciec był przyrodnikiem, doktorem zoologii i geografii. Wykładał, między innymi, na Uniwersytecie Warszawskim. Można powiedzieć, że niemal się urodziłem w tej uczelni.
– Na jakiejś katedrze? – próbuję dociec.
Pod katedrą lub – jak kto woli – w cieniu katedry profesora Tura, którego był asystentem. Profesor Tur, to wielka postać polskiej nauki, wybitny zoolog od anatomii porównawczej. Mogłoby się wydawać, że będę uczonym, ale nic z tego nie wyszło. Doskrobałem się zaledwie dwóch magistrów: z zoologii na Uniwersytecie Warszawskim i leśnictwa na SGGW.
Matka Michała umarła, gdy miał półtora roku. Ojciec nie mógł się dziećmi odpowiednio zająć. Odwiózł więc syna i jego starszą o rok siostrą pod opiekę babci do majątku rodowego Leśniewo w ciechanowskim.
– Po zakończeniu wojny został rozparcelowany pośród miejscowych gospodarzy. Żyłem z nimi w dobrej komitywie, a z jednym, który był moim kolegą od szczenięcych lat, bardzo się przyjaźniłem. Co jakiś czas przyjeżdżałem do Leśniewa, a on oprowadzał mnie po okolicy pokazując co nowego i zawsze jak świętości przestrzegał niepisanej zasady mówiąc: „Na twoim posiałem to i to, na twoim posadziłem to i to…”
Michałowi Sumińskiemu nigdy nawet przez myśl nie przeszło, by starać się o odzyskanie dóbr. Nigdy też nie czuł się pokrzywdzony, a tym bardziej obrabowany przez państwo. Gospodarować także nie chciał.
Jego ojciec, nazywany „Panem od przyrody”, miał w radiu stały, autorski program. Ponieważ dużo podróżował, więc opowiadał o swoich przygodach w Stanach Zjednoczonych, Argentynie, Szwecji, Norwegii…
– Odczuwał osobliwy lęk mówienia do mikrofonu – wyznaje pan Michał. – Wpadł więc na pomysł, aby do studia zapraszać studentów. Siadali naprzeciwko, a on obserwując ich reakcje wiedział, którym fragmentom poświęcić więcej uwagi, a które skrócić. Czuł się wtedy jak na wykładzie i zapominał o stresie.
Gdy z rekomendacji ojca, we wrześniu 1935, radio zaproponowało Michałowi współpracę, postanowił zająć się problematyką morską. Jej znajomość była wtedy stosunkowo mała, a on miał wkrótce zostać kapitanem jachtowym żeglugi wielkiej.
Pod koniec sierpnia 1939 roku Sumiński wypłynął w rejs do szwedzkiej Karlskrony. Była portem wojennym, w którym mieściła się również Seglar Skolen.1 Wykładowcami byli oficerowie marynarki wojennej. Z kilkoma zaprzyjaźnił się rok wcześniej, gdy zawitali do Gdyni dwoma jachtami: „Kaparen” i „Alona”. Oprowadzał ich po mieście, ugościł, poczęstował znakomitą polską wódką.
Odwiedzili go kilka dni przed wybuchem wojny:
– Jakie masz plany?
– Zamierzam pokazać załodze Wyspy Alandzkie.
– Jeśli chcesz dotrzeć do Polski przed wybuchem wojny, to wracaj do Gdyni. Nie zwlekaj. Stawiaj żagle i płyń – usłyszał w odpowiedzi.
Wiedział, że Szwedzi, to ludzie rozsądni, mający sprawdzone informacje, więc posłuchał dobrej rady. Dotarł do Gdyni w końcu sierpnia. Sklarował jacht, rozstał się z załogą, przyjechał do Warszawy i położył spać. Rano obudził go ojciec:
– Wybuchła wojna.
3 września, już w warunkach całkowitego zaciemnienia, potykając się co chwila pośród zrzucanych na Warszawę bomb, przyszedł do radia. Miał przygotowany tekst o gdyńskiej dojrzewalni bananów. Pracował w redakcji „Dla Polaków za granicą”, czyli praktycznie rzecz biorąc, dla słuchaczy z Ameryki.
– No i konsternacja. Co zrobić? Puścić muzykę, a po chwili mnie z przygotowanym wcześniej felietonem? Głupio jakoś, bo w Ameryce ludzie oczekują wieści o Polsce w pierwszych dniach wojny, a nie o… bananach.
Wtedy dyrektor zapytał:
– Podjąłby się pan opowiedzieć, jak wyglądała Gdynia w przeddzień niemieckiej napaści?
– Spróbuję.
Mówił także o Warszawie, że idąc do radia słyszał warkot samolotów, wybuchy bomb, kroki przemykających chyłkiem ludzi. Opowiadał jak reagują na hitlerowską napaść mieszkańcy stolicy, o przygotowaniach do obrony. Od tego czasu już nigdy nie żądano aby pisał teksty do wygłaszanych przed mikrofonem opowieści.
Z czasem trafił do podziemia:
– Pewnego dnia kolega zapytał, czy chciałbym mu pomóc w konspiracyjnej robocie? „Oczywiście, bardzo chętnie” – odpowiedziałem i specjalnie nie wnikałem co to za organizacja, kto w niej jest, a on sam się z tym nie wyrywał. Przecinałem opony w niemieckich samochodach, wsypywałem piasek do baków wojskowych ciężarówek i tłukłem szyby u fotografów, którzy wystawiali w witrynach zdjęcia niemieckich oficerów.
Z czasem przydzielono go do poważniejszego zadania. Dostał pistolet i miał ochraniać kolegów.
– Pech chciał, że nadszedł niemiecki oficer. Otworzyłem do niego ogień, choć proszę mi wierzyć, nie jest łatwo strzelić do człowieka. On strzelał do mnie. Wymieniliśmy 3 lub 4 serie. Wstyd przyznać chybialiśmy, chociaż odległość nie była wielka, jakieś 10-15 metrów.
Po kilku dniach zaszedł do kawiarenki na Żurawiej. Jego ojciec przebywał na Majdanku. Szukał możliwości wyciągnięcia go z obozu, a przynajmniej dostarczenia paczki z jedzeniem i ubraniem.
– Byłem umówiony z człowiekiem mającym odpowiednie kontakty. Gdy tylko usiadłem przy stoliku, usłyszałem: „Hände-hoch!” W pierwszej chwili nie przejąłem się tym zbytnio myśląc, że któryś z kolegów robi mi szampański dowcip, ale gdy się obejrzałem zobaczyłem gestapowca, a co gorsza, poznałem w nim oficera do którego kilka dni temu strzelałem. Widocznie rozpoznał mnie na ulicy i przyszedł za mną do kawiarni. Do tego z obstawą. Nie miałem szans. Podniosłem ręce. Skuli mnie i zawieźli na Szucha.
Stamtąd trafił do Oświęcimia. Otrzymał numer: 119464. Przesiedział tam trzy lata. Gdy do obozu zbliżały się wojska radzieckie, przewieziono go do Mauthausen. Później jeszcze dalej. Do Ebensee w Tyrolu.
– To było samo dno piekieł – wyznaje. Dużo pracy i żadnego jedzenia. Doszedłem do momentu, gdy poczułem, że mam przed sobą dwa, góra trzy dni życia. Wycieńczał mnie stały rozstrój żołądka. Organizm nie przyjmował nawet wody. Wiedziałem, że to już koniec. Setki, tysiące ludzi, umierało w podobny sposób. Ale miałem wyjątkowe szczęście. Skończyła się wojna i do obozu weszli Anglicy. Było to chyba 8 maja. Po kilku dniach nadeszła pomoc od wojsk amerykańskich.
Sumiński był wówczas cieniem. Przy 182 centymetrach wzrostu ważył zaledwie 31 kg…
Wkrótce alianci zaczęli organizować wyjazdy do Polski. Ciężarówkami.
– Niektórzy przekonywali, by zostać na Zachodzie. Ale jakoś nie miałem na to ochoty. Uważałem, że moje miejsce jest w kraju. Skoro Polska jest wolna i skoro ja jestem wolny, to dlaczego mam siedzieć w Niemczech nawet w luksusowych, bo obiecywano nam luksusy, warunkach? Oczywiście dla wielu taka perspektywa była niezwykle atrakcyjna, zwłaszcza, iż zdawaliśmy sobie sprawę, że w ojczyźnie sytuacja jest bardzo ciężka…
Co było dalej? O tym w książce „Telewizja Dziewcząt i Chłopców – historia niczym baśń z innego świata”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia (8)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy twórcę TDC – Macieja Zimińskiego.

