Brexit odroczony

I to nie do czerwca, ale aż do 31 października – tak zdecydował szczyt unijnych przywódców.

Brytyjska premier Theresa May zapowiada jednak, że jej celem jest doprowadzenie do brexitu jak najszybciej, aby nie w Wielkiej Brytanii nie trzeba było organizować wyborów do Parlamentu Europejskiego, które są zaplanowane na 23 maja. „Jeśli przyjmiemy umowę w pierwszych trzech tygodniach maja, to nie będziemy musieli brać udziału w europejskich wyborach i oficjalnie opuścimy Unię Europejską w sobotę 1 czerwca – mówiła.
Odroczenie terminy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest warunkowane przez sprawę wyborów do PE. Jeśli Londyn będzie chciał skorzystać z niego, a nie zdoła sfinalizować brexitu w terminie zarysowanym przez premier May, a przy tym nie przeprowadzi wyborów brexit nastąpi faktycznie 1 czerwca, ale będzie to brexit bezumowny. Wielka Brytania dostała zatem czas, aby uporządkować sprawy i przyjąć wynegocjowaną umowę, ale też i została postawiona przed ultimatum. Trudno bowiem oczekiwać, że dwudziestka siódemka zgodzi się na powtórne odroczenie. Premier May musi zdawać sobie z tego sprawę.
Szefowa brytyjskiego rządu zdaje sobie również sprawę, że choć zyskała na czasie, jej zadanie nie będzie łatwe. Dotychczasowe doświadczenia wskazują bowiem wyraźnie, że osiągnięcie porozumienia w parlamencie w terminie do 22 maja może okazać się przesadnie optymistycznym założeniem. Może zatem powinna poważnie traktować perspektywę zorganizowania wyborów, nawet jeśli brytyjscy europarlamentarzyści mieliby pełnić swoją funkcję zaledwie przez kilka miesięcy – najdalej właśnie do 31 października.

Brexit się odsuwa?

Theresa May w liście do szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska poprosiła o przedłużenie terminu brexitu do 30 czerwca. Do tego czasu obiecała wypracować porozumienie w swoim parlamencie. Tusk oświadczył, że jest skłonny dać Wielkiej Brytanii nawet kolejny rok w UE, ale Londyn musi w tej sytuacji rozpocząć przygotowania do eurowyborów. May wolała tego uniknąć, ale czas goni ją tak bardzo, że na wszelki wypadek zorganizuje kampanię.

Szefowa brytyjskiego rządu liczy mimo wszystko, że sprawę brexitu uda się domknąć na najbliższych posiedzeniach Izby Gmin – do dnia, kiedy w Wielkiej Brytanii miałyby się odbyć eurowybory (23 maja). Jeśli uda się wcześniej osiągnąć porozumienie, Zjednoczone Królestwo opuści Unię tak szybko, jak to możliwe. Jednak na wszelki wypadek rozpoczęto przygotowania do kampanii – to jeden z warunków, jakie postawił May Donald Tusk, zgadzając się na „elastyczny brexit”. Teraz jeszcze muszą zgodzić się na to pozostałe kraje członkowskie.
Premier May napisała w liście do szefa Rady Europejskiej, że „przyjmuje pogląd Komisji Europejskiej, że jeśli Wielka Brytania nadal będzie członkiem Unii Europejskiej 23 maja 2019 roku, to będzie prawnie zobowiązana do przeprowadzenia wyborów europejskich”.
Jak na razie to jednak tylko przywołanie proceduralnego wymogu, bo w tym samym liście premier May zaznacza, że zasadniczym zamiarem jest ustalenie harmonogramu ratyfikacji, który pozwoli na wyjście ze Wspólnoty przed 23 maja 2019 r. i odwołanie w Wielkiej Brytanii wyborów do Parlamentu Europejskiego”, wyciąganie zatem daleko idących wniosków z zapowiedzi wyborów może być bardzo przedwczesne.
Prośba o przedłużenie brexitu do końca czerwca to między innymi wynik czwartkowych konsultacji z Partią Pracy. W środę jedna z posłanek złożyła w Izbie Gmin wniosek o to, by May starała się o przedłużenie terminu, by uniknąć twardego brexitu 12 kwietnia. Prawdopodobieństwo, że do tego czasu Izba przyjmie porozumienie (skoro nie przyjęła umowy May już trzykrotnie) jest małe, więc Partia Pracy rekomendowała zyskanie na czasie. Środowy wniosek przeszedł, ale najmniejszą możliwą liczbą głosów. 313 parlamentarzystów było za, a 312 przeciw.
Z kolei w sobotę szefowa brytyjskiego rządu zapowiedziała, że „Wielka Brytania ma wybór: opuścić Unię Europejską z umową albo nie wyjść z niej wcale”. To reakcja na obstrukcje ze strony części torysów, skłonnych zaakceptować opuszczenie Unii przez Wielkiej Brytanii nawet bez umowy. W rezultacie zatem nadal nic nie wiadomo.

Brexit odroczony?

Możliwe scenariusze

Nikt nie chce twardego Brexitu. Zarówno Bruksela, jak i brytyjski rząd i opozycja intensyfikują starania na rzecz uniknięcia scenariusza, w którym pod koniec marca Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską bez żadnego porozumienia. Najciekawszy pomysł pojawił się niedawno. Zakłada on przedłużenie okresu, w którym ustalone zostaną warunki do końca roku 2020.
Jeszcze niedawno taki wariant był forsowany i brany na poważnie wyłącznie przez fantazyjnych zwolenników pozostania Zjednoczonego Królestwa w europejskiej wspólnocie. Dziś jest jednym z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Grupa brukselskich polityków skupiona wokół sekretarza generalnego Komisji Europejskiej Martina Selmayra proponuje, aby dać Londynowi jeszcze 21 miesięcy na wynegocjowanie i przegłosowanie w Izbie Gmin warunków wystąpienia z Unii Europejskiej.

