Geny zamiast mózgu

Szturmujący Capitol wierni każdemu słowu Trumpa, miliony nieszczepiących się z powodu szczepionek z chipem do inwigilacji – to w dzisiejszym świecie naprawdę nic dziwnego. Tyle, że zamiast szklanej kuli, czarnego kota i tali kart, dzięki portalom społecznościowym rządzi kwas deoksyrybonukleinowy.

Badania genetyczne są kolejnym przykładem na poparcie tezy, że w państwie PiS można być złodziejem i oszustem, a nawet lichwiarzem. I dopóki płaci się podatkowy haracz skarbówce, to takim nieuczciwym firmom włos z głowy nie spadnie.
Autorytet twierdzi
Na pewno każdy natknął się na reklamę mówiącą, że wystarczy napluć, wysłać i zapłacić, a dostanie się instrukcję obsługi siebie. Liczącą 150 stron. Na których zapisane będzie, co nasze DNA każe nam jeść i do uprawiania jakich sportów zmusza.
Przecież „Wystarczy odrobina śliny. Próbkę pobierzesz w domu z pomocą naszego Zestawu Startowego. Odeślij ją do nas – za przesyłkę nic nie zapłacisz!
Oto pojemnik na ślinę, który otrzymasz wraz z dokładną instrukcją i opakowaniem zwrotnym.
Dowiesz się jak powinna wyglądać twoja dieta. Jakich produktów żywnościowych powinieneś unikać? Jakie mikroskładniki powinny znaleźć się w Twojej diecie? Sprawdzimy: tolerancję laktozy, witaminy np. A, C, D3, z gr. B, ryzyko celiakii, tolerancja tłuszczów, „dobry” cholesterol HDL.
Dobierzemy ci taki sport, który zredukuje masę ciała, określimy twój optymalny wydatek energetyczny, sprawdzimy twoją reakcję na wysiłek, sprawdzimy występowanie genu otyłości.
Napiszemy na jakie badania okresowe powinieneś zwrócić szczególną uwagę? Jak zatroszczyć się o wygląd swojej skóry? Określimy podatność na przebarwienia skóry, predyspozycje do cellulitu i cukrzycy typu II.
Twój Indywidualny Raport Genetyczny to jedynie 1175 zł.”
Te badania są i tak stosunkowo tanie. Są firmy, które za to winszują sobie 3 500 zł. W każdej – jak mantra – przewija się hasło, że taki test robi się raz w życiu, bo przecież nasze DNA się nie zmienia.
Niezrozumiałe, czyli mądre
Zdaniem lekarzy i profesorów genetyki to proste wyciąganie od laików kasy. Oparte o najnowsze odkrycia wynikająca z grzebania w ludzkim genomie, ale z nauką nie mające niemal nic wspólnego. Za to świetnie przygotowane marketingowo. Stąd od dobrych paru lat, pojawiają się w sieci paranaukowe terminy takie jak „nutrigenetyka”czyli nauka zajmująca się różnicami genetycznymi u poszczególnych osób. Opowiada ponoć o tym jak „zmienność biologiczna wyrażająca się w różnicach genomów” wpływa na to, co należy jeść. Jest i „nutrigenomika”, która „identyfikuje mechanizmy, które decydują o tym, jak żywność i żywienie wpływają na stan zdrowia pacjenta”. Wiedza z tego zakresu zaowocowała zaś „genodietą” czyli sposobem na szczupłą sylwetkę.
Fachowcy od badania genów i medycy, kazali się przyjrzeć, przez kogo te metody są uznawane, na genialne. Mieli rację. Najwięcej dobrego na ten temat, mieli do powiedzenia celebryci, którzy ponoć stosują się do wytycznych swojego DNA. Ale ponieważ za mówienie o tym biorą pieniądze, to ich wiarygodność jest żadna.
Są też naukowcy z tytułami. Oni również są za. Z jednym małym ale… Wszystkie wywiady z promującymi raporty DNA doktorami i profesorami są pełne zastrzeżeń i ogólników, ale ich wymowa jest dla testów pozytywna. Bierze się to stąd, że wypowiadający się w mediach genetycy, pracują dla dla firm żyjących z opisywania fiolek ze śliną.
Jest jeszcze jedna kategoria piejących z zachwytu nad skutecznością wcielania w życie genetycznych zaleceń. To internetowi komentatorzy każdego materiału prasowego, w którym genodieta jest wspomniana. Trolle, które za każdy wpis dostają od firm góra 30 zł. O obiektywnej opinii w internecie trzeba zatem zapomnieć.
Gluten i inne trucizny
Tym, co szczerze ubawiło ludzi znających się na rzeczy, były określane na poziomie DNA nietolerancje na gluten, czy laktozę, niedobory witamin i poziom cholesterolu. Badania na ich obecność w organizmie można za grosze zrobić w każdym laboratorium. A jak komuś się nie chce, to sam po zjedzeniu pszennego pieczywa będzie wiedział czy ma celiakię czy nie, z powodu bólu brzucha. Zaś gdy po wypiciu mleka wywali mu wątpia z powodu zachodzących w nich procesów fermentacyjnych mleka, będzie wiedział, że ma kupować produkty bezlaktozowe.
Co zaś do genetycznych predyspozycji do tycia, to wystarczy, żeby każdy popatrzył na matkę, ojca, ich rodzeństwo, nawet i dziadków. I jak są grubasami, to znak, że samemu trzeba zjadać mniej, a ruszać się więcej niż otyli przodkowie.