Maciej Zimiński był chłopakiem z Woli. Z warszawskiej Woli. Zawsze podkreślał, że mówiąc o sobie najchętniej by opowiadał o szczęściu i przypadku, bo obie te rzeczy przez całe życie mu towarzyszyły. Szczęście zwykle pozytywnie, natomiast przypadki bywały także i w ciemnych barwach.
W wieku 7 lat wyjechał z rodzicami do Wilna, albowiem jego tata awansował na szefa nowego wileńskiego oddziału „Naszej Księgarni”.
W Wilnie Maciej rozpoczął edukację, a że był nad wiek oczytany i jego wiedza daleko wykraczała poza pierwszy oddział, więc od razu poszedł do klasy drugiej. Nauka szła mu dobrze, ze zdrowiem znacznie gorzej. W lutym 1938 zachorował na szkarlatynę. Była to wówczas bardzo ciężka choroba.
„Moja mama, jak to dobra, kochająca mama, nie oszczędzając się, pielęgnowała mnie – wspomina. – W rezultacie sama się rozchorowała na płuca i w końcu kwietnia ’38 zmarła. W czerwcu 1939 wróciliśmy z tatą do Warszawy”.
Wybuch wojny i niemiecka okupacja nie przerwała edukacji Macieja.
„To świadectwo ukończenia klasy 7 opatrzone datą 1944. Mam na nim wszystkie oceny bardzo dobre. Faktycznie jednak 7 klasę ukończyłem w roku 1943. Cenzurkę mi wręczono po czym zabrano i zakomunikowano: zostajesz na drugi rok! No, skoro tak zdecydowano, to we wrześniu stawiłem się na lekcje. Jak przystało, wręczono mi legitymację uczniowską i… zakazano pokazywania się w szkole. Cały trick polegał bowiem na tym, żeby fikcyjnie uczynić ze mnie jeszcze przez rok ucznia, bo to dawało pewną ochronę przed mało przyjaznymi władzami niemieckimi”.
Któregoś dnia, pod wpływem kolegów, którzy namawiali go aby wstąpił do Zawiszaków, czyli najmłodszej grupy konspiracyjnego harcerstwa, poszedł do swego nauczyciela zwierzyć się i zapytać o radę.
„Wiesz co – powiedział Maćkowi – nie wstępuj do Zawiszaków, będziesz żołnierzem w naszym batalionie. I tak mając lat 13 i pół zostałem, no chyba muszę powiedzieć to w cudzysłowie, „żołnierzem” batalionu Armii Krajowej Kiliński”.
28 lipca ‘44 w gmachu szkoły przy ulicy Miedzianej 8 wziął udział w zgrupowaniu kompani. Ostatnim przed wybuchem powstania.
„To był piątek – wspomina – a w sobotę wraz z tatą, który też miał swoje kontakty i wiedział, że powstanie wybuchnie lada dzień, pojechaliśmy do Józefowa pożegnać się z bliskimi. Nazajutrz mieliśmy wracać do Warszawy. Tymczasem w niedzielę o 6 rano byliśmy już wyzwoleni i owego 30 lipca ‘44 z dwoma kolegami wieszaliśmy na stacji Józefów biało-czerwoną flagę.
Słowo szczęście może zabrzmi tutaj dla kogoś mało elegancko – dodaje – ale dla mnie cudownie, bo całe powstanie spędziłem poza Warszawą. Może dzięki temu siedzę tu Sławeczku z tobą i mogę opowiedzieć o tamtych dniach. Moi koledzy z plutonu, najbliżsi przyjaciele, nie mieli tyle szczęścia. Zginęli w domu Marszałkowska róg Siennej na który spadła bomba”.
W końcu stycznia ‘45 roku razem z ojcem, przez skutą lodem Wisłę, dotarł do Warszawy. Widok, jaki ukazał się ich oczom, był przerażający. Nie było miasta, nie było ich domu, ale dziwnym trafem przy Mokotowskiej ocalała księgarnia jego taty. Tam się zatrzymali. Ojciec cudem zdobył żelazny piecyk, zwany kozą. Na szczęście za kontuarami zachował się fragment drewnianej podłogi, więc urządzili sobie na nim legowisko.
Wiosną ‘45 zobaczył na murze jakiejś kamienicy napisane ręcznie ogłoszenie, że przy ulicy Rakowieckiej 23 wznawia działalność Gimnazjum i Liceum Rejtana. Pobiegł tam szybciutko, by wpisać się na listę uczniów.
„To zabrzmi dzisiaj zabawnie, ale warunkiem przyjęcia do gimnazjum było przyniesienie własnego krzesełka! Właśnie krzesełka, bo w szkole nie było żadnych mebli – wspomina. – Przed wojną faktycznie mieścił się tam Rejtan, lecz w czasie okupacji działały w tym budynku niemieckie zakłady wyrobów skórzanych. Przez pierwsze tygodnie mieliśmy wielkie sprzątanie: wynoszenie ścinków, wstawianie okien, kitowanie szyb, słowem – przygotowania do rozpoczęcia lekcji”.
Wkrótce z kolegami reaktywował słynną „Czarną Jedynkę” – pierwszą warszawską drużynę harcerską. Maciejowi powierzono funkcję sekretarza.
„Załatwiałem formalności z wręczeniem krzyży harcerskich i przez zupełny przypadek, bo nie ma w tym żadnej mojej zasługi, zostałem posiadaczem, co jest uwidocznione w książeczce służbowej, odznaki serii pierwszej numer pierwszy z roku 1945. Całkowicie żartem mogę więc powiedzieć, że jestem pierwszym powojennym harcerzem” – mówi.
Po maturze zdał egzaminy do Szkoły Głównej Handlowej, przemianowaną później na Szkołę Główną Planowania i Statystyki, tak więc, chcąc nie chcąc, skończył SGPiS.
„Moją specjalizacją była organizacja i technika handlu – dodaje. – Czyli mógłbym zostać ekspedientem w sklepie. Ale równocześnie zacząłem studiować dziennikarstwo. Najpierw w Akademii Nauk Politycznych, bo tam było Studium Dziennikarskie, potem na Uniwersytecie. W 1952 roku zostałem absolwentem do kwadratu: i SGPiS-u i Uniwersytetu Warszawskiego”.
Pamiętajmy, że były to czasy, gdy absolwentom wyższych uczelni wręczano nakazy pracy. Maciej czynił usilne zabiegi, aby dostać skierowanie do „Naszej Księgarni”, z którą współpracował od 1949 roku, ale początkowo nie układało się po jego myśli. Otrzymał przydział do Referatu Prasowego Ministerstwa Szkół Wyższych. Wybronił się jakoś i ostatecznie trafił do upragnionego wydawnictwa:
„Gdy przyniosłem nakaz pracy, trzeba było rozwiązać ze mną wcześniej podpisaną umowę. Traf chciał, że na Placu Unii spotkałem kolegę, który był zastępcą naczelnego redaktora „Świata Młodych”. Zapytał: Maciek, czy nie przyszedłbyś do nas do pracy? Ja, wykorzystując chytrze, ale może nie całkiem zgodnie z prawem fakt, że dostałem już wypowiedzenie, a nakaz jeszcze nie zaczął obowiązywać, uciekłem do tej harcerskiej gazety”.
I tak jesienią 1952 Maciej Zimiński z dwoma dyplomami w kieszeni – organizacji i techniki handlu oraz dziennikarstwa – rozpoczął pracę w „Świecie Młodych”. Pasja i talent pozwoliły mu szybko awansować. Został sekretarzem redakcji. Był lubiany przez koleżanki i kolegów. Potwierdza to Stanisław Borowiecki, który pod jego okiem stawiał pierwsze dziennikarskie kroki:
„Maciek był dla nas i kolegą i autorytetem. Czuliśmy przed nim respekt. Gdy nie wiedzieliśmy jak ugryźć temat, on zaledwie dwoma, trzema słowami naprowadzał na właściwy tor. Naprawdę szkoda, że odszedł do telewizji, bo był dla „Świata Młodych” cennym nabytkiem z olbrzymim workiem fantastycznych pomysłów, a także jednym z filarów redakcji”.
W 1964 znowu dały o sobie znać: przypadek i szczęście. Tym razem uosabiał je Włodek Grzelak, kolega Macieja, który w telewizji piastował funkcję szefa programów dla dzieci:
„Włodek najzwyczajniej w świecie wziął mnie za rękę i sprowadził na Plac Powstańców” – wspomina.
W tym samym czasie rozpoczęła tam pracę Zofia Chećko:
„Stanowili zgraną ekipę. Mieli wspólne poglądy na wychowanie, na kształtowanie postaw z tym, że Maciej wyróżniał się umiejętnością przełożenia tej całej ideologii na konkretny program.
Pierwszą i najważniejszą zasadą jaką wprowadził był szacunek do widza oraz traktowanie go bardzo serio.