Zirytowani komisarze

Bruksela, podobnie jak brytyjska klasa polityczna i tamtejsze społeczeństwo, z wielkim niepokojem przyjmuje zbliżające się i rosnące z każdym dniem widmo twardego Brexitu. Katastrofa komunikacyjna, społeczna i gospodarcza dotknęłaby przede wszystkim Wielką Brytanię, jednak fala uderzeniowa dotarłaby również na kontynent, czego wszyscy chcą uniknąć. Stolica Unii Europejskiej ma również dosyć niestabilności i napięć wynikających z przedłużającego się stanu braku porozumienia pomiędzy głównymi siłami w brytyjskim parlamencie. Przypomnijmy, że kluczowe głosowanie w Izbie Gmin ws. umowy z Brukselą miało odbyć się najpóźniej 27 lutego, czyli w dziś. Tymczasem okazało się, że Theresa May, obawiając się kolejnej klęski i związanego z nią spadku poparcia dla jej rządu, postanowiła przenieść głosowanie na 12 marca, czyli zaledwie 17 dni przed ostateczną, wydawało się do dziś, datą Brexitu.
Co dokładnie proponuje Bruksela? Brexit zostaje odroczony na 21 miesięcy, a więc do czasu, gdy według wcześniejszego planu miał obowiązywać okres przejściowy, podczas którego strony miały uzgodnić warunki współpracy gospodarczej po opuszczeniu wspólnoty przez Londyn. Najnowszy plan unijnych polityków zakłada, że do tego czasu Wielka Brytania pozostanie członkiem Unii Europejskiej. Wariant ten ma szanse znaleźć szeroką aprobatę w Brukseli, gdyż również do końca 2020 roku obowiązuje bieżący budżet UE, co sprawiłoby, że konieczność negocjowania z Londynem warunków podziału środków rozwiązałaby się sama.
– Jeśli liderzy widzą jakikolwiek sens w przedłużaniu negocjacji, co nie jest pewne, biorąc pod uwagę sytuację w Wielkiej Brytanii, (…) będą chcieli zapewnić rozsądny okres, który pozwoli na rozwiązanie pozostałych kwestii – powiedział „Guardianowi” jeden z dyplomatów UE.

Co siedzi w głowach brytyjskiej premier i jej współpracowników?

Jest to pytanie przewrotne. Część ministrów Partii Konserwatywnej rozważa otwarty bunt przeciwko swojej szefowej i dogadania się z opozycją w sprawie przegłosowania uchwały gwarantującej wykluczenie szkodliwego scenariusza Brexitu bez umowy (tzw. poprawka Cooper). Koncept ten zakłada możliwość wydłużenia członkostwa w UE nawet od trzech do dziewięciu miesięcy. Zgodnie z propozycją miałoby do tego dojść, jeśli do 13 marca premier nie udałoby się wypracować ostatecznej umowy ze Wspólnotą. „The Sun” podaje, że inicjatorami rewolty są: minister pracy i emerytur Amber Rudd, minister sprawiedliwości David Gauke, minister ds. biznesu, energii i strategii przemysłowej Greg Clark i minister ds. Szkocji David Mundell. Jakie są szanse na powodzenie tego przedsięwzięcia? Zdaniem komentatorów, raczej poniżej 50 proc. jednak w przypadku dalszej nieporadności szefowej rządu, mogą w kluczowym momencie wzrosnąć.
Inną rozważaną opcją jest złożenie rządowego projektu uchwały parlamentu, w której wyrażono by poparcie dla alternatywnej propozycji dotyczącej kontrowersyjnego mechanizmu awaryjnego dla Irlandii Północnej (ang. backstop); dotychczas propozycja ta nie była przyjmowana przez unijnych negocjatorów. Downing Street liczy jednak, że taka decyzja Izby Gmin zwiększyłaby nacisk polityczny na unijne instytucje, aby dojść do porozumienia z Londynem.
Sama Theresa May rozważa również poproszenie strony unijnej o wydłużenie okresu na urzeczywistnienie Brexitu o dwa miesiące, a więc do końca maja. Ten wariant grozi jednak koniecznością udziału Zjednoczonego Królestwa w wyborach do europarlamentu. Premier chce za wszelką cenę uniknąć takiego scenariusza, bowiem o ile sondaże dają jej partii przewagę na Labour Party w wysokości 3-7 punktów procentowych, to podczas krótkiej, acz ostrej kampanii jej formacja mogłaby się znaleźć w głębokiej defensywnie. May chciałaby więc opóźnić Brexit, jednak nie na tak długo, by wiązało się to z koniecznością rozpisania elekcji.

Widmo katastrofy działa na wyobraźnie

Co jednak, jeśli Londynowi nie uda się uzyskać żadnego przedłużenia daty Brexitu? Wówczas Downing Street znajdzie się pod niewyobrażalną presją. May będzie musiała doprowadzić do kolejnego głosowania w parlamencie, w którym dokonano by wyboru między powrotem do wynegocjowanej umowy w sprawie Brexitu – odrzuconej już raz przez posłów w połowie stycznia – a opuszczeniem Wspólnoty bez porozumienia.
Jeśli rząd nie uzyska w parlamencie poparcia dla porozumienia proponowanego przez May lub alternatywnego rozwiązania, Wielka Brytania o północy z 29 na 30 marca automatycznie opuści Wspólnotę bez umowy na mocy procedury opisanej w art. 50 traktatu o UE.