Do rozpuku rozśmieszyło fachowców wyszukiwanie w DNA genu otyłości. Pewnie dlatego, że genetyka wykryła ich do tej pory już kilkanaście. A działanie tych genów wespół z innymi oraz z czynnikami wynikającymi ze stylu życia, chorób i setek zmiennych, w żaden sposób nie prowadzi normalnego naukowca do wydawania w związku z tym wiążących sądów.
Wszyscy przypominają sytuację sprzed paru lat, gdy piersi obcięła sobie Angelina Jolie. Bo w jej DNA znaleziono, jak pisała prasa, jeden z dwu genów, które wtedy uznawano za powodujące raka piersi – BRCA 1 i BRCA 2. Po latach i tysiącach badań, medycyna już tak nie uważa. Owszem te geny bywają niebezpieczne, ale dopiero w korelacji z dziesiątkami innych i czynników zewnętrznych. I dlatego mnóstwo kobiet z oboma BRCA dożywa sędziwego wieku nie hodując raka, a tysiące bez tego genu, raka piersi ma.
Jak twierdzą genetycy, im więcej nauka wie o DNA, tym mniej w wielu sprawach rozumie. Po prostu jest to zbyt świeża gałąź nauki, żeby wszystko było jasne i na dodatek poparte dziesiątkami lat obserwacji i eksperymentów. Dlatego wszystko, poza określeniem wad genetycznych u płodów, identyfikacji kryminalistycznej i biotechnik związanych z GMO, to wróżenie z fusów.
Najlepszym tego przykładem może być kobieta, która do 30-tki je wszystko, rusza się umiarkowanie i wygląda jak wieszak. Potem zachodzi w ciążę, po której tyje „nawet od powietrza”. Czy zmieniło jej się DNA? Nie. Zagrały hormony, które zaczęły funkcjonować zupełnie inaczej niż wcześniej. Dokładnie tak samo ma się rzecz ze szczupłymi niewiastami, które w okolicach 50 roku życia zaczynają tyć. Im DNA też się nie zmieniło. Ale endokrynologia, jak najbardziej.
Nie wspominając już tym, że predyspozycje genetyczne będziemy mieli rewelacyjne, ale jedno głupie powikłanie po wirusach grypy spowoduje, że szlag zacznie nam trafiać serce, czy jakiś inny organ. Wróżenie z fusów genetycznych, w żaden sposób przed tym nie ochroni.
A poza tym, co można zrobić, gdy z raportu wynika, że ma się gen taki, a chromosom taki, zaś „osoby z tym genotypem charakteryzują się najprawdopodobniej niższym poziomem empatii dyspozycyjnej niż osoby z innym. Statystycznie posiadają mniejszą skłonność do zachowań pro społecznych”. Statystycznie! A przecież miało być tylko o konkretnym przypadku. W związku z czym, za ciężkie pieniądze, dostaje się to samo, co za wizytę u wróżki.
Gen wie więcej
Jeśli ktoś napluje, wyśle swoje dane i zapłaci, to tajemnicę swojego DNA powierza jakiejś firmie. Ta zaś może z tą wiedzą zrobić co jej się podoba. Sprzedać firmie ubezpieczeniowej, która widząc potencjalnego raka w wieku 42 lat zażąda od takiego aplikującego do niej niegdysiejszego dawcy śliny, stawki kosmicznej. To tylko jeden z przykładów. Ale wraz z rozwojem genetyki, zastosowań danych osobowych o DNA może być o wiele więcej.
W Polsce nikt tego nie kontroluje. Nie ma żadnego prawa, które badania laboratoryjne nad DNA w jakikolwiek sposób by porządkowały. Nie ma też oczywiście żadnych wymagań co do sprzętu, czy kwalifikacji ich personelu. Dlatego laboratorium DNA może być wyposażone tylko w kosz na śmieci, do którego wyrzuca się fiolki i panią Wiesię po marketingu i zarządzaniu, która na zasadzie kopiuj-wklej, produkuje stu stronicowy raport o czyimś genomie.
Jesteśmy jednym z ostatnich krajów w Europie, który genetyki nie uregulował prawnie. Ministerstwo Zdrowia nie ma pojęcia, czy firm zajmujących się DNA jest 20, czy parę tysięcy. Wiadomo natomiast na zasadzie porównawczej, że każdego roku w Polsce robi się ok. miliona testów DNA. Większość z tego w firmach prywatnych.
Dla rządzących ten feler prawny to żadna tajemnica. Ponad rok temu NIK pisała przecież, że „Podmioty prywatne mogą oferować dowolne testy genetyczne, w dowolnym zakresie i dotyczące dowolnie wybranych chorób genetycznych, tylko na zasadzie zgłoszenia działalności gospodarczej, bez konieczności posiadania własnego laboratorium, uzyskania opinii ekspertów genetyki medycznej, posiadania państwowego certyfikatu czy też poddawania się kontroli”.
Ludzie nie są tego świadomi i i sądzą, że państwowy nadzór nad placówką wyglądającą na medyczną, jest. Nic z tych rzeczy. Władzy to, że setki tysięcy ludzi jest rokrocznie robionych w konia, nie rusza. Przecież mamy wolny rynek. Ten zaś dla PiS oznacza tylko jedno – miliony firm, które mają płacić VAT, PIT i CIT. Żeby rząd mógł rozdać kolejne pieniądze, za które suweren zobaczy w DNA, czy ma zjeść schabowego, czy pierogi.