„Rzeczywiście – przyznaje Zofia Chećko – dbał, abyśmy rozmawiając z dziećmi nie kucali i nie szczebiotali”.
Był wulkanem pomysłów. Wymyślił „Ekran z Bratkiem”, wymyślił „Teleranek”, wymyślił „Zwierzyniec”, wymyślił „Teleferie”, wymyślił „Ligę Entuzjastów Wakacji” i wiele innych. Te programy tworzyły całą instytucję, którą była Telewizja Dziewcząt i Chłopców. Oprócz tego funkcjonowała jeszcze Telewizja Najmłodszych i Telewizja Młodych w ramach jednej wielkiej Naczelnej Redakcji Programów Dziecięcych i Młodzieżowych.
„Była jedna zasada, wręcz świętość, której musieliśmy się twardo trzymać – podkreśla red. Zofia Chećko. Nasz widz miał być wychowywany na człowieka aktywnego, odpowiedzialnego i pomysłowego. Zdarzało się, że szef przyjmując ode mnie scenariusz pytał: no dobrze, ale co widz z tego będzie miał? Czy on się czegoś nauczy, czy on się czegoś niezwykłego dowie? Trzeba się było starać”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia (7)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty.
Dzisiaj przypominamy „Piątek z Pankracym”.

Pierwszy odcinek „Piątku z Pankracym” nadano w marcu 1978. „Piątku…”, ponieważ był emitowany w każdy piątek o godz. 16.30. Wszystko działo się w pokoju Pankracego. Stało tam pianino, fotel i duża czarodziejska trąba. Odzywała się co jakiś czas przypominając, że pora na piosenkę. Nad pianinem wisiał portrecik kota, do którego Pankracy od czasu do czasu warczał. Wówczas Pan tłumaczył mu, że kotki są również bardzo sympatycznymi zwierzętami i na ich widok dobrze wychowanemu psu, bardziej od warczenia, przystoi przyjacielskie machanie ogonkiem.
„Formuła programu była oparta na dialogach aktora z psem” – Maciej Zimiński, który wymyślił „Pankracego” i był autorem programu, poruszał lalką psa wyciągniętą z walizki stojącej pod biurkiem, a pyszczek Pankracego naśladuje jego słowa – w którego, od pierwszego do ostatniego odcinka, wcielał się wspaniały Hubert Antoszewski.
Pankracy rozdziawia mordkę w uśmiechu.
Wełniany psiak zawładnął wyobraźnią maluchów, a one pokochały go bezwarunkowo swymi małymi serduszkami. Ten pełen ironii zwierzak z nietypowym poczuciem humoru był ich przyjacielem, doradcą, towarzyszem zabaw. Dzieci pisały do niego listy dzieląc się swymi troskami i radościami, a Pankracy zawsze na nie reagował wyciągając do nich swą życzliwą kudłatą łapę. Stąd i takie wyznania…
„Kochany Pankracku – pisała Jola z I b – oglądam cię w każdy piątek. Kocham cię z całego mojego serduszka”.
Mama Sary nie kryła uczuć córeczki:
„Panie Arturze i ty Pankracku! Moja córeczka Sara, gdy tylko pojawicie się na ekranie, całuje Was i przytula swą buzię do szklanego ekranu. Po tym przywitaniu szybciutko siada na moje kolana i razem oglądamy ten najlepszy z programów dla dzieci. Dziś po spotkaniu z Wami postanowiła Was narysować. Jej praca bardzo mi się spodobała. Postanowiłam ją Wam przesłać. Pozdrawiamy Was serdecznie! P.S. Myślę, że jesteście nią zachwyceni. Sara ma dokładnie 3 lata i 3 miesiące”.
Nie zachowały się pierwsze założenia programowe „Piątku z Pankracym”. Lecz na podstawie sporządzonych przez Macieja Zimińskiego planów realizacyjnych sezonu 1988/1989, które określały, że: „celem programu będzie rozwijanie wątków wychowawczych…” można je w całości odtworzyć. Skupiały się głównie wokół: „umacniania więzi rodzinnych ze szczególną ekspozycją stosunku do babci i dziadka; budzenie ambicji dzieci wokół ich samodzielności w domu (samoobsługa i prosta pomoc innym); rozwijanie wyobraźni twórczej w formie inspirowania przez program pisania i rysowania prostych książeczek dla Pankracego; inspirowanie społecznego stosunku do wspólnego podwórka” oraz „tworzenie właściwego stosunku do zwierząt domowych / także wiejskich”.
Każdy „Piątek z Pankracym” rozpoczynał się od piosenki „Łapy, łapy, cztery łapy” napisanej przez Macieja Zimińskiego. Prosty, niezwykle ciepły tekst w połączeniu z wesołą muzyką, zrobił z niej dziecięcy przebój.
A szło to tak:
Poprzez miedze,
Poprzez łąki,
Poprzez leśne ścieżki wąskie
Cztery łapy psa unoszą w świat!
Łapy, łapy,
Cztery łapy,
A na łapach
Pies kudłaty –
Kto dogoni psa?
Może ty… Może ty…
Może jednak ja?
Pankracy wymyślał coraz to nowsze zabawy. Na przykład zaproponował, by wszystkie zwierzęta oglądające program, napisały o swoich „paniach” i „panach”.
W archiwum Pana Macieja zachował się list od „konia”:
„Pankracku, tylu masz znajomych, powiedz im proszę, że nie tylko psy są przyjaciółmi człowieka, ale i my, konie od wieków towarzyszymy mu w pracy, odpoczynku, sporcie, że zawsze jesteśmy wierne, chętne do pracy, przywiązane do ludzi, tylko trzeba nas traktować delikatnie. Niektórzy ludzie postępują z nami brutalnie, zamiast wytłumaczyć, czego od nas wymagają, biją, często bardzo źle nas traktują, a wtedy nic dziwnego, że stajemy się nerwowe i narowiste.
Wiem, że Ty potrafisz stanąć w naszej obronie, tak, jak to robisz w obronie psów i nauczysz dzieci, jak należy z nami postępować, żeby ludzie zawsze mogli polegać na swych koniach, a konie ufać swym właścicielom”.
W programie oprócz Pankracego oraz jego Pana, brały udział także postacie, których nie było widać, tak zwane osoby dramatu. Była Pani Babcia Sąsiadka, był Pan Dziadek Podwórkowy oraz dwoje dzieci: Kuba i Zuzia.
Kiedyś twórcom programu przyszło do głowy, że Pani Babci trzeba na gwiazdkę przygotować jakiś prezent. No i zaczęły nadchodzić paczki zabawek na choinkę, kartony wypełnione rysunkami i wylepiankami z plasteliny.
Jedna z góralskich szkół nadesłała kilkadziesiąt par wełnianych rękawiczek, szaliki i futrzane czapki.
Maciej Zimiński:
„Zawieźliśmy je do domu pogodnej starości w prezencie gwiazdkowym od naszych kochanych dzieciarów. Potem o wszystkim opowiedzieliśmy w programie, aby były dumne, iż komuś zrobiły przyjemność, wywołały uśmiech i wzruszenie.
Miała tam miejsce zabawna historia. Jej bohaterem był oczywiście Pankracy. Kłapał pyszczkiem opowiadając o kulisach realizacji programu, otrzymywanych listach oraz podwórkowym życiu.
W pewnej chwili wstała siedząca w pierwszym rzędzie starsza pani:
– Bardzo przepraszam – powiedziała – ale muszę na moment wyjść do pokoju po swego kota, bo chcę żeby też zobaczył Pankracego.
Po chwili wróciła, położyła go sobie na kolanach i oboje, jak zaczarowani, do końca wpatrywali się w naszego psiaka”.
Wspomnienia byłych widzów „Piątku z Pankracym” przepełnione są ciepłem, radością, serdecznością, zwykłym ludzkim dobrem, które niósł i propagował program Macieja Zimińskiego. Rzecz niezwykła, bowiem magazyn pełen był przecież różnych treści pedagogiczno-edukacyjnych. Jakże więc mądrze był redagowany i realizowany, skoro dzieci uznawały to za dobrą zabawę: rozmowę z przyjacielem, ciekawą przygodę, a nie obowiązkową i nudną naukę.
„…realizując hasło programowe „zdrowie” – podjęto akcję inspirującą ćwiczenie stóp przeciw płaskostopiu. Formą akcji było zbieranie rysunków, rysowanych „lewą nogą”. Szło o ćwiczenie stóp w trakcie rysowania. Wpłynęło około 12 tys. rysunków. Wpłynęły listy od przedszkolanek z podziękowaniem za pomoc w realizacji gimnastyki korekcyjnej, która stała się bardziej atrakcyjna”.