A Corbyn czeka

Jakie stanowisko zajmuje największa siła opozycyjna – Partia Pracy? Laburzyści są obecnie zajęci brutalnymi walkami frakcyjnymi, które zostały zainicjowane przez partyjnych liberałów, którzy domagali się dymisji Jeremy’ego Corbyna ze stanowiska szefa formacji. Tydzień temu z szeregów partii wystąpiło siedmioro deputowanych, mających na pieńku z przewodniczącym od dawna. W obliczu kuriozalnych oskarżeń o antysemityzm, głos laburzystów w sprawie Brexitu stał się mniej słyszalny. A jest on niezmienny – to Partia Konserwatywna odpowiada za bałagan związany z Brexitem i to ona powinna go posprzątać. Partia Pracy liczy na spadek zaufania społecznego do torysów i przejęcie władzy w najbliższych wyborach do Izby Gmin.

Kolejne referendum?

Co na to wszystko brytyjskie społeczeństwo? Większość obywateli i obywatelek uważa, że najlepszym rozwiązaniem byłoby…rozpisanie kolejnego referendum, w którym mogliby po raz kolejny wypowiedzieć się w sprawie opuszczenia przez ich kraj europejskiej wspólnoty. Dziennik „The Independent” zlecił badanie opinii publicznej, z którego jasno wynika, iż z uwagi na impas w Izbie Gmin i rosnący antagonizm pomiędzy głównymi siłami politycznymi, opcja drugiego referendum cieszył się największą popularnością wśród respondentów. Drugim życzeniem Brytyjczyków i Brytyjek jest po prostu pozostanie w Unii za wszelką cenę. Dalsze renegocjacje umowy znalazły się dopiero na trzecim miejscu.
Najmniejsze poparcie ma twardy Brexit. Aktywiści z kampanii „Put It To The People”, która forsuje idee pozostania w rodzinie zapowiedzieli, że w sobotę 23 marca br. na Park Lane w Londynie odbędzie się wielka demonstracja przeciwników Brexitu.

May traci poparcie

Rozłam w brytyjskiej Partii Konserwatywnej w sprawie Brexitu jest coraz bardziej klarowną perspektywą. Czworo brytyjskich ministrów zagroziło poparciem planu opozycji, który może opóźnić wyjście Wielkiej Brytanii z UE, jeśli premier Theresa May nie zdecyduje się wykluczyć brexitu bez umowy i przedłużyć proces opuszczania  Wspólnoty.

O sprawie poinformował dzisiejszy „The Sun”. Buntownicy to: minister pracy i emerytur Amber Rudd, ministra sprawiedliwości Davida Gauke’a, ministra ds. biznesu, energii i strategii przemysłowej Grega Clarka i ministra ds. Szkocji Davida Mundella.

Podczas poniedziałkowego spotkania na Downing Street wymienieni zadeklarowali, że są gotowi poprzeć w przyszłotygodniowym bloku głosowań w sprawie brexitu plan opozycji, w którym chodzi o wymuszenie na May przedłużenia procesu wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE na mocy art. 50 traktatu o UE, aby uniknąć opuszczenia Wspólnoty bez porozumienia.
Według informacji „The Sun” Rudd, Gauke, Clark i Mundell ostrzegli szefową rządu, że nawet 20 innych członków rządu, głównie wiceministrów, mogłoby zagłosować przeciwko propozycji jej rządu w sprawie brexitu. Postawiłoby to premier w trudnej sytuacji i zmusiło do rozważenia odwołania tych polityków ze stanowisk.

„Premier ma wybór i jasno go jej przestawiliśmy. Albo usunie możliwość brexitu bez umowy, przedłużając obowiązywanie artykułu 50, albo będzie musiała nas wszystkich pozwalniać, ale wtedy i tak przegra” – powiedział jeden z ministrów.

Według „The Sun” premier porzuciła nadzieję na zwycięstwo i liczy jedynie na „znaczący postęp”, choć nie wyklucza kolejnej porażki w parlamentarnym głosowaniu. W weekend May uda się do egipskiego Szarm el-Szejk, gdzie weźmie udział w szczycie UE z państwami arabskimi, aby na marginesie tego spotkania przekonywać unijnych przywódców do zawarcia kompromisu w sprawie brexitu.

Inny tytuł, eurosceptyczny „Daily Mail” uważa, że nie jest wykluczone, iż May zdoła uzyskać w przyszłym tygodniu poparcie dla swojej umowy. Głosowania w tej sprawie zaplanowane są wstępnie na środę, 27 lutego. Szczegółowy plan prac w Izbie Gmin zostanie przedstawiony w czwartek przez szefową większości parlamentarnej Andreę Leadsom.

W połowie stycznia brytyjski parlament odrzucił wynegocjowany przez rząd i UE projekt umowy w sprawie brexitu, a pod koniec miesiąca zaapelował do gabinetu May, by skłonił stronę unijną do wprowadzenia zmian w kontrowersyjnym mechanizmie awaryjnym dla Irlandii Północnej sugerował, że wówczas mógłby poprzeć przedstawioną propozycję.

Jeśli rządowi nie uda się uzyskać żadnych ustępstw ze strony Wspólnoty, May będzie musiała doprowadzić do kolejnego głosowania w parlamencie, w którym dokonano by wyboru między powrotem do wynegocjowanej umowy w sprawie brexitu – odrzuconej już raz przez posłów w połowie stycznia – a opuszczeniem Wspólnoty
bez porozumienia.

Jeśli rząd nie uzyska w parlamencie poparcia dla porozumienia proponowanego przez May lub alternatywnego rozwiązania, Wielka Brytania automatycznie opuści Wspólnotę bez umowy na mocy procedury opisanej w art. 50 traktatu o UE o północy z 29 na 30 marca.

Przegrana nie do końca

Przeciwko uchwale w sprawie umowy wynegocjowanej przez rząd Theresy May z UE określającej warunki Brexitu zagłosowało 432 posłów Izby Gmin przy zaledwie 202 głosach poparcia (większość wynosiła 230 głosów). Mówi się, że to najwyższa porażka urzędującego premiera w historii brytyjskiego parlamentaryzmu. Mimo to konserwatywna premier okazała się „niezatapialna” i jej rząd przetrwał głosowanie nad wotum nieufności.