Prawicowy szok pourazowy

Wędrując po odmętach Facebooka, trafiłem na zapowiedź organizowanej przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi oraz Stowarzyszenie „Polonia Christiana” konferencji o zagadkowym tytule „Co się stało z polską młodzieżą?”. Jako, że sam niewątpliwie się do niej zaliczam, postanowiłem, korzystając z chwili wolnego czasu, obejrzeć transmisję owego wydarzenia. Miałem w planie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – doinformować się ,,co się ze mną stało?” oraz wczuć się w modną ostatnio, lansowaną w końcu przez samego lidera rankingu zaufania Szymona Hołownię, ideologię ,,dialogu radyklanego” i w ramach tego ,,wysłuchać drugiej strony”. Jak się później przekonałem, nie myli się biblijna zasada ,,kto ma, temu będzie dodane”, w bonusie bowiem do wymienionych dostałem jeszcze trzecią ,,pieczeń” – taką fazę i odlot, jakich nie miałem od dawna, i to bez konieczności wydawania ani grosza na środki odurzające.

Kanał ,,PCh24 TV” postanowił zacząć z grubej rury i już na sam początek wystawił mocnego zawodnika – małopolską kurator oświaty Barbarę Nowak. Zaczęła ona swoją wypowiedź od stwierdzenia, że może i młodzi ludzie masowo wzięli udział w strajkach, ale to tylko dlatego, że byli ,,nieświadomi ich prawdziwego przesłania i zostali zmanipulowani”. Aaaaaaa, no jak tak, to wszystko jasne. Już się bałem, że po tej genialnej w swojej prostocie i wyczerpującej temat diagnozie prowadzący zakończy konferencję, jednak dla pani kurator była to dopiero intelektualna rozgrzewka. Jako drugi powód aktywnego udziału młodzieży w demonstracjach podała przedłużający się czas fizycznej nieobecności w szkole, który sprawia, że ,,młodzi ludzie są przygnębieni i czekają na jakikolwiek sygnał, że ktoś jest nimi zainteresowany i mu na nich zależy”. Czyli jak widać, wśród młodzieży szukającej miłości już passé stało się wskakiwanie księżom do łóżek i zmuszanie do molestowania, na które tak skarżył się kiedyś arcybiskup Józef Michalik – teraz w modzie jest ,,chodzenie, krzyczenie i wulgarne zachowywanie się” (jak określiła to sama kurator).

W dalszej części pani Barbara wróciła jednak do wątku z ,,manipulowaniem” i racząc nas błyskotliwym związkiem przyczynowo–skutkowym, bezpardonowo obnażyła przed słuchaczami prawdę o otaczającej nas rzeczywistości. To przede wszystkim nauczyciele, przekonywała, są odpowiedzialni za tę manipulację i przekazywanie dzieciom w procesie wychowania ,,złych wartości”. A dlaczego oni? Kształcą ich bowiem w naszym kraju ,,skrajnie lewackie uczelnie”. ,,I sami tak ukształtowani przez nie w tym właśnie duchu wychowują młode pokolenie” – kończy ten logiczny rollercoaster pani kurator. Następnie przeszła do wyliczania opłakanych skutków owej ,,lewackiej formacji” młodych umysłów. Najgorszym z nich jest brak szacunku dla dorosłych – ,,piszą oni listy otwarte z kuriozalnymi żądaniami do osób starszych, lepiej wykształconych. Młodzieży wydaje się, że może tak postępować, bo lewica utwierdza ją w tym przekonaniu”. Ba, nie tylko piszą listy, ale także ,,przychodzą do mnie z skargami i wyrzutami, powołując się na konstytucję lub Europejską Konwencję Praw Człowieka!”. Aż by się chciało w tym miejscu sparafrazować znaną kreskówkę: ,,wszystko by mi się udało, gdyby nie te wścibskie prawa człowieka”. Pani kurator jak widać równie nie po drodze z nimi, jak jej zwierzchnikowi – ministrowi Czarnkowi. Nie obyło się zresztą bez laurki dla niego. Pani kurator, chcąc zapewne pocieszyć przygnębionych jej złowieszczym opisem realiów słuchaczy, powiedziała: ,,mamy nowego ministra edukacji, mamy środowiska, które przerażone tym, co się dzieje chcą działać i mają pomysły. Są wspaniałe środowiska prorodzinnych stowarzyszeń. Mamy Ordo Iuris, mamy to miejsce, z którymi cały czas rozmawiam – PCh24. Mamy potencjał, proszę Państwa, skorzystajmy z tego, bądźmy aktywni i nie bójmy się. Zło jest krzykliwe, a dobro zwycięży”. Od razu jakoś tak człowiekowi lżej na sercu, nieprawdaż? B. Nowak przestrzegła jednak lekceważeniem przeciwnika: ,,mamy do czynienia z wyrafinowaną, zdecydowaną na wszystko grupą, która idzie jak walec żeby zniszczyć. To jest ta nowa cywilizacja śmierci. Chcą triumfu, a niosą jedno – zniszczenie, chaos i śmierć”. Jedno trzeba przyznać – wzywający w Clermont do wyprawy krzyżowej Urban II mógłby się uczyć od pani kurator krucjatowej retoryki.