Na tym jednak nie poprzestano:
„… po udanej zabawie w rysowanie lewą nogą przygotowujemy zabawę w prostowanie kręgosłupa. Medyczny konsultant programu przygotowuje nam zestaw ćwiczeń, które wprowadzimy do programu, a także wydrukowane będą w Okienku”.
Dzieci niezwykle poważnie podchodziły do programu, darząc Pankracego wielkim zaufaniem. Często traktowały go jak najbliższego przyjaciela, powiernika, bratnią duszę, która ze zrozumieniem wysłucha i ukoi zranione uczucia. Pewna dziewczynka napisała:
„Mam 11 lat i chodzę do V klasy Szkoły Podstawowej nr 50 w Bydgoszczy. Kilka dni temu zachorowałam. Miałam silny katar i kaszel, nie mogłam wychodzić z łóżka. Było mi bardzo smutno i nudziłam się okropnie. Oczekiwałam przyjaciółki, która miała mi przynieść zeszyty szkolne. Na próżno jednak czekałam. Nie mam na myśli, aby przychodziła do mnie codziennie i przynosiła podarki, ale żeby posiedziała chwilę, pobawiła się, porozmawiała. Bo jednak, gdy człowiek jest sam odsunięty od innych, nawet wizyta człowieka niezbyt lubianego jest dla niego radością”.
Jedenastoletnia Hania na tym jednak listu nie zakończyła. Dalsza część świadczy o dojrzałości dziewczynki, a całość o zaufaniem jakim obdarzała twórców programu:
„Są dzieci, które myślą, że przyjaciel bądź przyjaciółka powinna być bogata, niegruba, bez piegów i bez okularów. Właśnie nie w tym rzecz. Na człowieka powinno się patrzeć z innej strony, nie jak wygląda lecz jaki ma charakter. Może ktoś być gruby, a koleżeński, dobry i wierny. Może po przeczytaniu tego listu wiele dzieci zastanowi się nad tym, jaki – jego zdaniem – jest prawdziwy przyjaciel”.
I taki był ukochany psiak Pankracy. Takimi też byli niezapomniani twórcy programu, pośród wielu innych: Maciej Zimiński, Hubert Antoszewski, Zygmunt Kęstowicz i Artur Barciś.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia (6)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Latającego Holendra”.

W styczniu 1967 roku na horyzoncie Telewizji Dziewcząt i Chłopców pojawiła się największa łajba, jaką kiedykolwiek widział świat – „Latający Holender”. Jego kapitanem został red. Bohdan Sienkiewicz z Gdańskiego Ośrodka TV. Rejs „Latającego Holendra” trwał równo 26 lat, a przez jego pokład przewinęło się milion dziewcząt i chłopców z całej Polski.
– „Latający Holender” był legendarnym żaglowcem na którym wszystko mogło się zdarzyć, a pływał gdzie go poniosło – przypomina Sienkiewicz. – Na jego pokład mógł się zabrać każdy, kto chciał przeżyć wielką morską przygodę. Było to możliwe dzięki wykorzystaniu przez Naczelną Redakcję Programów dla Dzieci i Młodzieży, najpopularniejszego mas medium, jakim była telewizja.
„10 stycznia 1967 Telewizja Gdańsk zainaugurowała nowy cykliczny program dla młodzieży pt. „Latający Holender” – informował tygodnik „Radio i Telewizja”. Poszczególne pozycje ukazujące się raz w miesiącu na ogólnopolskiej antenie przynoszą relacje o interesujących wydarzeniach z dziejów polskiej żeglugi, słynnych wyprawach morskich, głośnych katastrofach, o korsarzach i piratach. Odbiorcy tego programu poznają dramatyczne dzieje wielu polskich jednostek morskich, sukcesów naszych okrętów wojennych w latach drugiej wojny światowej, dowiedzą się, jak powstaje współczesny, nowocześnie wyposażony statek i jak będzie wyglądał w przyszłości”
Założenie było proste – jesteśmy państwem morskim posiadającym dostęp do morza oraz gospodarkę morską, ale nie jesteśmy i długo jeszcze nie będziemy, narodem morskim. Aby to zmienić trzeba rozpoczynać od edukacji najmłodszych.
Bohdan Sienkiewicz:
– Chcieliśmy, aby w przyszłości młodzi widzowie „czuli” morze, byli jego entuzjastami i rozumieli najbardziej złożone zagadnienia gospodarki morskiej.
Sienkiewicza wspierało wiele uznanych autorytetów: Jerzy Miciński – guru publicystów morskich, redaktor naczelny „Morza” i „Żeglarza”; Stanisław Ludwig – I oficer na „Zawiszy Czarnym” Mariusza Zaruskiego, współtwórca Państwowego Centrum Wychowania Morskiego, szef działu literatury fachowej i zastępca dyrektora „Wydawnictwa Morskiego”; kapitan ż.w. Wojciech Zaczek – wykładowca Szkoły Morskiej, czynny kapitan PMH, oficer polskiej floty pływającej w czasie wojny w służbie aliantów czy historyk komandor ppor. Rafał Witkowski, a także całe grono kapitanów żeglugi wielkiej, uczestników popularnych telewizyjnych „Gawęd wilków morskich”, a także żeglarzy: Krzysztofa Baranowskiego, Teresę Remiszewską, Zbigniewa Puchalskiego, Michała Sumińskiego, Adama Jassera, Krystynę Chojnowską-Liskiewicz, Andrzeja Urbańczyka oraz „wielkich rybaków”: Wiktora Gorządka i Kazimierza Wojciechowskiego.
Dziewczęta i chłopcy, po przesłaniu zgłoszeń wydrukowanych w „Świecie Młodych” i „Tygodniku Morskim”, byli wciągani na listę załogi po czym otrzymywali „karty marynarskie” żaglowca, którego armatorem była Telewizja Gdańsk.
Małgorzata Wójcik-Manasterska:
– Lata sześćdziesiąte XX wieku, nieduża miejscowość Czyżew w dawnym województwie podlaskim, oddalona od wielkiej wody aż 400 kilometrów. A tam młoda dziewczyna, która marzy o dalekim świecie. Kornel Makuszyński napisał „Wielką bramę”, piękną powieść o początkach Gdyni i dla mnie taką wielką bramą był „Latający Holender”. To on umożliwił mi realizację marzeń.
Wszyscy załoganci byli zobowiązani do rozwiązywania zadań podawanych na zakończenie każdego programu.
– To co było w nim istotne, a czego wówczas, jako nastolatkowe, nie docenialiśmy, to fakt, że zmuszał nas do edukacji – wspomina pani Małgorzata. – Żeby rozwiązywać zadania trzeba było szukać informacji w książkach, almanachach, podręcznikach, śledzić najnowsze osiągnięcia w światowej gospodarce morskiej, przemyśle okrętowym, żeglarstwie.
Zadania były odpowiednio punktowane, a nagrodą był udział w obozie żeglarskim.
Bohdan Sienkiewicz:
– Oglądało nas przeciętnie około miliona widzów, a sto tysięcy przez cały czas brało aktywny udział w naszej zabawie. Pięć tysięcy spośród nich uczestniczyło w obozach i rejsach. Młodzi ludzie z całego kraju, a byli to chłopcy i dziewczęta z Rzeszowa, Krakowa, Wrocławia, Zambrowa, pływali w czasie wakacji na „Zawiszy Czarnym”, „Darze Młodzieży”, „Henryku Rutkowskim”, na „Iskrze”, a także na szalupach i dezetach. Uwierzyli nam, a my staraliśmy się dbać, by wyrośli z nich aktywni, odpowiedzialni i pomysłowi młodzi ludzie.
W „Latającym Holendrze” telewizyjną karierę rozpoczynał red. Michał Dąbrowski:
– Żebyście wiedzieli z jak dalekich stron, dzięki Telewizji Dziewcząt i Chłopców, ludzie poszli na morze: małopolskie, śląskie, opolskie – wylicza jednym tchem Michał Dąbrowski. – Wielu nigdy na oczy nie widziało statku i nie poczuło soli Bałtyku. Pamiętam chłopaka, który przyjechał do Gdyni, podbiegł do brzegu i zupełnie zwariował, gdy zobaczył tę wielką wodę i pusty horyzont. Tak jak stał, w długich dżinsowych spodniach, koszuli, swetrze i z plecakiem na ramieniu, wszedł do morza po pas, zanim się opamiętał.
Programy „Latającego Holendra” dokładnie odwzorowywały podróż dookoła świata w którą wyruszyliśmy na nowoczesnym trampie oceanicznym i to według wszelkich zasad obowiązujących we współczesnej żegludze. Poznawaliśmy obce porty, panujące tam zwyczaje, zasady przewożenia ładunków i związane z tym kłopoty. Gdy statek przechodził równik odbywał się prawdziwy chrzest, a uczestnicy otrzymali od Neptuna pamiątkowe dyplomy.