Wniosek o wotum nieufności zapowiedział Jeremy Corbyn tuż po wtorkowym głosowaniu. Torysi jednak zwarli szeregi. Niespodziewane było także poparcie ze strony północnoirlandzkiej partii DUP.

Choć wydawać by się mogło, że po tak sromotnej klęsce i kompromitacji rządu los Theresy May był przesądzony, ale okazało się, że poparcie dla wotum nieufności wyraziło 306 posłów; przeciwko było 325 deputowanych Gdyby dziesięciu deputowanych DUP zagłosowało wraz z opozycją, to szefowa rządu przegrałaby jednym głosem. Jest to o tyle zrozumiałe, że upadek rządu May oznaczałby przedterminowe wybory, a te według wszelkiego prawdopodobieństwa by mogły skończyć się dla torysów niewesoło, nawet jeśli wielu z nich nie godzi się na umowę z UE. Poparcie DUP będzie jednak miało swoje konsekwencje, gdyż akurat DUP ma bardzo zasadnicze stanowisko wobec Brexitu i nie godzi się na żadne koncesje względem UE w sprawie granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii.

Po głosowaniu premier may zapowiedziała, że podejmie rozmowy ze wszystkimi partiami w sprawie znalezienia kompromisu w sprawie warunków Brexitu. Nie zamierza też z wychodzenia z Unii rezygnować – podkreśliła, że referendum obliguje Izbę i rząd do jego przeprowadzenia, zatem to, o czym można rozmawiać to warunki, nie zaś pytanie, czy wychodzić, czy zostać. Drugie referendum zatem się nie zapowiada.

Czas jednak ucieka i prawdopodobnie Wielka Brytania musiałaby zwrócić się do Brukseli o przedłużenie art. 50 – który jasno określa, ile czasu kraj opuszczający Wspólnotę i Bruksela mają na ustalenie zasad rozwodu. Zgodnie z nim Brexit ma się stać faktem 29 marca tego roku. Wniosek o przedłużenie art. 50 dałby obu stronom czas na porozumienie – czy to w przypadku negocjowania kolejnej umowy. Problem w tym, że Unia uważa, że warunki zostały ustalone i nie będzie się otwierać ponownie negocjacji w ich sprawie. A to oznacza Brexit bezumowny, czyli rozwiązanie dla Londynu bardzo niebezpieczne, którego konsekwencje trudno przewidzieć. Drugą ewentualnością byłaby decyzja o pozostanie Zjednoczonego Królestwa w UE, czyli ponowienie referendum – co oczywiście byłoby niemożliwe do przeprowadzenia w ciągu niewiele więcej niż dwa miesiące.

Do porzucenia samej idei Brexitu namawia Londyn przewodniczący rady europejskiej Donald Tusk, który zasugerował, że w tych okolicznościach Zjednoczone Królestwo powinno całkowicie go odpuścić. Można to odczytać jako sygnał zachęty do pozostania w Unii i że w takiej sytuacji, uznając iż zmieniają się warunki wstępne, Bruksela byłaby skłonna przychylniej spojrzeć na propozycje Londynu.

Przypomnijmy, że w przeszłości Bruksela wręcz naciskała na swoje państwa członkowskie w sprawach powtarzania referendów, jeśli ich wynik był nie po jej myśli.

 

Brexit można abortować?

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekał na wniosek Szkocji, gdzie prawie trzy lata temu w referendum dwie trzecie obywateli zaznaczyło opcję „stay”. We wtorek 11 grudnia brytyjski parlament będzie głosował wynegocjowane przez May porozumienie z Brukselą w sprawie warunków, na jakich ma się odbyć wyjście. Izba Gmin raczej odrzuci traktat rozwodowy, krytykowany od wielu miesięcy.

 

Wyrok TSUE może zostać potraktowany jako koło ratunkowe rzucone Londynowi (pomimo sprzeciwów z Brukseli) – ponieważ odrzucenie umowy (a wszystko wskazuje, że jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz) spowoduje, że Zjednoczone Królestwo 29 marca formalnie wyjdzie z UE, ale nie będzie miało podpisanych żadnych nowych umów gospodarczych. To będzie oznaczać blokadę importu leków i żywności, wstrzymanie pracy lotnisk i portów.

A że deputowani odrzucą porozumienie z UE27, jest raczej przesądzone: licząca prawie 600 stron umowa May przewiduje, że Irlandia Północna pozostanie formalnie pod jurysdykcją Unii, na wyspie nie będzie zatem granicy. Jest to de facto oddanie wspólnocie kontroli nad całą Irlandią i nadmierne uzależnienie od Brukseli. May może odłożyć w czasie jutrzejsze głosowanie i wzorem Margaret Thatcher negocjować do skutku lepsze warunki porozumienia. Ale nie zmieni to faktu, że w obecnej postaci – teraz czy za kilka tygodni, dokument nie przejdzie.

Głosowanie przeciwko zapowiada ponad 100 posłów rządzącej Partii Konserwatywnej, a także deputowani północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistycznej. Na pewno May nie poprze Szkocka Partia Narodowa, Liberalni Demokraci i opozycyjna część Partii Pracy.

Co zmienia wyrok z Luksemburga? Daje Wielkiej Brytanii opcję wycofania się „z twarzą”: może bez zgody pozostających w Unii 27 krajów, jednostronnie zrezygnować z deklaracji o opuszczeniu UE. A to już pierwszy krok ku rozpisaniu nowego referendum. Szkocja przywitała wyrok z radością. Ale minister środowiska Michael Gove zapowiedział, że orzeczenie TSUE nie wpłynie na intencje rządu, który i tak chce opuścić Unie docelowo.