Następni prelegenci nie dostali co prawda tyle czasu co pani Nowak, mimo to jednak ambitnie starali się dorównać bardzo wysoko zawieszonej poprzeczce absurdu. Kolejna ,,ekspertka”, psycholożka Katarzyna Wozińska, żaliła się, że dzisiaj zbyt mały wpływ na wychowanie dzieci mają dziadkowie oraz pradziadkowie, co jest jedną z głównych przyczyn braku formowania w młodych przywiązania do ,,tradycyjnych wartości”. Powiem szczerze – naprawdę doceniam szczerość tej deklaracji i przyznanie wprost, że dzisiaj jedynie aktywne pranie mózgów przez najstarsze pokolenia mogłoby zmusić młodych do poważnego traktowania ciemnych katolickich poglądów. Dalej pani Katarzyna przekonywała, że ,,młodzież potrzebuje wyraźnych granic i ich egzekwowania, potrzebuje autorytetów”. Osobiście myślę, że prelegentka delikatnie się z tymi granicami spóźniła, bowiem młodzież granice już miała, ale rząd PiS–u wespół z Kościołem zdążył przekroczyć nawet te najdalsze z nich i dziś pozostały już tylko antypody wkurwienia. Choć jedno muszę pani psycholog oddać – to jej słowa szczególnie zachęciły mnie do napisania tego artykułu. Narzekała ona bowiem, iż młodzi ,,bardzo dużo wiedzą o sprawach nierzeczywistych, a bardzo mało o rzeczywistości”. A więc, z racji tego, że słowa ,,ekspertów” z tej konferencji z rzeczywistością nie mają nic wspólnego, to jako młody człowiek świetnie nadaję się, by o nich pisać.

,,Medioznawca i kulturoznawca” (jak został przedstawiony), ksiądz Sławomir Kostrzewa zajął się natomiast depresją i ateizmem. Jak mogliśmy się dowiedzieć, ateizm wynika po prostu ze złych relacji z ojcem, a depresja – z długotrwałego życia w grzechu. Wszystko jasne, lewaki i ateusze zaorane faktami i logiką, pora na zbiórkę dla ministrantów. Ostatni z mówców, wiceprezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej Arkadiusz Stelmach podjął się natomiast rozważania tytułowego problemu w perspektywie globalnej polityki. Bez ogródek stwierdził, iż ,,na poziomie międzynarodowym doszło do triumfu ideologii sprzecznej z naturalnym i chrześcijańskim porządkiem”. Ciężko się temu dziwić, skoro jak sam twierdzi, ,,rewolucji kulturalnej z zaangażowaniem przewodzą ONZ, UNICEF, Bank Światowy i Unia Europejska”. W Polsce, która ciągle jeszcze broni się dzielnie przed tą postmodernistyczną rewolucją, działają już jednak ,,agenci zmian”. Deprawują młodzież, zawłaszczają symbole, przez kulturę masową forsują nową lewicową agendę, pewnie jeszcze plują do zupy i szykują smażenie mózgów Polaków za pomocą masztów 5G. To jednak nie czas na żarty, przekonuje Stelmach – jeśli nie postawimy się zdecydowanie tej globalnej rewolucji, już niedługo obudzimy się w iście kononowiczowskim świecie, gdzie nie będzie cnoty, nie będzie miłości, nie będzie niczego.

Z wielkim rozbawieniem oglądam w ostatnich tygodniach ogólną panikę na prawicy, wywołaną masowym udziałem młodych w demonstracjach po wyroku TK. Choć statystyki mówiły o światopoglądowej przepaści pokoleniowej od dawna, duża część prawicy i Kościoła, grzejąc się w blasku pisowskich zwycięstw, wolała to ignorować i poprawiać sobie humor naiwnymi wizjami o młodzieży rzekomo kochającej wyklętych i Jana Pawła II. Większości z nich dopiero głośne ,,Wy-pier-da-lać!” wykrzyczane z setek tysięcy młodych gardeł na ulicach uświadomiło, jak bardzo się mylili. Zaczęło się więc teraz po prawej stronie w przerażeniu szukanie na gwałt diagnoz tego stanu rzeczy i powszechne bombardowanie leninowskim pytaniem ,,co robić?”. Opisana przeze mnie konferencja stanowi świetną ilustrację stanu ducha tych debat i poziomu świadomości osób w nich uczestniczących. Przyznam otwarcie, że napawają mnie one dużym optymizmem.

Przyzwyczajonej w ostatnich latach do zwycięstw i dobrego humoru prawicy najciężej bowiem przychodzi przyznanie, że to ich własne działania obróciły młodzież przeciwko nim. Zamiast tej bolesnej konfrontacji z faktami pisowscy dygnitarze i kościelni hierarchowie wolą stawiać na opium w postaci syndromu wyparcia (jak Barbara Nowak, czy Julia Przyłębska w ostatnim wywiadzie dla ,,Sieci”) lub szukania rzekomych winowajców w ,,lewackich uczelniach”, ,,agentach wpływu” czy ,,międzynarodowej rewolucji kulturalnej”. Ta ślepota, zamykająca ich jeszcze bardziej w sekciarskiej ,,oblężonej twierdzy”, tylko przyspieszy ich upadek. Brak bowiem choćby świadomości przemian, całkowicie uniemożliwia jakiekolwiek zapobieganiem im. A zatem, jako, że zarówno prawicy jak i Kościołowi życzę jak najgorzej, bardzo chciałbym tak absurdalne i oderwane od rzeczywiście prawicowe konferencje (jak opisana tutaj) oglądać jak najdłużej. Są one bowiem najlepszym znakiem i gwarancją tego, że porażka kościelno–pisowskiej szajki zbliża się wielkimi krokami.

Nasze piękne, nowe elity

Oglądając przemiennie rządową i biedniejsze, ale ciągle jeszcze niezależne telewizje, z konieczności wysłuchuję licznych wypowiedzi polityków. Ciekawe, że zdumienie, rozbawienie i niechęć pojawiają się w mojej skołatanej głowie szczególne wtedy, kiedy słucham tyrad lub odpowiedzi przedstawicieli rządzącej aktualnie prawicowej koalicji.

Ostatnio mieliśmy trochę lepszej pogody. Siadałem na przyzbie, wyciągnąłem ze strychu czarno – biały telewizorek campingowy jeszcze radzieckiej produkcji i grzejąc stare kości, słuchałem nabożnie wszystkich, którzy się pokazywali w 12 calowym okienku.