Walorem decydującym o niezwykłej popularności programu, jak i bodźcem do całorocznego wysiłku w rozwiązywaniu zadań, była akcja letnia. Istotną rolę odegrał tu kapitan ż.w. Adam Jasser i jego Bractwo Żelaznej Szekli.
– Pomysł stworzenia „szkoły charakterów” – wspomina Adam Jasser – nasunął mi się na początku lat siedemdziesiątych XX wieku w Jastarni. Byłem kierownikiem wyszkolenia żeglarskiego w przedwojennym ośrodku Ligii Morskiej. Stał tam potwornie zaniedbany, piękny drewniany kecz „Generał Zaruski”.
I tak w jego kubryku powstało Bractwo Żelaznej Szekli. Był rok 1973.
Adam Jasser:
– Przyszło mi na myśl, aby właśnie na „Zaruskim” zorganizować dla młodzieży rejsy inicjacyjne, przyjmując chętnych bez zbędnych formalności.
Red. Stefan Wysocki podał w „Lecie z Radiem” komunikat o rekrutacji. Nadeszła lawina zgłoszeń.
Henryk Kabat w „Tygodniku Morskim” tak o tym pisał:
„…Byli to chłopcy i dziewczęta z miejscowości odległych od morza, pozbawieni w zasadzie możliwości zetknięcia się z żeglarstwem na co dzień, w wieku od dwunastu do szesnastu lat, zdrowi – co musieli udokumentować świadectwem lekarskim, wyposażeni w zgodę rodziców i kartę pływacką oraz 250 złotych przewidzianych na opłacenie pełnomorskiego rejsu na jachcie „General Zaruski”.
Młodzież teorii uczyła się z programów „Latającego Holendra”, praktyki odbywała podczas obozów żeglarskich organizowanych przez Bractwo Żelaznej Szekli Adama Jassera. Każdy z turnusów kończył się tygodniowym rejsem po Bałtyku na „Henryku Rutkowskim”, „Zawiszy Czarnym”, „Janie z Kolna”, „Wielkopolsce” a później na specjalnie zbudowanej dla Bractwa „Pogorii”. Wielu z tych, którzy rozwiązywali co tydzień zadania proponowane przez redakcję, poszło potem do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdańsku i Szczecinie, wielu zostało znanymi żeglarzami, wielu też podjęło pracę w gospodarce morskiej.
Przyznam szczerze, że do tej pory jestem zdumiony tym, co zrobił PRL w rozwoju gospodarki morskiej – podkreśla Bohdan Sienkiewicz. – Ponad 170 statków w samych Polskich Liniach Oceanicznych utrzymujących połączenia z całym światem, 140 nowoczesnych statków rybackich łowiących na najważniejszych łowiskach globu, budowa Portu Północnego w Gdańsku, drugie miejsce na świecie w budowie przemysłowych statków rybackich. To była wielka kontynuacja i rozwinięcie, na niespotykaną dotąd skalę, przedwojennych tradycji Polski Morskiej, a także wielkich, mądrych i dalekowzrocznych idei Eugeniusza Kwiatkowskiego. A my, twórcy, byliśmy entuzjastami tych projektów.
Andrzej Starzec, gdański bard, jest autorem tytułowej piosenki programu, którą przypominam i dedykuję wszystkim „holendrowcom”:
Latający Holender, latający, to cóż
Oceany bezkresne mu niestraszne i już
Latający Holender każdy port prawie zna
Tam, gdzie zechce wszędzie trafi, on załogę dzielną ma.

Pamiętajcie o tym drodzy widzowie „Latającego Holendra”, koleżanki i koledzy zasiadający przed telewizorami by obejrzeć wspaniałe programy Telewizji Dziewcząt i Chłopców.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia (4)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Zwierzyniec”.

Gdy w poniedziałki o 16.15 rozlegał się sygnał „Zwierzyńca”, podwórka pustoszały, a rozłożone przed telewizorami maluchy zapominały o całym świecie. Program, co dzisiaj może wydać się wręcz niepojęte, był czarno-biały, a do tego bez szaleńczych pościgów, latających bohaterów i komputerowych efektów specjalnych. Był za to pan. Jeden starszy pan z sumiastym wąsem, który niezwykle malowniczo opowiadał o zwierzętach i otaczającej nas przyrodzie. Banał powiecie? Może i banał. Ale jakże piękny!
Na pomysł programu wpadł Maciej Zimiński:
„W 1967 do któregoś z wakacyjnych wydań postanowiliśmy zaprosić gawędziarza potrafiącego opowiadać o lesie. Niestety, nikogo takiego w kręgu znajomych nie mieliśmy. I wówczas jeden z kolegów zasugerował, że w redakcji Polskiego Radia »Dla tych, co na morzu«, pracuje Michał Sumiński, który jest świetnym gadaczem, wprost niezwykłym malarzem wyobraźni. A przy tym ma o czym mówić. No to go zaprosiliśmy.
W studio postawiliśmy dekorację przedstawiającą leśniczówkę: leżały pnie drzew, na zastawce wisiały rogi jelenia, a w tle stroszył piórka jakiś ptak.
Michał Sumiński:
„Mówiłem o lisie, którego przywabiłem udając mysz. Zainscenizowałem całą sytuację wydając z siebie niezliczoną ilość dźwięków imitujących głosy natury. I chyba z powodzeniem, bo wkrótce przyszło do redakcji kilkadziesiąt listów z prośbą, żeby ten »Pan z Wąsami« – tak mnie przez dłuższy czas nazywano, bo moje nazwisko jeszcze nic nikomu nie mówiło, a moje czarne, sumiaste wąsy widzowie zapamiętali doskonale – no więc, żeby ten pan z wąsami jeszcze coś opowiedział”.
„Układając ramówkę na sezon 1968/1969 uświadomiliśmy sobie, że w ogóle nie poruszamy tematów przyrodniczych – kontynuuje pan Maciej. Mając w pamięci tego genialnego narratora i wspaniałą osobowość kamerową, postanowiliśmy uruchomić »Zwierzyniec«”.
Po raz pierwszy ukazał się 9 października 1968 roku. Była w nim jednografia, były wizyty w ZOO, wycieczki terenowe i spotkania z ludźmi kochającymi naturę. Dzieciom prezentowano przyrodę przez pryzmat zmieniających się pór roku. Oczywiście, główną rolę grała ta najbliższa, ale były też wyprawy egzotyczne. W „Zwierzyńcu” często gościli pracownicy ogrodów zoologicznych, a z nimi: lwy, tygrysy, węże… Właściwie wszystkie zwierzęta, które dało się przewieźć. Na zakończenie zaś emitowano 25 minutowy blok filmowy z misiem Yogi, Pixi i Dixi czy Wally Gatorem. Ale najważniejszym punktem „Zwierzyńca” była gawęda Michała Sumińskiego, który słowami potrafił wspaniale malować świat natury.
Dlaczego »Zwierzyniec« cieszył się tak dużym powodzeniem? – Michał Sumiński zamyśla się na moment. Być może dlatego, że nigdy nie opowiadałem o zwierzętach w ogóle, tylko o moich z nimi spotkaniach. To mógł być zarówno lew w Tanzanii, niedźwiedź na Syberii, ale równie dobrze mysz w moim osobistym pokoju. Mówiłem jak wygląda, co robi, jak prawie ze mną rozmawia… I dlatego, jak sądzę, »Zwierzyniec« cieszył się tak dużym powodzeniem”.
Regina Sawicka:
„To był okres największej świetności redakcji dziecięcej i prawdziwa telewizja interaktywna. Dzisiaj wiele się o niej mówi, ale tak naprawdę, to właśnie wtedy dzieci niesamowicie angażowały się w życie tych programów. Oczywiście, wszyscy pamiętają „»Niewidzialną Rękę« czy »Klub Pancernych«, ale »Zwierzyniec« też robił niewiarygodne akcje. Widzowie w całej Polsce liczyli bociany, przysyłali informacje o swoich ulubieńcach, wyszukiwali rzadkie rośliny, dokarmiali zimą zwierzęta, strzegli ich ostoi… Gościli u nas botanicy, ornitolodzy, ichtiolodzy – cały przyrodniczy świat. Pan Michał prowadził program i właściwie plotkował o zwierzętach. Chodziło o to, żeby dzieci chciały wyjść na spacer do lasu i popatrzeć na tętniącą życiem naturę”.