Bruksela również nie ucieszyła się z wyroku: obawia się precedensu, na który będą powoływać się inne kraje pragnąc wyjść z Unii – będą mogły zażądać wyjątkowego potraktowania, wzorem wychodzącej Wielkiej Brytanii.

Tymczasem premier Theresa May w obliczu nadchodzącej porażki odwołała wczorajsze głosowanie w Izbie Gmin w sprawie Brexitu, być może nawet do 21 stycznia – nie wskazano jednak żadnego konkretnego terminu. Tym razem przekonywała, że umowa jest najlepszym dostępnym porozumieniem i że najbardziej kontrowersyjna jej część – czyli tzw. irlandzki mechanizm awaryjny – wcale nie musi wejść w życie. „Widzę jasno, na podstawie rozmów, jakie tu odbyłam, że wszystkie te elementy nie dają pewności wystarczającej liczbie moich kolegów. W ciągu weekendu rozmawiałam z szeregiem liderów Unii. Przed szczytem Rady Europejskiej spotkam się z moimi odpowiednikami w innych krajach i szefami Rady oraz Komisji. Przedyskutuję z nimi obawy wyrażone przez tę Izbę” – powiedziała Problem w tym, że nie do końca pokrywa się to z prawdą, a raczej powiększa listę kłamstw, niedomówień i wykrętów szefowej brytyjskiego rządu, dzięki którym nikt chyba spośród przywódców państw UE ani w Brukseli nie uważa jej już za wiarygodnego partnera do rozmów.

Przeciwko ponownemu otwieraniu rozmów z Londynem, który po raz kolejny godzi się na konkretne ustalenia tylko po to, aby za kilka dni próbować ponownie je negocjować ostro wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Odbył następnie rozmowę telefoniczną z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, po której wydany komunikat jasno stwierdza, że żadnych renegocjacji nie będzie. Co najwyżej trzeba się przygotować na sytuację, w której Wielka Brytania opuści UE bez umowy. To dla pani May powinien być wystarczający sygnał mówiący, że sposób prowadzenia przez nią rozmów w sprawie Brexitu zakończył się całkowitym fiaskiem, a ona sama skompromitowała się ostatecznie i powinna jak najszybciej ustąpić, aby nie czynić więcej szkód i wstydu.

Zamiast tego rozsądnego posunięcia Theresa May postanowiła jednak iść w zaparte i udać się do Hagi i Berlina, aby rozmawiać z premierem Markiem Rutte i kanclerz Angelą Merkel. Informując o planowanej wizycie rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert podkreślił, że odbywa się ona na wyraźną prośbę strony brytyjskiej, co wskazuje na to, że Berlin wcale nie pali się do spotkania, a kanclerz Merkel przyjmuje premier May tylko przez grzeczność. Po spotkaniu nie przewidziano konferencji prasowej. Wygląda więc na to, że ta rzekoma akcja, aby w ostatniej chwili wywalczyć lepsze warunki, wypada nie tyle jako nieustępliwość twardej negocjatorki, a jako dość żałosna próba stworzenia wrażenia, że premier May coś usiłuje zdziałać. Abortowanie Brexitu może okazać więc naprawdę jedynym ratunkiem.

Odliczanie do Brexitu

Jest wstępne porozumienie w sprawie Brexitu. Oświadczenie w tej sprawie wydała najpierw premier Theresa May, a następnie Komisja Europejska. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE będzie tematem nadzwyczajnego szczytu liderów państw członkowskich.

 

Theresa May przekonywała wczoraj dziennikarzy na konferencji prasowej, że tekst wstępnego porozumienia jest „najlepszym, co było do wynegocjowania”. Zaznaczała, że jego sformułowanie poprzedziły dziesiątki spotkań i konsultacji. Ostatnią omawianą kwestią był problem granicy lądowej z Irlandią – dyskusja nad tym, jak będzie ona funkcjonować, gdy UK znajdzie się poza UE, trwała pięć godzin.

Wymuszony optymizm May został zmącony już dzień później – dziś Dominik Raab, minister sprawiedliwości oraz rządowy sekretarz ds. Brexitu złożył na jej ręce dymisję. W opublikowanym w mediach społecznościowych oświadczeniu nie pozostawił wątpliwości, że nie popiera warunków Brexitu, jakie zostały ostatecznie uzgodnione.

Liczące 585 stron wstępne porozumienie rozstrzyga kwestię granicy brytyjsko-irlandzkiej, rozliczeń finansowych, gwarancji dla obywateli państw UE przebywających na stałe w Wielkiej Brytanii. Jeśli zostanie zaakceptowane przez przywódców wszystkich państw członkowskich wspólnoty, a następnie przez parlament w Londynie i Europarlament, Brexit dokona się 29 marca 2019 r. Jeśli projekt porozumienia nie zyska poparcia brytyjskich partii, Zjednoczone Królestwo i tak odejdzie z UE, ale bez żadnej umowy regulującej m.in. dalsze relacje handlowe. W sytuacji odejścia Dominica Raaba, pokazującego, że wśród polityków bynajmniej nie ma jednomyślnego poparcia dla koncepcji May, nie jest to wcale scenariusz całkowicie wykluczony.

Chociaż poparcie dla Brexitu już po referendum w tej sprawie systematycznie spadało, rząd w Londynie wykluczył przeprowadzenie powtórnego powszechnego głosowania.

Lewica będzie rządzić

„Niech każdy obwód wyborczy, niech każda społeczność wie, że Partia Pracy (LP) jest gotowa!” – zapewnił 69-letni szef wyspiarskiej lewicy Jeremy Corbyn na partyjnym zjeździe w mieście Beatlesów. „Kiedy zbierzemy się za rok o tej porze, możemy być już rządem labourzystów!” – optymizm afiszowany w Liverpoolu nie jest bezpodstawny. Klęska negocjacji konserwatywnego rządu w sprawie Brexitu może przyśpieszyć wybory. Na przeszkodzie stoi jeszcze kwestia „antysemityzmu” LP i Corbyna, która nie przestała krążyć nad zjazdem, choć na porządku dziennym jej nie było.