Recenzja

Przykro mi. Staram się być maksymalnie obiektywny, ale jednak członkowie lub wielbiciele PIS i jej przystawek wypadają najgorzej. Usiłowałem zrozumieć, dlaczego? Z mojej nieudolnej analizy widza i słuchacza wyszło, że jest aż pięć przyczyn tej przodującej pozycji.

Po pierwsze – wyjaśniając jakiś problem lub odpowiadając na zadane przez dziennikarza lub innego uczestnika pytanie, zawsze mówią nie tylko to samo, a nawet niemal tak samo. Jest to szczególnie widoczne wtedy, kiedy guru partii już się na dany temat wypowiedział na Nowogrodzkich odprawach, albo na konferencjach prasowych.

Po drugie – nie mogą się oderwać od przeszłości. Niemal każda wypowiedź jest wzbogacana opowieściami lub informacjami, jak to drzewiej, kiedy rządzili inni, było gorzej. My żyjemy skromnie, niemal jak Franciszkanie, a oni się bogacili na – używając określenia naszego elokwentnego prezydenta – „dojnej ojczyźnie”.

Po trzecie – w bardziej wojowniczych wypowiedziach przebija – niestety – przekonanie, że najlepszym ustrojem nie jest demokracja, tylko autokracja, do której należy dążyć szczególnie wtedy, gdy pojawia się genialny przywódca. Nie chcą słuchać, że w sąsiednich krajach byli tacy przywódcy i wszyscy źle na tym wyszli.

Po czwarte – chcą z Unii Europejskiej, w którą ta okropna lewica nas kiedyś wepchnęła, brać jak najwięcej. Ale dawać jak najmniej i nie słuchać tych niedopuszczalnych pouczeń o demokracji i praworządności. Te pouczenia naruszają przecież naszą suwerenność, o którą tak ciężko walczyliśmy.

I po piąte – wygraliśmy ostatnie wybory prezydenckie. Wprawdzie połowa wyborców wspierała innego kandydata, – ale przewaga liczbowa równa „liczbie mieszkańców Radomia” daje nam prawo zmiany tonu. Już od następnego dnia zaczęliśmy w radiu i telewizorze mówić bardziej pewnym głosem i teraz już otwarcie podkreślać oczywistą oczywistość, że tylko my mamy rację.

Ochotnicy

Zastanawiam się, dlaczego ludzie zostają pretorianami tej partii i tym samym członkami nowej elity? Jest przecież w tym gronie znaczna część ludzi inteligentnych, którzy mają dobre wykształcenie i zawód, który im pozwalał na uzyskiwanie wysokich, albo przynajmniej średnich dochodów. Są wśród nich lekarze, prawnicy, socjolodzy, ekonomiści, historycy. Co ich skusiło?

W rozmowach z przyjaciółmi odwiedzającymi mnie na przyzbie najczęściej wymienia się wrodzoną u wielu ludzi tęsknotę za władzą i pozycją celebryty. Mogę przecież gadać głupoty, ale mam ważne stanowisko, więc telewizje i tak będą mnie zapraszały. Będę coraz bardziej znany, będą mnie prosić o autografy i dziewczyny będą się do mnie zalotnie uśmiechały, – bo władza działa jak narkotyk.

Drugim wymienianym motywem są – jak zwykle – pieniądze. Jak już zapuszczę korzenie w tym środowisku, to nie zrobią mi krzywdy. Szef szefów jest twardy, ale sprawiedliwy. Mogę się nie sprawdzić na jakimś stanowisku, to przeniosą mnie na inne. Jeśli i tam mi nie wyjdzie, to, pozwolą porządzić w jakiejś podrzędnej spółce skarbu państwa, ale za przyzwoite pieniądze. A na deser wyślą mnie do parlamentu europejskiego, gdzie zarobki są wysokie, a mówienie głupot czasem uchodzi za zaletę.
Spór na mojej przyzbie wybuchł wtedy, kiedy padło pytanie – czy oni wierzą w słuszność tego, co robią i co mówią? Czy wierzą w ideę stworzenia idealnego, prawicowego i religijnego, bogatego państwa, z ustrojem, który można nazwać demokratycznym autokratyzmem?. Przeważał pogląd, że tylko czasem wierzą, a w większości przypadków w ogóle nie rozumieją, o co chodzi, albo nie wierzą, ale są zdyscyplinowanymi wykonawcami poleceń. Drżą wewnętrznie na myśl, że ich wypowiedź może spowodować skrzywienie lub warknięcie oberszefa, a nawet kogoś z jego najbliższego otoczenia. Bo wtedy mogą się pożegnać z dalszymi awansami, a może nawet z tą pozycją, jaką już osiągnęli.

Zgadzam się z tą opinią. Moja wrodzona łagodność powoduje, że z uśmiechem reaguję na wiele bezsensownych, i umiarkowanie szkodliwych wypowiedzi. Znoszę nawet opowiadania o nieustannych sukcesach i – do niedawna – przodującej pozycji w walce z koronawirusem. Wprawdzie z narastającą niechęcią, ale usprawiedliwiam nawet bajki o zamachu smoleńskim, opowiadane przez ludzi dotkniętych znaną i nieuleczalną chorobą, „spiskowej teorii dziejów”.