„Bardzo ważnym punktem każdego programu była gawęda pana Michała. Mówił o lisach, borsukach, ptakach, czasami nawet owadach, ale moją ulubioną była opowieść o żurawiach – wspomina Regina Sawicka. Zaczynało się niewinnie. Od tego, gdzie żyją, co lubią, jakie mają zwyczaje, a kończyło, jak tokują. I wtedy następowało coś zupełnie niesamowitego, bo pan Michał zaczynał w studio tańczyć. Naśladował żurawia wabiącego samicę. Przyznam szczerze, że marzyłam o dniu w którym, dzięki efektom specjalnym, poleci w nieznane…”
Maciej Zimiński przyznaje, że bywały rożne, a niekiedy bardzo zabawne opowieści Michała Sumińskiego:
„Pamiętam jego cudowną gawędę o wieczornym, czyli w zasadzie mającym już miejsce w ciemności, spotkaniu z zającem. Obserwując go z odległości dwustu metrów widział, jak usiadł na miedzy, wykonał stójkę i uniósł uszy… No, w ciemności z odległości 200 metrów pewno tego tak bardzo dojrzeć nie można, a praktycznie jest to zupełnie niemożliwe, ale właśnie ta gawęda jest jednym z dowodów jego fantastycznej umiejętności czarowania wyobraźni”.
Fotograf i filmowiec Jan Walencik:
„To co robił pan Michał Sumiński było cudowne i ważne, bo mówił z niesamowitą empatią do przyrody i zrozumieniem widzów. Potrafił ująć nie tylko kolorytem swoich gawęd, ale i ekspresją wypowiedzi. A tej mu nie brakowało. Kiedy w studio było plus 40 stopni, bo tak grzały reflektory, pan Michał stawał przed kamerą w kożuszku, dodatkowo oklepując się po ramionach i chuchając w ręce: »jak tu zimno dzisiaj«, bo akurat było coś o zimie. A ja stojąc z boku widziałem stróżki potu spływające mu po skroniach. Był absolutnie zawołanym gawędziarzem. Dajcie mi temat, a ja go rozwinę. Były to piękne historie, czasem może trochę przeholowane, ale musimy pamiętać kogo mieliśmy z drugiej strony ekranu? Setki małych osobowości, które czekały na rozpalenie iskry marzeń, zainteresowań, ciekawości świata, swego miejsca w życiu. I on te iskierki rozpalał”.
„Gospoda pod szarym wróblem”. Wielka akcja, której celem było dokarmianie ptaków.
Maciej Zimiński:
To była rzecz banalna, bo czyż nie jest rzeczą banalną zrobienie karmnika? »Co będziemy robić na zajęciach praktyczno-technicznych?« – pytała pani. »Będziemy robić karmnik dla ptaszków!« NUDZIARSTWO! Natomiast my podnieśliśmy to do rangi rzeczy WAŻNEJ i WIELKIEJ, tzn. opieki nad ptactwem.
Jadwiga Baranowa:
„W stałej pozycji »Zwierzyńca« prezentowaliśmy ptaki zimujące w kraju oraz te, które przylatują do nas, aby tu spędzić zimę. Gawędy prowadzone przez red. Michała Sumińskiego uczyły w jaki sposób najskuteczniej przeprowadzać dokarmianie. Były w nich zawarte informacje, jak najprościej zbudować karmnik dla ptaków, gdzie i jak go zawiesić, w jakiej porze karmić i jakim rodzajem pożywienia. W poszczególnych programach pokazywaliśmy, jak dzieci realizowały nasze propozycje. Zdając sobie sprawę, iż nie wszyscy nasi widzowie potrafią pisać, wprowadziliśmy figury geometryczne jako symbole karmienia poszczególnych ptaków”.
Michał Sumiński był dla dzieci autorytetem.
„Kochany »Zwierzyńcu« – pisała Ania Wolska z Lublina – założyłam się z koleżanką, czy istnieją białe wróble? Odpowiedz mi na to pytanie w najbliższej audycji”.
Niektóre listy zawierały tajemnicę tak wielką, że tylko Prezes mógł ją poznać:
„»Zwierzyńcu«! Pokochałem pewnego kundla. Nie jest ładny, ani duży, ani silny. Ciągle przychodzi na moje podwórze. Chciałbym go mieć w domu, żeby nim się opiekować, ale mama nie chce o tym słuchać. Czy jest jakieś lekarstwo na mamę?”
W „Zwierzyńcu” prowadzono również akcję likwidowania sideł i wnyków. Łącznie, z tak zwanymi „kobyłkami”, „oczkami” i „łapkami”, unieszkodliwiono 150 tysięcy pułapek na zwierzęta. Wiele meldunków miało potwierdzenia od leśniczych oraz w dokumentacji fotograficznej. Poza tym redakcyjne archiwum zgromadziło, tylko w tym jednym sezonie 1968/1969, około 30 tysięcy sideł i wnyków, które dzieci nadesłały do telewizji.
Dorośli doceniali i sam program i zaangażowanie maluchów:
„Uprzejmie prosimy Redakcję TV »Zwierzyniec« o przekazanie w swym programie wyrazów naszej wdzięczności dzieciom i nauczycielom ze szkół podstawowych: Porzecze, Bożepole, Wielestowo, Godętowo, Rozłazino i Nawa pow. Lębork, za niesioną pomoc w dokarmianiu zwierząt na naszym obwodzie łowieckim” – napisał zarząd i członkowie Koła Łowieckiego „Wybrzeże” w Gdańsku”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

 

Niech powrócą wspomnienia (2)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Niewidzialną Rękę”.

Dobroć, szacunek, bezinteresowna pomoc, zwykłe „dzień dobry”. Spotykamy je dzisiaj coraz rzadziej, ale w naszych sercach tkwią niczym kamienie milowe. Po prostu dlatego, że czynią świat lepszym.
Taki właśnie cel przyświecał programom Telewizji Dziewcząt i Chłopców – „Niewidzialnej Ręce”, „Klubowi Pancernych”, „Zwierzyńcowi”, „Latającemu Holendrowi”, „Piątkowi z Pankracym” i wielu, wielu innym. TDC to historia kilku milionów dzieci, które przez kilkadziesiąt lat robiły rzeczy cudowne, wręcz niezwykłe.
Przed wielu laty, w 1957 roku, grupa chłopców w jednej z polskich wsi postanowiła pomóc babci Marciniakowej. Posprzątali obejście, naprawili furtkę i oprawili trzonek u siekiery. Na miejscu zostawili kartkę: „Przepraszamy, że bez pozwolenia weszliśmy dzisiejszej nocy na Pani podwórko. Psu daliśmy kawałek kiełbasy, więc nie szczekał. Siekierę, która była bez trzonka, oddamy, po naprawieniu, jutro o północy. Jesteśmy na szlaku „Niewidzialnej Ręki”.
Wszystko opisał dokładnie „Świat Młodych”, a w sierpniu 1957, podczas redakcyjnego kolegium, Maciej Zimiński rzucił pomysł rozpoczęcia akcji pod tą samą nazwą.
Już 13 sierpnia 1957 gazeta krzyczała z pierwszej strony: „Nasz trop prowadzi na szlak „Niewidzialnej Ręki”, a dowództwo „Wyprawy 1000 Przygód” wydało komunikat nr 11:
„Na szlaku „NR” możecie wykonać coś dla jednej osoby, a także dla wielu. (Np. zreperować mostek, zrobić tablicę ogłoszeń przy Gromadzkiej Radzie Narodowej, urządzić kwietnik na podwórku, albo piaskownicę dla małych dzieci)”.
Był wszakże jeden warunek: „To co zrobicie, musi być pożyteczne”. Niewidzialni powinni też działać zawsze wtedy, kiedy ktoś potrzebuje ich pomocy.
Kilka lat później Maciej Zimiński przeszedł do telewizji.
25 czerwca 1968 roku w „Teleferiach” ogłosił kontynuację „Niewidzialnej Ręki”. Tym razem jednak wzbogacono ją o „bilet wizytowy”, dzięki któremu przestała być hasłem, a stała się zorganizowaną akcją niesienia pomocy. Każdy był oznaczony indywidualnym numerem nadawanym przez Sztab NR, a nazwiska chłopców i dziewczynek, którzy nadesłali zgłoszenia, stawały się od tego momentu pilnie strzeżoną tajemnicą.
„Przechodząc przez przypadek przez strumyk zauważyliśmy, że leży zrobiona kładka na strumyku, a na niej ten oto bilet” – pisał Zdzisław Szkodun z Niewnic. „Z wielkim zdziwieniem zobaczyłem dziś rano dwie ławki na przystanku autobusowym PKS w Widnej” – informował redakcję Józef Szumiński z Kidałowic. Mieszkanka Warszawy, Krystyna Święcichowska, natknęła się na grób żołnierzy AK, poległych w Powstaniu Warszawskim: „Grób oczyszczony, na nim ładne, świeże kwiaty, aż miło popatrzeć. Przyjemnie, że po 24 latach czcimy i szanujemy miejsca straceń ludzi walczących o naszą wolność. Znalazłam bilecik NR o numerze 7913 i domyślam się, że to ona dba o ten grób”.