 

Corbyn stał się „podejrzany” właściwie od początku swych rządów w Labour, to jest od trzech lat, ale im bliżej do spodziewanego sukcesu, tym częściej padają ze strony części społeczności żydowskiej oskarżenia o antysemityzm. W tym roku w marcu, w maju i sierpniu nastąpiły ataki medialno-polityczne na Corbyna i jego partię, i ciągle pojawiają się nowe. Zwykle polega to na wyciąganiu starych nagrań lub zdjęć, gdzie Corbyn odnosi się krytycznie do zbrojnej okupacji Palestyny przez Izraelczyków. Przed samym zjazdem pojawiło się wideo sprzed pięciu lat, na którym mówi, że „syjoniści nie mają poczucia ironii”, co miało być dowodem na jego antysemityzm.

Do tego Daily Mail opublikował zdjęcia z 2014 r., kiedy Corbyn podczas wizyty w Tunezji złożył wieniec na cmentarzu palestyńskim. Są tam m.in. groby bojowników Czarnego Września, grupy, która w 1972 r. dokonała zamachu na sportowców izraelskich podczas Igrzysk w Monachium. Zginęło wtedy 11 osób. W Anglii prasa żydowska zaczęła więc mówić o „śmiertelnym zagrożeniu”. Wcześniej domagała się, by LP przyjęła definicję antysemityzmu proponowaną przez Międzynarodowy Sojusz Pamięci o Holokauście (IHRA), jednak w lipcu komitet wykonawczy partii odrzucił część tej definicji, gdyż IHRA zaliczyła do antysemityzmu również krytykę polityki izraelskiego reżimu apartheidu, zgodnie z nową modą, która zrównuje antysyjonizm (sprzeciw wobec izraelskiego nacjonalizmu i rasizmu) z antysemityzmem.

 

Palestyńskie flagi

Corbyn może zapewniać ile chce, że „wyeliminuje antysemityzm z partii i przywróci zaufanie”, że „nigdy nie był i nie będzie” antysemitą, że „antyrasizm zawsze był priorytetem partii”. Jonathan Lansman, lider popierającego Corbyna ruchu Momentum, brytyjski żyd, może tłumaczyć, że „nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między walką z antysemityzmem a obroną praw Palestyńczyków”, ale to ciągle za mało. Brytyjskie środowiska syjonistyczne nie mogą przeboleć palestyńskiego zaangażowania Corbyna i jego ugrupowania. Nota bene w samej partii, szczególnie wśród członków Jewish Labour Movement, który wchodzi w jej skład, ta kwestia potrafi przybrać gwałtowny obrót – deputowana Margaret Hodge, członkini Labour od dawna, nazwała Corbyna „rasistą” i „antysemitą”…

Proizraelski Jewish Telegraph na pierwszej stronie określił zjazd labourzystów jako „konferencję nienawiści”, gdyż Corbyn w swym finalnym przemówieniu zapowiedział, że jak tylko powstanie rząd Labour, Palestyna zostanie natychmiast uznana, co ma wyrażać poparcie partii dla rozwiązania dwupaństwowego. Deklaracja Corbyna została przyjęta owacją i palestyńskimi flagami. Przy okazji jeszcze raz ogłosił, że „całkowicie potępia antysemityzm i nie będzie go tolerował”. W ciągu trzech lat Labour musiało opuścić sporo osób, oskarżanych o antysemityzm, ale kwestia palestyńska, jak dla każdej lewicy, pozostaje ważna. Na zjazd przyjechał przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon, który również z powodu opowiadania się po stronie okupowanych Palestyńczyków był oskarżany o antysemityzm, ale skwitował to krótko: „Zauważyłem, że Jeremy Corbyn jest obiektem podobnych obelg, co ja. To znak dobrego zdrowia”.

 

Labour jako wzór

Na zjazd LP w Liverpoolu oprócz Nieuległej Francji, przyjechali m.in. reprezentanci niemieckiej Die Linke, hiszpańskiego Podemosu i greckiej Syrizy, żeby rozmawiać o przyszłości europejskiej lewicy. Przede wszystkim byli zaintrygowani sukcesem Labour, jej „dobrym zdrowiem”: ponad 550 tys. członków, perspektywa rządzenia, a to wszystko przy ustawieniu się na lewo od tradycyjnej socjaldemokracji. W Europie socjaldemokraci, uznawani często w najlepszym wypadku za centrystów, ponoszą klęskę za klęską, jeśli nie liczyć Portugalii. Stąd pomysły stworzenia „sojuszu radykalnego”. Mélenchon zaproponował Corbynowi przystąpienie Labour do „lewicowej ligi kontynentalnej” (ruch A Teraz Lud), w skład której wchodzą Podemos, Bloco de Esquedra (Blok Lewicy) z Portugalii, duński Sojusz Czerwono-Zielony, szwedzka Partia Lewicy, Nieuległa Francja i fiński Sojusz Lewicowy.

Metamorfoza Labour, która przecież za czasów Blaira była w zasadzie partią prawicową, dokonała się dzięki fali „degażyzmu” – wyrzucenia starych działaczy w toku wewnętrznych wyborów i dyskusji, oraz chęci rozwinięcia swobodniejszych, bardziej demokratycznych sposobów funkcjonowania. Do Liverpoolu nie przyjechały delegacje europejskich partii socjaldemokratycznych, bo to już nie ich przedział polityczny. Skręt Labour w lewo przyciągnął młodych i tych, którzy dotąd nie chcieli brać udziału w wyborach. Dziś partia w sondażach idzie łeb w łeb z torysami (rządzącymi konserwatystami). Delegacje z kontynentu miały czego zazdrościć.