Nie mogę jednak strawić sytuacji, w której teoretycznie inteligentni rodacy mogą bez zmrużenia powiek mówić np., że LGBT to idea albo ideologia. Można to wmawiać mieszkańcom San Escobar, gdzie panuje analfabetyzm. Ale jeśli ktoś potrafi przetłumaczyć ten skrót i orientuje się, o czym mówimy, to wie, że mówimy o ludziach, którzy maja odmienne od powszechnych (niektórzy mówią – normatywnych) upodobania seksualne, albo psychicznie czują się inną płcią, niż są fizycznie. Gdzie tu ideologia? W tym, że oni przestali się ukrywać ze swoja odmiennością i nawołują do jej uznawania i poważnego traktowania? Czasem przesadzają, wybierając zbyt kontrowersyjne formy tej „autopropagandy”, ale nikogo nie namawiają, aby został gejem czy lesbijką, jeśli nie czuje takiej potrzeby. Nie mogę uwierzyć, że w bzdurę o „ideologii” wierzą osoby z najwyższej półki naszej władzy. Chyba gaworzą o tym tylko dlatego, że tak uważa ktoś „na górze”, albo dlatego, że wydaje im się to korzystne dla ich partii.

Podobne zawirowanie umysłowe dotyczy pozornie odległych dwóch zagadnień – programów szkolnych i konwencji stambulskiej. Programy szkolne, według niektórych przedstawicieli obecnej elity władzy, nie powinny zawierać żadnych odniesień do seksualności, a tym bardziej do pozamałżeńskiego pożądania. To trudno pogodzić z zalecaną, klasyczną literaturą. Z seksualnym molestowaniem Bohuna, a tym bardziej Azji – „syna Tuhaj Beya”, nowocześnie wytatuowanego motywem z rybkami, z tylko pozornie niewinnymi staraniami Wokulskiego. Nie mówiąc nawet o rozpuście „Chłopów, „ a tym bardziej o zaspakajaniu zwykłej, rosyjskiej chuci Ani Kareniny. Ale czego się nie robi dla podniesienia czystości obyczajów.

Konwencja Stambulska też nikomu nie przeszkadzała i nikomu nie zaszkodziła przez ponad 5 lat, – ale teraz niektórzy widzą w niej jakieś zagrożenia dla rodziny. Polska rodzina jest przecież idealna, zawsze w niedzielę chodzi do kościoła, nikt nikogo nie bije, nie gwałci, nie niszczy finansowo. A jeśli nawet coś złego się zdarzy, to przecież jest na miejscu ksiądz proboszcz, który sprawiedliwie rozsądzi, pogodzi albo ukarze. Mamy też doskonałe własne prawo chroniące kobiety, więc, po co nam jakaś konwencja, nieopatrznie przyjęta przez poprzednią władzę. To także jest zamach na naszą suwerenność i wielowiekowe zwyczaje.

Pożądane kwalifikacje nowej elity

Słuchając tych wypowiedzi prawicowej elity zastanawiam się, jakimi kryteriami kieruje się kierownictwo koalicji opartej na kręgosłupie PISu, typując kandydatów na „frontowe” stanowiska posłów, wiceministrów czy nawet radnych w dużych aglomeracjach. Oczywiście nie wiem, ale mogę przypuszczać, widząc rezultaty.

Sądzę więc, że bierze się pod uwagę, aby kandydat na liniowego wojownika miał jakieś wyższe wykształcenie. Jeszcze lepiej jak ma doktorat, a bardzo dobrze, jeśli stale lub dorywczo gdzieś wykłada i można go grzecznościowo tytułować profesorem, – mimo, że nie ma to nic wspólnego z habilitacją i profesurą tzw. belwederską, uzyskiwaną w wyniku określonego dorobku naukowego.

Wojownik musi umieć mówić i mieć na tyle dobrą pamięć, aby mówić to, co już na dany temat powiedziała wierchuszka. Może to ubarwiać wymyślonymi lub znalezionymi przez siebie przykładami, ale „myśl przewodnia” powinna być identyczna.

Awansowany działacz musi też bronić innych członków koalicji przed niesłusznymi a nawet słusznymi zarzutami. W założeniu wszyscy w Zjednoczonej Prawicy są „kryształowi”, tak uczciwi i bezinteresowni, jak Najwyższy Prezes.

Nie jest pożądane, aby kandydat charakteryzował się podejmowaniem decyzji nieuzgodnionych z „górą”, albo zbyt dużo opowiadał mediom o swoich pomysłach. Zaletą podstawową jest przecież posłuszeństwo i brak wątpliwości, co do słuszności decyzji „góry”, a więc musi to oznaczać ograniczenie inicjatywności.

Wszystkie te pożądane cechy aktywu rządzącej koalicji nie są niczym nowym. Były pewne różnice, ale znamy je dobrze z historii zagranicznych rządów totalitarnych, z naszej, przedwojennej sanacji i z PRLu. Uwolniliśmy się od nich na krótko – od rządów Mazowieckiego do Tuska. A teraz z przytupem do nich wracamy.

Ostatnio rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna cecha nowej partyjnej elity, która poprzednio występowała znacznie słabiej, lub wręcz niezauważalnie. To zmiana zachowań po powodzeniu w kolejnych wyborach. Wspomniana już, nadmierna pewność siebie, podbudowywana opryskliwością i otwartym lekceważeniem wszystkich, którzy nie są „nasi”. Pewien aktywista tłumaczył ostatnio w telewizorze, na falach „nieprzyjaznej”, zagranicznej stacji TVN, że nie były błędem wesołe opowiadania premiera o zwycięstwie nad koronawirusem. „Przecież i tak wszyscy musimy umrzeć”. Fi donc monsieur – w dobrym towarzystwie nie straszy się niespodziewaną śmiercią, zwłaszcza wtedy, kiedy tłumaczy się intencje premiera. Ale może to podświadoma intencja, wywołana zwycięskim bojem o prezydenturę?