Setki tysięcy maluchów pomagały potrzebującym na miarę swoich możliwości: naciągali wody ze studni, znosili siano do stodół, opiekowali się chorymi, organizowali place zabaw dla dzieci. Małe, ale jakże wielkie uczynki. Dzieci pokochały „Niewidzialną Rękę”. Były jej anonimowymi bohaterami. To one decydowały komu, kiedy i jak pomóc. Dzięki ich uczynkom świat stawał się lepszy, a i one zmieniały się także na lepsze.
Maria Kapusta z Kutna, matka 11 letniego Marka i o rok młodszego Zbyszka, nie kryła swego zdumienia:
„Chłopcy do tej pory trudni, rozkapryszeni, przysparzali mi wiele kłopotów. Sąsiedzi często skarżyli się na ich brak zdyscyplinowania i swawolę. Proszę wyobrazić sobie moją radość, kiedy pewnego dnia dowiedziałam się, że mieszkającej w podwórku umysłowo chorej p. „Z”, której do tej pory dokuczali, narąbali z kolegą Markiem drzewa, przynieśli węgla. Każdy ze swego domu, oczywiście ukradkiem. Następnie zaczęli opiekować się młodszymi dziećmi dla których byli do tej pory postrachem. Kolejnego dnia, w zawsze brudnej podwórkowej ubikacji, zapanował niebywały porządek. Przybity został urwany haczyk, a na drzwiach odcisk małej dłoni i nr 1726. Rozczuliło to mnie do łez. Wszyscy oniemieli ze zdziwienia. Co się dzieje? Chłopcy nie ci sami. Ich dobre uczynki można by długo wyliczać – aby tylko trwało to jak najdłużej”.
Stanisław Witas był inwalidą. Miał amputowane obie nogi. Wózek, którym jeździł po ulicy, stał zawsze w komórce na podwórku. Była zniszczona, a wózek zardzewiały:
„Któregoś dnia ktoś zadzwonił do drzwi – wyjrzałem, ale były tylko kluczyki i karteczka: „to są klucze do pana komórki!”. Kiedy znalazłem się na podwórku – oczom nie chciałem wierzyć. Komórka była wyremontowana, pokryta nową papą. A kiedy otworzyłem drzwi i zobaczyłem mój wózek – oniemiałem. Był jak nowy. Wyczyszczony z rdzy, pomalowany… Na wózku leżał bilet z numerem 56860. Rozpłakałem się”.
Takich listów redakcja Telewizji Dziewcząt i Chłopców dostawała tysiące. Ale jedna akcja była wyjątkowa. Jej bohaterem był Antek Koszyk z Gorlic – Niewidzialny o numerze 13128. Pewnego dnia zadzwonił do dyrektora Jana Bochenka z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach. Przedstawił się jako Niewidzialny i zapytał:
– Czy zgodziłby się Pan, aby dzieci spędziły część wakacji u rodzin z Szymbarku?
– Zgadzam się, ale pod warunkiem, że przyjdą z dowodami osobistymi – padła odpowiedź.
W piwnicy, przy migotliwym płomyku świeczki, Antek zaczął realizować potajemnie drugą część planu. Za pieniądze zarobione ze sprzedaży makulatury i butelek kupił koperty, kartki brystolu i kredki. W czerwcu 1973 zaczęły napływać do mieszkańców Szymbarku takie oto listy:
„Bardzo proszę o przyjęcie do swego grona rodzinnego sieroty z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach na okres wakacji, to znaczy od 25 czerwca do 1 sierpnia br. NIEWIDZIALNA RĘKA w porozumieniu z kierownictwem P.D.Dz. w Zagórzanach prosi powiadomione rodziny o odbiór dzieci (wraz z dowodem osobistym) w dniu 25 czerwca br.”
Każdy list kończył się zdaniem napisanym wielkimi literami:
„Pamiętajmy, że za miłość dziecko płaci miłością”.
Antek Koszyk:
– Bardzo się obawiałem, że pomysł nie wypali – wspomina.
Trudno powiedzieć co ujęło mieszkańców Szymbarku. Piękny gest Antka? Jego wrażliwość? Samotność sierot czy też ujmujące malowanki 11-letniego chłopca?
„Przyszedł list – wspomina Zofia Tomasik. Myślałam, że to jakieś życzenia świąteczne, lecz to była kartka. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi, może kawał jakiś? A potem przyszedł mąż z pracy. Gadaliśmy trochę na ten temat, ale ciągle były wątpliwości, czy to nie pisane tak dla zabawy, na prima aprilis. W tym samym dniu dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi dostali takie same kartki. Zastanawialiśmy się z mężem, czy by rzeczywiście nie wziąć dziecka (…). Zrobiło się nam żal dzieci. (…). Właściwie nawet nie wiem, kiedy i jak zapadła decyzja. W każdym razie mąż nazajutrz pojechał do Zagórzan”.
W biurze dyrektora Bochenka zjawiło się tylu mieszkańców Szymbarku, że zabrakło dzieci. Zostawały u przybranych rodzin na całe wakacje, później gościły u nich w każde ferie i święta. Akcja Antka Koszyka z Gorlic przeszła do historii „Niewidzialnej Ręki” i obrosła legendą.
Kilka lat temu były student Macieja Zimińskiego red. Maciej Wasielewski pojechał do Zagórzan śladami akcji chłopca z Gorlic. Mieszkańcom zadał tylko jedno pytanie, a odpowiedzi, które usłyszał bardzo smutno świadczą o naszej dzisiejszej rzeczywistości:
– Czy wzięlibyście chłopca lub dziewczynkę z Domu Dziecka na święta?
– Nie – padała jedna i ta sama odpowiedź.
Prawie dwa miliony biletów wizytowych pozostawionych przez Niewidzialnych na miejscu dobrych uczynków. Ale to tylko dane dotyczące zarejestrowanych w Sztabie Niewidzialnej Ręki dziewcząt i chłopców. Drugie, a może nawet trzecie tyle działało poza oficjalnymi strukturami. Tak jak Joasia Modzelewska i jej koleżanki z Elbląga:
– Nikogo o nic nie prosiłyśmy. Pomoc miała pochodzić od nas, z naszej pracy. Zbierałyśmy więc makulaturę, butelki i sprzedawałyśmy, aby robić zakupy. W naszych ogrodach zbierałyśmy owoce i rozdawałyśmy osobom, które ich nie miały. Wiem, że byli z nas dumni rodzice i dziadkowie. Moja babcia, Marianka Tokarska, pewnego razu „przyłapała” mnie na robieniu paczki dla biednej rodziny. Stanęła, popatrzyła, zakręciła się na pięcie, a po chwili przyniosła z komórki słoninę i jajka. – Masz dziecko, weź, aby te biedniejsze ludzie nie były głodne – pogłaskała mnie wzruszona. Jej słowa dźwięczą mi w pamięci do dziś. Chociaż w ten sposób chciała spłacić dług, kiedy w czasie wojny jej i moim ciociom obcy dawali kawałek chleba na przeżycie. Czułam, że była wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie.
Akcja „Niewidzialnej Ręki” zakończyła się w grudniu 1981 roku. Żadna telewizja nie świecie nigdy nawet nie pokusiła się aby zrobić coś podobnego. Choć od tamtego czasu minęło kilkadziesiąt lat „Niewidzialna Ręka” żyje w sercach dziewcząt i chłopców, którzy byli jej anonimowymi bohaterami oraz setek tysięcy ludzi, którzy doświadczyli odruchu ich serca.

Niech powrócą wspomnienia

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Klub Pancernych”.

„Klub Pancernych” był kolejnym niezwykłym zjawiskiem na telewizyjnej mapie świata. Narodził się we wrześniu 1966 roku, niemal dokładnie wtedy, gdy rozpoczęto emisję „Czterech pancernych i psa”. Do redakcji Telewizji Dziewcząt i Chłopców zaczęły napływać listy w których dzieci opisywały tworzenie podwórkowych załóg, zadań jakie przed sobą stawiały oraz koordynacji poczynań przez Sztaby. TDC podłapała pomysł i tak powstał „Telewizyjny Klub Pancernych”. Program namawiał dzieci by dbały o przyrodę, czystość podwórek, kondycję fizyczną, opiekowały się zwierzętami, walczyły z chuligaństwem. Każda załoga musiała mieć swego Szarika, ale nie wszystkie miały psa, więc niekiedy, choć zdarzało się to niezwykle rzadko, Szarikiem mianowano jakąś koleżankę. Były też załogi w których jego rolę spełniał podwórkowy kot, królik, świnka morska lub chomik. Pewna czwórka przyjaciół tak napisała do dowództwa klubu:
„Nie da rady. Psa nie ma. Ale mamy akwarium i złote rybki. Więc zgłaszamy się do Klubu Pancernych jako łódź podwodna. Prosimy o przyjęcie. Taka łódź, to też rzecz pancerna”.