 

Nacjonalizujmy!

Corbyn nazwał politykę premier May „wandalizmem socjalnym”. To właśnie było tematem gospodarczej części zjazdu, najważniejszej dla przyszłości partii. „Nadchodzi prawdziwa demokracja przemysłowa” – ogłosił John McDonnell, który odpowiada w Labour za finanse. Ma opinię stojącego bardziej nawet na lewo niż Corbyn. To on stoi u źródła programu gospodarczego partii. Jeśli labourzyści dojdą do władzy, chcą, by prywatne przedsiębiorstwa scedowały co najmniej 10 proc. swego kapitału na pracowników, którzy mogliby w ten sposób dostawać dywidendy. Byłoby tego średnio ok. 500 funtów rocznie. Ponadto jedna trzecia miejsc w radach nadzorczych też miałaby przypaść pracownikom: „Akcjonariat pozwoli pracownikom mieć te same prawa, co inni akcjonariusze, będą też mieli wpływ na strategię swego przedsiębiorstwa” – argumentował McDonnell.

Przede wszystkim McDonnell przewiduje falę nacjonalizacji przedsiębiorstw niegdyś publicznych, jak koleje, dla których prywatyzacja stała się prawdziwą klęską. Poza tym mają być znacjonalizowane takie dziedziny jak dystrybucja wody, energii, czy poczta. „Niektóre gazety mówią, że wyborcy są przestraszeni (tymi planami). Ale mylą się (…). Z sondażu na sondaż widać, że własność publiczna dowodzi swej popularności. Ludzie mają dość nabierania się na prywatyzacje” – mówił. Oczywiście organizacje przedsiębiorców już protestują, w charakterystycznym stylu, jak CBI: „Dyktat akcjonariatu pracowniczego doprowadzi tylko do wyjazdu inwestorów, a jeśli inwestycje zmaleją, płace też spadną”. Labour zdaje się tego nie bać. Mówi o stworzeniu 400 tys. „zielonych” (ekologicznych) miejsc pracy. Ciekawe, że nawet niektórzy torysi popierają projekty gospodarcze LP, jak ekonomista Jim O’Neill z byłego rządu Camerona. Corbyn nie omieszkał tym się chwalić.

 

Optymizm z Brexitu

Ale skąd bierze się ten optymizm, który było widać w Liverpoolu? Skąd wiara, że w przyszłym roku może dojść do przedterminowych wyborów? Ano, najdłużej chyba wałkowano sprawę Brexitu, negocjowanego nieszczęśliwie przez rząd May. „Jeśli parlament odrzuci umowę z Unią, bądź rząd nie podpisze żadnej umowy, wywrzemy nacisk na przedterminowe wybory” – ogłosił Corbyn. Premier Theresa May, która przebywała wtedy w Nowym Jorku na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, odpowiedziała od razu, że wcześniejsze głosowanie powszechne „nie byłoby w interesie Zjednoczonego Królestwa”, ale ma „krótką” większość w parlamencie i może być doń zmuszona nie tylko przez Labour. Partia dała już do zrozumienia, że będzie głosować przeciw umowie, jeśli np. nie zachowa korzyści ze wspólnego rynku i unii celnej.

Od razu należy wyjaśnić, że Corbyn jest raczej eurosceptykiem, choć partia robiła kampanię na rzecz pozostania w Unii. Pogodził w partii środowiska zwolenników i przeciwników Unii, ale do głosu coraz bardziej dochodzą młodzi, dla których rozstanie z Unią pozbawia ich części perspektyw. Starsi są często anty-unijni, więc znaleziono rodzaj kompromisu. Jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, Labour będzie popierać ideę nowego referendum na temat wyjścia z UE. To nowość, pewien zwrot, bo dotąd partia trzymała się wyników poprzedniej konsultacji. Rzecz jest hipotetyczna, ale Corbyn zgodził się zostawić „wszystkie opcje na stole”, trochę w duchu ekumenizmu. Inni, jak McDonnell, wykluczają nowe referendum.

„Celem Labour jest gruntowna zmiana kraju” – mówił Corbyn w zamykającym zjazd przemówieniu, wyraźnie dumny z dynamizmu i wyników partii. Przez zgromadzonych przebiegł dreszcz, gdy z głośników rozległa się piosenka „króla” soulu Sama Cooke’a – „długo na to czekaliśmy, lecz wiem, że zmiana jest w drodze”… Widząc chaos brytyjskich negocjacji w Brukseli, można się spodziewać, że po ośmiu latach przerwy Labour przejmie ster kraju. To może być kwestia kilku miesięcy, więc wzruszenie było uzasadnione.

Rząd się chwieje

– takie opinie o sytuacji, w jakiej znalazł się rząd Theresy May pojawiły się w mediach po rezygnacji ministra do spraw wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE Davida Davisa. Jeszcze nie umilkły echa jego odejścia a już pojawiła się wiadomość o rezygnacji kolejnego kluczowego polityka – ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona.

 

Wraz z Davisem dymisję złożyli także jego zastępcy – Steve Baker i Suella Braverman. To wyraźny sygnał, że zmieni się formuła Brexitu. Odejście ministrów ma być wyrazem sprzeciwu przeciwko propozycji tzw. miękkiego Brexitu i rozwiązań zaproponowanych rządowi przez Theresę May w ostatni piątek. May razem z ministrem finansów Philipem Hammondem przedstawiła szereg założeń, które nie spodobały się twardym eurosceptykom.