Koronawirusa narodzin teorie spiskowe

Dziennikarze czołowych amerykańskich gazet New York Times, Washington Post i Wall Street Journal muszą pożegnać się z Chinami: władze unieważniły ich lokalne legitymacje. Razem 13 reporterów będzie musiało wrócić do domu. Oba wielkie kraje kłócą się o opowieść o pandemii. To, co sugerują Chińczycy, nie jest teorią spiskową, jak utrzymują Amerykanie, bo właściwie nie mieści się w definicji.
Ale pekińska wersja ma fabularne odnogi, które wyglądają podejrzanie.

O co chodzi Chińczykom? Dlaczego wyjeżdżają z tezą, że pandemia narodziła się w Stanach Zjednoczonych? Czy są wariatami? Podłymi propagandystami? Kierują nimi najniższe uczucia? Według mediów, Chiny złośliwie sieją teorie spiskowe. Podniosły się u nas rytualne głosy, że wszystkiemu jest winien Putin, a ci, którzy podejrzewają, że epidemia wzięła się skądinąd niż z Chin, to nieświadome końcówki jego oślizłych macek. Na szczęście Polacy są ostrzeżeni. Powstały nawet internetowe rankingi teorii spiskowych.
Według definicji teorii spiskowej, musi w niej występować element ukrywania czegoś przed ludźmi. Chiny właściwie nie zarzucają Amerykanom, że zataili epidemię Covid-19, która miała wybuchnąć w USA w sierpniu-wrześniu zeszłego roku, tylko, że jej nie zauważyli. Interpretuje się to na ogół jako propagandowe kontruderzenie Chińczyków, którzy nie mogli znieść ciągłego nazywania w Stanach koronawirusa „chińskim”, „Made in China” itp. Ich zdaniem, takie stawianie sprawy prowadzi do rasizmu i nie odpowiada prawdzie.
Było ich 300
Tłem chińskiej wizji jest wojna handlowa, którą prezydent Trump wydał Państwu Środka, ale w centrum obrazu widać raczej amerykańskie niedbalstwo, niż jakąś przemyślaną strategię. 12 marca dr Robert Redfield, szef CDC (Centers for Disease Control and Prevention) – centralnego organu USA koordynującego walkę z wirusem, powiedział, że w ubiegłym roku niektórych pacjentów, którzy mieli umrzeć na grypę, źle zdiagnozowano. Dopiero po ekshumacjach i ponownym przebadaniu okazało się, że to ofiary Covid-19. Redfield wskazał wrzesień 2019 r. jako prawdopodobny początek epidemii, lecz nie podał szczegółów.
Rzecznik chińskiej dyplomacji Zhao Lijian zadawał wtedy z Pekinu natychmiastowe pytania: „Gdzie jest pacjent zero? Ile było ofiar?”. To pasowało mu do do tezy, że epidemia nie zrodziła się w Wuhan w listopadzie, jak wszyscy dziś myślą, tylko w Stanach, w sierpniu-wrześniu. Zarazę do Wuhan mieli przywlec amerykańscy żołnierze, którzy prawie do końca października uczestniczyli w miejscowych Igrzyskach Wojskowych. Było ich 300, wychodzili na miasto, a jeśli część była zarażona…
100 proc. bio
Biały Dom wyśmiał te pytania i na żadne nie odpowiedział. A Amerykanie mogli przegapić początek epidemii. Już zdarzało się w historii plag wirusowych, że miejsce, które wydawało się wielkim ogniskiem, nie było nim wcale. Wygląda też, że Stany Zjednoczone są słabo przygotowane. Imperium działało nieświadomie. Nie wiadomo, jaka była skala pomyłek diagnostycznych. Pekin podejrzewa Pentagon, że nie badał jak trzeba swoich ludzi, bo nie wiedział, że trzeba.
W prasie internetowej przypuszczalne amerykańskie pochodzenie zarazy szybko obrosło koroną teoretycznych odrostów opartych na domysłach i analizach, zależnych czasem od pozycji na mapie. Teoria, jakoby Amerykanie mieli „stworzyć” tego koronawirusa drogą jakiejś inżynierii natrafia na poważne trudności. Atak biologiczny na przeciwnika wojny handlowej? To się wydaje za grube, a poza tym znawcy przekonują, że w kodzie genomu wirusa byłoby widać ludzką interwencję. Nie są politykami, nie muszą kłamać. Według nauki, koronawirus jest 100 proc. bio, beztroskim dzieckiem natury.
Fort Detrick
Zwolennicy teorii „sztucznego” wirusa wskazują na kłopoty administracji amerykańskiej z bazą Fort Detrick, Maryland. To były ośrodek doskonalenia śmiercionośnych broni biologicznych. Tu badano wirusy nietoperzy, aż Stany Zjednoczone podpisały układ o niestosowaniu takich broni i Fort Detrick ograniczył działalność. Według źródeł amerykańskich, sporo zeń wyniesiono, w tym materiał biologiczny.
Ale to było dawno. Latem zeszłego roku usłyszano o dawnej bazie jeszcze raz, gdy zakazano tam badać ebolę i inne niebezpieczne wirusy: niektóre gdzieś ginęły. Ale dlaczego koronawirus miałby pochodzić właśnie stamtąd? Aż tak zaawansowanych eksperymentów tam nie robiono. Zarazek był najpewniej odzwierzęcy, mógł się pojawić w każdym zakątku Ameryki. Jest zresztą typowy dla tego regionu świata, jeśli wierzyć cytowanym naukowcom z Dalekiego Wschodu.
Teoria hard