Dzieci pełne były pomysłów. Jedna z załóg KP zrobiła swoją odznakę – kapsel bojowy. Zwykły kapsel od piwa z pięcioma dziurkami. Dlaczego pięcioma? Bo czterech pancernych i pies piąty.
Inne robiły swoje proporce, a nawet sztandary. Sztab zaś planował kolejne akcje i koordynował ich realizację.
Jeden z pierwszych rozkazów – ocieplamy psie budy na zimę.
Dzieci szybko uporały się z zadaniem i to na piątkę. Założyły „pancerz przeciwmrozowy” na prawie dziewięciu tysiącach psich domków. Meldunki opatrzone były podpisami członków załóg oraz odciskami zwierzęcych łap i łapek.
„Dzieci miejskie wykonały wiele tysięcy legowisk dla psów domowych, zadbały o czystość psich misek – podkreślał w „Trybunie Mazowieckiej” Tadeusz Jaszczyk. Batalię, której nie udało się przeprowadzić Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt, wygrał „Klub Pancernych”.
Dziewczęta i chłopcy odnajdywali weteranów walk o wyzwolenie Polski spod niemieckiej okupacji i spisywali ich wspomnienia. W sumie odszukano trzy tysiące byłych pancernych i pięć tysięcy wyróżnionych bojowymi odznaczeniami.
Inne zadanie – ustalenie daty wyzwolenia rodzinnej miejscowości, opisanie pierwszego dnia wolności.
„Za chałupą stała armata”. „Od lasu, koło spalonych domów, szło wojsko polskie”. Po latach dzieci wyciągały od rodziców strzępki wrażeń, wspomnień, oglądały to, co zbudowano dziś w ich wsi, w miasteczku, zaczynały porównywać, dojrzalej patrzeć na aktualne sprawy naszego kraju.
Zadań przekazywanych przez Sztab było bez liku. Jedne polegały na konkursach sprawnościowych, inne na „rozpoznaniu terenu” czyli zebraniu najważniejszych telefonów alarmowych do: Milicji, Pogotowia Ratunkowego, Straży Pożarnej, Pogotowia Energetycznego, inne na zakładaniu podwórkowej łączności, kolejne na porządkowaniu placów zabaw i dbaniu o ich czystość. Było także zadanie, które miało pomóc płk. Januszowi Przymanowskiemu w pisaniu dalszych przygód ulubionych bohaterów z załogi „Rudego” – wymyślić nowe przygody „Czterej pancerni i psa”.
W akcji „Choinka dla dzieci chorych” pacjentom dwóch sanatoriów w Konstancinie przysłano setki paczek z własnoręcznie wykonanymi upominkami – zabawkami, szalikami, rękawiczkami.
To wszystko sprawiało, że maluchy stawały się bardziej dojrzałe, odpowiedzialne, obowiązkowe. Tak wspominał Maciej Zimiński tamte dni: „Siedzę w redakcyjnym pokoju, a tu przychodzi kawaler mający około 11 lat i przynosi flagę swojej załogi, na której coś było namalowane. Już nie pomnę, bo miało to miejsce ponad 40 lat temu, więc wybacz. Wziąłem ją od niego, jako dostojny podarek dla „Klubu Pancernych”. Po chwili kolejne pukanie. Wchodzi jego mama: Proszę pana, nie poznaję syna. Co wyście z nim zrobili? Gdy namalował tę flagę, to wszystko tak posprzątał, że nie było najmniejszych śladów na podłodze. Teraz idąc spać ubranie w kostkę składa, bo kiedyś pokazaliście, jak żołnierz układa swój mundur przed capstrzykiem”.
„Piszą do Telewizji zdumione matki i nauczycielki – dodawał Tadeusz Jaszczyk w „Trybunie Mazowieckiej” – nie poznajemy swoich dzieci i uczniów – sprzątają mieszkania i myją naczynia, systematycznie odrabiają lekcje, dziewczęta przestają się bać pająków i myszy”.
W drugim wydaniu „Klubu Pancernych” (1969/1970) wzięło udział prawie 40 tysięcy załóg czyli, w wielkim przybliżeniu, około 160 tysięcy dziewcząt i chłopców. Nie od razu towarzyszył mu serial Przymanowskiego. Dlaczego?
„Dlatego, że sięgnęliśmy do historii i etosu polskiego rycerstwa – odpowiada pan Maciej. Wykorzystywaliśmy pojęcie słowa pancerni, a zwłaszcza tego, co znaczyło w polskiej tradycji militarnej. Na początku poszło 5-odcinkowe widowisko Gniewko syn rybaka w reżyserii Huberta Drapelli. W roli głównej wystąpił Marek Perepeczko, a partnerowało mu grono wspaniałych aktorów. Później w oparciu o książkę, która powstała po emisji cyklu teatralnego, nakręciliśmy serial filmowy pod tym samym tytułem, a w roku 1977 Znak Orła. Tam Gniewka grał nieżyjący już Krzysztof Kołbasiuk.
Potem nadaliśmy 13 odcinków Przygód Pan Michała, a dopiero na koniec 21 odcinków Czterech pancernych i psa, w tym trzynaście nowych”.
W ten właśnie sposób uczono dzieci historii Polski, tradycji oręża polskiego, wreszcie patriotyzmu. Były to mądre zabawy organizowane przez ludzi, którzy nie tylko dzieci rozumieli, ale traktowali je jak partnerów. Młodszych, ale partnerów.
To właśnie „Klub Pancernych” przeprowadził wielką „Bitwę z ogniem” w której dzieci uczyły się bezpieczeństwa przeciwpożarowego, a organizując wyprawy po skarby do piwnic i na strychy robiły porządki, tym samym zmniejszając niebezpieczeństwo wybuchu pożaru.
Niedoścignionym wzorem telewizji interaktywnej była „Bitwa o życie”. Rozpoczęła się 10 maja 1970. Maciej Zimiński:
„Zabawa nie polegała na opatrywaniu ofiar wypadków, lecz wytłumaczeniu maluchom znaczenia bezpiecznego poruszania się po drogach. W całym kraju zorganizowaliśmy kursy na pierwsze prawo jazdy, czyli… kartę rowerową”.
W akcję włączyło się wiele instytucji i organizacji: redaktorzy centralnych pism, przedstawiciele TV i Polskiego Radia, GZP Wojska Polskiego, PZU, Straży Pożarnych, Biura Prewencji i Ruchu Drogowego Komendy Głównej MO oraz Telewizji Dziewcząt i Chłopców, Ministerstwa Oświaty i Szkolnictwa Wyższego, Związku Harcerstwa Polskiego, Ligi Obrony Kraju, Automobilklubu i Polskiego Związku Motorowego, a także Zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych, Państwowego Zakładu Ubezpieczeń i Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.
W całej Polsce rozpoczęły pracę 11 563 punkty konsultacyjne. Do akcji włączyli się nauczyciele i komitety rodzicielskie. W szkołach milicjanci i instruktorzy PZMot oraz Automobilklubów prowadzili wykłady ucząc nas zasad poruszania się po drogach i znaków drogowych.
Ustalono, że egzamin odbędzie się 31 maja 1970. Zbieżność terminu przeprowadzenia ogólnokrajowych egzaminów z Międzynarodowym Dniem Dziecka oraz bezpłatne wydawanie kart rowerowych (na co wyjednano zgodę Ministerstwa Finansów), potraktowano jako prezent dla dzieci z okazji ich święta.
31 maja wydano rozkaz: „Wszyscy pancerni, którzy skończyli 10 lat zdobywają kartę rowerową”.
Wprost sprzed telewizorów ruszyliśmy na egzamin.
O 10.00 rozpoczęło pracę ponad 11 tysięcy komisji egzaminacyjnych przed którymi stanęło 850 tysięcy dziewcząt i chłopców!
7 czerwca 1970 „Klub Pancernych” ogłosił zakończenie „Bitwy o życie”. Wyemitowano felieton o 10-letnim Rudolfie Jeneku z Nowej Wsi Prudnickiej, który uratował z pożaru 2-letnie dziecko. Pokazano także reportaż o przebiegu egzaminu na kartę rowerową, a dyrektor Biura Prewencji Komendy Głównej MO płk Michał Syczewski pogratulował „Pancernym” odniesienia wielkiego zwycięstwa, po czym odbył się milicyjny salut na cześć Pancernych – honory załogom oddali fanfarzyści, milicja zmotoryzowana i przewodnicy z psami.