May usiłowała przedstawić to jako ogólnorządowy konsensus, ale w oczach reszty gabinetu – po prostu zmiękła, pragnąc zachować bliską współpracę celną z UE i pozostanie na wspólnym rynku dóbr. Zjednoczone Królestwo chciałoby wprawdzie zawrzeć własne umowy handlowe z państwami trzecimi – m.in. z Chinami i USA, ale jednocześnie premier deklaruje przestrzeganie unijnych standardów produkcji zawartych we wspólnym „zbiorze zasad”. Ministrowie, którzy odeszli, domagali się jego całkowitego zniesienia.

May zamierzała też wprowadzić 2 różne stawki ceł: na towary na rynek unijny oraz na te sprzedawane w Wielkiej Brytanii. Chce zachować brak kontroli granicznej pomiędzy Irlandią i Irlandią Płn.
Stawką, o którą gra Wielka Brytania, godząc się na ustępstwa, jest ograniczenie swobodnej migracji obywateli UE na Wyspy. May zadeklarowała, że za to jest w stanie poświęcić brak swobodnego dostępu banków i ubezpieczeń do europejskiego rynku wewnętrznego.

Generalnie w piątek wyszła zadowolona z posiedzenia wyjazdowego gabinetu w Chequers. Dziś okazuje się, że frakcja konserwatywnych eurosceptyków myśli już nawet o zrzuceniu jej ze stanowiska. Aby wymienić lidera, członkowie Partii Konserwatywnej potrzebują 48 podpisów deputowanych. Dziennikarze spekulują, że wewnętrzna opozycja ma za sobą taką liczbę niezadowolonych.

Davis, podając się do dymisji, jednocześnie upublicznił list otwarty do szefowej rządu. „Ogólny kierunek polityki postawi nas w słabej pozycji negocjacyjnej” –napisał. Wyraził też obawę, że utrzymanie „wspólnego zbioru zasad” w produkcji i handlu pozwoli Unii na kontrolę nad dużymi obszarami brytyjskiej gospodarki. Podkreślił że wiele razy nie zgadzał się z polityką May – „Na każdym etapie akceptowałem zasadę kolektywnej odpowiedzialności, bo jest moim zadaniem znajdowanie kompromisowych rozwiązań, które nadają się do zastosowania i dlatego, że uważałem, że wciąż było możliwe zrealizowanie mandatu społecznego z referendum oraz naszego zobowiązania z programu wyborczego o wyjściu unii celnej i wspólnego rynku (UE). Teraz jednak nie jestem przekonany, czy nasze podejście negocjacyjne nie doprowadzi jedynie do żądań dotyczących dalszych ustępstw”.

Theresa May podziękowała mu za wykonaną pracę, podkreśliła jednak, że się z nim nie zgadza i „żałuje, że zdecydował się na odejście z rządu po tym, jak wykonaliśmy taki postęp w stronę zrealizowania gładkiego i udanego Brexitu oraz jesteśmy zaledwie na osiem miesięcy przed zapisaną w prawie datą, kiedy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej”. Następcą Davisa został Dominic Raab.

Odejście Borisa Johnsona, o którego możliwości mówiło się już od dawna, to prawdopodobnie cios jeszcze silniejszy. Nie dlatego, żeby Johnson był zręcznym dyplomatą, ale że jest kluczową figurą wśród zwolenników twardego Brexitu. Jego następca Jeremy Hunt, który wsławił się cięciami w polityce w służbie zdrowia gdy do objęcia funkcji sekretarza stanu kierował resortem zdrowia, będzie w stosunku do premier May bardziej sterowalny, ale jej sytuacja – tak samo jak przyszły kształt Brexitu – wcale nie należą do łatwych. Partia Konserwatywna jest głęboko podzielona wokół sprawy Brexitu, do tej pory jednak różne frakcje miały głos w rządzie, teraz – gdy polityczni przeciwnicy w strukturach partyjnych nie będą reprezentowani, każde dalsze potknięcie może wywołać ostry kryzys przywództwa, gdyż nastąpiła ostrzejsza polaryzacja.

Bogato jak w Londynie

Połowa nauczycieli w Londynie co tydzień kupuje swoim uczniom podstawowe produkty higieniczne, bo rodziców na nie nie stać.

 

Badanie kwestionariuszowe przeprowadzone przez brytyjską organizację charytatywną In Kind Direct ukazało niepokojące zjawisko: jeden na trzech nauczycieli w szkołach podstawowych od czasu do czasu kupuje uczniom artykuły pierwszej potrzeby, takie jak pasta do zębów i mydło. Robią to, bo widzą, że dzieci przychodzą do szkoły zaniedbane. 18 proc. ogółu pytanych nauczycieli przyznało, że postępują tak co tydzień. W północno-zachodniej części kraju odsetek ten wynosi 29 proc., a w samym Londynie aż 50 proc.

Raport przytacza uwagi nauczycieli na ten temat:

„Pracuję w podstawówce od 12 lat i w ciągu ostatnich kilku lat wyraźnie widzę, że to się nasila (…). Nie będziemy stali bezczynnie, kiedy ludzie potrzebują pomocy.”

„To nie zawsze są rodziny na zasiłkach. Rodzice mogą być samozatrudnieni albo trwale bezrobotni. Coraz więcej gospodarstw ma trudną sytuację.”

„Nie wybrałam tego zawodu po to, żeby teraz patrzeć jak dzieci cierpią. Jeżeli możemy pomóc w jakikolwiek sposób, to robimy to.”

Oficjalne rządowe dane pokazują, że ponad 4 mln dzieci w Wielkiej Brytanii żyje w biedzie. Liczba ta wzrosła o 100 tys. w ciągu ostatniego roku. Od 2010 r. liczba dzieci dorastających w ubóstwie wzrosła o ponad 1 mln – w dużej mierze wskutek stosowanej przez kolejne brytyjskie rządy polityce cięć budżetowych: ograniczeniom w świadczeniach socjalnych i zamrożeniu płac w budżetówce.