Jedną z odnóg ogólnych podejrzeń stanowi też tradycyjne spoglądnie w kierunku Izraela. Impulsem do oskarżeń było ogłoszenie w lutym, że Izraelczycy mają prawie gotową szczepionkę na koronawirusa. Skoro już mają, to dlatego, że wszystko wiedzieli – sugerują niektórzy autorzy. Podają przykład amerykańsko-izraelskiego wirusa komputerowego Stuxnet, który miał uderzyć w Iran, ale przyniósł szkody na całym świecie, cytują wysoko postawionych przedstawicieli lobby pro-izraelskiego wyrażających satysfakcję z liczby ofiar koronawirusa w Iranie. To za mało.
Laboratorium z północnego Izraela, które wyrwało się przed orkiestrę, podlega ministerstwu rolnictwa, nie obrony. W lutym rzeczywiście ogłosiło, że „za kilka tygodni” będzie miało szczepionkę na koronawirusa, lecz w tzw. międzyczasie znacznie spuściło z tonu. Możliwe, że nasz koronawirus jest prawie doskonałym bliźniakiem zarazka wywołującego bronchit u kur, ale od tego do szczepionki jeszcze daleko. Podany termin jest nierealistyczny, nawet gdyby prace były zaawansowane. Izraelczycy wyskoczyli z tym jak filip z konopi, to wszystko. Iran cierpi, ale nie jest jedyną ofiarą wirusa.
Rzeczywiście, Mark Dubowitz, dyrektor wykonawczy amerykańskiej organizacji proizraelskiej Fundacji Obrony Demokracji (FDD), pisał na Twitterze, że „koronawirus robi to, do czego niezdolne były sankcje amerykańskie: wstrzymał irański eksport pozanaftowy”, w czym można ujrzeć satysfakcję, ale najważniejsze było jego przekonanie, że „koronawirusa rozsiewa Iran”, a to jest dopuszczalną formą teorii spiskowej, marginalną zresztą. W każdym razie, teoria antyizraelska wygląda, jakby bliżej jej było do Protokołów Mędrców Syjonu (dziejowego wzorca teorii spiskowej), niż do faktów. Irańczycy nie rozdrabniają się na ogół, głoszą, że to Ameryka ściągnęła „to diabelstwo” na naszą planetę.
Wielkie moce
Teorie spiskowe dzielą się na oficjalne i nieoficjalne, do przyjęcia i do odrzucenia. Ich elementy, jak przypisywanie destrukcyjnej wszechmocy wyznaczonej grupie, krążą po obu stronach barykady. Np. ci, którzy pogardliwie wyśmiewają się z obsesji PiSu „to wina Tuska”, biorą poważnie doniesienia, według których knujący Putin jest odpowiedzialny za onanizm w Paryżu. Amerykańsko-chińskie szarpanie się w sprawie usuwania Chińczyków pracujących w chińsko-amerykańskich mediach i późniejsze retorsje mocno podniosły ton w sprawie, która w zasadzie mało kogo dziś interesuje. Co za różnica, skąd to się konkretnie wzięło, skoro już jest?
Tym niemniej Amerykanie ulegli europejskim namowom i w nieujawnionej skali zmniejszą swój udział w przewidzianych na przyszłe miesiące wielkich manewrach wojsk lądowych USA na naszym zabarykadowanym kontynencie. Przemarsz wojsk miał sprawdzić drogę czołgów z Zachodu do granicy Rosji w krajach bałtyckich, czy mosty wytrzymają, itp. Od lutego we włoskich, francuskich i niemieckich portach wyładowywano sprzęt, a pierwsze jednostki z Ameryki zaczęły lądować na początku marca. Oczywiście nikt oficjalnie nie podejrzewa Amerykanów o rozsiewanie wirusa, ale mogą to robić nieświadomie. Ich wojsko jest jednak trochę podejrzane, mimo wszystkich zaprzeczeń.
Stany Zjednoczone postanowiły jednocześnie, że „bezpieczna wirusowo” część lotnicza ćwiczeń Defender Europe 2020 jednak się odbędzie w pełnej skali. Lecą do nas strategiczne, „niewidzialne” i bardzo drogie bombowce amerykańskie B-2 Spirit. Każdy może przenosić po 16 bomb termonuklearnych typu B-61 lub B-83. To z grubsza 1200 bomb na Hiroszimę w jednym samolocie. Rosja oczywiście sądzi, że to niepotrzebne w obecnej sytuacji. Wpływ obecności amerykańskich żołnierzy w Europie na rozpowszechnienie się koronawirusa jest raczej marginalny i dzięki ćwiczeniu nalotów atomowych taki pozostanie.
Historie pandemiczne
W tak wyjątkowych warunkach walka różnych propagand wygląda trochę komiksowo. Trump nie wahał się obrzucać Chin „winą” za epidemię, teraz nadchodzi chińska kontra, w postaci opowieści alternatywnej. Powiedziałoby się, że zaraz oba mocarstwa zaczną rozbijać garnki wiszące na płocie. Chiny jednocześnie pomagają, komu mogą. Amerykanie nie wypadają na geniuszy. Dopóki nie zrobią odpowiednich badań nad przebiegiem epidemii, kwestia pierwotnego ogniska pandemii pozostaje właściwie otwarta i drugorzędna. Trump tymczasem postanowił zwalczać chorobę lekarstwem stosownym przez Chińczyków, chlorochiną, co wygląda paradoksalnie na tle jego antychińskich wyskoków.
Teorie spiskowe, ciemne opowieści, zawsze towarzyszyły uniwersalnym katastrofom, są więc czymś naturalnym. Opierają się często na różnych niedomówieniach władzy, prawie zrozumiałych w tym zamęcie. Niektóre, napiętnowane z początku, potwierdzają się w przyszłości, ale z braku twardych dowodów lub sensu wszystkie są wątpliwe.